O kulturze na „wyspie szans”.

Debata poznańska

Kultura nie jest dla wszystkich, ale – jest dla każdego. I ma za zadanie każdemu z nas – a nie tylko „kompetentnym kulturalnie” wybrańcom – stwarzać szanse na spełnienie naszego osobistego potencjału.

Prezentujemy wybór artykułów opublikowanych w numerach 10, 11/2011 i 1, 3, 4, 6/2012 roku na łamach „IKS-a” (Poznańskiego Informatora Kulturalnego, Sportowego i Turystycznego). Zachowaliśmy tytuły i opracowanie redakcyjne oryginałów. Skróty pochodzą od redakcji „Kultury Enter”. Przedruk dzięki uprzejmości „IKS-a”. Dziękujemy! (gk)

Po co nam ten sztab?

(Listopad 2011)

Ewa Obrębowska-Piasecka

Sztab antykryzysowy na rzecz poznańskiej kultury powstał prawie rok temu. Zrzesza ponad 160 osób. Był spontaniczną, oddolną reakcją na frustrację związaną z przegraną Poznania w staraniach o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Reakcją – paradoksalnie – pozytywną. Efektem jego wielomiesięcznych działań będzie bowiem Poznański Kongres Kultury. Wszyscy możemy wziąć w nim udział, bo wszystkich nas dotyczy.

Po co nam ten sztab?

8 grudnia ubiegłego roku sztab ogłosił swoje istnienie, a także diagnozę kryzysu, w którym znalazła się poznańska kultura. Nie poprzestał na tym: przedstawił też swoją propozycję wyjścia z zapaści – zorganizowanie Poznańskiego Kongresu Kultury, na którym przedstawione zostaną propozycje reform. – Nie zajmujmy się szlachetną ideą kultury jako takiej – zajmijmy się konkretem: zarządzaniem kulturą w Poznaniu – przekonywali sztabowicze.

Jak to się zaczęło?

Atmosfera w klubie Meskalina, gdzie odbyła się pierwsza konferencja prasowa, była bardzo rewolucyjna: wielu sygnatariuszy wywodzących się z różnych kulturalnych środowisk, dziennikarze wszystkich poznańskich mediów, przedstawiciele władz. Tak głośno, tak serio, tak zbiorowo – nie mówiło się o kulturze w naszym mieście od dawna. Nie pamiętam, żeby mówiło się kiedykolwiek. Przez media przetoczyły się dyskusje: entuzjastyczne, powściągliwe, krytyczne. Pojawiły się różne komentarze. Najpierw te najostrzejsze: Kim „oni” właściwie są oraz jaki mają w tym interes? Skąd „oni” wiedzą, jak będzie lepiej? Czy to jest przeciwko „władzy”, czy z „władzą”? Nie mamy żadnego kryzysu – w Poznaniu dużo się dzieje! Przecież to niemożliwe, żeby artyści się dogadali między sobą! Środowisko sobie pomarudzi i nic z tego nie wyjdzie – a wszystko za pieniądze podatników! Kilkoro sygnatariuszy opuściło zresztą szeregi na wieść o tym, że choć działania członków sztabu mają wyłącznie charakter społeczny, otrzymał on dotację miasta na organizację kongresu: żeby wynająć sale, zlecić badania, zaprosić gości… Pojawiło się też wiele głosów wsparcia: Jesteśmy z wami! Nareszcie coś się ruszyło! Potrzebujemy zmian! Byli też tacy, którzy nie komentowali. Pozostali z boku. A potem na długi czas zrobiło się cicho.

Na czym to polega?

Wielu z Państwa o powołaniu sztabu prawdopodobnie nie wie. Wielu być może właśnie się dziwi, że sztab wciąż istnieje. Są niewątpliwie i tacy, którzy zastanawiają się nad tym, po co właściwie istnieje? Spróbuję od powiedzieć – najuczciwiej jak umiem. Daję sobie do tego prawo, bo na własne oczy widziałam, jak odbywały się przygotowania do Poznańskiego Kongresu Kultury zaplanowanego na początek przyszłego miesiąca (1-3.12.2011), w które na rok zaangażowało się kilkadziesiąt osób. Też biorę w tym udział. Najpierw było podniośle i rewolucyjnie – w całej Polsce powiewały zresztą sztandary obywatelskich ruchów kulturalnych i miło było wpisać się w ten łopot. Potem zaś przeważnie było już żmudnie, a często nawet… nudno, bo szczytne idee i żarliwe dyskusje trzeba było w końcu przełożyć na konkrety. Bardzo dużo konkretów. Sztab jest inicjatywą społeczną i oddolną – nie pozbawioną jednak ram i struktury. Czy nie dało się jakoś prościej? Mniej formalnie? Ano nie: sztabowiczom od początku przyświecała bowiem zasada demokratyczności, transparentności oraz rzetelności i skuteczności działań. Życie pokazało jednak, że wcale nietakłatwo być wiernym zasadom: wymaga to i czasu, i zaangażowania, i determinacji, i – bardzo czasem nieznośnej – konsekwencji. W drodze do wychodzenia z kryzysu zdarzały się więc także… kryzysy. Bywało tak, że szeregi nagle topniały (ale potem znowu się przeważnie zagęszczały). Bywało tak, że spory przybierały na radykalności i zwaśnione strony potrzebowały czasu, żeby policzyć do dziesięciu (ale potem jednak mimo wszystko próbowały się porozumieć). Bywało wreszcie i tak, że do głosu dochodziło proste pytanie: Po jakie licho się w to wszystko angażować, skoro można robić tyle innych, znacznie przyjemniejszych rzeczy? I niezmiennie padała odpowiedź: Jeśli tego nie zrobimy sami, to nikt tego za nas nie zrobi. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. A z tym już się dyskutować nie dało.

Jak to działa?

W sztabie o wszystkim stanowi Walne Zgromadzenie sygnatariuszy, które głosuje nad każdą decyzją. Takich walnych zebrań odbyło się kilkanaście: czasem tłumnych, czasem nietłumnych. Z upiorną regularnością w gorących okresach nawet kilka razy w tygodniu – zbierała się (i zwykle obradowała do późna w nocy) Grupa Organizacyjna, odpowiedzialna za ogarnianie całości sztabowych działań (w tym także otwartych debat, warsztatów) oraz Grupa Merytoryczna, koordynująca prace Grup Roboczych. Średnio raz w tygodniu spotykała się każda z sześciu Grup Roboczych, zajmujących się sprawą najważniejszą, czyli przygotowaniem rekomendacji – propozycji konkretnych zmian dotyczących zarządzania kulturą w wielu jej aspektach. Oto nazwy grup:

  • Partycypacja obywatelska w zarządzaniu kulturą
  • Nowoczesna instytucja kultury i współpraca międzysektorowa
  • Ocena i ewaluacja przedsięwzięć kulturalnych
  • Promocja kultury i promocja miasta przez kulturę
  • Infrastruktura kultury
  • Edukacja kulturalna i uczestnictwo w kulturze

Te nazwy brzmią bardzo obco, a nawet odstraszająco – także dla wielu członków sztabu, którzy po wielokroć spierali się o to, jakim językiem rozmawiać o kulturze. Co się jednak za tymi nazwami kryje? Dokładnie to, z czym mamy do czynienia na co dzień: jako organizatorzy imprez kulturalnych i jako ich uczestnicy, jako zarządzający kulturą i jako zarządzani. Któż z Państwa nie brał udziału w płomiennych kuluarowych debatach nad tym, że władza nie liczy się z głosem środowiska, że wyniki konkursów na dyrektorów instytucji są z góry przesądzone, że miasto nie promuje artystów, że publiczności brakuje rzetelnej i pełnej informacji o wydarzeniach kulturalnych, że potrzebujemy nowoczesnej sali koncertowej, że wciąż walczymy z biurokracją, że pieniądze zawsze dostają ci sami, że artyści są bezdomni, że poznańska kultura nie ma na siebie pomysłu, że wciąż nieudolnie leczymy kompleksy… Te tematy można mnożyć w nieskończoność. Można też w nieskończoność narzekać. Tym razem jednak sprawy poszły dalej: Grupy Robocze ślęczały nad ustawami, studiowały regulaminy, rozporządzenia, zarządzenia, statuty, przeprowadzały ankiety, zlecały badania, liczyły, mierzyły, sprawdzały i cały czas spierały się o to, jak połączyć teorię z praktyką, bo większość ich członków to praktycy, którzy na co dzień zmagają się z – ponurą często – rzeczywistością. Po kilku miesiącach zmagań dopracowały się rezultatów (…) [ – rekomendacji opublikowanych na: www.poznanski-kongres-kultury.org – gk.].

Co teraz?

Sztab wykonał pewną część pracy: niemałą i żmudną, ale wcale nie najważniejszą. Przed nami to, do czego przez rok zmierzaliśmy, czyli Poznański Kongres Kultury, na którym przedstawione zostaną oficjalnie rekomendacje dotyczące konkretnych reform.(…) Jeszcze przed kongresem czeka nas jeden bardzo ważny etap, może nawet najważniejszy: otwarte konsultacje proponowanych przez Grupy Robocze rekomendacji. Można w nich będzie uczestniczyć osobiście lub za pośrednictwem Internetu.(…) To czas, w którym naprawdę każdy z Państwa może wziąć aktywny udział w dyskusji o poznańskiej kulturze: takiej o jakiej marzy, jakiej się domaga, do jakiej ma prawo, o jaką gotów jest się spierać, a nawet zawalczyć. Grupy Robocze starały się przygotować jak najrzetelniejszą bazę do tej dyskusji: żeby była rzeczowa, merytoryczna, uporządkowana. Żebyśmy – po raz kolejny – nie rozmawiali o tym samym , co zawsze, czyli o tym, że jest źle. Żebyśmy wreszcie spróbowali porozmawiać o tym, jak to wspólnie zmienić. Można oczywiście być przekonanym, że żadne zmiany nie są nam do niczego potrzebne. Można też nie wierzyć w to, że są możliwe. Można uznać, że szkoda tracić czas na gadanie – lepiej po prostu dobrze „robić swoje”. Można wreszcie – nieco ironicznie –pytać: Ciekawe, jaki też będzie ten Poznański Kongres Kultury? Ale odpowiedź jest tak naprawdę tylko jedna: będzie dokładnie taki, jak my wszyscy razem wzięci i jak każdy z nas z osobna. Innych nas po prostu nie ma.

PS. Proszę wybaczyć nieco organizacyjno-agitacyjny ton tego tekstu. Wynika on niewątpliwie z tego, że udzieliła mi się sztabowa gorączka. Ale przemawia przeze mnie także rozsądek: najnormalniej w świecie byłoby mi żal, gdyby tyle pracy miało się zmarnować. W Poznaniu to po prostu nie uchodzi! Dlatego mam nadzieję, że spotkamy się bardzo licznie i w listopadzie na otwartych konsultacjach rekomendacji, i w grudniu na kongresie. Liczy się każdy głos, żeby czegoś ważnego w tym zamieszaniu nie zgubić, nie przegapić, nie zatracić.

