Strona główna/1 dzień 365 razy

1 dzień 365 razy

Bernd Kauffmann, autor przytoczonych na wstępie słów, niewątpliwie wie co mówi. W 1999 roku był pełnomocnikiem generalnym 15. Europejskiej Stolicy Kultury w Weimarze. Współtworzył ostatnią w ubiegłym wieku edycję największego wydarzenia kulturalnego Unii Europejskiej. 5000 zaproszonych artystów. Ponad 1000 wydarzeń. Lukas Cranach Starszy, Goethe, Wiktor Frankenstein, Bauhaus… Czy Europejska Stolica Kultury mogłaby zaistnieć w jakikolwiek inny sposób niż jako festiwal festiwali? Niedawno los obdarzył nas niepowtarzalną okazją uczestniczenia w projektowaniu wyznaczonej dla Polski edycji obchodów Europejskiej Stolicy Kultury. Przy tej okazji wiele czysto teoretycznych dyskusji zyskało nagle status praxis. Jednym z ich tematów stało się zjawisko festiwalizacji życia kulturalnego.

Jest 10 listopada, Białystok, od pobliskiego cmentarza wojskowego, który w przedziwny sposób łączy poległych w zmiennych wojnach przeciwników, dochodzą patriotyczne pieśni. Z daleka widać pochodnie, z bliska flagi. Tłum. Policja ubezpiecza bramy cmentarne, choć spokój. Przecież 11 listopada jest dopiero jutro, dopiero jutro będą pochody, patriotyczne bijatyki. Niepostrzeżenie zyskaliśmy pre-święto, wigilię Święta Niepodległości. Nową okazję do zaistnienia. Nowy festiwal. Festiwalizacja nie dotyczy wyłącznie sfery sztuki, a na pewno nie w szczególności. Obejmuje wszelkiego typu ekstrawertyczne aktywności, a konieczność eksterioryzacji kreatywności jest kluczem do zrozumienia zjawiska „festiwalizacji”.

Festiwal to nic innego jak zaistnienie w przestrzeni publicznej. Święto jest ekspresją prywatnej sfery sacrum do sfery publicznej, udaną próbą u„święc”enia profanum. Pomimo przeniesienia akcentów, usprawnienia technik, oraz błogosławionej niewiedzy organizatorów imprez, współczesne festiwale są realizacją tej samej, co wieki temu, idei. Metodą na zaistnienie, pojmowane nawet nie tyle jako promocja (zdobycie odbiorców dzieła), ale jako uzyskanie mandatu twórcy, biletu do podróży wzwyż drabiny społecznej, podróży opartej na sztuce.

Święty artysta to dziś ktoś, kto uczestniczy w festiwalu. Jego rtęciowe odbicie, animator/organizator, znaczy tyle co znaczą organizowane przez niego imprezy. Wreszcie publiczność – policefał stworzony przez uświęcenie przestrzeni publicznej – nie może istnieć bez festiwalu. Festiwalizacja kultury jest opisywaną przez teorię gier grą o sumie niezerowej – każdy uczestnik może coś zyskać, każdy także stracić, przy czym zysk i strata jednych nie zależą od zysku/straty drugich. Festiwalizacja nie jest tajną bronią wykorzystywaną na polu bitwy: twórca vs. odbiorca, animator vs. publiczność. Może potencjalnie przynieść korzyść wszystkim uczestnikom. W tym sensie nie ma od niej odwrotu. Festiwalizacja to nie tyle wynik, co środowisko pozwalające w nieobliczalnych czasach postmodernizmu, odróżnić sztukę od nie sztuki. Przykład? Graffiti. Whole care to wandalizm budzący w niektórych tęsknotę za uzbrojonym SOK-iem patrolującym tory kolejowe, ale festiwal street-artu – to już sztuka. Sir, jeden z pionierów warszawskiej sceny graffiti, znany głównie z SD i B3S, w wywiadzie z Jackiem Balińskim opowiada: „Pojechałem do siedziby w Grodzisku Mazowieckim i po prostu porozmawiałem z dyrektorem, jako główny argument za podając właśnie mur na Wyścigach. Udało się wyprosić zorganizowanie jamu, który był pierwszym tak dużym w Warszawie. Przyjechali między innymi chłopaki z czeskiej Pragi, a TVP2 kręciło premierowy polski dokument o graffiti. Impreza się powiodła”. Oto festiwal z roku 1996, powstały w środowisku elitarnym, programowo przeciwnym kulturze masowej, awans ulicy do umysłowej przestrzeni sztuki.

