***

Przy planowaniu majowego numeru miesięcznika „kulturaenter” redakcja zamarzyła sobie powołanie szerokiego frontu myśli nad przywoływanymi 1 i 3 maja – zazwyczaj w dość rytualny sposób – pojęciami „Polski” i „Polskości”. Rozpuściliśmy wici, ogłaszając ankietę „Polak przyszłości – model do składania” (tekst poniżej). Odzew był o tyleż nikły, co interesujący. Z nadzieją na kontynuację, prezentujemy najciekawsze głosy. (gk)

Polak przyszłości – model do składania

Prosimy o wypowiedź, jakimi cechami Waszym zdaniem powinien charakteryzować się Polak czy Polka nieodległej przyszłości – w jakim kierunku powinniśmy się rozwijać jako naród, abyśmy chętnie przyznawali się do bycia Polakami? Pojęcie narodu potrzebuje wartości, wokół których zbiorowa narodowa tożsamość może się krystalizować. Polska tożsamość kształtowała się w czasach walki o prawo do bycia Polakami, często w atmosferze walki o podstawowe prawa człowieka: prawo do życia czy też do wolności. Często można odnieść wrażenie, że ten „garnitur wartości” nie współgra już z wyzwaniami współczesności. Takie stereotypowe pozytywne cechy Polaka jak religijność, szacunek do tradycji czy ofiarność są zbyt niedokładne. Jeżeli religijność – to jaka? Jeżeli szacunek do tradycji – to co jest tą tradycja i jak ów szacunek powinien się wyrażać? Jeżeli ofiarność – to komu i co powinniśmy ofiarowywać? Chodzi nam o wypowiedzi o objętości 2000-3000 znaków. Posłużą one do próby „złożenia” wizerunku Nowego Polaka, z którym być może będą się identyfikować przyszłe pokolenia.

Ku chwale Ojczyzny!
(ms)

Obawiam się, że jest to jedna z tych ankiet, które prowadzą donikąd i niczego nie rozwiążą (choć ankiety nie są od rozwiązywania). Po prostu każdy, kto weźmie w niej udział, ma praktycznie szanse znaleźć się wyłącznie po jednej albo drugiej stronie starej barykady mentalno-światopoglądowej, najcelniej sformułowanej w XIX wieku przez rosyjskich filozofów: można oto zostać albo zapadnikiem wyznającym liberalno-europejskie wartości, albo słowianofilem zapatrzonym jedynie we własne narodowe racje. U nas to trwa od stuleci, a co najmniej od „Pana Tadeusza” i wcale nie widać, żeby coś się tu zmieniło, choć wokół zmieniło się tak wiele. Dla jednych głównym celem i marzeniem będzie stworzenie z Polski nowoczesnego narodu na wzór Szwecji czy Holandii, dla innych – zostanie wreszcie Winkelridem narodów, Anhellim i murami obronnymi Watykanu.

Przy okazji wcale nie sądzę, że pojęcie „narodu” wymaga dziś formułowania jakichkolwiek osobnych, wyróżniających wartości. One się pojawiały – w historii – w stanach zbiorowego zagrożenia, a że z reguły tych zagrożeń nie brakowało, „garnitur wartości” umacniał się i tężał, aż stężał w zestaw paraliżujących stereotypów, stanowiących dziś niemal wyłącznie obciążenie. I należy być niemal pewnym, że gdy takie zagrożenie się pojawi, natychmiast wszystkie te upiory wylezą z szafy i będą bronić szańców polskości, choć ani już szańców nie będzie, ani szabel, ani koni, ani sztandarów. Więc tu byłbym spokojny, że tak rozumiana duchowa samoobrona narodu znajdzie swoje naturalne symbole i reakcje.

Najciekawsze dla mnie jest to, czy uda się – nim taka „historyczna chwila prawdy” nastąpi – wytworzyć jakiś zestaw zbiorowych odruchów, które wejdą nam w krew i będą potrafiły stworzyć z nas sensowny naród na czas pokoju, a nie czas wojny. Obawiam się jednak, że ten proces – niezakłócony! – musiałby trwać dalsze dziesiątki lat, i to naprawdę długie dziesiątki, bo mentalność narodowa kształtuje się okropnie wolno. A nawet gdyby się udało przez sto lat żyć w pokoju, za główną przeszkodę wciąż utrudniającą mam polską religijność. To znaczy aktywną obecność państwa wyznaniowego w ramach udawania, że Polska nim nie jest. Kościół jak niepodległości będzie bronił Polski zaściankowej, prymitywnej i ksenofobicznej, bo to po prostu leży w jego interesie jako instytucji, której główne cele są zakorzenione w głębokiej przeszłości, a nie rozumnie przewidywanej przyszłości. Nie mówię oczywiście o nielicznych oświeconych księżach różnych szczebli, ale o masie prowincjonalnych proboszczów wspieranych przez większość wysokich hierarchów. Ta władza, jak każda władza, łatwo nie wypuści swoich owieczek z owczarni.

Możemy oczywiście dużo mówić o tolerancji, zrozumieniu dla inności (każdego typu), poszanowaniu cudzych przekonań, wewnętrznej otwartości, bezinteresownej ochoty do pomocy innym – nie tylko w sytuacjach zagrożenia, przyjazności dla ludzi i zwierząt… czyli tym wszystkim, co powinno składać się na normalne, dobrze funkcjonujące nowoczesne społeczeństwo (to byłby też w istocie nowy dekalog „cnót dobrego Polaka”). Ale nie wierzę niestety, że największa siła kształtująca przez wieki mentalny model Polaka, czyli Kościół matka nasza, będzie w stanie przyjąć te wszystkie wskazania i wartości jako swoje. Pomimo teoretycznych deklaracji zapisanych w kościelnych przykazaniach.

Na marginesie: nie ma żadnego dowodu, że człowiek religijny jest z zasady lepszy niż jakikolwiek niewierzący.

Tadeusz Nyczek

Kultura Enter
20 maja 2009