Ewa Obrębowska-Piasecka

___________________________________________

Atomowa siła indywidualnych olśnień

(październik 2011)

Przemysław Kieliszewski, Marcin Poprawski

Wierzymy w Poznań, w jego zbiorowe „ja”, w otwierającą siłę kultury, która go przemieni, w etos Wielkopolan, który musi się odradzać w oparciu o krytyczną refleksję, spojrzenie na siebie oczami innych, konkretne działania dla dobra wspólnego. (…)

Aksjomat: dialog

Nie unikniemy wejścia w sferę wartościowania zjawisk kulturowych. Bez tego nie może być bowiem mowy o prawdziwej dyskusji. Mamy jednak nadzieję, że z pewnego poziomu ogólności, na którym chcemy pozostać, wynikać może więcej niż z argumentowania, dlaczego jeden chór jest lepszy od drugiego, a poziom jednej orkiestry daje satysfakcję i inspiruje w przeciwieństwie do innej. Nie chodzi przecież o to, by komuś konkretnemu wytykać błędy, a innego chwalić. Chodzi o system, chodzi o strategię. A zły system – jak pokazują wcale nie tak odległe doświadczenia sprzed 1989 roku – potrafi z dobrych ludzi uczynić łajdaków, złamać artystyczną karierę czy pogrzebać największy talent. Chodzi więc o normy i zasady, które stanowić mogą kryteria kształtowania i oceny polityki kulturalnej – rozumianej jako wdrażanie strategicznych rozwiązań w oparciu o pewną wizję kultury i jej społecznej roli. Chodzi również o wizję człowieka i wizję polis – fascynującej mieszanki różnorodnych jednostek i zjawisk. Mogą one współtworzyć dobrobyt, kreować dynamiczny wzrost w oparciu o stwarzane możliwości indywidualnego i wspólnotowego rozwoju, zaufanie do systemu, w którym jednostki i organizacje funkcjonują oraz dialog jako nieodzowną normę komunikowania się podmiotów sobie równych, jak i władzy ze społeczeństwem. Dialog jako przejaw szacunku dla odmiennych potrzeb i aspracji, a także możliwość uzgodnienia i przyjęcia wartości, które będą chronić wspólnotę przed degradacją, a wpływać na jej rozwój.

Sfera prywatna, sfera publiczna

Jak to przełożyć na konkrety? Na rzeczywitość? Myślimy tu o uwarunkowaniach kulturowych i konsekwencjach wynikających ze świadomego albo inercyjnego funkcjonowania tradycji, mechanizmów społecznych, instytucji czy wreszcie relacji międzyludzkich. Myślimy o tej sferze, którą nazywamy publiczną, a która – jak instytucje kultury, czy organizacje pozarządowe – finansowana jest z podatków. Interesujące sąoczywiście spektakularne sukcesy poznańskich kapel (Acid Drinkers, Muchy, Lux Torpeda czy Rust), frekwencja i przychody multipleksów czy wypełnione kluby i wyprzedane bilety podczas koncertów rockowych i pop. To sfera przedsiębiorczości i rynkowego ryzyka. Sferze tej należy się najwyższy szacunek. To ona generuje podatki. Konkurencja na rynku dopuszcza w tej sferze takie kryterium jak efektywność. Nie przystaje ono z pewnością w pełni do wielu obszarów sztuki czy edukacji kulturalnej. Może jednak prowokować pytanie o to, dlaczego Teatr Roma czy Buffo w Warszawie, Teatr Muzyczny z Gdyni produkują najwyższej klasy dochodowe (komercyjne) produkcje musicalowe, pokazywane np. w poznańskiej Arenie, a poznański Teatr Muzyczny – mimo kilku talentów w nim śpiewających – nie. Sądzimy, że jest to spowodowane zaniedbaniami w odczytywaniu mechanizmów nowej rzeczywistości oraz dalekosiężnego pomysłu na to, czym dana instytucja ma być – czyli braku strategii. W instytucji publicznej – podobnie jak na koncercie rockowym – wysoka frekwencja, jak ostatnio w Filharmonii, bardzo cieszy, ale jednak nieco inaczej. Z pewnością nie może być bowiem jedynym i podstawowym kryterium oceny, jak w przedsiębiorstwie, dla którego oznacza po prostu większe zyski. Tu ceny biletów nie pokrywają nawet ćwierci kosztów „produkcji”. Właśnie ze względu na finansowanie publiczne należy spodziewać się w artystycznych instytucjach publicznych najwyższej jakości przedstawień i koncertów. Tak, by mogły one wywołać szereg „indywidualnych olśnień” (to określenie Włodka Naumczyka z otwarcia jednego z pierwszych cyfrowych kin na tzw. wielkopolskiej prowincji – w Wągrowcu).

Między samorządowym i pozarządowym

Organizacja społeczna (fundacja czy stowarzyszenie) statutowo kieruje się jeszcze innymi kryteriami. Angażuje społeczność do działania, jest elastyczna, nastawiona na ruch, zmianę, nazywanie i rozwiązywanie problemów społecznych wokół siebie, a nie na efekt finansowy. Tu też ważny jest właściwy dobór formy prowadzenia działalności kulturalnej do jej specyfiki – ta się często na naszych oczach zmienia, a zmiany generują problemy. Tak jest, np. z Towarzystwem Muzycznym im. H. Wieniawskiego czy Fundacją Malta. Obie organizacje produkują wysokiej klasy, wysokobudżetowe przedsięwzięcia. Chcą mieć gwarancję finansowania projektów z odpowiednim wyprzedzeniem, umożliwiającym profesjonalne działanie. W Poznaniu – mimo wielu prób, których byliśmy świadkami w komisji konkursowej dla organizacji pozarządowych – nie wykształcił się właściwy mechanizm wsparcia w tym zakresie. Powoduje to z jednej strony niemożność właściwego rozwoju Konkursu im. H. Wieniawskiego, z drugiej wiele niepotrzebnych emocji wokół festiwalu Malta. Sposobem na rozwiązanie tych problemów powinna być przejrzysta współpraca międzysektorowa. Naturalnym i nieodzownym instytucjonalnym partnerem Konkursu im. H. Wieniawskiego była i powinna być silniej Filharmonia Poznańska. Budżet Malty musi zostać wydzielony z konkursu ofert dla organizacji pozarządowych. Stwarza się bowiem ułudę konkurencji z innymi organizacjami, która podważa niepotrzebnie zaufanie do władzy, a także powoduje animozje środowiskowe.

Kwestia zaufania

Przejrzystość reguł gry i zaufanie do nich są kluczowym elementem współpracy generującej rozwój, w tym również rozwój kultury. Tym różni się kultura gospodarcza południowych Włoch (co badał Edward Benfield) od tej, z którą mamy do czynienia w Europie Zachodniej. Jedna powoduje zastój i pogodzenie się jednostek z niemożnością, druga motywuje do zdrowej rywalizacji, wzrostu konkurencyjności, podnoszenia jakości życia, wyrównywania szans osób, które swój status zawdzięczają wyłącznie kompetencjom. Dyrektor instytucji, wybrany w rzetelnym konkursie i ze szczegółowo określonymi warunkami kontraktu, ma silną pozycję zarówno wewnątrz swej organizacji, jak i wobec samorządu.Skrzypek, który ćwiczy regularnie i jest lepszym muzykiem od pierwszego skrzypka w orkiestrze, ale nigdy nie będzie miał szansy zająć jego pozycji, gdyż nie wykształciły się odpowiednie procedury, w najlepszym razie odejdzie z orkiestry, w najgorszym, przestanie ćwiczyć, nie wykorzysta swego talentu. Podobnie działa dobry mechanizm, ale źle zastosowany: podwyżki dla członków zespołu, ale równe dla wszystkich, bądź zróżnicowane ze względu na długość stażu pracy. Utwierdzają one tylko status quo, dając chwilowe zadowolenie całemu zespołowi. Mechanizm urawniłowki na nieco wyższym poziomie finansowym, zabija motywację i naturalną potrzebę jednostek, by się rozwijać oraz staje w kontrze wobec oczywistej potrzeby, by rzetelna praca była doceniona. Artyści nie są wówczas w stanie wykrzesać z siebie tego, co jest w ich zasięgu, a czego od nich oczekujemy: natchnąć odbiorców swoim kunsztem, spowodować inspirujące „olśnienia”, stworzyć z nimi wspólnotę właśnie. (…) Dlaczego o tym piszemy? Ponieważ wierzymy, jak Szewach Weiss, w „atomową siłę kultury małych miast”. Wierzymy, że te małe wspólnoty w Wielkopolsce, są w stanie zaradzić deficytowi wspólnotowości oraz zatroszczyć się o talenty, które się w nich rodzą. Ale wierzymy też w Poznań, w jego zbiorowe „ja”, w otwierającą siłę kultury, która go przemieni, w etos Wielkopolan, który musi się odradzać w oparciu o krytyczną refleksję, spojrzenie na siebie oczami innych, konkretne działania dla dobra wspólnego. Zacznijmy od odbudowania zaufania.

Przemysław Kieliszewski, Marcin Poprawski

___________________________________________

 

Jak zarządzać wartościami? Kilka refleksji na marginesie Poznańskiego Kongresu Kultury

(styczeń 2012)

Maciej Mazurek

Kongres nie rozwiązał żadnego problemu, nie wytyczył też kształtu polityki kulturalnej miasta. Ale też nie taki był jego cel. Chodziło o zorganizowanie ludzi do działania.

Poznański Kongres Kultury (1-3.12.) ujawnił wiele problemów w relacjach między środowiskiem artystycznym a władzą w Poznaniu i odsłonił kondycję poznańskich elit kulturalnych. Stał się bardzo potrzebną otwartą platformą wymiany opinii między władzą a ludźmi sfery kultury.

