
Czy 21 czerwca, kiedy to dowiedzieliśmy się które polskie miasto zostanie Europejską Stolicą Kultury, nastąpiło istotne w polskiej skali tąpnięcie?
Naiwnością, której zresztą ochoczo pragniemy ulegać, jest mniemanie, że kilka lat konkursu, a zwłaszcza ostatni rok starań przewartościowały powszechne poglądy, tak jak chcą tego aktywiści zmiany poprzez kulturę z takich inicjatyw jak Obywatele Kultury.
Owszem, w wielopoziomowo związanych światach artystów, menadżerów, dziennikarzy, samorządowców, NGO-sów, społeczników, czy po prostu wśród ludzi czynnych, zwłaszcza w pięciu finałowych miastach, decyzja Komisji konkursu pod wodzą Manfreda Gaulhofera wywołała potężne napięcia. Ale nie oszukujmy się. Poza bezpośrednio zainteresowaną tzw. „branżą”, gorączka podsycana przez media, wsłuchane pilnie w głosy rozżalonych, ma niewielkie szanse na dłuższe życie. Balast ważniejszych, czy też donośniejszych tematów dyskursu publicznego przykryje ją w kilka dni. Horyzont roku 2016 to z punktu widzenia medialnej rozmowy publicznej czy nawet autentycznego, nie programowanego społecznego zainteresowania jest czymś w rodzaju „2001: Odysei kosmicznej”, nakręconej przez Kubricka w 1968 roku.
Dlatego tym bardziej powinniśmy wsłuchać się w, zasadniczo odmienny od polskich przyzwyczajeń, timing tego projektu.