kultura enter
miesięcznik wymiany idei
lipiec 2008
- To jest miasto które ma swoją melodię! Już w samej nazwie jest jakaś magiczność, coś niezwykłego! Jak mówi Hugo, na Ukrainie czuje się jak życie wrze. W Szwajcarii już wszystko zostało zbudowane i wszystko zostało zrealizowane. Nie ma czego już zmieniać. Tutaj natomiast czuć tętno życia. - Szwajcaria, to komfortowa, dobrze ogrzewana sypialnia. Uważam jednak, że człowiek, artysta po pięćdziesiątce ma jeszcze coś do zrobienia w swoim życiu. W Odessie wszystko oddycha, tryska życiem. Idę sto metrów ulicą Sofijewską i już doznaję stu wrażeń!
Upalne lato roku 1993. Otrzymałem telefon od Olenki Leonenko, która mieszkała wtedy w Kijowie: „Czy oprowadzisz po Odessie moich przyjaciół z Poznania?” – „Czemu nie?” (w Odessie na zapytanie odpowiadają zapytaniem). Przyjeżdża trzech. Marcin szuka śladów swojej rodziny (babcia urodziła się w Odessie, ale później wyjechała do Polski). Jak zaczarowany chodzi po mieście. Od dawna marzył, żeby tu przyjechać. Wiesiek i Janek szukają śladów swojej wymarzonej żydowskiej Odessy. Jedziemy na Mołdowankę. Chodzimy starymi podwórkami, które pamiętają jeszcze głosy bohaterów opowiadań Babla. W nocy idziemy do hotelu, żeby zarezerwować pokój. Pani w okienku widzi obcokrajowców i strzela jakimiś kosmicznymi cenami za nocleg (to był czas, kiedy obcokrajowiec płacił kilka razy więcej od „normalnych” ludzi). Zabieram gości do domu. W malutkim mieszkanku przy Uspieńskiej 51 jest ciasno, duszno od papierosów, ale wesoło i przytulnie. Następnego dnia wieczorem żegnamy Marcina – wyjeżdża wcześniej, bo musi zdążyć na przedstawienie w Poznaniu. Rankiem budzi nas telefon z granicy: Marcin Kęszycki został aresztowany za próbę nielegalnego przekroczenia granicy! Próbował dostać się do Polski z paszportem wystawionym na... Janusza Komołkę. Sprawa wyjaśniła się: w czasie wizyty w hotelu moi goście przypadkiem zamienili się paszportami. Wiesiek i Janusz pojechali ratować przyjaciela. Zostałem w Odessie. W mieście Babla i Szolom-Alejhema, w mieście Mickiewicza i Puszkina, w mieśce, gdzie asfalt na Primorskom bulwarze (była to pierwsza asfaltowa ulica w całym Imperium Rosyjskim!) pamięta dzwięk obcasów młodej babci Marcina, która po niedzielnej mszy szła do słynnej w całej Odessie kawiarni „Fanconi” na lody.
+ + +
„Fanconi” mieści się dzisiaj w tym samym budynku co
dawniej. Co prawda gospodarze są inni i nie są to już Włosi. W XIX
stuleciu – po krótkim panowaniu Greków –
restauracje w całej Odessie opanowane były przez Włochów.
Odessa w swoim temperamencie podobna jest do Neapolu. Mój
neapolitański przyjaciel profesor Andrea Milano nazywa Odessę
„Napoli Nord”. Włosi od zawsze marzyli o ziemiach
północnego wybrzerza Morza Czarnego. Pierwsze wzmianki o ich
obecności na tych terenach pojawiają się na przełomie XIII – XIV
stulecia, kiedy do brzegów obecnej Odessy przybiły genueskie
okręty. Ze starych map morskich można było odczytać nazwę, jakiej użyto
na określenie tego miejsca postoju – Dżeniestra. Tak po włosku
nazywa się janowiec – krzewiasta roślina o żółtych
kwiatach, rozpowszechniona zwłaszcza na przyczarnomorskich stepach.
Powiadają, że przywieziono stąd do portu w Genui dżumę. Skutki tego
wydarzenia miały dać początek popularnemu w sztuce całej
średniowiecznej Europy tematowi „Danse macabre”.