Korporacja Made in Poznań

Dynamika przemian społecznych wyprzedza zwykle dynamikę instytucji związanych z władzą i biurokracją. Podstawowym zadaniem dialogu społecznego jest próba połączenia tych dwóch żywiołów z innych porządków. Po utracie przez Poznań szansy bycia Europejską Stolicą Kultury narodził się społeczny ruch na rzecz zmiany jej oblicza, skupiający artystów i działaczy organizacji pozarządowych. Powstał Sztab antykryzysowy, który zdiagnozował stan kultury w Poznaniu i postanowił zorganizować Poznański Kongres Kultury. Gdy uzyskał finansowe wsparcie władz samorządowych w wysokości 200 tys., część sygnatariuszy opuściła powstającą strukturę, wychodząc z założenia, że nie można brać pieniędzy od instytucji, które będzie się potem krytykować. Samo pojęcie sztab pochodzi z wojskowego słownictwa. Ten poznański pracował przez rok w sześciu tematycznych grupach roboczych. Przygotował coś na kształt raportu o stanie kultury i sposobach przezwyciężenia kryzysu. Starał się wypracować konstruktywne i konkretne rozwiązania systemowe możliwe do wdrożenia na poziomie samorządowym. Podjął się zatem bardzo trudnego zadania. Myślenie bardziej o zarządzaniu kulturą niż o niej samej, myślenie w kategoriach systemowych, narzuciło autorom raportu język korporacyjny. Problem w tym, że w materii kultury nie ma prostego rozwiązania, bo kultura to nie korporacja produkująca towary konsumpcyjne. Język raportu, jak i większość wystąpień ekspertów, wpisywały się właśnie w poetykę języka korporacyjnego. Nie pojawiła się nowa oferta kulturalna, a rekomendacje, zdaniem wielu uczestników kongresu, pracowników poznańskich placówek kulturalnych, zawierały opis działań, które są od dawna podejmowane. Wymowne było wystąpienie Pawła Szkotaka, Dyrektora Teatru Polskiego, który prosił o… kontakt z rzeczywistością. Z drugiej strony trzeba sobie zdać sprawę, że sfera usług kulturowych stała się swoistym przemysłem i polityką bez polityki. Kultura stała się czynnikiem sprawczym rozwoju lokalnego. Właściwie zawsze była, ale nie miała takiej samoświadomości, jaką nabyła w naszych czasach za sprawą wejścia w obręb potężnego ekonomicznego metabolizmu. Stąd właśnie technokratyczny język opisu kryzysu i proponowanych zmian, język, w którego eksperckości jest obietnica jakieś realnej zmiany, bo menadżer-ekspert jest dzisiaj autorytetem, zwłaszcza gdy posługuje się słownictwem typu „jak gospodarować ludzkim albo społecznym kapitałem?” i umie to robić. W tym samym stopniu to język opisu technik zarządzania, co miękkiej presji, bo każdy, kto czytał raport, a nie zna języka korporacyjnego, będzie zawstydzony swoją ignorancją, do której nie wolno mu się przyznać. Swego czasu podobny język został narzucony szkolnictwu. Słowo ewaluacja zastąpiło wystawanie ocen. Czy spowodowało to podniesienie poziomu polskiego szkolnictwa? Punktem wyjścia dla 160 sygnatariuszy sztabu było potraktowanie poznańskiej kultury jako cierpiącego na niewydolność organizmu. Należy zatem poddać go rewitalizacji, przekształcając go w nowoczesną, sprawną korporację, która będzie w końcu wypuszczać dobre produkty kulturalne ze znakiem markowym Made in Poznań. Siła oddziaływania kultury korporacyjnej jest tak wielka, że zagnieżdża się ona w języku mimowolnie, nawet w języku tych, którzy nie przepadają za mentalnością korporacyjną. Starsi uczestnicy kongresu, bardziej romantyczni, wyczuwali w tym języku brak czynnika ludzkiego i brak języka wartości.

Nowa era dla kultury?

Co jest tym głębszym, jak się zdaje, powodem powołania sztabu i kongresu? Wkracza w życie społeczne nowa generacja młodzieży, głównie po wydziałach humanistycznych. Upomina się ona o przestrzeń w kulturze dla własnej ekspresji. A w Poznaniu, ale także w Polsce, tych kanałów awansu poprzez kulturę nie ma zbyt wielu. Już nie religia, nie tradycja, nie polityka są przestrzeniami formowania się tożsamości, ale zmienna, frenetyczna kultura, która w przeciwieństwie do tych wymienionych wcześniej, ma walor uniwersalistyczny w Europie, szukającej szczególnie teraz ponadnarodowego spoiwa dla europejskiej obywatelskości. Na marginesie warto dodać, że ta europejska obywatelskość jest szczególnie eksponowana w krajach drugiej prędkości, do których należy Polska. Tym spoiwem zaś jest ideologia braku mocniejszych tożsamości, co generuje konieczność ciągłego budowania własnego oblicza przez młodego człowieka, właśnie poprzez kulturę, która dostarcza inspiracji i doznań. Jest to sytuacja nowa. Zmiana, ruch, rewolucja, ciągłe stwarzanie siebie na nowo, niechęć do tradycji, a szerzej do wszystkiego, co ma mocniejszą formę, to treść i zasada budowania indywidualnej tożsamości. Użycie języka korporacyjnego pozwala tę treść i zasadę przenieść na drugi, trzeci plan. Język korporacyjny funkcjonuje poza wartościami, które w naszych czasach, czasach radykalnych podziałów, tworzą konflikty. I są niepożądane, bo różnicują ludzi. W dobie globalizacji i Internetu wydaje się zacierać stary podział na widzów i scenę. Zupełnie odrębnym zagadnieniem jest czy to, co nowe, jest lepsze od tego, co odchodzi. Sposobem na zagospodarowania tej nowej sytuacji jest zdaniem sygnatariuszy demokracja partycypacyjna i inkluzja, czyli ożywienie przez kulturę zaangażowania i zaangażowanie wykluczonych w życie społeczne. Jednak wielu krytyków kultury, niekoniecznie konserwatywnych, zwraca uwagę, że te pojęcia są sposobem ukrycia procesu zaniżania standardów, swoistego pięknie się nazywającego równania w dół i wpisują się w kulturę schlebiania. Kultura wobec zniechęcania polityką wielu członków społeczeństwa, staje się miejscem spotkania i budowania więzi. Elity kulturalne upatrują w tym szansę mobilizacji tych zniechęconych lub młodych apolitycznych w celu kreowania ich na swoje podobieństwo, bo złudzeniem jest, że w wyniku ustawicznego procesu demokratyzacji społeczeństwa elity znikną, a lud w całości stanie się elitą. Dzisiejsza elita kulturalna posługuje się po prostu antyelitarnym językiem. Prezydent Ryszard Grobelny, w trzecim dniu kongresu, przy końcu obrad, ustosunkowując się do tego, co usłyszał, powiedział, że zabrakło mu języka wartości. To zakrawa na paradoks, że ten posądzany o nadmierny technokratyzm prezydent na kongresie o kulturze mówił o wartościach i jednocześnie to, co mówił, nie było tylko zgrabną retoryczną figurą. Jak to możliwe, że zasadną okazała się uwaga technokraty na obradach gremium, które zawodowo zajmuje się wytwarzaniem wartości? Wydaje się, że te założenia dotyczące wartości były wpisane w samą istotę kongresu, w sposób tak oczywisty, że jego organizatorzy nie widzieli potrzeby rozwijania tego wątku. Tą wartością był sam kongres jako przejaw obywatelskiego działania. Kongres to partycypacja i inkluzja w praktyce.

Wcielona w życie idea.

Jaka partycypacja w Poznaniu?

O wartościach ruchu społecznego ku partycypacji mówili zaproszeni na kongres tacy prelegenci, jak Edwin Bendyk z Polityki, Marek Beylin z Gazety Wyborczej czy prof. Wojciech Kłosowski. Są to osoby kojarzone z lewą stroną sceny intelektualnej. Demokracja partycypacyjna i inkluzja to pojęcia, które są nośnikami wartości. Ta wartość polega przede wszystkim na konieczności walki z wykluczeniem społecznym, obroną przed degradacją wielu ludzi. Nieprzypadkowo na kongresie znalazł się przedstawiciel środowiska Rozbrat, reprezentujący anarchistów. Andrzej Maszewski, jeden z głównych organizatorów kongresu i człowiek z pasją obywatelską, mówił na kongresie, że żaden model partycypacji nie ma szans bez obywatelskiego zaangażowania. Jeśli to zaangażowanie nie będzie wymagało od uczestników wielkiego wysiłku, to potencjalnie możliwa jest duża liczba ludzi, ale jednocześnie ten brak wysiłku nie stworzy trwałego, mocnego zaangażowania. Spoiwem takiego zaangażowania w kulturę muszą być mocniejsze uczucia, na przykład miłość do Poznania, do lokalności. To zaś generuje akcentowanie tradycji w polityce kulturalnej, czego organizatorzy kongresu raczej nie chcą, bo patrzą w przyszłość i myślą o kulturze w Poznaniu w kategoriach globalizacji. Gdy w jednej z luźnych wypowiedzi pojawił się pomysł, aby w ramach promocji miasta i regionu stworzyć film fabularny o Mickiewiczu i jego romansie z Konstancją Łubieńską podczas powstania listopadowego, pojawiły się – nie wiedzieć czemu – głosy oburzenia.

Dublowanie struktur?

Warte przeanalizowania są konkretne, praktyczne pomysły zespołów Sztabu antykryzysowego – stwierdzali jednomyślnie przedstawiciele władzy. Zwracano uwagę na potrzebę usprawnienia komunikacji, a także na transparentność konkursów na dyrektorów instytucji, jak i wydawania publicznych środków. Postulowano konieczność egzekwowania obowiązku publikacji strategii i sprawozdań finansowych oraz wyników ewaluacji w Biuletynie Informacji Publicznej. Temu celowi ma służyć powołanie do życia m.in. organu doradczego w postaci Funduszu Ewaluacyjnego i Eksperckiego oraz Lokalnego Generatora Kultury. Trudno kwestionować to, co z zasady jest słuszne. Problemy wyłaniają się gdzie indziej. Rolę eksperta łatwo zdefiniować w przypadku ekonomii czy nauk przyrodniczych. Co to znaczy ekspert od kultury? Z jednej strony na kongresie mówiło się dużo o konieczności demokratyzacji gustu, autentyczności, a z drugiej zakłada się powołanie ekspertów od wyznaczania standardów estetycznych. Mówiono o ekspertach niezależnych. Pojawia się zaraz pytanie: niezależnych od czego? Lokalny Generator Kultury ma być miejscem doradczym i szkoleniowym dla twórców, przedstawicieli organizacji pozarządowych, pracowników instytucji kultury, urzędników. Oprócz porad natury technicznej Generator Kultury byłby miejscem tworzenia treści kulturalnych. Jaka miałaby to być treść? Tego na kongresie się nie dowiedzieliśmy. Krytycy tych pomysłów zwracali uwagę, że jest to dublowanie struktur urzędniczych UM w celu kontroli i współudziału w rozdziale środków finansowych. Działający na pierwszej linii kultury, mam na myśli głównie pracowników bibliotek, podkreślali także, że w wielu miejscach rekomendacje sztabu to wyważanie otwartych już drzwi, bowiem ta emancypacyjna praca-misja jest cały czas prowadzona. Kongres żadnego problemu nie rozwiązał, nie wytyczył też kształtu polityki kulturalnej miasta. Ale też nie miał chyba takich celów. Kongres miał za zadanie, zgodnie ze słowami jednego z prelegentów, zorganizować ludzi do działania. Czy to się udało – przekonamy się w niedalekiej przyszłości. (…)

Maciej Mazurek

___________________________________________

Elity pchają się do władzy? Na marginesie Otwartego Forum Kultury

(marzec 2012)

Marek Piekarski

Kultura nie może być wyobcowana z problemów społecznych. Życie samą kulturą to zwykły snobizm. Co innego podać rękę prezydentowi miasta, co innego zapijającemu się na śmierć z braku perspektyw sąsiadowi.

Obywatelskie Forum Kultury (OFK) to kolejny etap dekonstrukcji władzy i milowy krok w kierunku demokracji partycypacyjnej – tak zapewne interpretują ostatnie działania na polu poznańskiej kultury ich entuzjaści: inteligencja, twórcy, elity. Czy to się jednak rzeczywiście stało? Historia OFK jest krótka, dokonała się zaledwie w kilkanaście miesięcy: przegrany konkurs o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016, powołanie Sztabu antykryzysowego na rzecz poznańskiej kultury, Poznański Kongres Kultury, Obywatelskie Forum Kultury, a na finał jeszcze i powołanie Obywatelskiej Rady Kultury. Czym właściwie były te etapy? Jak je można odczytać, dawkując entuzjazm nieco oszczędniej albo w ogóle bez entuzjazmu? Przyjrzyjmy się im chłodnym okiem.

