kultura enter miesięcznik wymiany idei

kultura enter miesiecznik wymiany idei


Да Вашай увагі – другі з серыі трох спецнумароў, у якіх мы спалучылі моц беларускага часопіса актуальнага мастацтва “Партызан” і люблінскай “Kultury Enter”.

“Partisan / Kultura Enter” пра найноўшае мастацтва і творчыя асяродкі Менска на мовах беларускай і польскай.

Артур Клінаў, Павел Лаўфэр

___________

Numer sfinansowany przez Departament Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Przedstawiamy drugi z serii trzech numerów specjalnych, w których połączyliśmy siły białoruskiego czasopisma o sztuce współczesnej “Partisan” i lubelskiej “Kultury Enter”.
“Partisan / Kultura Enter” o sztuce najnowszej i środowiskach artystycznych Mińska w języku polskim i białoruskim.

___________

Numer sfinansowany przez Departament Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

PDF

Пэўны час таму мы абмяркоўвалі выдавецкі праект альманаху «pARTisan» пад назваю «Нябачныя рэвалюцыі». Гэта сэрыя альбомаў пра здабыткі сучасных беларускіх мастакоў, якія з розных прычынаў ня мелі магчымасьці паказацца шырокай публіцы. А таму яна, «шырокая публіка», ня мела нагоды даведацца пра гэтае сучаснае мастацтва Беларусі, пра ягоныя флюктуацыі, спробы самавызначэньня й прыцэл у будучыню.

Тады ў нас нарадзілася ідэя з катэгорыі вельмі відавочных, якія, аднак, амаль ніколі не прыходзяць у галаву, — ідэя спазнаць і сутыкнуць польскіх і беларускіх творцаў, польскае й беларускае сучаснае мастацтва, асяродкі Любліну й Менску. Мы адразу ж адкінулі спробы суцэльнага параўнаньня, прыдатнага хутчэй пры складаньні анталёгіі, і засяродзіліся на тым, што, на нашую думку, прынясе больш трывалы эфэкт — на знаёмстве зь людзьмі, прэзэнтацыі іхных дасягненьняў. На ўзбуджэньні ўзаемнай зацікаўленасьці.

Натуральна, каб такое спатканьне дало жаданыя вынікі, патрабуюцца непасрэднасьць, пэўная інтымнасьць, якіх не дасягнеш на мітынгу, нават найлепш арганізаваным. У гэтым нумары мы прэзэнтуем мастакоў і сучаснае мастацтва Любліну. У наступным з гэткага самага гледзішча будзе прадстаўлены Менск. У трэцім нумары мы распавядзем пра найноўшыя тэндэнцыі ў сучасным мастацтве Беларусі й     Польшчы.
Сустрэнемся ў трох спэцыяльных выпусках «pARTisan / Kultury Enter».

___________

Numer sfinansowany przez Departament Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

PDF

Jakiś czas temu Klinau opowiedział mi projekcie wydawniczym „Partizana” pt. „Niewidzialne rewolucje”. To seria albumów, prezentujących dokonania współczesnych artystów białoruskich, którzy z różnych względów nigdy nie mieli możliwości zaprezentować się szerszej publiczności, a tym samym owa „szersza publiczność” nie miała okazji dowiedzieć się o tym, jaka w Białorusi sztuka współczesna jest, jak fluktuuje, podejmuję próbę samookreślania się i jak mierzy w przyszłość.

Wpadliśmy wtedy na pomysł z rodzaju tych, które są tak bardzo oczywiste, że nigdy, albo z trudnością się na nie wpada. Żeby poznać i skonfrontować polskich i białoruskich artystów, polską i białoruską sztukę współczesną, środowisko Lublina i Mińska. Z góry odrzuciliśmy próby całościowych komparatystyk w tej kwestii, potrzebnych skądinąd antologii, a skupiliśmy się na tym, co w naszym przekonaniu przyniesie efekt trwalszy – na poznaniu ludzi, zaprezentowaniu ich dokonań. Wzbudzeniu wzajemnego zainteresowania sobą.