Już od momentu założenia miasta Włosi posiadali na tych terenach
szczególne przywileje. To za sprawą faktu, że na czele prac
urbanistycznych stał obywatel Włoch – z pochodzenia Hiszpan
– Josef de Ribas. Przez pierwsze 25 lat włoska diaspora była do
tego stopnia obecna w życiu społecznym, a język włoski tak
rozpowszechniony, że szyldy instytucji i sklepów pisano po
rosyjsku i po włosku. Rachunki, weksle, korespondencja handlowa,
księgowość – wszystko pisane było po włosku. „Każdy
mieszkaniec Odessy był na tyle obeznany z językiem włoskim - pisze
kronikarz – że umiał pytać, pić i zakąszać, a jeśli zaszła taka
konieczność, to i zakląć po włosku”. Mieszkańcy Odessy bardzo
lubią spiewać. Z pewnością nauczyli ich tego Włosi. Oni właśnie dali
początek teatralnej Odessie. Na przestrzeni kilku dziesięcioleci Włosi
nadawali ton teatralnemu życiu mista. Włoski był repertuar opery. Nie
tylko w teatrze, ale i na ulicach, rynkach, w podwórzach miasta
brzmiała muzyka Verdiego, Beliniego, Rossiniego, Donicettiego, grana
przez wędrownych włoskich muzyków, którzy od rana do nocy
snuli się po mieście, zabawiających każdego wieczora bywalców
winnych piwnic i karczm. Ostatnimi czasy na ulicach miasta coraz
częściej można usłyszeć język włoski. Włosi wracają do „swojej
Odessy”. Otwierają sklepy, restauracje. W samym centrum Odessy
kilka lat temu powstała prawdziwa neapolitańska pizzeria Pulcinella,
prowadzona przez rodowitych Włochów. Rzeczewiście: wysepka
„Napoli Sud” w „Napoli Nord”.
+ + +
Założona w 1794 roku Odessa od samego początku przyciągała
przedsiębiorczych i utalentowanych ludzi nie tylko z Imperium
Rosyjskiego, ale także z Francji, Niemiec, Włoch, Grecji i innych
europejskich krajów. Aby szybciej zasiedlić młode miasto,
ogłoszono, że ci, którzy zamieszkają w Odessie, przez dziesięć
lat będą zwolnieni od podatku i otrzymają pożyczkę od państwa na
rozwój prywatnej przedsiębiorczości. Ruszyli do Odessy, jak do
ziemi obiecanej przesiedleńcy z różnych stron: Grecy, Niemcy,
Żydzi, Polacy, Włosi. Ta niezwykła mieszanka narodowości,
charakterów i temperamentów stworzyła fenomen Odessy. W
tym należy szukać przyczyn dowcipnego usposobienia mieszkańców
mojego miasta. Ot, przytoczymy choćby taki fakt. Kiedyś na bulwarze
przy postumencie pomnika Richelieu stała miedziana armata
sygnalizacyjna. Pewnego dnia armata zniknęła. Wszystkie starania
policji, aby ją odnaleźć, okazały się próżne. Policja i
naczelnik miasta poruszeni tym skandalem popadli w rozpacz. Po pewnym
czasie od tego wypadku na przyjęcie u mera miasta próbował
dostać się więzień z więzienia na zamku. Chciał on porozmawiać w
sekrecie z merem. Kiedy przyprowadzono go pod strażą do gabinetu
naczelnika miasta, powiedział on, że może wskazać świadka, który
widział kto i kiedy skradł armatę. Za wyjawienie „sekretu”
zażądał 5 rubli. Mer zgodził się i nakazał policji, aby udała się razem
z więźniem tam, gdzie więzień wskaże. Więzień zaprowadził policję na
bulwar i na świadka kradzieży, wskazał pomnik Richelieu, przy
którego nogach stała wcześniej armata. Mer najpierw wpadł w
gniew, ale za chwilę roześmiał się i wydał błyskotliwemu i bystremu
więźniowi 5 rubli.
W Odessie ceni się smaczny dowcip.
+ + +
Swoje europejskie oblicze Odessa w dużej mierze zawdzięcza Rewolucji
Francuskiej. Wtedy właśnie wielu Francuzów przeszło na służbę
rosyjskiej koronie. Tak pomyślnie się złożyło, że pierwszym merem
Odessy był Francuz, książę Arman Emmaniuel du Plessi de Richelieu.