Zejść na sam dół i ciągnąć wszystko do góry

Dlaczego właściwie mielibyśmy wygrać ESK 2016? Przecież w naszym mieście nie dzieje się w kulturze nic wyjątkowego, ani w kontekście zarządzania, ani w kontekście samej jakości kultury. Powołanie Sztabu antykryzysowego uważam za burzę w szklance wody. Wystarczy popatrzeć, jak sformułowany był list o kryzysie w poznańskiej kulturze, który poprzedzał powołanie Sztabu, i kto go właściwie podpisał? Było to pospolite ruszenie tych, którzy na pytanie „Czy jesteś za kulturą?” odpowiedzieli zgodnym chórem: „Tak!” Gdyby zrobić do tego przypis małym drukiem, wypadałoby dodać: „Tak, tym bardziej że jadę na tym samym wózku”. Popatrzmy też, jak wyglądała praca Sztabu nad jego rekomendacjami i jaki był jej ostateczny efekt, czyli Kongres. Radykalnie określił to Mikołaj Iwański: „Otrzymaliśmy słabe, marketingowe opracowanie problemu, utrzymane raczej w ekonomicznej narracji i odwołujące się do zarządzania, nie zaś do humanistycznych idei i szukania nowego języka”.

Po Kongresie miała się ziścić najważniejsza część owej rewolucji – Obywatelskie Forum Kultury. Miałem nadzieję na to, że wreszcie zacznie się działanie, które schodzi „na sam dół i ciągnie wszystko do góry”, by móc dzięki temu doświadczeniu dokładnie przeanalizować kryzys i rzeczywiście spróbować z niego wyjść. Forum zaczęło jednak swoje działania nie od próby, eksperymentu, zbudowania egalitarnej struktury, ale od usankcjonowania starych hierarchicznych zasad – wybrania Obywatelskiej Rady Kultury. A jakie są kompetencje tej rady? Rada „reprezentuje forum”, nie jest jego „ciałem wykonawczym”, ani tym bardziej czymś wobec niego „służebnym”. Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że moje nadzieje były płonne. Obym się mylił.

Jaka kulturalna piramida!

Wszak ferment w kulturze mógłby stanowić piękny początek generalnych zmian, jakie w Poznaniu są konieczne. Niestety, tendencja jest zgoła odmienna. Paradoksalnie, właśnie pod hasłem rewolucji umacnia się bowiem stare zasady, na jakich nasze miasto funkcjonuje. Zasady oparte o centralizm i hierarchizm z aspiracjami do reprezentowania, zamiast systemu opartego o bezpośrednie uczestnictwo aktywizujące obywateli, odbudowujące demokrację. Dziś mamy prezydenta, wiceprezydenta, dyrektora wydziału kultury, wydział kultury, przewodniczącego rady miasta, radę miasta, przewodniczącego komisji kultury, komisję kultury. Mamy też powołaną do życia oddolnie Komisję Dialogu Obywatelskiego oraz – a jakże! – jej przewodniczącego. Ten system wciąż jednak nie działa. Po co nam zatem Obywatelska Rada Kultury, jeśli w istocie jest ona powieleniem skostniałych zasad rządzenia? Ich struktura przypomina piramidę, gdzie na samej górze zawsze jest jakiś „prezio” – niczym przysłowiowa wisienka na torcie. Ona wieńczy następujące po sobie kolejno warstwy. Każda z tych warstw aspiruje do reprezentowania „wszystkich”, którzy znajdują się w hierarchii niżej niż ona. Kiedy przypatrzymy się tej piramidzie bliżej, okaże się, że ona wcale nie „wyrasta” ze społeczeństwa, ale lewituje ponad nim, unosi się na chmurce, nie mając z pojedynczym obywatelem niemal żadnego realnego kontaktu. Mało tego, nie jest tym kontaktem zainteresowana. To właśnie jest dla mnie źródło kryzysu: w kulturze i w naszym życiu społecznym. Bardzo mnie zatem interesuje uczciwa odpowiedź na pytanie: czy OFK chce aspirować do zostania kolejną władzą, czy też rzeczywiście ma zamiar tworzyć do niej alternatywę, organizując i wspierając ludzi na samym dole?

Lepiej niech elita nie zakłóca

Sfera kultury to jedno z najbardziej newralgicznych miejsc w sprawowaniu władzy. Kto posiada jej przychylność, kto ma w niej inicjatywę, kto potrafi budować tożsamość, wygrywa z tym, kto jej nie ma. Elity kulturalne są potrzebne władzy do jej legitymizacji. Władza jest w stanie sporo oddać na rzecz spokoju, który mogą „zakłócić” znudzone elity, wszak za nimi zwykle ciągną inni – nie tyle niezadowoleni w kwestiach obyczajowych, co ekonomicznych. W tym kontekście znamienne były słowa Ryszarda Grobelnego na otwarciu Poznańskiego Kongresu Kultury. Prezydent powiedział swoje: „Yes, we can”. Co się za tym kryło? Ja to interpretuję tak: „Wszystko, o czym będziecie tu mówić, to prawda. Pytam jednak: co mam z tymi problemami zrobić? Postawcie się w mojej sytuacji, zrozumcie mnie, wejdźcie w moją skórę. Jeśli tak się stanie, nie tylko wasze – dość skromne – żądania o partycypację i dymisję Sławomira Hinca mogą się spełnić. Oddam w wasze ręce gospodarowanie całą kulturą: pieniędzmi, strukturą, strategią. Oczekuję jedynie wzięcia odpowiedzialności”. Czyż nie piękne? I to się udało! Ludzie kultury zrozumieli prezydenta, a prezydent, na dobry początek, odwołał ze stanowiska swojego zastępcę odpowiedzialnego za kulturę i powołał nowego. Wszystko to wygląda na obopólną korzyść. Co jednak z niej realnie wynika? Gdzie czai się niebezpieczeństwo? Odpowiedzialność, o której mówił prezydent, należy postrzegać jako zgodę na operowanie językiem władzy, na współpracę z nią na jej warunkach. A co będzie dalej? Nawet gdyby prezydent oddał kulturę we władanie obywateli, jak się to realnie może przełożyć na demokrację partycypacyjną, demokrację uczestniczącą w naszym mieście? Ano tak, jak to dyktuje ekonomia. Na kulturę w mieście wydaje się 3,5 proc. budżetu – to mniej więcej tyle, ile wynoszą roczne odsetki za stadionowy kredyt. Jeśli za taką sumę władze miasta załagodzą burzące się od kilku lat elity, to w rozrachunku końcowym koszt jest żaden. W rękach władzy nadal zostaje 96,5 proc. budżetu dystrybuowanego w niedemokratyczny, a często i cyniczny sposób. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź władzy jest niezmienna: tak poważnych kwestii nie można rozwiązywać inaczej niż w ścisłym, elitarnym gronie ekspertów. A przecież jesteśmy połączonym społecznym ekosystemem, gdzie wszyscy podlegamy współzależnościom. W duchu egalitaryzmu i solidarności, ideom tak ponoć bliskim inteligencji, mamy prawo do pełnej partycypacji.

Kultura jako niepotrzebny balast

Problemy z kulturą w Poznaniu, w Polsce, wywołały elity, które – na rzecz utrzymania status quo – przestały po 1989 roku brać odpowiedzialność za społeczeństwo, a zaczęły realizować swoje partykularne interesy. W tych interesach nie było miejsca na dyskusję o zasadniczych kwestiach polskiej transformacji: prywatyzowaniu środków produkcji, rozwarstwieniu społeczeństwa, coraz większej biedzie, wykluczeniom i pogłębianiu się różnic klasowych. Nie było na to miejsca, bo elity dobrze się bawiły na bankietach organizowanych przez nowych mecenasów kultury i – świadomie czy nieświadomie – legitymizowały nowy porządek. Tymczasem mecenasi załatwiali w kuluarach swoje interesy kosztem społeczeństwa a – z czasem – także i tych elit, które stawały się coraz bardziej bezużytecznym balastem. Pod koniec lat 90. wyobcowały się aż tak, że przestały rozumieć zubożałe społeczeństwo, a równolegle nie były już potrzebne uwłaszczonej nomenklaturze, która przestała brać pod uwagę jakiekolwiek głosy w kuluarach. Ludzie kultury, w swojej masie, stali się zwykłymi robotnikami sztuki.

Czyim językiem chcemy mówić?

Teza o podziale społeczeństwa 80/20, czyli 20 proc. tych, którzy korzystają z 80 proc. dóbr świata, i 80 proc. wykluczonych, niemających głosu, dysponujących tylko 1/5 dóbr, obowiązywała w latach 90. Dziś nawet owe 20 proc. stopniało na rzecz poszerzenia się marginesu wykluczonych. W ostatnich światowych protestach ruchu nazwanego Occupy używano określenia, że wykluczeni to dziś 99 proc. społeczeństwa. Część elit wyparowała bowiem, spauperyzowała się. Obserwując rewolucję w poznańskiej kulturze, widzę, że większości jej uczestników wcale nie chodzi o przywrócenie prawdziwej demokracji, gdzie 100 proc. społeczeństwa jest sobie równe, ale jedynie o dopuszczenie ich do władzy. O poszerzenie stołu, przy którym liczba miejsc znacznie się ostatnio skurczyła. Czy to się uda? Nie ma mowy! Tort już został podzielony. Jesteśmy jako społeczeństwo zadłużeni do granic możliwości. Potrzeba kultury obnażającej i walczącej ze stanem rzeczy, nie zaś kultury, która jest tylko narzędziem społecznej nobilitacji elit. Kultura dziś to też głos wykluczonych. Objawia się ona przez granie w garażach, malowanie na ścianach, tańczenie na ulicach i wymianę dorobku w Internecie. To, jak w tej sytuacji odnajdzie się Otwarte Forum Kultury, stanie się też jego wartością. Co będzie dalej? Zobaczymy. Nowych warunków nie będzie jednak dyktować liberalna władza, ale bliżej nieokreślony byt wywodzący się z ulicy. OFK cały czas ma szansę zrozumieć tę ulicę, a z czasem stać się jej rzecznikiem. W tym celu trzeba jednak odrzucić język eksperckiej władzy, skupionej na autorytetach, a usłyszeć język społeczeństwa. Tu jest przyczyna i droga wyjścia z kryzysu. Zachęcić ludzi do tego, żeby zabrali głos w swoich sprawach. Dotychczasowa polityka spowodowała w społeczeństwie gigantyczne przepaści, a to odbija się na jego wierze w możliwość dokonania realnych zmian i chęci do działania.

