Strona główna/DZIAŁ WSCHODNI. Dwa przepisy na literaturę białoruską

DZIAŁ WSCHODNI. Dwa przepisy na literaturę białoruską

Przepis 1. Pod beszamelem nowego świtania 

Napisać o literaturze białoruskiej – chyba najpierw z wysokości lotu ptaka, potem powoli się zbliżając. Geografia lotu jest dość obszerna. Sięga Wilna, Połocka, Wołkowyska, Pińska, Grodna, a nawet Białegostoku, Lublina, Warszawy i trochę Poznania. Ktoś znajduje jej ślady w Anglii, Norwegii i Ameryce, ktoś inny w Australii, bo Białorusini − może nie z chęci, ale coraz odważniej − stają się narodem migrującym, również w poszukiwaniu stołu dla pisania wierszy i powieści. Ale topograficznie jest jakoś literatura białoruska skrzywiona na zachód. Skrzywienia na wschód, tym bardziej w postaci rosyjskojęzycznej, tradycyjnie nie uważa się za przejaw literackiego talentu białoruskiego. Popieram i będę przestrzegać tych granic. Literatura białoruska nie rusyfikuje się. Z zasady. Mogą się rusyfikować pisarze, ale literatura – nie. Jej parametry są nadal świętością: język, honor i ojczyzna. Białoruskie. A Bóg rozsądzi, czy ktoś tego przestrzegał bez zastrzeżeń.

Bóg, pewnie też z wysokości lotu ptaka, spogląda na te literackie przemieszczenia atmosferyczne i chyba trochę się nudzi. Jakby wpadł do naszego literackiego świata podczas ciszy nocnej i strach zapalić światło, bo wszyscy zaczną burczeć, że ślepi im to oczy. To prawda, literatura białoruska śpi, ale pisarze przecież nie śpią. Snują się w labiryncie trzech słów: język, honor i ojczyzna. Może to jest niemodne? Niepotrzebne starocia? Kto wie. Proste rzeczy, niewymagające splątanych abstrakcji. Bez kompromisu. Czyli szczera prawda.

Język. Wyłącznie białoruski? W kraju rosyjskojęzycznym z praktyki? O, tak. I jeszcze nikt tego nie osprzeczył? Osprzeczano. Wyrok brzmiał na przykład taki: nikt nie zabrania słabości. Ale język białoruski jest przejawem siły. I odwagi − każdy białoruskojęzyczny pisarz będzie ze wszystkich stron krytykowany za swoje niby wyrazy niebiałoruskie. A ty idź, idź, pisz sobie, posłuchaj, powiedz „psiakrew” i pisz. Po białorusku. Z pękniętą głową. Zdzierając kolana. Dorastając do stadium honoru.

Honor. A czy może być literatura bez honoru? Oj, może. Coraz bardziej. Nie wiem, czy to jest nowe – ale za mojej pamięci – nowe. Wolne otwarte literackie placówki lat dziewięćdziesiątych, w których wyraźnie widniały obrysy honoru literackiego, zostały wyparte na margines, izolowane do osamotnionych jednostek na uboczach naszej literackiej mapy, wyłączone ze społeczności literackiej jako niezarobkowe. Nie do końca zrealizowane talenty, których czasem zapraszają na imprezy literackie z prośbą o bycie trzeźwymi. Kto zaprasza? Nowi naczelnicy rozwoju literatury. To oni trzymają kasę. To oni wypłacają zasiłek za honor literacki. Bo ojczyzna nic nie płaci kombatantom wojen literackich.

Ojczyzna. Literacka fantazja jak zawsze próbuje ją uratować. Buduje średniowieczne niedostępne zamki, robi z nas światowych wędrowców, zajmuje się naszą erudycją i proponuje importowane nowe gatunki literackie. W istocie fale heroizacji ojczyzny w literaturze białoruskiej przeżyliśmy wcześniej. Teraz twierdza się sypie i sypią się jak z rękawa książki o niczym. O ojczyźnie, gdzie muzyka gra za ścianą. Ale jeśli zagra w naszym domu, to będzie za głośno. Słuchamy muzyki za ścianą. Wiemy, że jest piękna, ale w naszym domu panuje cisza. Słuchamy siebie. Jeśli do naszego domu literackiego wpadnie Mick Jagger, boję się, że zostanie wyproszony. No chyba, że będzie to Mick Jagger we własnej osobie. Ale innych chwilowo nie zapraszamy. Teraz nie czas na karnawał. Zaczął się post. Okres zadumy. I niech nie biega po literackiej scenie jakiś okropny klituś-bajduś i nie denerwuje wszystkich swoim gadulstwem. Tu post, a on jest w stroju karnawałowym. Normalny pisarz jest bezrobotny i podjada u rodziców wieśniaków, a on piecze te swoje książki jak placki i próbuje częstować nimi jak pączkami w tłusty czwartek.