Książę zrobił bardzo wiele, aby Odessa i cały region rozkwitły. To za
jego rządów jeszcze bardziej wzmogły się kontakty z Europą,
kiedy to w latach 1817-1854 w mieście wprowadzono specjalne przepisy
funkcjonowania „porto-franko”, i z wszystkich zagranicznych
towarów zdjęto cło. Dzięki temu towary spożywcze i przemysłowe
oraz towary luksusowe były bardzo tanie. Miasto rozwijało się w tempie,
które zadziwiło całą Europę. Przyciągało to do Odessy bogaczy z
całej Rosji. W dobrobycie żyli także robotniczy, których zarobki
były tak duże, że niektórzy bindużnicy odpalali papierosy
papierowymi rublami. I dzisiaj odesytów stać na szerokie gesty.
Poziom życia jest tu dość wysoki. Dobrym miernikiem sytuacji są ceny
nieruchomości, kilkakrotnie większe niż na Lazurowym Wybrzerzu.
Charakterystyczne, że pierwsza odeska gazeta „Messager de la
Russie Meridionale ou Feuill comerciale” była drukowana po
francusku. A kiedy w 1827 roku zaczął ukazywać się „Odesskij
vestnik”, drukowany był w dwóch językach: francuskim i
rosyjskim. Aleksander Puszkin, który na początku lat 20. XIX
stulecia mieszkał w Odessie, skarżył się w listach do
przyjaciół, że w sklepach są tylko francuskie książki i
almanachy, a rosyjskich nie można znaleźć, i prosił ich, żeby go
zaopatrywali.
Dzisiaj Puszkin nie miałby problemów z książką w języku
rosyjskim. Jest kilka dużych supermarketów książkowych, w
których można kupić prawie każdą nową rosyjską pozycję. Także
ukraińską i angielską.
+ + +
Dziś, po dwóch stuleciach, Odessa nadal zaprząta głowę Francuzom. Od kilku lat na ustach całego miasta jest historia milionera z Bordeaux Christophera Lacarena. Zakochał się on w Mariannie z Odessy, zostawił dla niej ojczyznę i przeniósł się do miasta nad Morzem Czarnym. Tu, w dowód miłości do ukochanej ufundował „Fontannę miłości”. Rzeźby przedstawiają mężczyznę i kobietę, pod nimi znajduje się czasza z wodą, do której dodawane są krople perfum wyprodukowanych przez samego Lacarena, po 250 ml na dzień. Dzisiaj wraz z Marianną uprawia winogrona w byłym kołchozie im. Lenina we wsi Chabod (Szabo), 70 km od Odessy, niedaleko Akermanu, który Mickiewicz opiewał w „Sonetach Krymskich”. W ten sposób odrodzili oni markę wina o nazwie tej miejscowości. Jego produkcję rozpoczęli ponad 200 lat temu przesiedleńcy z francuskiej części Szwajcarii, kiedy to botanik i producent wina Louis Tardan zebrał swoich współpracowników i przybył znad brzegów Jeziora Genewskiego na Dniestrowski Liman.
+ + +
Idąc w ślady swoich przodków, do Odessy przybył szwajcarski
artysta Hugo Schaer. Pewnego dnia sprzedał swój dom i pracownię
w Szwajcarii, wsiadł do swojego jachtu i wyruszył w kierunku Ukrainy.
Wraz z żoną Iriną mieszka w Odessie już piąty rok. Kupił mieszkanie na
Sofijewskej, tuż obok domu Potockich, w którym obecnie mieści
się muzeum artystyczne.
- To jest miasto które ma swoją melodię! Już w samej nazwie jest
jakaś magiczność, coś niezwykłego! Jak mówi Hugo, na Ukrainie
czuje się jak życie wrze. W Szwajcarii już wszystko zostało zbudowane i
wszystko zrealizowane. Nie ma już czego zmieniać. Tutaj natomiast czuć
tetno życia:
- Szwajcaria, to komfortowa, dobrze ogrzewana sypialnia. Uważam jednak,
że człowiek, artysta po pięćdziesiątce ma w swoim życiu jeszcze coś do
zrobienia. W Odessie wszystko odddycha, tryska życiem. Idę sto
metrów ulicą Sofijewską i już doznaję stu wrażeń!
Jeszcze pierwszej jesień, po przyjeździe Hugo do Odessy, kompania
Chabod (Szabo) zaprosiła go do opracowania koncepcji Centrum Wina.