Eksmisja zamiast solidarności

Ta powszechna apatia wynika z tego, że ludzie nie mają poczucia bezpieczeństwa, społecznej solidarności. Niech za przykład posłuży historia z kamienicy, w której za chwilę mamy nadzieję otworzyć naszą księgarnię. Poznaliśmy tam pewną kobietę. Urodziła się i wychowała w tej kamienicy, ale rodzice wyrzucili ją z domu. Zamieszkała więc w piwnicy. Pewnego dnia przyszła do nas delegacja z petycją w tej sprawie. Okazało się, że mieszkańcy chcą usunięcia piwnicznej lokatorki. Nie podpisaliśmy! Długo trzeba było tłumaczyć, że problemem nie są sąsiedzi mieszkający w piwnicy, a władza, która do tego dopuszcza. W ramach solidarności i zwykłej ludzkiej pomocy, petycja powinna być żądaniem o przydział lokalu socjalnego dla sąsiadów, nie zaś wołaniem o ich eksmisję. Powyższa historia jest konsekwencją logiki, jaką serwują nam elity. Brak reakcji w kwestiach zasadniczych, takich jak polityka socjalna władz miasta, pogłębia patologię na samym dole. Człowiek kulturalny budował kiedyś swój status w oparciu o społeczność. Dziś człowieka kulturalnego wyróżnia to, że stać go na wzięcie kredytu na 40 lat, by odciąć się od biedy i odpowiedzialności rozumianej zupełnie inaczej niż ta, o której mówił na Poznańskim Kongresie Kultury prezydent Grobelny. Elita zamyka się w osiedlach obwarowanych kamerami i zasiekami. Ci, których na to nie stać, gniją w rozsypujących się czynszówkach. Końcem tego łańcucha jest kontener przy ulicy Średzkiej. To jest właśnie dominująca dzisiaj kultura. Jako OFK podaliśmy rękę prezydentowi. Czas podać ją indywidualnie zapijającemu się na śmierć z braku perspektyw sąsiadowi. W geście nie tylko kurtuazyjnym.

Marek Piekarski (Sancho)

___________________________________________

Lekcja demokracji wokół Obywatelskiej Rady Kultury

(kwiecień 2012)

Andrzej Maszewski

Poznański Kongres Kultury był kulminacją działania Sztabu antykryzysowego na rzecz poznańskiej kultury. Zakończył jego działalność, przynosząc konkretne propozycje zmian. Nie zakończył natomiast dyskusji nad stanem kultury w naszym mieście, a wręcz przeciwnie – zaproponował taką formę debaty społecznej, aby realny wpływ na nią mógł mieć każdy z nas.

Najistotniejszym do tej pory efektem Poznańskiego Kongresu jest powołanie Otwartego Forum Kultury, zgodnie z nazwą pełniącego rolę przestrzeni dialogu dla wszystkich zainteresowanych. W końcu stycznia na III spotkaniu wyłoniona została 15-osobowa reprezentacja – Obywatelska Rada Kultury. Bardzo różnorodne są opinie o tych wydarzeniach i o przyjętych formach samoorganizacji: od entuzjastycznych i pełnych oczekiwań, do skrajnie negatywnych. Po której stronie nie leżałaby racja lub jej fragment, jedno jest pewne: ożywienie i próba uporządkowania debaty o kulturze w naszym mieście są niezaprzeczalną wartością. Czasami odnoszę wrażenie, że przed powstaniem Sztabu żyliśmy w bezrefleksyjnej, poddającej się inercji rzeczywistości i dopiero jego aktywność przyniosła zmianę tego stanu rzeczy. Choć zdaję sobie sprawę, że jest to niezwykle subiektywny i zapewne zahaczający o megalomanię punkt widzenia, w mojej głowie jakość debaty nad kulturą w Poznaniu podzielona jest wyraźną cezurą daty powołania Sztabu. Przez ostatni rok dokonaliśmy wspólnie kilku kluczowych wyborów. Z niektórymi z nich całkowicie się identyfikowałem, inne z kolei, podjęte mocą głosu demokratycznej większości, sprzeczne były z moim punktem widzenia. Analiza podjętych decyzji, które proponuję prześledzić, jest próbą zobiektywizowanego (w miarę możliwości) określenia miejsca, w którym jesteśmy, a także odnalezienia szans na autentyczność w niewydolnych mechanizmach demokracji.

Nie wszyscy i nie nikt

Wszyscy czyli nikt – ta mocna ocena Sztabu, która pojawiła się zaraz po jego powołaniu, długo brzmiała w naszych głowach. Była konsekwencją pierwszego z dokonanych wyborów. Pod dość ogólną, ale jednak zdecydowanie negatywnie oceniającą sposób zarządzania kulturą w mieście diagnozą podpisało się przeszło 150 osób. Na liście sygnatariuszy znaleźli się zarówno beneficjenci istniejącego stanu rzeczy, jak i najbardziej aktywni krytycy władzy. Wyrazistość Sztabu, jego samookreślenie i wizerunek stały się od początku realnym problemem. Był to czas zaraz po wyborach samorządowych, gdy nie zapadła jeszcze decyzja o tym, kto zostanie wiceprezydentem do spraw kultury. W gronie inicjatorów przedsięwzięcia spędziliśmy kilka godzin na kłótniach o stanowisko w tej sprawie. Zwyciężyła opcja niewspierania protestu przeciw powtórnej nominacji Sławomira Hinca. Argumenty, które przeważyły, były dwa. Po pierwsze – nie chodzi nam o zmiany personalne, lecz systemowe, a po drugie – nie mamy prawa podejmowania decyzji w imieniu wszystkich sygnatariuszy. Wtedy uważałem ową decyzję za błędną. Sposób, w jaki były wiceprezydent rozumiał sprawowanie swojej funkcji, od początku uniemożliwiał jakikolwiek dialog i uważałem, że sytuację tę należy precyzyjnie nazwać. Oburzająca była nie tylko treść słynnego listu, ale także, a nawet przede wszystkim, jego sterowana, anonimowa „oddolność” rodem z epoki PRL-u. A jednak z perspektywy czasu przyjęta przez Sztab logika działania obroniła się. Owi „wszyscy” nie okazali się bowiem „nikim”, a o obrazie rzeczywistości zadecydowała praktyka. Weryfikacja odbyła się na poziomie najbardziej podstawowym, czyli poprzez pracę i zaangażowanie. Wartością najważniejszą stała się przy tym otwartość, gwarantująca każdemu, kto chciał, wpływ na kształt kongresowych rekomendacji.

Nieufność i transparentność

Wśród ludzi zajmujących się kulturą w Poznaniu krytyka urzędników i radnych od lat należy do dobrego tonu. Pielęgnowanie najróżniejszych kompleksów i stereotypów, narzekanie na złe zarządzanie i niewłaściwe wydawanie publicznych środków należą do stałego repertuaru, szczególnie rozmów toczonych nieoficjalnie. Działalność Sztabu antykryzysowego była próbą wyjścia z owego bezproduktywnego stanu niezadowolenia. Rewolucję postanowiliśmy rozpocząć od siebie. Aby móc serio rozmawiać z władzami, należało najpierw uporządkować podstawowe pojęcia, określić obszary, w których konieczne są zmiany, przypatrzeć się stanowi rzeczy i funkcjonującym w mieście praktykom. Modne, ale też faktycznie niezwykle istotne dla dalszego rozwoju naszego kraju pojęcie kapitału społecznego opiera się na znaczeniu wzajemnego zaufania w życiu zbiorowości. Jego poziom wśród ludzi kultury był, i zapewne ciągle jest, bardzo niski. Poszukiwanie ukrytych intencji, niemających nic wspólnego z dobrem wspólnym, dominuje we wzajemnych relacjach tak zwanego środowiska. Doświadczyliśmy tego na samym początku aktywności Sztabu. Starania o pieniądze niezbędne do zorganizowania Poznańskiego Kongresu Kultury zostały określone jako „skok na kasę”. Demagogiczny, nieprzebierający w środkach atak przyniósł bardzo duże straty, ustawiając nasze działanie w przestrzeni typowej dla walki politycznej, tak beznadziejnie wokół nas uprawianej. Przekaz był fatalny: znów się kłócą o pieniądze. Tymczasem pewne koszty z publicznych środków związane z badaniami, honorariami ekspertów i wykładowców oraz samą organizacją kongresu trzeba było ponieść. Budżet określający wydatki był tworzony całkowicie transparentnie. Ich zestawienie, pokazujące między innymi fakt, że nikt z inicjatorów Sztabu nie otrzymywał wynagrodzenia, każdy zainteresowany znajdzie na stronie kongresu.

Wykluczeni i nieomylni

Rozumiem jednak, że krytyka wystąpienia o publiczne środki miała głębszy, ideologiczny sens. W marcowym IKS-ie jego wykładnię bardzo precyzyjnie przedstawił Marek Piekarski. Mówiąc w skrócie, jego teza brzmi następująco: jedyną ważną rolą władzy jest utrwalanie uprzywilejowanej pozycji elit, zaś Otwarte Forum Kultury to próba wpisania się w hierarchię uzurpatorsko aspirującą do reprezentowania „wszystkich”. Powołując je do życia, staliśmy się elementem piramidy, utrwalającej wykluczenie 80 proc., a może nawet i 99 proc. społeczeństwa. Powiem szczerze, że o wykluczonych nie mogę już słuchać. Po pierwsze, określenie stosowane jest, zależnie od potrzeb, w dwojaki sposób. Czasem mówi o sytuacji ogółu społeczeństwa zniechęconego do praktyki demokracji zawłaszczonej przez partyjną nomenklaturę. Kiedy indziej z kolei odnosi się do tradycyjnego pojmowania wykluczenia spowodowanego ekonomiczną bądź społeczną degradacją. Po drugie, pojęcie wykluczonych stało się powszechnie nadużywanym kluczem do autoprezentacji używających go teoretyków i artystów, utrwalających w ten sposób pozycję we własnym środowisku. Oni również zajmują bardzo wygodne miejsce w piramidzie społecznej hierarchii. Występując dumnie w imieniu masy wykluczonych, przypominają mi głosicieli nieomylności proletariatu w czasach nie tak bardzo odległych. Tymczasem miarą wartości demokracji nie jest owo wyidealizowane 100 procent aktywnych, równych sobie obywateli, lecz możliwość samorealizacji w przestrzeni, którą sobie wybierze każdy z nich, niezależnie od ideologii i wyznania występujących w ich imieniu aktywistów. Całe życie spędziłem na Górczynie. W czasach mojego dzieciństwa była to dzielnica zamieszkała przez wiele rodzin o bardzo niskim statusie społecznym. Mam do dziś kontakt z dwoma spośród rówieśników, których w klasyczny, tradycyjny sposób zaliczyć można do kategorii wykluczonych.

Obu pomagam w miarę swoich możliwości. Myślę, że kolejną zimę przetrwali po części dzięki mojej pomocy. Problem tkwi w braku jakichkolwiek oznak solidarności pomiędzy tymi ludźmi. Rywalizacja o przetrwanie, o dostęp do moich skromnych środków, prowadzi ich do bezwzględnej wzajemnej nienawiści. Myślę, że to relacje pomiędzy wykluczonymi, również w tym drugim – związanym z alienacją władzy sensie – są kluczem do zmiany. Zgadzam się, że kultura nie powinna być wyobcowana z problemów społecznych, lecz jednocześnie nie powinna tylko nimi się zajmować. Obarczanie kultury odpowiedzialnością za wszystkie obszary życia zbiorowości jest nadużyciem, a dla sztuki nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż ideologiczna słuszność pozbawiona formy i emocjonalnej prawdy. Pracując w Sztabie, nie uprawialiśmy world artu. Przygotowaliśmy zestaw rekomendacji, z których część odnosi się do zarządzania publicznymi środkami na kulturę. Ledwie rozpoczęliśmy rozmowy z władzą na temat ich wprowadzenia. Wiemy, że musi być utrzymany wyraźny podział na dwie strony i wiemy także, że nie podejmując dialogu, stracimy szansę na uporządkowanie czegokolwiek. Choćby tak podstawowej sprawy, jak dostęp do informacji publicznej. W Indiach lokalne rady osiedli mają grubo ponad tysiącletnią tradycję. W starożytnym państwie Czolów, na południu, członkiem rady osiedla można było być powołanym na rok raz na dziesięć lat. Do uprawnień wybranych przedstawicieli należało między innymi przeprowadzanie transakcji finansowych. Wszystkie one były zapisywane na ścianach świątyni tak, aby każdy mieszkaniec wioski mógł się dowiedzieć, co zrobiono z publicznymi pieniędzmi. Wprowadźmy w porozumieniu z władzami choć tak oczywiste dla prostych mieszkańców Indii standardy, jako pierwszy stopień wydobywania się z bycia wykluczonymi.