Cisza. Stan, w którym nie rozlegają się żadne dźwięki. Cisza, aż w uszach dzwoni. Zaległa, bez wiatru. W tej ciszy − brak reakcji, odzewu. Cisza wokół tych, którzy zarabiają na karnawalizacji literatury białoruskiej. Cisza to niezajmowanie się literaturą. Ale coś ciurczy. Czysta woda ze źródła? Ona to? Jak dawniej, w lepszych czasach? Czysta woda, ale już nie ze źródła, lecz z kranu w miejskim bloku. Ciurczy literatura białoruska nieprzerwanym strumieniem. Ktoś na pewno siedzi przed komputerem i tworzy. Czasem w tej ciszy słychać klekot. Bociani klekot? Nasz ukochany bocian przyniósł nam dziecko literatury białoruskiej? Nie, nie bocian, to klekot zużytego zniszczonego urządzenia, maszyny, którą próbujemy naprawić. I są głuche silne uderzenia. Raz cios w serce, raz w głowę, a czasem i poniżej pasa. Huk, trzask. Czy tak się tworzy literaturę? Huczne literackie prezentacje podobne są raczej do klina zabijanego w głowę. Czy obudzą śpiących i zmuszą ich do działania?

I co? Żadnego rynku i konkurencji? Jest rywalizacja literatury o niczym z literaturą o niczym w literaturze. Obserwuje się też zmagania w obrębie blasku. Prowincja gaśnie. Czy tylko na razie trochę przygasła? A przecież dawniej to ona wyznaczała trendy. Miała przed sobą konkretny plan działań idealistycznych, walczyła z antybiałoruskością, wspinała się śmiało ze sztandarem na wieżę zamkową, po stromych schodach. Chciała dojść do wielkości klasyczną drogą − dzięki wykształceniu i talentowi. Poeci i pisarze z prowincji, których imiona jeszcze pamiętają, przeżywają teraz stan degradacji swojej szkoły literackiej – jakby przytłoczeni feerycznym klanem mińskim, zachłyśniętym widowiskami, baśniowymi nastrojami i światełkami.

Jasne, że na gwiaździstym niebie literatury białoruskiej błyszczy przede wszystkim gwiazda Mińska. To ona rozświetla różne dzielnice stołeczne – ktoś pobłyskuje na Południowym Zachodzie[i], ktoś przy starym lotnisku, niektórzy w Uruczczy, ktoś próbuje rozświetlić mroczne Szabany, a komuś innemu za mało tego gwiaździstego blasku i nerwowo zapala świece, lampy stołowe, lichtarze w pobliskim parku Sewastopolskim i jeszcze każdego ze spacerujących niby prosi o przypalenie papierosa, ale tak naprawdę chodzi mu o błysk zapalniczką, o dodatkowy blask.

Nie odsłania się jakoś kurtyna obłoków, żeby spojrzeć z lotu ptaka na poszczególnych ludzi.

Czyż można napisać o literaturze bez nazwisk? Chciałoby się. Bo jeśli wymienić jednego – drugi by zazdrościł. Może chociażby pseudonimów użyć? Ale pseudonimów nie ma. Skończyła się ich epoka. A wraz z nią rozpoznanie, że Janka Kupała okazał się Iwanem Łucewiczem, a Jakub Kołas – Mickiewiczem, spokojnie, nie tym, Konstantym Mickiewiczem.