Siłą rzeczy, aby takie spotkanie dało oczekiwane skutki, musi mieć ten bezpośredni wymiar, pewną intymność, której nie osiągnie się na najlepiej zorganizowanym wiecu. Dlatego w tym numerze prezentujemy artystów i sztukę współczesną Lublina. W kolejnym zaprezentuje się pod tym kątem Mińsk. W trzecim numerze powiemy o najnowszych tendencjach w sztuce współczesnej w Białorusi i w Polsce. Spotkamy się w trzech numerach specjalnych „Partizana / Kultury Enter”.

___________

Numer sfinansowany przez Departament Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Без двукосся

PDF

Спынім на нейкі час размовы і думанне пра Беларусь. Пакінем убаку нашыя ацэнкі і чаканні, праекцыі, схемы і высновы, нашыя герменеўтыкі і палітыкі, меркаванні пра тыя ці іншыя акалічнасці, якія павінна пераадолець Беларусь. Адкладзем на пазнейшыя «ўрокі» пра Беларусь усе практыкаванні ў скланеннях, паводле якіх мы прызвычаіліся адмяняць Беларусь. І, індыферэнтныя, будзьма вучыцца размаўляць па-беларуску на своеасаблівым «уроку беларускай мовы»: перад вамі «Даклад пра стан незалежнай культуры і НДА ў Беларусі».

___________

Numer sfinansowany przez Departament Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Без кавычек

PDF

Перестанем думать и говорить о Беларуси. Оставим в стороне наши мнения, ожидания, проекции, схемы и предложения решений, нашу герменевтику и политику, суждения о тех или иных обстоятельствах, которые должна преодолеть Беларусь. Отложим на следующие «уроки» про Беларусь привычные падежи, по которым мы ее склоняем. И тогда, индифферентные, чтобы научится понятнее говорить по-беларусски, давайте поучаствуем в уроке беларусского «языка»: перед вами «Отчет о состоянии независимой культуры и неправительственных организаций в Беларуси».

___________

Numer sfinansowany przez Departament Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Without inverted commas

PDF

Let us talk and think about Belarus no more. Let us suspend our judgements, expectations, projections, patterns and proposals for solutions, our hermeneutics and policies and deliberations on some or other necessities that Belarus should recognize and accept. Let us put aside our declensions of Belarus for future lessons. Now, somewhat indifferent, in order to speak Belarusian in a more comprehensible manner, let us take part in the lesson of the Belarusian “language:” A Report on the Condition of NGOs and Independent Culture in Belarus.

___________

Numer sfinansowany przez Departament Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Bez cudzysłowu

PDF

Przestańmy mówić i myśleć o Białorusi. Zawieśmy nasze sądy, oczekiwania, projekcje, schematy i propozycje rozwiązań, nasze hermeneutyki i polityki oraz mniemania o takich czy innych koniecznościach, jakim powinna sprostać Białoruś. Odłóżmy na przyszłe „lekcje” z Białorusi nasze deklinacje, w których ją odmieniamy. Teraz natomiast, indyferentni, aby zrozumialej mówić po białorusku, weźmy udział w lekcji „języka” białoruskiego: „Raport o stanie kultury niezależnej i NGO w Białorusi”.

___________

Numer sfinansowany przez Departament Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

W „kulturzeenter.pl” od zawsze staramy się performować Nas i Ich. Niekoniecznie chodzi tu o izolowany performance artystyczny, magię procesu powstawania dzieł sztuki (mniejsza o dziedzinę). Staramy się po prostu nasłuchiwać Naszych i Innych społecznych performatywności. Owo Nasze-Nienasze pojęcie, “to perform” ze swojskim “-ować”  ma w sobie coś z egzorcyzmowania i coś z afirmacji. W końcu figura aktywnego uczestnika publicznych zdarzeń nie od dziś – pośród pytań o płonące ulice Londynu, marsze w Hiszpanii i Izraelu, powstającą z kolan Afrykę Północną – ma w sobie wiele dwuznaczności.

Są w tym numerze teksty podejmujące z figurą uczestnika niespodziewane gry. Pisane zupełnie osobno, aczkolwiek zanurzone w tych samych przestrzeniach, postawione przekornie obok siebie, ujawniają paradoksy i dysonanse poznawcze.