Wcale nie najmądrzejsi w mieście

Obywatelska Rada Kultury jest ostatnim i bodaj najbardziej ryzykownym wyborem opisywanego procesu. O ile powstaniu Otwartego Forum Kultury nie towarzyszyły kontrowersje, o tyle powstanie Rady wzbudziło ich bardzo wiele. Jest to rzeczywiście trudny eksperyment, a wyłonienie reprezentacji, jak większość faktów w życiu społecznym, może mieć i dobre, i złe konsekwencje. Grozi zaniechaniem powszechnej aktywności, autorytaryzmem i oderwaniem od przyznających mandat wyborców. Z drugiej strony jednak, zobowiązuje wyłonione oddolnie grono osób do konsekwentnej pracy w określonym czasie. Umożliwia skuteczność i rozpoczęcie debaty o wartościach, której tak bardzo brakowało Sztabowi. Wiele zależy od ludzi Radę tworzących i od tych, którzy będą ją oceniać podczas sprawozdawczych spotkań Otwartego Forum Kultury. Kluczem powodzenia jest odporność ORK na zgubną świadomość bycia elitą upoważnioną do dialogu z władzą. Jeżeli jej członkowie skupią się na dbaniu o przejrzystość procedur i nie będą próbować realizacji własnych „słusznych” projektów, eksperyment ma szansę się udać. Choć to oczywiste, warto podkreślić, że ludzie tworzący Obywatelską Radę Kultury nie są grupą najmądrzejszych osób w mieście zajmujących się sferą kultury, lecz co najwyżej najbardziej aktywnych w budowaniu płaszczyzny debaty i dialogu. Krótko rzecz ujmując, działalność Rady nie powinna doprowadzić do poszerzenia stref wipowskich na wydarzeniach realizowanych za publiczne pieniądze, lecz doprowadzić do ich likwidacji. Krytyczna ocena podjętych przez nas decyzji jest konieczna i pożądana. Ważne jest jednak, aby recenzenci pamiętali o różnicy pomiędzy teoretycznymi rozważaniami, a praktycznym działaniem, w którym także mogą brać czynny udział.

Andrzej Maszewski

___________________________________________

Kij w mrowisko

(maj 2012)

Wojciech Kłosowski

Zacznę od wyznania osobistego. Strasznie nie lubię roboty nieprzydatnej nikomu, unikam jej jak ognia, wolę stokroć robić coś pożytecznego. Dlatego, otrzymawszy zaproszenie do zabrania głosu na łamach IKS-a, zrobiłem po pierwsze rachunek sumienia: czy moja refleksja na temat Poznańskiego Kongresu Kultury dziś, po kilku miesiącach od tego wydarzenia, może przydać się komukolwiek? Nie mam tu nadal stuprocentowej pewności, ale jeśli piszę ten tekst, to właśnie z taką nadzieją, że przyda się on poznaniakom.

Kiedy kilkanaście lat temu wspólnie z Jackiem Wardą daliśmy naszej książce o miejskim planowaniu strategicznym tytuł Wyspy Szans, przyświecało nam przekonanie, że wsparcie warto kierować szczególnie tam, gdzie ludzie wzięli się już sami za poprawianie swojego życia. Tam, gdzie jest lokalna inicjatywa, gdzie „się dzieje”, każde wsparcie z zewnątrz ma szansę przydać się dużo bardziej niż gdzieś, gdzie panuje marazm i martwy spokój. Poznań jest obecnie w moim przekonaniu taką właśnie wyspą szans: społeczny ferment wokół kultury niemal od razu przekształcił się w uporządkowany proces, powołano ciała, stworzono struktury, poznaniacy dyskutują, kłócą się, debatują. Słowem – dzieje się! Patrzę na to z pewnej odległości z wielkim zainteresowaniem i mam poczucie, że warto temu procesowi pomagać. A pomaga się takim procesom najskuteczniej przez wtykanie kija w mrowisko. Stąd ten tekst; może się przyda.

Kłótnia zamiast wspólnoty

Na samym kongresie i tuż po nim dało się słyszeć głosy rozczarowania, że zamiast działać wspólnie, nie uniknięto kłótni. Kłótnia to porażka, bo demaskuje nas: nie jesteśmy wspólnotą. A wspólnota to oczywisty ideał, do którego winniśmy dążyć. W grudniowym numerze IKS-a Anna Gruszecka i Robert Mirzyński piszą: Kultura, podobnie jak znajomość historii, jest czymś, co daje poczucie przynależności, a przez to na ogół poczucie bezpieczeństwa. Odłączenie człowieka od wspólnoty czyni go bezbronnym wobec manipulacji.

Obiecałem kij w mrowisko, więc proszę: powyższa teza opisuje świat, którego już nie ma, świat sprzed 50, amoże i 100 lat. Dziś wspólnota typu „plemiennego”, oparta na jednolitej kulturze, jest nam po nic. Za to jak wody potrzebujemy debaty, a na początek – choćby kłótni. Coraz bardziej chcemy uczestniczyć, ale coraz mniej zgadzamy się przynależeć. Wspólnota, owszem, daje złudne poczucie bezpieczeństwa, ale nie robi tego za darmo! Przenikliwie opisał to już Sigmund Freud: wspólnota – choć udziela swym członkom oparcia – żąda za to haraczu: otoczymy cię ciepłem, ale oczekujemy od ciebie, że w zamian będziesz dokładnie taki jak my. A więc społeczeństwo za dobrodziejstwa wspólnoty żąda od nas rezygnacji z części wolności osobistej. Kiedy czytam w pokongresowej publicystyce tęskne westchnienia za dawnym etosem Wielkopolan, kiedy słyszę nawoływania do odszukania zdrowego rdzenia tradycji czy powrotu do kanonu wartości, to – proszę mi wierzyć – rozumiem dobrze autorów takich westchnień i po ludzku im współczuję: ich oczekiwania nie mogą się, na szczęście, spełnić. Wspólnota rozumiana tradycyjnie, jako odczuwanie przez grupę ludzi wspólnej tożsamości, zdarza się dziś co najwyżej wśród kibiców na meczach piłkarskich. Poza stadionami możemy sobie jedynie opowiadać o niej mity. We współczesnym świecie, nieskończenie bardziej dynamicznym i zmiennym niż jeszcze 50 lat temu, w świecie otwierającym w każdej sekundzie miliony szans i miliony zagrożeń, wspólnota „ludzi jednakich” jest po prostu niemożliwa, ale też najzwyczajniej niepotrzebna. Jednakowość nie jest już wartością. Rolą kultury jest w coraz mniejszym stopniu opiewanie wspólnej tożsamości i ogrywanie wspólnotowych rytuałów, a w coraz większym stopniu – otwieranie pola dla zróżnicowanego chóru wypowiedzi, w tym także – dla wypowiedzi indywidualistów zbuntowanych przeciwko wspólnocie. Jeśli komuś dziś marzy się kanon dzieł kultury wysokiej jako miara „bycia kulturalnym”, to przypominam, że ten kanon jest zbudowany niemal w całości z buntu artystycznego poprzednich epok, z ówczesnej twórczości skandalizującej, bezczelnej, poszukującej, bezkompromisowej. A próbuje się za jego pomocą uwiarygodniać dzisiejsze „świątynie kultury wysokiej”, które zawłaszczyły tę buntowniczą tradycję i pokazują jej coraz bledsze kserokopie swej zblazowanej publiczności. Tymczasem żywa kultura dzieje się tuż obok, w alternatywnych przestrzeniach miasta, napędzana ogniem ludzkiego zapału. Gdzie dziś publikowałby swoje wiersze Baudelaire? Gdzie wywiesiliby swe obrazy impresjoniści? Gdzie Niżyński pokazałby swoją skandalizującą choreografię do Popołudnia fauna Debussy’ego? Coś mi mówi, że woleliby squat Rozbrat czy Kolektyw 1a przy ul. Św. Wojciech od dostojnych gmachów samorządowych instytucji.

Mityczna wspólnota „ludzi kulturalnych” jest ufundowana – delikatnie mówiąc – na nieuprawnionym zawłaszczeniu nie swojej tradycji. Jeśli mamy znów zacząć mówić prawdę, to będzie ona brzmiała tak: nie istnieje dziś wspólna tożsamość poznańska. Za to istnieją tysiące zróżnicowanych tożsamości, które właśnie rozpoczęły dyskusję o dzisiejszym Poznaniu i jego kulturze (czy lepiej – o jego kulturach). Te tożsamości są w sporze, nie zgadzają się ze sobą, więc mają prawo się kłócić. I bardzo dobrze! Wartością dziś jest nie jakaś wyimaginowana „wspólnota tożsamości”, ale kipiąca debatą różnorodność, niewykluczająca nikogo, nawet „rytualnych bywalców filharmonii”, którzy przecież – proszę mi uwierzyć – też mogą kiedyś otworzyć się na kulturę i zacząć w niej uczestniczyć z potrzeby, a nie dlatego, że „wypada”. Tak czy inaczej: to świetnie, że wokół kultury w Poznaniu są kłótnie. To świetnie, że Sancho wali nas na odlew po zadowolonej gębie, zmuszając do szerszej refleksji, a Andrzej Maszewski odpowiada mu polemicznie i stanowczo. To znaczy, że ludziom zależy, że jesteśmy ideowcami. To sto razy lepiej niż gdyby miała wokół poznańskiej kultury zapanować ciepła, obezwładniająca wspólnota „ludzi jednakich”.

Moja rekomendacja: Nie bójmy się debaty, która ma prawo na tym etapie być gorąca, nawet ognista. Porzućmy mrzonki o wspólnocie gromadzącej się wokół jednego kanonu i nauczmy się czerpać energię z bogactwa naszej różnorodności. Wydaje się, że poznański kongres zrobił pierwsze ważne kroki w tym kierunku.

Kultura – pole szans

Zapytany w listopadzie, czego oczekuje od zbliżającego się kongresu kultury, prezydent Ryszard Grobelny odpowiedział wówczas: Oczekuję fermentu – czyli wywołania dyskusji, którą uważam za wartość samą w sobie, niezależnie od jej ostatecznego wyniku. (…) Najbardziej zależałoby mi na tym, żeby na kongresie pojawił się bliski mi wątek planowania strategicznego i zarządzania poprzez cele – wyznaczania ich, mierzenia, weryfikowania, rozliczania… Rodzi się oczywiście pytanie: czy takie podejście w ogóle jest możliwe w kulturze, której wymiarowanie jest bardzo trudne. Mam jednak wrażenie, że to możliwe i chciałbym, żeby kongres choć o krok zbliżył nas do takiego myślenia.