Obecnie na Białorusi literaci gotowi działać w sposób otwarty, bez ukrywania się pod pseudonimami. Dużo imion, dużo talentów, nie ma poetów i pisarzy zabronionych, nie ma problemu genderowego. Ale nie ma też literatury. W zupełniej ciszy − każdy, kto się odezwie, mówi głośno. Ale z tego letargu trzeba się budzić, bo dojdziemy do całkowitej klęski twórczej i pozwolimy na rozpowszechnienie podejścia do literatury jako do sposobu promowania sprytniejszych jednostek, nie zaś jako wykładni języka, honoruojczyzny. I kto wtedy da ludziom odpowiedzi na pytania dotyczące ich bytu?

Przepis 2. Sałatka jarzynowa

Do sałatki jarzynowej potrzebujemy… nie tylko rodzimych, ale i wszystkich pisarzy i poetów „ugotowanych” poza obszarem Białorusi. Mało ich prezentujemy, prawie nie zapraszamy. Jasne, że Sokrata Janowicza, Jana Czykwina, Alesia Barskiego, Wiktora Szweda, Mirę Łukszę z Podlasia odbieramy jako pisarzy białoruskich. Czy jest na białostocczyźnie nowa generacja takich autorów? Nie wiem. Już pobrzmiewa, że Katarzyna Bonda jest „nasza”. Ale po ukończeniu szkoły białoruskojęzycznej w Hajnówce pisze jednak po polsku. A co tam tkwi w przepisie zasadniczym? Białoruszczyzna. Czyli sałatka jarzynowa musi być przyprawiona językiem narodowym, inaczej − to zupełnie inna potrawa. Znany miński poeta Dmitrij Strocew pisze wyłącznie po rosyjsku. To jest poezja wysokich lotów, warta czytania, z Białorusi, ale pozostaje wrażenie, że z jego słów buduje się jednak światostworzenie rosyjskie, nawet jeśli jest w najlepszym smaku, przyprawione wiarą, miłosierdziem, głębinami duchu oraz pragnieniami dobroci. Poszukując korzeni tego zjawiska, wspomnijmy literacki Mińsk czasów międzysowieckich i jego charakterystyczne dla stolicy rosyjskojęzyczne kółka utalentowanych poetów i prozaików. Można by powiedzieć, że język białoruski nie był dla nich naturalnym narzędziem twórczym. W tamtych czasach literatura rosyjska wydawała się bliższa doskonałości, służyła za wzorzec. Białoruskość szybko nabrała prestiżu w latach gorbaczowskiej pieriestrojki. Z rosyjskojęzycznego środowiska literackiego sprytnie wpasował się w koniunkturę poeta Andrej Chadanowicz, który najpierw musiał się nauczyć białoruskiego, a teraz pisze wyłącznie po białorusku, co prawda, nostalgicznie występując w obronie rosyjskojęzycznych literatów Białorusi. Dmitrij Strocew pozostał wierny rosyjskiemu, trafiając mimo woli do rosyjskojęzycznej literackiej diaspory, logicznie wyodrębnionej przez wybuch białoruskojęzyczności w latach 90. XX wieku. Wtedy też pojawił się, na przykład, elegancki, arogancki i bardzo miejski białoruskojęzyczny mińczuk Adam Globus, przekonujący, że Mińsk ma swoje elitarne białoruskie gusty. Wtedy też ułożyła się wyjątkowo ciekawa grupa młodych awangardystów Bum-Bam-Lit, która powiązała literaturę z teatralnością i epatowała po białorusku, nowatorskim, giętkim, ekspresywnym językiem. Białoruszczyzna w literaturze stała się narzędziem myślenia o wszystkim: od tajemnic przed mamą[ii] do filozofii. Czyli zwykła sałatka jarzynowa, przyrządzana z tego, co rośnie na ojczystych grządkach, została daniem świątecznym.

