Strona główna/DZIAŁ WSCHODNI. Marsze nie-darmozjadów

DZIAŁ WSCHODNI. Marsze nie-darmozjadów

Obywatele Białorusi wyszli na ulice. Do marszów dołączali nie tylko mieszkańcy Mińska, lecz także małych miasteczek, w których opozycyjnych aktywistów można policzyć na palcach jednej ręki. Przyczyną tych wystąpień stał się tzw. dekret o pasożytnictwie.

Jak pojawił się dekret o pasożytnictwie?

Dekret nr 3 „O zapobieganiu społecznemu pasożytnictwu”, podpisany przez Łukaszenkę 2 kwietnia 2015 roku, przewidywał, że obywatele, którzy oficjalnie pracowali przez mniej niż 183 dni kalendarzowe w roku i nie zarejestrowali się w urzędzie pracy zobowiązani są do uiszczenia podatku w wysokości 360 rubli (około 180 euro).

Nawet jeśli nie zgłębimy treści ustawy, fakt jej uchwalenia trzeba uznać za co najmniej kontrowersyjny. Z jednej strony, dekret przypomniał czasy socjalizmu, kiedy  w ZSRR brak pracy był prawnie karalny. Z drugiej strony, Konstytucja Białorusi zakazuje pracy przymusowej. Władze, chcąc uzasadnić konieczność przyjęcia tego rozwiązania prawnego, zmuszone były sięgnąć do prawicowej, kapitalistycznej argumentacji. Urzędnicy oznajmili, że głównym celem dekretu jest zmuszenie obywateli do płacenia podatków. Zakładano, że przepis ten nie będzie dotyczył rzeczywistych bezrobotnych, ale tych, którzy są zatrudnieni nieoficjalnie i otrzymują wynagrodzenie w kopertach, przez co nie płacą podatków. W rzeczywistości jednak tego rodzaju przepis może uderzyć w najmniej chronione warstwy społeczeństwa.

Dlaczego dekret okazał się niewypałem?

Niektóre grupy obywateli pozostały wyłączone spod działanie dekretu (absolwenci uczelni, emeryci, niepełnosprawni, duchowni i inni), jednak istnieją sytuacje, kiedy ustawa nie uwzględnia przypadków indywidualnych. Na przykład działaniem dekretu mogli być objęci absolwenci, którzy ukończyli studia na kilka dni przed standardowym terminem. Ponieważ osoby te studiowały przez mniej niż 183 dni w roku, państwo uznawało ich za pasożytów. Pod tę niechlubną kategorię podpadały gospodynie domowe i osoby wychowujące dzieci.

Ta absurdalna ustawa dotknęła właściwie każdą białoruską rodzinę i wywołała w społeczeństwie poczucie niesprawiedliwości, podczas gdy osoby, przeciwko którym dekret pierwotnie został wymierzony, w żaden sposób nie ucierpiały. Białorusini  pracujący za granicą i niepłacący podatków nie zostali objęci działaniem dekretu. Unikający płacenia podatków „ nielegałowie”, otrzymujący wynagrodzenie w kopertach, również nic nie stracili. Okazało się, że lepiej jest zapłacić podatek od pasożytnictwa w wysokości 180 euro rocznie niż pracować na etacie. Dla osób otrzymujących wynagrodzenie w szarej strefie nie jest to duża kwota, natomiast legalizacja ich działalności oznaczałaby generowanie wyższych kosztów.

Poprzez przyjęcie tego dekretu władze Białorusi same rozwiały mit o „orientacji społecznej” państwa białoruskiego. Jak to możliwe, że liczba „pasożytów” w kraju wynosi 450 tysięcy, jeżeli według oficjalnych statystyk w Białorusi zarejestrowano tylko 43 tysiące osób bezrobotnych?