Strach przed festiwalizacją kultury ma dwie podstawy. Pierwsza z nich to oddanie władzy opiniotwórczej tłumowi, bo przecież masowe uczestnictwo jest ideą przewodnią każdego festiwalu. Określenie „festiwal elitarny” nosi znamiona absurdu, pojęcia wewnętrznie sprzecznego, jak konstruowanie sportowego samochodu z ogranicznikiem prędkości. Otrzymujemy elegancką makietę pozwalającą na przechwalanie się namiastką potencjalnych możliwości. Nie ma festiwalu bez publiczności. Ten rodzaj obawy, w której wartość kreacji artystycznej jest „wydeptywana” nogami widzów, ma swoje źródło w antydemokratycznym z gruntu przekonaniu, że masowość (traktowana także jako możliwość masowego dostępu) obniża jakość. „Nie mogę zakończyć nie wspominając raz jeszcze tamtej przeładowanej muzyki; wszystko, mój drogi, jest teraz ultra, wszystko niepowstrzymanie wykracza poza swoje granice, zarówno myśli jak i czyny. Nikt się już nie orientuje, nikt nie ogarnia żywiołu, w jakim się utrzymuje i działa, nikt nie ogarnia materii, którą opracowuje. Nie można tu mówić o zwykłej głupocie; wiele jest rzeczy głupich(…) cywilizowany świat prześciga się i konkuruje, co pcha go ku przeciętności. I taki właśnie jest wynik uogólnienia: średnia kultura staje się prostacka. Właściwie to jest wiek dla mądrych głów, bystrych, praktycznych ludzi, którzy, wyposażeni w pewną zręczność, odczuwają swoją przewagę nad tłumem, nawet jeśli sami nie posiadają uzdolnień do rzeczy najwyższych”. Ten jakże współczesny tekst pochodzi z listu Goethego do Carla Friedricha Zeltera, mistrza murarskiego i muzyka, twórcy Instytutu Muzyki na berlińskim Uniwersytecie Friedricha-Wilhelma.

Drugi strach festiwalowy ma swoje źródło w odwiecznym sporze o redystrybucję środków. Sztuka, traktowana nie jako finałowy moment procesu kreacji ale jako rodzaj działalności ludzkiej opartej na relacji artysta-widz, wymaga wsparcia realizacyjnego. Pomimo możliwych różnych tego wsparcia definicji, jedynym uwspólnieniem wszystkich jego rodzajów są pieniądze. Niematerialne środki wymiany. Każdy rodzaj kreatywnej działalności da się nimi wspomóc, co nie znaczy że wszystko da się wycenić. Festiwalizacja kultury oznacza nie tylko ekspresję działań kulturalnych do postaci masowo dostępnej. Festiwalizacja w praktyce to zjawisko finansowego wspierania tzw. „imprez” kosztem działań opartych na innej metodzie dotarcia do widza, lub wręcz nie uwzględniających masowego widza jako ostatecznego podmiotu aktywności. W tym sensie festiwalizacja jest dzieckiem promocji i wnukiem medialności, atrakcyjności dla środków masowego przekazu. W dziele „Strategia promocji jednostek samorządu terytorialnego – zasady i procedury”, autorstwa Magdaleny Florek i Anny Augustynowicz (reprezentujących uczelnie oraz instytucje związane z marketingiem miast), wymienione są następujące instrumenty promocji i kanały komunikacji dla JST (Jednostek Samorządu terytorialnego): reklama (telewizja, prasa, radio, outdoor), działania public relations, internet (media społecznościowe) oraz eventy. W tym sztywnym świecie pieniądze publiczne wydane na „event” procentują podwójnie – tworzą wartość artystyczną oraz promocyjną. To myślenie najprostsze, ale skuteczne. Przypomnijmy: festiwal jako gra o sumie niezerowej może przynieść korzyści wszystkim uczestnikom, a im tych partycypantów będzie więcej, tym zbiorowa korzyść stanie się bardziej zauważalna. Tak naprawdę dla wielu twórców, wręcz niektórych rodzajów sztuki, uczestnictwo w publicznym święcie jest jedyną drogą dotarcia do widzów. A świadomość że jest ona wynikiem uczestnictwa w wydarzeniu, a nie głębi indywidualnych przeżyć, jest gorzką, lecz przełykalną, pigułką.