Imponującą woltę wykonał Oleksandr Bojczenko, ukraiński pisarz, ale i zjadliwy felietonista, znany czytelnikom „ke” z Mojej rezolucji w sprawie sytuacji w Parlamencie Europejskim, pamfletu na Rezolucję Parlamentu Europejskiego RC-B7-0116/2010, i na, eufemistycznie mówiąc, niekonsekwentną politykę zagraniczną UE. Jego Biało-czerwona zazdrość czytana z Naszej, biało-czerwonej perspektywy, wywołuje podejrzenia o idealizowanie bytu zwanego polskim społeczeństwem obywatelskim, który nader (zbyt?) często podejrzewany jest o nieistnienie.  Natomiast Bohdan Łohwynenko – aktywny nie tylko jako krytyk sztuki, podróżnik i reportażysta, ale i jako szef ukraińskiego obywatelskiego portalu kulturalnego sumno.com, (utrzymywanego ze składek kolektywu autorów i redaktorów) – nie szczędzi gorzkich słów naszemu wolnemu, lecz nieco autystycznemu, jeśli chodzi o Gości/Przybyszów/Intruzów (niepotrzebne skreślić) społeczeństwu.

Czy obraz odbity w oczach Innego/Innej kogoś z Nas jeszcze interesuje? Czy dostarczy Nam nowej wiedzy? (Przynajmniej jesteście narodem – zauważa przytomnie Bojczenko).

Sierpniowy numer miesięcznika zdecydowaliśmy się poświęcić w całości jednemu tematowi: społecznym kolekcjom sztuki współczesnej.

Pod okładkowym hasłem „Siła sztuki” kryje się prezentacja efektów sympozjum, które odbyło się dokładnie rok temu we Lwowskim Pałacu Sztuki. Kuratorzy i krytycy z Polski i Ukrainy obserwujący zmienny układ zależności pomiędzy sztuką współczesną i jej rynkiem obrotu spotkali się wtedy we Lwowie, aby przyjrzeć się paradoksom polskich i ukraińskich modeli kolekcjonowania sztuki.

Punktem odniesienia dla polskiej części konferencji była idea programu „Znaki Czasu”, na bazie której zostały zbudowane regionalne kolekcje sztuki współczesnej w Polsce.  Analiza działalności regionalnych stowarzyszeń tworzących kolekcje sztuki postawiła pytanie, na ile taki model może być uniwersalny i jakie są możliwości jego adaptowania w innych społeczeństwach, systemach politycznych i gospodarkach.

Sympozjum towarzyszyło wystawie dzieł z lubelskiej kolekcji sztuki współczesnej, gromadzonej przez Lubelskie Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych. Wystawa “Transgresje obrazu” przygotowana przez Marcina Lachowskiego i Zbigniewa Sobczuka pokazała prace 46 twórców, prezentujących ponad 140 dzieł artystycznych różnych gatunków sztuki – obrazów, fotografii, obiektów, instalacji, filmów artystycznych, filmowych zapisów performance, prac multimedialnych oraz działań konceptualnych – również powstałych specjalnie na wystawę, a odnoszących się do spuścizny muzealnej Polski i Ukrainy. [Tutaj - katalog wystawy do pobrania w formacie PDF]

Widmo kryzysu krąży po świecie, po Europie. Czy także po Polsce?

W „kulturzeenter.pl” przyglądamy się dziś dwóm przejawom „języka kryzysu”. Agata Dąbek na przykładzie dramatu „Enron” napisanego przez Lucy Prebble ukazuje przykład strategii rozmowy o tym co niewidoczne, a najbardziej dotkliwe. Otwartym pozostaje pytanie, w jakim zakresie ze strategii tej korzystają polski teatr czy inne obszary sztuki… Drugi cytat z „języka kryzysu” przynosi relacja Amiry Bocheńskiej z hiszpańskiego prostestu: Marszu Oburzonych do Brukseli. Tak jak z całkowitą pewnością da się stwierdzić, że społeczne działanie bezpośrednie jest zasadniczo odmiennym od tekstu scenicznego rodzajem strategii, to zadziwiająco identyczne jest wynikające z lektury pytanie: jak to się dzieje, że polscy Oburzeni nie sięgają po jakiekolwiek znaczące, widoczne sposoby rozmowy o tym, co dotkliwe?