Początek protestów

Protesty nie rozpoczęły się  w 2015 roku, ale dopiero na początku 2017 roku. Powodów jest kilka. Po pierwsze, wezwania do zapłaty podatku od pasożytnictwa za rok 2015 zaczęły przychodzić dopiero pod koniec 2016 roku, a  sam podatek należało uiścić w terminie do 20 lutego 2017 roku. Po drugie, przed początkiem 2017 roku Białorusini ostatecznie zwalczyli tak zwany syndrom postmajdanowy. Po wydarzeniach 2014 roku w Ukrainie wielu Białorusinów obawiało się powtórzenia Majdanu w swoim kraju, przy czym białoruskiego Majdanu nie chcieli zarówno zwolennicy reżimu Łukaszenki, których propaganda państwowa straszyła nędzą i ruiną u sąsiadów, jak i przeciwnicy białoruskiego prezydenta. Białoruska opozycja bała się tego, że w przypadku zmiany władz w kraju, Rosja może powtórzyć scenariusz krymski. Pierwsze „marsze nie-darmozjadów” (tak nazywały się akcje protestu przeciwko dekretowi nr 3) pokazały jednak, że Białorusini już nie dadzą się zastraszyć Majdanem.

Pierwszy marsz przeszedł 17 lutego 2017 roku ulicami Mińska i wbrew wszystkim prognozom zgromadził wielu uczestników. Początkowo marsze odbywały się bez brutalnych działań ze strony milicji. Potencjał protestacyjny zaskoczył białoruskie władze, które nie wiedziały, jak na te wystąpienia zareagować.

Na ulice wyszło kilka tysięcy osób, czyli jak na Białoruś dużo. Na Placu Niepodległości w Mińsku do uczestników protestu przemówili organizatorzy akcji – Mikałaj Statkiewicz, Uładzimir Niaklajeu oraz inni opozycyjni politycy. Po dwóch dniach marsze odbyły się również w miastach obwodowych.

Rewizja umowy społecznej

W manifestacjach uczestniczyli nie tylko liderzy opozycji, lecz także, dotychczas apolityczni, przedstawiciele zawodów robotniczych oraz emeryci. Robotnicy i emeryci, wcześniej stanowiący trzon elektoratu Łukaszenki, pokazali swoje  niezadowolenie z pogorszenia się sytuacji gospodarczej w kraju. Dotychczas pomiędzy elektoratem Łukaszenki a władzami Białorusi obowiązywała nieformalna umowa społeczna, na mocy której władze utrzymywały standardy społeczne na określonym poziomie (nawet kosztem poparcia dla Kremla), a obywatele zachowali posłuszeństwo. Oczywiste jest, że państwo białoruskie, osłabione przez długotrwały kryzys gospodarczy, nie jest już w stanie zapewnić swojemu społeczeństwu dotychczasowego poziomu życia. Na „marszach nie-pasożytów” można było spotkać wiele osób przyznających się otwarcie do głosowania na Łukaszenkę, ale dekret nr 3 stał się kroplą, która przepełniła czarę… cierpliwości. Rzecz jasna, ludzie wyszli na ulice nie tyle przeciw dekretowi, ile przeciw nieudolnej polityce gospodarczej prowadzonej przez władze Białorusi.

Ciekawe jest to, że marsze miały bardziej masowy charakter we wschodniej części kraju. Wprawdzie sytuacja gospodarcza na zachodzie i wschodzie jest podobna, jednak mieszkańcy zachodniej Białorusi – ze względu na bliskość granicy z UE – mają więcej możliwości zarobku na handlu lub przemycie. Mieszkańcy wschodniej Białorusi takich możliwości nie mają. Wcześniej mogli wyjeżdżać  do pracy do Rosji, teraz jednak Rosja sama przeżywa kryzys, co komplikuje sytuację we wschodniej Białorusi.

Rodzynki z bułki

Reakcja władz na protesty pojawiła się dopiero 9 marca. Na zwołanej naradzie Łukaszenka oświadczył, że nie będzie uchylał dekretu, chociaż przyznał, że przepis jest niedoskonały i potrzebuje dopracowania. Prezydent Białorusi wydał polecenie, by nie egzekwować podatku od pasożytnictwa przez rok, co wyglądało na swego rodzaju ustępstwo. Ponadto zezwolił społeczeństwu na organizowanie pokojowych demonstracji, chociaż oświadczył, że należy „powydłubywać prowokatorów jak rodzynki z bułki”.

Oświadczenie to zapoczątkowało nową falę represji wobec aktywistów opozycji i związków zawodowych. Nazajutrz po marszu w mieście Mołodeczno zaczęto „wydłubywać rodzynki” – opozycyjni politycy Wital Rymaszeuski oraz Anatol Labiedźka zostali skazani na 15 dni aresztu.