Strach przed festiwalizacją kultury jest strachem przed obniżeniem wartości sztuki oraz wysokości dotacji. Ten strach towarzyszy wszelkim wielkim wydarzeniom, których jednym z przykładów są obchody Europejskiej Stolicy Kultury. Taki sam towarzyszył np. piłkarskiemu świętu Euro 2012, które przecie też odbyło się kosztem innych dyscyplin, skupiających równie zaangażowanych uczestników i fanów. Sportowa analogia, tak niechętnie przywoływana przez twórców kultury (sam tego doświadczyłem jako organizator imprez poświęconych sportom egzotycznym), jest jak najbardziej właściwa w przypadku festiwalizacji kultury. Żeby nadać właściwy opis wspólnocie pokrzywdzonych: wyobraźcie sobie, Drodzy Czytelnicy, mistrzów biegów terenowych na dystansie100 km, w której to dziedzinie Polacy stanowią europejska czołówkę. Ta arcytrudna dyscyplina sportu, wymagająca wielkiego wysiłku, potwornie ciężkiego, systematycznego treningu, wydatków na sprzęt (buty, stroje, wyposażenie, odżywki), w uznaniu za Mistrzostwo Polski oferuje zwycięzcom fanty wartości 200 zł. A wszystko dlatego, że ten sport jest niemedialny. Tak samo: bez dramaturgii festiwali – jasno świecących gwiazd, tłumnej publiczności, metamorfozy przestrzeni, celebryckiego zaangażowania władz samorządowych – niemedialne, a przez to niewidzialne pozostają dzieła i czyny znacznej części twórców sztuki, często utalentowanych i naprawdę ciężko pracujących. Dla nich właśnie festiwale, wsparte oprawą=drogą do widza, są latającym dywanem.

Czy powinniśmy się bać festiwalizacji kultury, czy raczej zadbać o jakość artystyczną wydarzeń i dobrą komunikację wszystkich uczestników, przede wszystkim zapobiegającą segregacji innej niż artystyczna? A może jedynym tematem dyskusji są pieniądze, i współpraca z grantodawcami i sponsorami?

Przede wszystkim – masowość nie musi oznaczać obniżenia jakości. Pomimo wielokrotnych potwierdzeń tego zjawiska, listów Goethego i utyskiwań na pop-kulturę, odbiór sztuki czy wydarzenia artystycznego to wynik asocjacji wielu stron procesu twórczego, lub – jak to prościej opisywali mistrzowie zen – świadomości. W 2011 roku nasz amerykański rodak Marcin Jakubowski, po uzyskaniu doktoratu w prestiżowej dziedzinie fizyki jądrowej, postanowił odmienić swoje konsumpcyjne życie. W ekologicznej firmie stworzył projekty maszyn rolniczych do samodzielnego wykonania. Zadowolony z efektów udostępnił je we wszechsieci, niechcący wywołując lawinę nazwaną już kulturą współdzielenia. Setki, dziś tysiące osób zaczęły publikować swoje projekty, wynalazki, dokonania zmierzające do powrotu realności idei w której człowiek jako jednostka jest w stanie samodzielnie kształtować swoją rzeczywistość. We wszechsieci pojawiły się dokumentacje domowych źródeł energii, maszyn biurowych, projekty i technologie szycie ubrań, ekologicznego wytwarzania żywności… W tym wypadku „ilość” nie stała się przeciwieństwem „jakości”. Jak w całym świecie opensource’owym umasowienie stało się środowiskiem, narzędziem, swoistą wartością. Czy tak potraktowana festiwalizacja – jako otwartoźródła metoda uprawiania sztuki nie jest kreatywną odpowiedzią na „festiwalizację” będącą dziś w istocie techniką promocyjną uprawianą przez większe i mniejsze ośrodki miejskie?