- Dla mnie wino to nie tylko alkohol, to cała kultura picia. Chcę, aby
zwiedzający Centrum Wina mogli obcować ze sztuką, mówiącą o
historii winiarstwa na tym brzegu Morza Czarnego – mówi.
+ + +
Jeśli za prawdziwe uznać założenie metafizyki tomistycznej
(propagowanej przez niedawno zmarłego dominikanina z lubelskiej
Starówki), które mówi, że byt w swej pełni jest
Bytem, to tym bardziej jest ono prawdziwe w odniesieniu do tego miasta.
Każdy detal bytowy, każdy element życia codziennego nabiera tu swego
ostatecznego sensu, przybiera pełnię istnienia - byt staje się Bytem.
Szczególną inkarnacją tej prawdy są odesskie dacze. Jest to
speceficzny, prawie sakralny świat, który tworzy magia morza,
słońce i niekończące się przyjacielskie biesiady pod wysokim
gwiaździstym, południowym niebem. Ci, którzy odwiedzają latem
Odessę, dziwią się i zadają sobie pytanie: kiedy ci ludzi pracują?
W wyglądających z pozoru na afrykańskie slumsy małych domkach,
które stoją dosłownie 10 metrów od morza, jest wszystko,
co niezbędne do wygodnego życia: od lodówek po satelity i
jacuzzi (przynajmniej u niektórych). Pamiętam jak odwiedziły
mnie koleżanki z Izraela i pojechaliśmy grillować na daczę.
Wystawiliśmy stół nad brzegiem Morza Czarnego, na nim spoczęły
talerze, piękne naczynia, szklane filiżanki. Znajomi zdziwili się i
zapytali: „Po co to wszystko? Wystarczą plastikowe kubeczki i
papierowe tacki”. Gospodyni domu zmierzyła ich wzrokiem od
góry do dołu i powoli, z postawą pełną godności, odpowiedziała:
„Proszę Pani! Dla Pani może jest to krótki wyskok za
miasto. Ale proszę wiedzieć, że my tu żyjemy pięć miesięcy w roku. To
jest Dom. A w każdym dobrym odesskim domu stół ma wyglądać
porządnie!”
W odesskich daczach dla każdego znajdzie się miejsce. Nawet jeśli
zwalilibyście się gospodarzom wraz z grupą przyjaciół, to usadzą
was za stołem, sąsiedzi w dziesięć minut przygotują obiad, i po
kwadransie będziecie mieć wrażenie, że znacie tych ludzi od lat. A
jeśli poczęstują was ikrą z bakłażanów lub rybnymi bitoczkami
(rodzaj delikatnego schabowego z małej czarnomorskiej rybki) możecie
uznać, że dostąpiliście obrzędu inicjacji i na zawsze zostaliście
wpisani w serca gospodarzy.
+ + +
Budzi mnie poranny telefon z Lublina. Słyszę w słuchawce znajomy głos.
- Cześć Waldku! Cieszę się że zadzwoniłeś!
Po krótkiej wymianie zdań i wrażeń z festiwalu w Cannes, gdzie spędził trzy tygodnie, pyta mnie:
- Czy znajdzie się u was miejsce na daczy? (Od lat już „choruje” na Odessę).
- Co za pytanie! Przecież wiesz jak u nas! Czekamy! A co? Brakowało ci w Cannes słońca?
Zamiast odpowiedzi uśmiecha się. Pakuje walizy. Wsiada do samochodu. Wyrusza w drogę.
Sasza Dobrojer
Sasza Dobrojer - teolog, filozof, poeta. Mieszka w Odessie.
kultura enter
miesięcznik wymiany idei
redaguje zespół: Grzegorz Rzepecki, Mirosław Haponiuk,
Grzegorz Kondrasiuk (sekretarz redakcji), Magda Linkowska,
Paweł Laufer
projekt logo i okładki: Dawid Jurek
www: Łukasz Gładysz
dział wschodni
Paweł Laufer
sztuki wizualne
Magda Linkowska
teatr
Grzegorz Kondrasiuk
Wydawca:
Ośrodek Animacji Kultury
Centrum Kultury w Lublinie
e-mail: redakcja@kulturaenter.pl
© 2008 Osrodek Animacji Kultury - Centrum Kultury w Lublinie. Wszelkie prawa zastrzeżone