Podczas kolejnych marszów  aktywnie działali prowokatorzy i funkcjonariusze milicji w cywilu. 15 marca po marszu w Mińsku aresztowano już 50 osób. Do sieci trafiło nagranie z brutalnego zatrzymania w trolejbusie (przez ludzi w cywilu) aktywistów wracających z marszu. W czasie rozpraw sądowych, gdy aktywistów skazywano na karę grzywny albo areszt administracyjny, jako świadkowie występowali funkcjonariusze milicji, którzy często składali fałszywe zeznania, zarzucając zatrzymanym używanie niecenzuralnych słów bądź zakłócanie porządku publicznego.

25 marca miał się odbyć główny marsz, który zbiegł się w czasie z Dniem Wolności (data proklamacji Białoruskiej Republiki Ludowej). Działania milicji były jeszcze bardziej brutalne. Na kilka dni przed rozpoczęciem akcji prewencyjnie zatrzymano prawie cały aktyw opozycji, w tym głównych organizatorów marszy – Mikałaja Statkiewicza i Uładzimira Niaklajeua, a 25 marca miejsce przeprowadzenia akcji zostało zablokowane przez wojsko i pojazdy specjalne. Wielu uczestnikom udało się jednak wziąć udział w marszu. W efekcie milicja zatrzymała ponad trzysta osób. Następnego dnia Białorusini zorganizowali w wielu regionach akcje przeciwko zatrzymaniom podczas obchodów Dnia Wolności.

Co dalej?

Nie ulega wątpliwości, że władzom udało się zahamować rozwój protestów. Niemniej jednak problemy, które wyprowadziły ludzi na ulice, nie zostały rozwiązane. Kolejne akcje protestu w Białorusi zaplanowano na 26 kwietnia, 1 maja i 9 maja.

Urzędnicy w Brukseli stanęli przed dylematem. Z jednej strony Unia Europejska nie może nie reagować na represje obejmujące nie tylko areszty, lecz także zwolnienia z pracy, wydalenia z uczelni, a nawet groźby odebrania dziecka. Z drugiej – w ciągu ostatnich kilku lat relacje Białorusi i UE  znacznie się polepszyły. Poprawił się stosunek do praw człowieka, przez ostatnie trzy lata białoruskie władze przeprowadziły tak zwaną miękką liberalizację, a Mińsk został miejscem negocjacji w sprawie zażegnania kryzysu ukraińskiego. Dobre relacje potrzebne są zarówno Brukseli, której zależy przede wszystkim na stabilności w regionie (kwestie wartości schodzą przy tym na drugi plan), jak i Mińskowi, który obawia się agresywnej polityki Moskwy i chciałby zdywersyfikować swoją politykę zagraniczną. Dlatego też nie wydaje się, by brutalna reakcja władz na „marsze nie-darmozjadów” w jakikolwiek sposób wpłynęła na relacje między Białorusią a UE.

Wydawać by się mogło, że najprostszym wyjściem z sytuacji jest uchylenie dekretu, który przysporzył białoruskim władzom tylu problemów. Łukaszenka jednak nie zgodzi się na to – wycofanie się byłoby przyznaniem się do błędu, a na to autorytarna władza  nie może sobie pozwolić.

Maksim Machankou

Z rosyjskiego tłumaczył Andrij Saweneć

Maksim Machankou – urodził się w 1991 roku w Mohylewie (Białoruś), ukończył Białoruską Państwową Akademię Łączności, studiował telekomunikację. Interesuje się stosunkami międzynarodowymi, bezpieczeństwem informacyjnym. Współpracuje z periodykami „Nasza Niwa” (Białoruś), i „Nowoje Wremia” (Ukraina).

Wschodni sąsiedzi decydują się wyjść na ulicę i prorestować. Czas na zmiany w Białorusi. Foto. za: tut.by.

Wschodni sąsiedzi decydują się wyjść na ulicę i protestować. Czas na zmiany w Białorusi. Foto. za: tut.by.

Wiosna 2017. Protesty w Mińsku. Foto za: belapan.by

Wiosna 2017. Protesty w Mińsku. Foto za: belapan.by

Tłumy na ulicach Mińska. Fot. Radio Swoboda.

Tłumy na ulicach Mińska. Fot. Radio Swoboda.