Kongres mógł pod tym względem nieco rozczarować prezydenta, bo o zarządzaniu kulturą mówiono mało, a jeśli już, to o zarządzaniu poprzez procedury, a nie – poprzez cele. A skoro temat nie wybrzmiał na kongresie, to ja postaram się nadrobić to teraz. Prezydentowi Grobelnemu należy się odpowiedź na jego oczekiwania, choćby z wdzięczności za pierwsze zdanie cytowanej wyżej wypowiedzi, tak rzadko słyszane w ustach miejskich włodarzy.

Zacznijmy od uspokajającego sprostowania: nikt nie zamierza ustanawiać celów kulturze. To byłoby zarazem bezsensowne i nieskuteczne. Kultura to różnobarwna łąka, a nie strzyżony trawnik i wyznacza sobie cele sama. Trzeba za to wyznaczać cele polityce kulturalnej, czyli naszym planowym i długofalowym działaniom wobec kultury, w tym – naszemu finansowaniu kultury. Polityka kulturalna bez wyznaczonych mierzalnych celów i bez rozliczania się z sensowności wydanych pieniędzy w istocie w ogóle nie byłaby polityką. A tak, jak sama kultura musi pozostać przestrzenią swobody, tak polityka kulturalna winna być z kolei przestrzenią planowania i zamierzonej skuteczności.

Jak mógłby wyglądać zestaw celów polityki kulturalnej dla Poznania? Obawiam się, że znów muszę wetknąć kij w mrowisko: cele polityki kulturalnej Poznania powinny wyglądać tak, jak w ogóle wyglądają cele dobrych miejskich polityk: chodzi w nich o rozwój lokalny rozumiany jako stałe wzbogacanie pola szans indywidualnej samorealizacji poszczególnych mieszkańców. Kultura jest właśnie częścią tego pola szans: dzięki niej i poprzez nią każdy z nas ma szanse spełnienia swego osobistego potencjału, dokonywania samorealizacji, rozwijania siebie w kierunku indywidualnie zamierzonej doskonałości. Im więcej poznaniaków będzie w polu kultury odnajdowało dla siebie takie szanse samorealizacji, tym bardziej kultura będzie zasługiwała na finansowanie z naszych podatków. Mówiąc dobitnie – za to płacimy kulturze. I na takim poziomie trzeba też rozmawiać o postulowanej przez prezydenta rozliczalności i wymierności celów: tę rozmowę trzeba prowadzić językiem szans indywidualnej samorealizacji. Poszczególne przedsięwzięcia i instytucje powinny zacząć myśleć kategoriami: komu konkretnie pomaga nasz nowy spektakl spełniać jego osobisty potencjał? Jakie szanse samorealizacji udostępniamy temu komuś? Szanse na głębsze rozumienie świata wokół? Szanse poszerzenia osobistego uczestnictwa w życiu społecznym? Szanse pobudzenia indywidualnej kreatywności? Szanse rozwinięcia krytycyzmu poznawczego? Stania się pełniejszym człowiekiem? Bycia wyrwanym z marazmu i poruszonym do samego rdzenia? Chcąc „robić kulturę”, muszę widzieć w wyobraźni konkretnego człowieka i jego potencjał samorealizacji. A moim zadaniem jest stwarzanie mu fascynujących szans spełnienia tego potencjału. Jeśli nie mam takiej refleksji o moim widzu, słuchaczu, czytelniku czy uczestniku projektu animacyjnego, to nie mam na razie prawa sięgać do ograniczonej puli publicznych pieniędzy na kulturę. W polskich muzeach nadal słyszymy, że najważniejsze są „zbiory” i „ochrona dziedzictwa” (nie inaczej zresztą mówi archaiczna ustawa muzealna), podczas gdy w British Museum dawno zlikwidowano odrębny dział edukacji, bo uznano, że… całe muzeum ma być jednym wielkim miejscem edukacji, że sens istnienia tej szacownej instytucji to nie zbiory, ale właśnie widz-uczestnik i jego osobisty rozwój. A skoro tak zdefiniujemy cel, to wraz z nim zmienia się też praktyka działania instytucji.

Jakich szans samorealizacji potrzeba poznaniakom? Jedyna sensowna odpowiedź może brzmieć: nieskończenie różnorodnych. Wartością jest bogactwo pola szans: jego złożoność, obfitość i egalitarny rozkład, a więc powszechna dostępność. Nie mogę się w tym miejscu powstrzymać od dygresji: w grudniowym IKS-ie pojawił się tekst Kultura? Nie dla wszystkich [link ­- http://www.poznan.pl/mim/kultura/news/relacje-recenzje-opinie,c,9/kultura-nie-dla-wszystkich,49404.html ] , w którym autorzy zapraszają do kultury jedynie tych, co najpierw odrobią lekcję z rozumienia złożonego języka sztuki i tym samym nabędą kompetencji kulturalnych. Wyczuwam w takim podejściu uzasadniony lęk przed spłaszczaniem całej kultury do poziomu „popkulturowego kebabu” dla wszystkich. W odpowiedzi na te obawy – smakowita anegdota przytoczona przez prof. Śliwonika. W latach 70. XX wieku André Malraux odwiedził Polskę jako ówczesny minister Republiki Francuskiej do spraw kultury. Władze komunistyczne, chcąc zrobić na pisarzu wrażenie, poinformowały go triumfalnie, że w Polsce mamy kulturę dla wszystkich, na co Malraux miał odpowiedzieć: – Nam się to nie udało, my mamy zaledwie kulturę dla każdego. Otóż to!

Moja rekomendacja: Kultura nie jest dla wszystkich, ale – jest dla każdego. I ma za zadanie każdemu z nas – a nie tylko „kompetentnym kulturalnie” wybrańcom – stwarzać szanse na spełnienie naszego osobistego potencjału. Z tego należy ją rozliczać, panie prezydencie, i wokół tego warto konstruować wskaźniki publicznej polityki kulturalnej.

Participation, fool!

Kto wie, czy nie wtykam właśnie kija w mrowisko po raz trzeci, ale – niech tam. „Uczestnictwo, głupcze!” – takie hasło winno moim zdaniem zawisnąć na ścianie gabinetu każdego, kto dziś zarządza kulturą. Istotą tego, co się we współczesnej kulturze dzieje, jest właśnie powrót do uczestnictwa rozumianego jako żywy, aktywny udział człowieka w tych obszarach życia, które on sam odczuwa jako „kulturę” (i w tym sensie są one dla niego ważne), nie zaś tylko w tych obszarach, które za „ważne” i „kulturalne” uznało społeczeństwo. O tak rozumianym uczestnictwie w kulturze na poznańskim kongresie mówiono niewiele; być może ta rozmowa jest dopiero przed nami. Uczestnictwo rozumiane w powyższy sposób nie jest łatwe do uchwycenia ilościowego, bo polega na własnym wyborze z pola kultury. W tym znaczeniu – być zawiezionym autokarem wraz z całą klasą do muzeum to bynajmniej nie uczestnictwo, ale jego pozór, dobrze wyglądający w statystyce, ale jałowy społecznie. „Dzieci z autobusu” – ta najłatwiejsza w obsłudze kategoria odwiedzających różne instytucje kultury – musiałyby najpierw być aktywnie zainteresowane spotkaniem z kulturą proponowaną przez instytucje, do których są wożone. Uczestnictwo, o które nam chodzi, zakłada bowiem świadomy wybór, akt woli: tak, chcę w tym wziąć udział. Do lamusa powinno odejść stare podejście socjologii kultury, w myśl którego uczestnictwo w kulturze było rozumiane jako partycypacja w kulturze artystycznej, będącej przedmiotem instytucjonalnej działalności upowszechnieniowej. Tymczasem w oficjalnych dokumentach nadal próbuje się widzieć uczestnictwo w kulturze jako bywanie w kinie, teatrze, muzeum, galerii lub na koncercie oraz czytanie książek i prasy. Takie ujęcie pomija istnienie na świecie Internetu, ignoruje fakt obecności kultury w pozainstytucjonalnych i niekomercyjnych obiegach, nie uznaje za uczestnictwo w kulturze czasu spędzonego na twórczości własnej itd. Tymczasem prawdziwe uczestnictwo w kulturze (nawet tej wąsko rozumianej, jako korzystanie ze sztuki i literatury) ma się kompletnie nijak do tego ujęcia. Gdzie w tradycyjnej statystyce czytelnictwa podziały się dziesiątki milionów stron tekstu przeczytanych w Internecie (i setki tysięcy stron tamże napisanych)? Skąd pewność badaczy, że ten, kto nie znalazł się w statystyce odwiedzin w filharmonii, nie jest wybitnym melomanem-znawcą, mającym w swoim odtwarzaczu MP3 nieprzebrane zasoby muzyki symfonicznej w najwybitniejszych wykonaniach? Dzisiejsze uczestnictwo w kulturze to nie tylko konsumpcja kultury „upowszechnianej” przez instytucje kultury. To w ogóle nie tylko konsumpcja, nie tylko bycie odbiorcą, widzem, słuchaczem, czytelnikiem. Równie ważną część uczestnictwa w kulturze stanowi świadome i dumne wnoszenie w obieg społeczny własnej kultury, „kultury samodzielnie przez siebie odkrytej lub wynalezionej”, jak pisze o niej Godlewski. Nie należy przy tym spłycać sprawy i sprowadzać całości czynnego uczestnictwa w kulturze do twórczości amatorskiej (choć i na nią jest miejsce). Częścią czynnego uczestnictwa w kulturze jest też aktywność krytyczna, dyskusja z kulturą zastaną, jej kontestacja lub jej afirmacja i inspirowanie się nią. Ba, uczestnictwem w kulturze jest także własny styl życia, sposób ubierania się, własny gust estetyczny, oparty na świadomym wyborze i będący wyrazem indywidualnej tożsamości. Słowem: uczestnictwo w kulturze to dużo więcej niż „uczęszczanie do teatrów i muzeów”. Wydaje się, że Poznański Kongres Kultury nie poświęcił wystarczającej uwagi tak rozumianemu uczestnictwu w kulturze, że nie docenił skali zmiany i był nastawiony w zbyt dużym stopniu na naprawianie starego modelu, zamiast odważyć się na rozmowę o modelu całkiem nowym.

Moja rekomendacja: Chciałbym zaproponować poznaniakom myślenie o całej kulturze miejskiej poprzez pryzmat uczestnictwa i uczestników. Niechże będzie to na razie eksperyment. Niech instytucje zastanowią się szczerze i głęboko, kogo i do jakiego uczestnictwa zapraszają obecnie? A kogo i do jakiego uczestnictwa chciałyby zaprosić tak naprawdę? Czy to te same grupy? I jeszcze: kto w Poznaniu takiego zaproszenia potrzebuje dziś najbardziej? Do jakiego uczestnictwa?

Wojciech Kłosowski

___________________________________________

 

Opowiedzieć miasto na nowo

(czerwiec 2012)

Lech Mergler

Potrzebna jest Poznaniowi diagnoza dotycząca obecności kultury w życiu miasta. Potrzebna jest krytyczna autorefleksja nas poznaniaków nad samymi sobą. Tymi zagadnieniami powinni się zająć ludzie kultury, nawet jeśli wiązałoby to się z dyskomfortem i boleścią od razów za kalanie gniazda.