Jak na razie przestrzeń publiczna, i arsenał politycznego performansu wykorzystywane są do rozmowy, czy też pyskówki ideologicznej na zgoła inne tematy, na pierwszym planie z dwudziestoletnim już, i wciąż nierozstrzygniętym sporem o relacje Państwo-Kościół: tak jakbyśmy tu, w Polsce żywili się i płacili swoje rachunki wyłącznie z wykorzystaniem kapitału ideologicznego. Natomiast przestrzeń rozmowy poprzez sztukę – jeśli chodzi o tematy kryzysu ekonomicznego – zdominowana jest przez jeden z establishmentowych salonów, przez rytualnych rzeczników „skrzywdzonych i poniżonych”, przez artystów krytycznych.

Cała para w gwizdek.

Czy 21 czerwca, kiedy to dowiedzieliśmy się które polskie miasto zostanie Europejską Stolicą Kultury, nastąpiło istotne w polskiej skali tąpnięcie?

Naiwnością, której zresztą ochoczo pragniemy ulegać, jest mniemanie, że kilka lat konkursu, a zwłaszcza ostatni rok starań przewartościowały powszechne poglądy, tak jak chcą tego aktywiści zmiany poprzez kulturę z takich inicjatyw jak Obywatele Kultury.

Owszem, w wielopoziomowo związanych światach artystów, menadżerów, dziennikarzy, samorządowców, NGO-sów, społeczników, czy po prostu wśród ludzi czynnych, zwłaszcza w pięciu finałowych miastach, decyzja Komisji konkursu pod wodzą Manfreda Gaulhofera wywołała potężne napięcia. Ale nie oszukujmy się. Poza bezpośrednio zainteresowaną tzw. „branżą”, gorączka podsycana przez media, wsłuchane pilnie w głosy rozżalonych, ma niewielkie szanse na dłuższe życie. Balast ważniejszych, czy też donośniejszych tematów dyskursu publicznego przykryje ją w kilka dni. Horyzont roku 2016 to z punktu widzenia medialnej rozmowy publicznej czy nawet autentycznego, nie programowanego społecznego zainteresowania jest czymś w rodzaju „2001: Odysei kosmicznej”, nakręconej przez Kubricka w 1968 roku.

Dlatego tym bardziej powinniśmy wsłuchać się w, zasadniczo odmienny od polskich przyzwyczajeń, timing tego projektu.

Salon. Mało jest terminów obciążonych bagażem tak wielu pejoratywnych skojarzeń, jak ów osławiony, zwłaszcza po dwóch dekadach polskiej wolności, mityczny wręcz „Salon”. Inteligencja abdykowała, elity polityczne, które pracowicie przez te dekady wychowywała, kompromitują się wciąż głębiej i głębiej, a autorytety odchodzą (ostatnio nieodżałowany Arcybiskup Józef Życiński) lub wyjeżdżają (nie tak dawno ksiądz Weksler-Waszkinel). Zatem, czy dziś jedyne pytania w tej sprawie, jakie należy zadać są następujące – po co salon? I dla kogo?

„Relacje Polski z Litwą są najgorsze w Unii Europejskiej. Gorsze niż stosunki Węgier ze Słowacją, czy Węgier z Rumunią” – stwierdził Edward Lucas – dziennikarz tygodnika The Economist.

Sprawa zwrotu ziemi w Wilnie i na Wileńszczyźnie, utrzymanie oświaty polskojęzycznej, pisownia imion i nazwisk przedstawicieli mniejszości polskiej w dokumentach osobistych czy dwujęzycznej pisowni nazw ulic w miejscach, w których większość stanowią przedstawiciele mniejszości polskiej oraz sprawa Możejek to punkty triangulacyjne w aktualnych relacjach litewsko- polskich.

PROTESTUJEMY

PROTESTUJEMY

W wieczór powyborczy 19 grudnia odbyła się demonstracja w proteście przeciwko sfałszowanym wynikom wyborów prezydenckich na Białorusi, w której wzięło udział ok. 20 tys. osób. Podczas demonstracji doszło do – najprawdopodobniej sprowokowanego przez służby specjalne – szturmu na siedzibę rządu. Milicja wykorzystała to jako pretekst do ataku na opozycję. Demonstranci zostali brutalnie rozpędzeni, aresztowano co najmniej 640 osób, w tym siedmiu kontrkandydatów urzędującego prezydenta. Szykany objęły także współpracujących z naszym miesięcznikiem dziennikarzy radia Racja i telewizji Belsat.