Nie trzeba się obawiać festiwalizacji, jeśli będzie ona wynikiem świadomych działań kreatywnych skierowanych do świadomej publiczności. Jedna z fikcji Jorge Louisa Borghesa opisuje kartografów, którzy w trosce o dokładność wykonania Mapy Cesarstwa, o ilość odwzorowanych szczegółów, powiększają jej skalę. Ostatecznie najdokładniejsza mapa kraju okazuje się być dokładnie wielkości tegoż kraju. Argumentum ad absurdum przeniesione na płaszczyznę festiwali nie jest już takie oczywiste. Czy – jeśli festiwal, zgodnie z jego źródłosłowem, jest świętem – czy codzienne święto nie byłoby lepsze od codzienności „dnia powszechnego”? Oczywiście – sprowadzone do praktyki „świętowanie” jako sposób na życie jest technicznie nierealne lub prowadzi do finału znanego z „Wielkiego Żarcia” Marco Ferreriego. Ale w odniesieniu do praktyki – czy poddanie „sztuce” codziennego spędzania czasu wolnego, aranżacji przestrzeni publicznej, edukacji w kształtowaniu przestrzeni prywatnej, wizualizacji różnych aspektów życia, kreatywności działań biznesowych, indywidualizmu i realizacji „prostych prac” – nie byłoby piękniejsze, przyjemniejsze, lepsze niż to co widzimy wyglądając przez okno? Czy codzienny festiwal sztuki realizowany jako świadomy udział emocji, intuicji i przemyśleń „wyższego rzędu” w budowaniu otaczającej rzeczywistości, codzienny festiwal nie jest wizją ku której – zakrzywioną drogą aproksymacji nie powinniśmy zdążać?

W tym sensie, tak jak doceniam pracę kartografów Cesarstwa, nie boję się festiwalizacji kultury. Boję się tylko, że jest prowadzona źle, oddana osobom niekompetentnym, poddana siłom, dla których sztuka jest jedną z ostatnich motywacji do działania i podejmowania decyzji. Boję się że festiwalizacja kultury jako wynik działań na rzecz promocji miast jest w istocie zmarnowaniem potencjału zarówno twórców jak i widzów. Pierwszym działaniem promocyjnym jest zawsze określenie grupy docelowej. Do kogo skierowana jest promocja idei tak wielkiej jak miasto? Jeśli tylko do własnych mieszkańców – to festiwalizacja jest wężowym zjadaniem własnego ogona. „Chleba i igrzysk”! mógł wykrzykiwać Juvenalis tylko do mieszkańców Rzymu, wiedząc że stolica zaspokaja inne ambicje. Mieszkańcom „zwykłych” miast te dwie rzeczy nie wystarczą. Dwa razy do roku święto i proste drogi to za mało. Festiwalizacja kultury jako zjawisko świadome musiałoby być rzeczywistą festiwalizacją, czyli kreatywnym potraktowaniem najszerzej pojętej otaczającej rzeczywistości. W tym sensie, jako wizja ogólna, uwzględniająca różne środowiska twórcze, różne potrzeby, różne rodzaje publiczności, różny diapazon oddziaływań – festiwalizacja może być narzędziem kreacji rzeczywistości i motorem promocyjnym dla miast. Jeśli jednak będzie ograniczona do „medializacji”, próby przedarcia się na ekrany telewizorów (a dziś, w dobie wszechsieci, nie wiadomo czy jest to medium ostateczne), będzie wyłącznie sporną pozycją w ogólnym budżecie miasta.

Sławomir Mojsiuszko