Prezentuję tu mało sformalizowany, intuicyjny punkt widzenia uczestnika kultury, który potrzebuje tego uczestnictwa do życia z różną intensywnością, w różnych dziedzinach. Uczestnika, który jednak przez lata był także profesjonalnie zaangażowany w pracę na rzecz kultury, głównie kultury słowa drukowanego, acz nie tylko. Jestem dość bezradny wobec licznych stawianych publicznie pytań dotyczących poznańskiej kultury. Wiele z nich niezbyt już podnieca – odnoszących się do pieniędzy, zarządzania, organizacji. Są ważne, choć nie dla wszystkich tak samo, poza tym poświęcono im już wiele uwagi głównie za sprawą Poznańskiego Kongresu Kultury. Wciąż odczuwalny jest natomiast niedostatek pytań o konteksty, uwarunkowania generalne funkcjonowania kultury w mieście: poza obszarem zarządzania, finansowania, organizacji, władzy. Potrzebna jest Poznaniowi diagnoza dotycząca obecności kultury w życiu poznaniaków i w życiu miasta. Potrzebna jest odpowiedź na pytania o miejsce, wartość, znaczenie kultury. Potrzebna jest krytyczna autorefleksja nas poznaniaków nad samymi sobą. Tymi zagadnieniami powinni się zająć ludzie kultury, nawet jeśli wiązałoby to się z dyskomfortem, boleścią od razów za kalanie gniazda. Chodzi mi nie o rozumienie kultury standardowo „po poznańsku”, gdzie podnosi się głównie jej materialne substytuty, ale o potencjały i stany ducha, umysłu i serca w obszarze potrzeb kulturalnych, wyrażające się w widocznych wzorcach uczestnictwa poznaniaków w kulturze, oddające zbiorową samoświadomość udziału w kulturze. Głębsze przyczyny obecnego status quo kultury w życiu naszego miasta i jego mieszkańców są historyczne, niewiele da się z nimi zrobić, choć można by tę historię spróbować opowiadać inaczej. (…)

W samoobronie Festung Posen

Według niektórych badań Poznań jest nowoczesny i europejski na tle reszty kraju, ale według wymogów sprzed stu lat, ze względu właśnie na nastawienie na materialny konkret, akumulację, prosty racjonalizm, pracowitość. Taki Weberowski Poznań. Różne inne źródła (choćby statystyczne) wskazują, że poznaniacy raczej mniej wydają na dobra i usługi niematerialne, jak m.in. edukacja, kultura, prasa, Internet, więcej zaś na trwałe, rzeczowe dobra materialne: wyposażenie mieszkań, samochody, urządzenia gospodarstwa domowego. Wywołująca zachwyt „rewolucja edukacyjna” (w Poznaniu 140 tys. studentów) nie przekłada się na awans kulturalny, wzrost uczestnictwa w kulturze, czytelnictwo książek i czasopism, udział w debacie publicznej i jej wyższy poziom. Z różnych źródeł wynika, że poznaniacy czytają tabloidy i mają raczej skromne aspiracje edukacyjne, a wyniki testów i egzaminów końcowych w szkołach wszystkich szczebli są gorsze niż w innych wielkich miastach.

Poznań to miasto drobnych i średnich posiadaczy, a nie rewolucyjnego ludu, który ma tworzyć kulturę na ulicy. Ten Poznań pracowitych i oszczędnych, dorabiających się drobnomieszczan, ma swoją konserwatywną etykę, a raczej obecnie już „etykę”, ze sporą dawką hipokryzji, której charakterystykę w wersji złośliwej zasłyszałem „gdzieś w świecie” – porzundne miasto porzundnych mieszkańców. Jednocześnie coraz liczniejsze są w naszym mieście masy niedokształconego prekariatu, pełnego wdrukowanych aspiracji konsumpcyjnych, a w konsekwencji sfrustrowanego, bo ich realizacja jest zablokowana. Jedno z drugim przynosi mieszankę intrygującą. Podstawowym dla kultury potencjałem osobowości jest jej potencjał twórczy. Efektem twórczości może być dzieło sztuki, myśli, twórcze życie, nowa jakość w trwałych relacjach z ludźmi. Osobowość twórczą charakteryzuje się jako otwartą, poszukującą, innowacyjną itd. Przeciwstawić jej można osobowość konserwującą status quo, imitacyjną, obronną, trwającą, a nie zmieniającą się, zachowawczą, złośliwie (acz trafnie) określoną jako cegiełka trwającej w zamknięciu i samoobronie Festung Posen. Tymczasem bez twórczej postawy wobec samego siebie i swojego życia nie może być mowy o wartościowym udziale w kulturze, a jedynie o konsumpcji (prostej jak w przypadku chipsów).

Twórczy potencjał paradoksów

Czy nie dzieje się tak, że przeżyta już, acz wciąż obecna w codziennej realizacji i grze pozorów mocna, tradycyjna poznańska forma zaczyna pękać, podlegać entropii? Widać to szczególnie w kilku paradoksach. Pierwszy wiąże się ze wstrząsem obyczajowym, wywołanym przez Marsz Równości, a szerzej – przez zwrócenie uwagi na fakt, iż nasze cnotliwe miasto ma bardzo żywą i liczną subkulturę LGTB. Drugi to fenomen Rozbratu, bardzo znaczącego ośrodka radykalnie lewicowego, anarchistycznego ruchu społecznego, działającego w mieście konserwatywnym, przywiązanym do ładu, hierarchii, autorytetów. Kolejny – ruch poetycki z wielkim antykomercyjnym festiwalem Poznań Poetów (przy niemal całkowitej nieobecności literatury prozatorskiej). I wreszcie, na koniec – nasz ruch My-Poznaniacy, najsilniejszy w Polsce miejski ruch obywatelskiej opozycji, który urodził się w mieście tradycyjnego respektu, pokory wobec władzy. Przy tym wszystkim nie sposób nie wspomnieć jeszcze o jednym: na co dzień uderza na ulicach brzydota, zwykły bałagan i brud (oficjalne cięcia w budżecie) w Poznaniu po pierwsze porzundnym, a po drugie budującym „swoją markę” między innymi na designie. Czy to znaczy, że jest bardzo źle? Paradoksalnie – nie. Kultura wszak to wewnętrznie sprzeczna reakcja na to, że życie boli i jest skończone. Liryczne obrazy kultury jako bajki są ograniczone umysłowo. Istnienie nasze potrzebuje sensu, który je uzasadni przez odniesienie do czegoś większego i trwałego – Prawdy, Dobra, Piękna. Te nasze sprzeczności, paradoksy, mogą zatem zapowiadać zmiany, zwrot, odrodzenie. Mają duży twórczy potencjał. To, co jest do zrobienia, niejako w ramach diagnozy, refleksji, rozpoznania kim i gdzie jesteśmy, to nasza własna, uczciwa i otwarta opowieść o Poznaniu. Nie chodzi o folklor, tylko o to, żeby opowiedzieć dziś siebie w Poznaniu, swoje-nasze doświadczenie świata i ludzkiego życia wiedzionego w tym mieście. Opowiedzieć miasto i jego mieszkańców w sposób atrakcyjny, wyrazisty, różnymi językami kultury. Dziś dominująca wydaje się przede wszystkim opowieść obecnego establishmentu: finansowo-gospodarcza (inwestycje, geszefty, budżet, konkurencyjność, rywalizacja, rynek) wpisana w konsumpcyjny kontekst „dobrobytu” dla zaradnych (życzymy sobie zdrowia i kasy, bo resztę można kupić w galerii handlowej). W kulturze przekłada się to na opowieść o igrzyskach. Ale jest też inna opowieść: konserwatywna, swojska, ksenofobiczna, z powodu której projekt Minaret Rajkowskiej wywołał powszechną furię zwykłych penerów i szacownego jury. Stary Marych okazuje się tu symbolem poznańskiej, ciepłej swojskości, a jego „blubry” niemal kanoniczną opowieścią o Poznaniu. W ten nurt wpisuje się fenomenalna na swój sposób popularna saga dla młodzieży pióra Małgorzaty Musierowicz opowiadająca o mieszkającej na Jeżycach rodzinie Borejków (wzbudziła kontrowersje sprowokowane przez Kingę Dunin, dla której Ignacy Borejko to poznański, patriarchalny dzieciorób). I coś z przeciwnego bieguna – to prowokacyjna, „pedalska” opowieść o Poznaniu Edwarda Pasewicza, znakomitego poety i kompozytora, obecnie z Krakowa – powieść Śmierć w darkroomie, inspirowana Marszem Równości w 2005 r. To dopiero początek małych i dużych poznańskich narracji. Jedno jest pewne: bez własnej opowieści o nas i naszym Poznaniu w ogóle nas nie będzie.

Lech Mergler

___________________________________________

Ewa Obrębowska-Piasecka – rzecznik Sztabu antykryzysowego na rzecz poznańskiej kultury i etatowy pracownik Wydawnictwa Miejskiego Posnania, czyli samorządowej instytucji kultury.

Przemysław Kieliszewski, Marcin Poprawski – pracownicy Instytutu Kulturoznawstwa UAM, założyciele Regionalnego Obserwatorium Kultury oraz SOK: Samorządowego Obserwatorium Kultury, twórcy i dyrektorzy festiwalu Polska Akademia Gitary.

Maciej Mazurek – publicysta, poeta, malarz, redaktor naczelny kwartalnika ARTTAK – Sztuki Piękne wydawanego przez Zarząd Główny Związku Polskich Artystów Plastyków, współpracownik portalu wPolityce, członek zespołu Teologii Politycznej i redakcji Zeszytów Karmelitańskich, w latach 2006-2011 redaktor w TVP Kultura, drukował m.in w Rzeczypospolitej, Tygodniku Powszechnym, Wprost.

Marek Piekarski (Sancho) – uczestnik Federacji Anarchistycznej, Kolektywu Rozbrat. Więcej na www.rozbrat.org.

Andrzej Maszewski – kulturoznawca, kierownik Działu Produkcji Imprez w CK Zamek, dyrektor festiwalu Ethnoport Poznań, członek Obywatelskiej Rady Kultury.

Wojciech Kłosowski ekspert samorządowy, specjalista w dziedzinie strategicznego planowania rozwoju lokalnego. Doradza samorządom lokalnym w Polsce i kilku innych krajach Europy. Zajmuje się między innymi rewitalizacją obszarów miejskich, lokalnymi politykami społecznymi i strategiami rozwoju kultury. Autor i redaktor licznych publikacji z tych dziedzin, m. In. Wyspy szans; jak budować strategie rozwoju lokalnego Kierunek Kultura. W stronę żywego uczestnictwa w kulturze. Wykłada zarządzanie kulturą w Instytucie Badań Literackich PAN w Warszawie.

Lech Mergler – jeden z pomysłodawców i założycieli Stowarzyszenia My-Poznaniacy. Absolwent VIII LO w Poznaniu, inżynier elektronik, od 1990 zajmuje się kulturą, książkami i literaturą. Publikował w Gazecie Wyborczej, Tygodniku Powszechnym, Polonistyce, Le Monde Diplomatique, Bez Dogmatu, Res Publice Nowej, Angorze, Megaronie Czytelniku, współredagował wrocławską Mandragorę. Obecnie współpracownik Magazynu Literackiego Książki. W latach 2007-08 twórca i dyrektor Biura Demokracji Uczestniczącej w Poznaniu, autor raportu Poznań konfliktów (2008) i kilku publikacji zbiorowych o kulturze i życiu społecznym.

 

Zostaw odpowiedź

XHTML: Możesz użyć tych tagów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>