Go East?

Październik 2010. Na Łowickiej w Warszawie kończy się drugi kongres Go East!. Ma wyjaśnić działaczom społecznym, kulturalnym i urzędnikom miejskim z Białorusi, Ukrainy, Mołdawii, Gruzji, Azerbejdżanu i Armenii, czym właściwie jest realizowany w ich krajach od prawie półtora roku unijny program Partnerstwa Wschodniego. Zamykając dyskusję finalnym słowem, znany dziennikarz telewizyjny i dyplomata powiada (cytuję z pamięci): we need more information, we need more connetions, more internet platform, more visas… Po chwili ciszy i osłupienia, kilka osób z pełnej sali krzyczy, poprawiając ten nic nie znaczący, wiele znaczący lapsus – NO VISAS, NO VISAS!

Kiedy w połowie 2008 roku (zaledwie dwa lata temu!) zaczynaliśmy wciąż zagadkową, powoli klarującą się sprawę „kulturyenter”, obraz Ukrainy odbity w lustrach spływających do redakcji tekstów nie przedstawiał się zbyt optymistycznie. Ale dziś, w świetle ukraińskich i polskich rozmów, obserwacji, lektur, wreszcie artykułów naszych autorów coraz wyraźniej widzimy, że ówczesna mętna i duszna późnojuszczenkowska szarpanina w szybkim tempie staje się pieśnią przeszłości. Czy ten nowy, zgoła odmienny janukowyczowski „porządek” przyczyni się do poprawy sytuacji? Ostatnie numery „kulturyenter” podejmują próby odpowiedzi na to pytanie. Niestety, każdy kolejny miesiąc przynosi tylko odpowiedzi negatywne, tak jak każdy kolejny ukraiński tekst – coraz mocniejsze i coraz bardziej rozpaczliwsze sformułowania. Obraz ukraińskiego dziś stopniowo krystalizuje się i nabiera ostrości. Poprzednie dwie edycje miesięcznika składały się na swego rodzaju “Raport  o stanie Ukrainy”. Tym razem odnosimy się do kontekstu spraw rozgrywanych i dyskutowanych setki i tysiące kilometrów od Kijowa, Lwowa, Doniecka. Taras Wozniak opowiada o sytuacji Ukrainy na międzynarodowym rynku dyplomatycznym, zaś przeciwwagę do tego rzeczowego i aż nazbyt logicznego wywodu daje wściekły pamflet Ołeksandra Bojczenki.  

Od wyborów prezydenckich na Ukrainie minęło ponad pół roku. Okres ten okazał się wystarczająco długim, a na pewno dość intensywnym, aby doświadczyć wyraźnych i brzemiennych zmian w pelengu państwa rządzonego przez Janukowycza. Nawet ci komentatorzy życia politycznego, którzy jeszcze przed wyborami „mniejszego zła” stawiali na Janukowycza, uznając go za twardogłowego, ale przewidywalnego polityka o moskiewskim zabarwieniu, plują sobie w brodę obserwując to, co się dzieje w ich kraju. A, jak zgodnie przyznają, dzieje się źle i istnieje wszelkie prawdopodobieństwo, że będzie jeszcze gorzej.