Nie trzeba nikogo przekonywać, że dobra literatura jest ponadterytorialna i świetna w każdym języku. Ale często szukamy smaków tradycyjnych − typowej sałatki jarzynowej. I gdyby zachciało mi się podwójnej porcji poezji białoruskiej, przepraszam za taką „degustację”, poproszę o białoruskojęzycznych poetów – Anatola Sysa czy obecnie tworzącej Nasty Kudasowej. Bo słowa są kodem kulturowym, więc białoruszczyzny i wyrastającej z niej gamy uczuć: skojarzeń, podtekstów, a nawet głupoty i apatii − nie zastąpi się innym językiem. Uważam, że ten, kto pisze po białorusku, dołączając do literatury globalnej, dołączył też do grona osób dbających o zachowanie literatury unikalnej. Ktoś powie, że młody prozaik Wiktor Marcinowicz pisze i po rosyjsku, i po białorusku, albo że ostatnio reklamują rosyjskojęzyczną wersję Ludmiły Rublewskiej o Pranciszu Wyrwiczu[iii], inicjowaną na Białorusi. Nazwiemy to próbami eksportu naszej sałatki jarzynowej w celu porównania z sałatką „oliwje”[iv]. No, widzicie, w sałatce jarzynowej nie ma przecież kiełbasy, są za to cebula i jabłuszka, i gotowany korzeń pietruszki, i ziemniaki są drobniej pokrojone, i majonez ma inny smak. Nie wiem, czy ktoś w Rosji nie powie, że to w rzeczywistości wcale nie jest taka sama sałatka, jak to było ze Swietłaną Aleksijewicz. Za to słowo ojczyste przynajmniej gwarantuje przytułek.

Pamiętam świat literatury białoruskiej lat 90. Tej epoki kolejnej odwilży, z hucznym trzaskiem lodołamania. Twórcy z prowincji białoruskiej, zapoznani ze sobą w miejskim środowisku studenckim, zawiązywali białoruskojęzyczne grupy literackie. Jaskrawym przykładem są „Tutejsi”, którzy byli, choć nieliczną, poważną jednak wspólnotą, kierującą się hasłami: język, honor i ojczyzna. Wielu z nich wróciło do swojej małej ojczyzny, traktując literaturę jak powołanie. Ich ciągiem dalszym było połockie Towarzystwo Wolnych Literatów, które przyznawało nawet bezpieniężną ogólnobiałoruską nagrodę literacką – Glinianego Welesa. Już w samej nazwie tej nagrody krył się kompleks literatury białoruskiej – rękodzieła wykorzystującego materiały natury, ściśle powiązanego z regionalnością i tradycją historyczną, z dala od sporów prawosławno-katolickich, z patronem dbającym o dostatnie życie. Mamy pełnosmakową sałatkę jarzynową z szynką, przyrządzoną ze szczodrych plonów, z groszku, marchewki, ziemniaków i z dobrych wiejskich jajek.

Tylko mińczukom tego było za mało. Mińczucy − wbrew Poleszukom homelskim i połocczanom − stworzyli alternatywę bum-bam-literacką i zapragnęli dodać do sałatki jarzynowej pstrokatych jajek przepiórzycy, a nawet trochę awokado i limonki. Tak jak krzyczał w swoim czasie młody Gałczyński: „A ja chcę Rabindranatha Tagore!”. Konserwatyzm prowincji zagubił się w nowych smakach. Nawet niepowtarzalnie otwarty na wszystkie strony Bum-Bam-Lit też został zastąpiony nowymi smakami. Smakami płynącymi z Europy. Przedtem kucharzyliśmy sami i raczej dla siebie, a teraz pulchna stara pani Europa, z grubą portmonetką, zainteresowała się naszą sałatką. Przedtem jedliśmy z glinianych mis, raz łyżką, raz ręką, a teraz pani Europa wymaga od nas porcelany, sztućców i więcej jazzu. We wszystkich proponowanych chociażby przez galerię „Ŭ” festiwalach, spotkaniach autorskich i tego typu wydarzeniach łatwo dostrzec model europejski prezentacji literatury. Wszystko bardzo à la Europa − jak napisano w umowie o dzieło, że „zleceniobiorca zobowiązuje się wykonać przedmiot umowy z należytą starannością, wykorzystując w tym celu wszystkie posiadane umiejętności”. Zleceniodawca „widzi za niezbędne” pompę z konferansjerem, dziennikarzami, a nawet zespołem muzycznym, do tego sesje podpisywania książek. Jedni podpisują ręką prawą, inni lewą, zdobimy lokal plakatami, ulice banerami, książki opasujemy banderolami, dla zachęty na przyszłość dajemy kalendarze.