Przyszedł do nas Grzegorz Winnicki, krążacy w swoich bibliotekarskich misjach i zatrudnieniach po regionie Lubelszczyzny, i podpuścił redakcję, żeby zadać niedyskretne pytanie aktualnym Szanownym Kandytatom na Najwyższy Urząd. Zadaliśmy. Zaciekawiło nas mianowicie, co taki Szanowny Kandytat myśleć może o kulturze gminnej. Nie chodziło nam bynajmniej o kulturę wypolerowaną na wysoki marmurowy połysk, festiwalową, garniturową, dla aspirujących do elity i chcących się ogrzać w cieple jupiterów. Także nie mieliśmy na myśli festynowej odmiany, gdzie obok jupiterów i garniturów zdarzają się kiełbaski i rytmiczne bity. Dlaczego? Czyżbyśmy mieli do reflektorów, garniturów, marmurów i kiełbasek jakieś „ale”? Niekoniecznie. Po prostu, upraszczając, oprócz kultury z daleka słyszalnej i widocznej, czujemy jeszcze obecność kultury niewidzialnej i niesłyszalnej. Tej z Gminnych Ośrodków Kultury, wiejskich bibliotek, przedszkoli, małomiasteczkowych stowarzyszeń, agroturystyk, a nawet – o zgrozo – z kół gospodyń wiejskich. Czy ktokolwiek i kiedykolwiek (nie licząc wyborczych objazdówek) o to jeszcze pyta?

W Teremiskach teatr zmieścił się w stodole, a lokalna młodzież uczęszcza na zajęcia prowadzone przez profesorów. W Lublinie w głównej instytucji kultury można nauczyć się żonglerki, parkuru, oraz gry w palanta, a za dwa lata miasto nawiedzi pięć tysięcy freaków i artystów ulicy z całego świata. W Gdyni tajemniczym wehikułem, który umożliwił Centrum Aktywności Seniora podróż w nadprzestrzeń fantazji okazało się flamenco. W Niemczech bywają przedszkola bez ścian, bez murowanych budynków, bo Waldkindergarten, czyli leśne przedszkole to po prostu kawałek odludnego lasu zaanektowanego przez dzieci i dla dzieci. I tak każdy z nas może nakreślić własną mapę punktów, w których nie przyjmuje się do wiadomości zjednoczonego dyktatu oficjalnych doktryn i homogenizowanej popkulturowej papki. W końcu lawina bieg od tego zmienia/po jakich toczy się kamieniach…

okladka nr 20

Od redakcji:

Jeśli nic nie stanie na drodze 17 stycznia na Ukrainie przeprowadzone zostaną wybory prezydenckie, w których Ukraińcy wybiorą czwartego – od odzyskania niepodległości – prezydenta. Kampania trwa. Morza często fantastycznych oskarżeń, przelewają się przez kraj na przemian z falami ostentacyjnej, totalitarnej miłości polityków do ludu, który na wyścigi pragną ocalić przed hekatombą grypy, by stanąć w glorii Zbawcy.

Gdzieś w początkach 2007 roku po kryjomu, niczym na kocich łapkach nadeszła nowa epoka.

No, może nieco przesadziłem, ot po prostu zaszło jedno z całego szeregu drobnych, symbolicznych zdarzeń, bombardujących hierarchie i przyzwyczajenia ubiegłego stulecia. W zbiorach jednej z popularnych stron www publikujących – według oficjalnej wersji tzw. sumy kontrolne różnych ciekawych plików, a według nieoficjalnej – oferującej ułatwienia w dostępie do filmów, muzyki, gier i wszelkiego innego dobra chronionego prawami autorskimi, pojawił się niepozorny link, jeden z wielu. Po kliknięciu nań klient sieci p2p odnajdywał ścieżkę do pliku z słynną, chronioną przez kilka dekad przed niepowołanymi i profanami rejestracją ostatniego spektaklu Teatru Laboratorium Jerzego Grotowskiego – „Apocalypsis cum figuris”. Krótko mówiąc, ktoś wrzucił „Apocalypsis” do internetu, a szereg innych ktosiów zaczął go partiami zasysać i przekazywać dalej, każdemu, kto tylko sobie zażyczył. Każdy mógł się na własną rękę przekonać dlaczego Boss ograniczył dostęp do tego zapisu, o tym, jak bardzo jest nieudany, fatalny technicznie, kompletnie nieczytelny, prawie bez dźwięku. Dzieło ogłoszone jednym z największych – w rekordowo nieudanej video-dokumentacji.

 

Jak zwykle chorujemy na Wschód. Na Litwę. Na Ukrainę, na Białoruś. Bezsprzecznie i nieodwołalnie. Z własnej, nieprzymuszonej woli.