Wychodzi na to, że − jak mówił białoruski filozof Walancin Akudowicz − czas literatury białoruskiej nareszcie zbiegł się z czasem literatury europejskiej. W literaturze już jesteśmy równoprawnymi Europejczykami. Czas się zbiegł, kopiujemy więc model efektownych prezentacji, bo to podoba się czytelnikom. Europa jest w tym dla nas przykładem. Tylko czy na te stuprocentowo europejskie imprezy przychodzi literatura białoruska? Czy ona też jest zapraszana? Ale co tam, najważniejsze, żeby książki czytało się lekko i wesoło, nawet jeśli to opowieść o tragicznej śmierci młodego grafomana[v] lub nudnej biurowej codzienności, albo też smutna historia pracownika ZOO, rozpaczliwa spowiedź menedżera małej spółki bądź traktat o próbie określenia tożsamości narodowej. A wszystko pod jedną okładką.

Walancin Akudowicz twierdzi, że „dziś literatura to słowno-mentalna zabawa dla intelektualnie przygotowanych autsajderów”[vi] – z naciskiem na słowo „zabawa”. Inaczej mówiąc – zabawa dla tych, którzy bez sensu doszukują się na siłę sensu, tam gdzie go nie ma. Kołacze mi się w głowie zdanie: „Niby jadłam, ale mam wrażenie, że tylko radia słuchałam”. To z tego wynika prośba: „Przywieź mi sałatki jarzynowej, takiej prawdziwej”. Ba, ale skąd ją wziąć? Gdzie kupić, żeby była prawdziwsza – na prowincji czy zagranicą? Pewnego dnia zobaczyłam w oddali niebieski statek płynący błękitnym morzem. Skojarzył mi się z literaturą białoruską. Książka Siarheja Dubawca pod takim właśnie tytułem[vii], zresztą jednego z „Tutejszych”, podziałała na mnie regenerująco, chociaż autor napisał, że to literatura o niczym. „Nic” to też jest temat. Autor go poruszył, więc napisałam te rozważania.

Inesa Kuryan

[i] Nazwy dzielnic i okolic Mińska.

[ii] Nawiązanie do tomiku „prozy intymnej” Adama Globusa Tylko nie mów mojej mamie (Адам Глобус, Толькі не гавары маёй маме, Сучасная літаратура, 1995).

[iii] Людмила Рублевская, Авантюры Прантиша Вырвича, школяра и шпика, Янушкевіч, 2016 (w przekładzie Białorusina Pawła Lachnowicza).

[iv] Nazwa popularnej w Rosji sałatki, przyrządzanej tradycyjnie na Nowy Rok, bardzo podobnej w smaku do sałatki jarzynowej, ale uważanej przez Rosjan za potrawę niepowtarzalną w świecie.

[v] Odniesienie do książki Kiryła Dubowskiego Dobra powieść (Кирилл Дубовский, Хороший роман, 2015; wersja elektroniczna w języku rosyjskim na lohvinau.by).

[vi] Z wykładów Walancina Akudowicza o literaturze białoruskiej w Collegium Białoruskim.

[vii] Сяргей Дубавец, Сіні карабель у блакітным моры плыве, Каўчэг, 2014, nominacja do nagrody za najlepszą powieść białoruską 2015 roku.

Uniwersalna klawiatura na komputer dla białoruskich internautów, autorstwa Daniły Isakova. Fot. za: Wikipedia

Uniwersalna klawiatura na komputer dla białoruskich internautów, autorstwa Daniły Isakova. Fot. [za: Wikipedia]

Biblia Francyska Skaryny (XVI w.). Fot. za: Wikipedia

Biblia Francyska Skaryny (XVI w.). Fot. [za: Wikipedia]

"Nasza Niwa" to jeden z najstarszych dzienników w języku białoruskim (1905-1915), w latach 90. XX wieku reaktywowany.

"Nasza Niwa" to jeden z najstarszych dzienników w języku białoruskim (1905-1915), w latach 90. XX wieku reaktywowany.

Tablica z nazwą ulicy w Mińsku, zapisana cyrylicą oraz tzw. łacinką, czyli łacińską wersją alfabetu białoruskiego. Fot. Wizardist za: Wikipedia

Tablica z nazwą ulicy w Mińsku, zapisana cyrylicą oraz tzw. łacinką, czyli łacińską wersją alfabetu białoruskiego. Fot. Wizardist [za: Wikipedia]