To trudna choroba, w zasadzie nieuleczalna – na szczęście w obecnych polskich realiach dość rzadko spotykana. Szerzą się co prawda od czasu do czasu stany podgorączkowe, zazwyczaj w okolicy wyborów parlamentarnych czy prezydenckich, kiedy prawa i lewa strona naszej sceny politycznej na chwilę przenosi tam swoją kampanię, ale faktem jest, że nieliczni „zarażeni wschodem” nie wpływają na konsensusy i hierarchie polskiego dyskursu. Mimo wszystko – spróbujmy.

1569-2009. 440 rocznica zawarcia Unii Lubelskiej. Nie mogliśmy być obojętni wobec tego doniosłego faktu dla historii Europy. Z tej okazji Dział Wschodni miesięcznika w całości poświęcony został problematyce stosunków polsko-litewskich, nie dość obecnej w dyskursie medialnym, często w ogóle nieobecnej w świadomości obydwu narodów. Skupiliśmy się na problemach bliższych nam czasowo, na kwestii sporów wokół karty Polaka, będącego wypadkową historycznych zaszłości między Polakami i Litwinami, oraz na kondycji kultury polskiej na Litwie. W nowym cyklu tłumaczeń białoruskiego miesięcznika „Arche” udostępniamy czytelnikom artykuł odsłaniający nieznane fakty dotyczące tajnych porozumień litewsko-białoruskich z 1923 roku, zorientowanych na dyplomatyczną walkę z Polakami.

Co najmniej od zamierzchłych czasów mody na semiotykę wiadomo, że brak tekstu też może być tekstem, choć wcale nie trzeba semiotyka do zdroworozsądkowego stwierdzenia, że milczenie najczęściej bywa wymowne. A  zatem, w tym miesiącu w „kulturzeenter” – milczymy. Milczymy wymownie. Na tematy narodowe. Milczymy za pomocą ankiety „Polak przyszłości – model do składania”, rozpisanej wśród luminarzy współczesnej (polskiej) myśli, która wzbudziła wśród tychże luminarzy dość mikry, aczkolwiek ciekawy odzew. W jednej z nielicznych odpowiedzi Tadeusz Nyczek przywołuje nas do porządku, twierdząc, że jest to jedna z tych ankiet, które prowadzą donikąd i niczego nie rozwiążą (choć ankiety nie są od rozwiązywania). Każdy, kto weźmie w niej udział, ma szanse znaleźć się wyłącznie po jednej albo drugiej stronie starej barykady mentalno-światopoglądowej, najcelniej sformułowanej w XIX wieku przez rosyjskich filozofów: można oto zostać albo zapadnikiem wyznającym liberalno-europejskie wartości, albo słowianofilem zapatrzonym jedynie we własne narodowe racje. U nas to trwa od stuleci, a co najmniej od „Pana Tadeusza” i wcale nie widać, żeby coś się tu zmieniło. Polecając uwadze czytelników motywacje nyczkowego pesymizmu, nieśmiało opowiem o naszych sposobach walki z milczeniem, w których przejawiają się typowe dla młodzieńców w naszym wieku (niecały rok!) skłonności do ulegania nadziei – na trzecią drogę, jakiś poboczny, dywersyjny dyskurs na tematy polskie i narodowe.

W Biłgoraju ulicę, która miała się nazywać ulicą Issaca Bashevisa Singera, ostatecznie nadano imię księdza Popiełuszki. Sami mieszkańcy często nie wiedzą, kim był Singer, skąd pochodził i dlaczego mają być dumni, że właśnie z Biłgoraja, zaś niektórzy z tych co wiedzą, raczej „wiedzą swoje” i może lepiej, żeby nie wiedzieli. No, może z wyjątkiem Biłgorajskiego Stowarzyszenia Kulturalnego imienia I. B. Singera. Z innych spraw, o których nie do końca było wiadomo – niedawno powstało pytanie, gdzie dokładnie kończył się teren biłgorajskiego kirkutu, a jak już wszyscy się dowiedzieli gdzie, to nikt z tego nie był zadowolony. Jeśli zaś chcemy dowiedzieć się, co o nas wiedzą, myślą i piszą nasi przedwojenni żydowscy koledzy i koleżanki, wystarczy sięgnąć do Churban Bilgoraj. Właśnie ukazuje się polskie tłumaczenie księgi pamięci Biłgoraja – jako jedno z pierwszych w kraju.

Oczywiście. Nie przeczę. Stwierdzenie faktu, że otaczająca nas przestrzeń determinuje wszystkie zachowania i ogląd rzeczywistości, trąci banałem. A może głośne i dobitne wypowiadanie banałów jest zajęciem ekscytującym, najlepszą terapią na ponowoczesne nudy? Bo gra nie toczy się tu bynajmniej o intelektualne spekulacje, o przerzucanie kartek z książek Mircei Eliadego, Martina Heideggera, Waltera Benjamina, Yi-Fu Tuana czy Edwarda T. Halla, ale o najpotoczniejsze z potocznych doświadczeń, o obłąkany pejzaż ulic naszych miast, dotkniętych chaosem, i o wysepki sensu wyrąbywane dla siebie przez lokalne społeczności. Uwagi pp. Czytelników polecamy pierwsze teksty z nowego działu naszego miesięcznika, w którym będziemy publikować teksty poświęcone perypetiom przestrzennym…

Niewiele jest państw, które mogą sobie pozwolić na medialne nieistnienie, na stosunkowo dużą wewnętrzna niezależność. Na milczenie nawet wtedy, gdy tuż za granicą, u najbliższych sąsiadów, w Gruzji, toczy się wojna. Pozwolić sobie może na to bogaty, ten, który na swoim podwórku ma wszystko, co niezbędne do życia. Azerbejdżan – kraj z krótkich prasowych notek, pachnąca naftą aksamitna satrapia, obiekt westchnień Zachodu, który chce wyrwać się z objęć Moskwy. Bohater polskiego snu o energetycznej ścianie wschodniej od Azerbejdżanu po Estonię.

Niedawno redaktorzy miesięcznika „Więź” wspominając minione lata podzielili się z czytelnikami pewnym znamiennym doświadczeniem. Oto w kontaktach z zagranicznymi redakcjami „Więź” zawsze miała problem z adekwatnym przetłumaczeniem swojego tytułu. Ulegając pokusie łatwego uogólnienia można wysnuć z tego przykładu nieco ryzykowną tezę – o tym, że więzi zazwyczaj bywają nieprzetłumaczalne. Chociaż potrzeba wspólnych kodów i idiomów jest uniwersalna, to na poziomie realizacji podlega tak rozlicznym i subtelnym podziałom, że tylko obecność „pomiędzy”, okrakiem na barykadach, daje szansę ich wyodrębnienia i poddania oglądowi. Tym większa trudność, że tradycje zastane i te dopiero pączkujące – przenikają się i wzajemnie na siebie oddziałują. Nad zabiegami transmisji pomiędzy sensami, tożsamościami i warstwami czasu unosi się zatem nieuchronność lost in translation.

Wciąż nie mogą się pozbyć balastu historycznych pomówień, półprawd rodzących się w nieuważnym oglądzie ich sprawy, stereotypów gorliwie pielęgnowanych, będących pożywką dla utuczonych mitów, rozwichrzonych bujd i jakże znakomitych niejednokrotnie bredni. Białoruś i Ukraina, wyrodne dzieci Rosji, niewdzięczni bracia młodsi, zbuntowane carskie kolonie, blade emanaty Moskwy, z pożyczoną historią, nieswoim teatrem, poezją deklamująca się w obcym języku. Umoczone w micie chyba największym – jednej, odwiecznej Rusi, w micie, który odmawia im rodzimej kultury. I my w tym, sąsiedzi, Europejczycy, którym bliskość geograficzna tych dwu narodów jest często za dowód i usprawiedliwienie rzekomej wiedzy. Tak naprawdę zaś, gdy próbujemy choćby w samych sobie sformułować jeden argument za ich swoistością, wchodzimy w mroczny rejon.

Interesuje nas Nowy Jork i Józefów. Nie brzydzi przysłowiowa Kozia Wólka, nie lękamy się Brukseli, a intryguje nas Odessa. Chcielibyśmy być trochę światowi a trochę bezwstydnie prowincjonalni – napisano kiedyś we „wstępniaku” do pewnego miesięcznika kulturalnego. Od czasu kiedy numer zawierający te słowa ujrzał światło dzienne, minęła dokładnie dekada.