Strona główna/DZIAŁ WSCHODNI. Poprzednie życie (nowości wydawnicze)

DZIAŁ WSCHODNI. Poprzednie życie (nowości wydawnicze)

Z cyklu Album rodzinny
Mykoła Riabczuk


Rozmowy rodzinne

Moja teściowa każdego ranka dokładnie o ósmej telefonuje do swojego syna, a mojego szwagra. Ich rozmowy nie cechuje jakaś szczególna różnorodność. Właściwie, w ogóle się nie różnią: „Dzień dobry… Jak leci?… Jak  zdrowie?.. Macie co jeść? No to w porządku… Idziecie do pracy? (jeśli nie jest to dzień wolny)… W domu nie jest zimno? (jeśli nie jest to lato)… Dbajcie o siebie…”.

Odpowiedzi szwagra, jak rozumiem, również są standardowe. Pewnego razu doradziłem mu, aby nagrał na automatyczną sekretarkę zestaw przydatnych wypowiedzi, żeby nie odrywać się o ósmej rano od spania czy innych ważnych spraw, ,na przykład seksu. Tyle, że on nie docenił mojego humoru. Jest wszakże synem, nie zięciem.

Poprosił ją natomiast, by nie dzwoniła tak rano, przynajmniej w dni wolne. Teraz teściowa dzwoni kwadrans po ósmej.

Ja zaś od czasu do czasu   patrzę na swoje dzieci i zastanawiam się – na razie bez przerażenia, ale z ciekawością – czy również dożyję wieku, kiedy wymiana zdań ze mną, stanie się dla nich nudnym obowiązkiem i kiedy cała ta moja gadanina będzie wywoływać u nich pobłażliwy uśmiech lub, co gorsza, słabo ukrytą irytację? Czy tak samo będę wydzwaniał do nich każdego ranka, aby tylko przypomnieć, że wciąż żyję – przypomnieć nawet nie im i nie tyle samemu sobie, ile Panu Bogu, aby nie wykreślił mnie  choćby jeszcze dzisiaj – ze swojej Księgi?

Na razie staram się nie dzwonić do swoich dorosłych dzieci bez potrzeby.

I nie obrażam się, kiedy nie dzwonią do mnie. No news is good news. Zresztą, przeważnie piszemy do siebie maile. Pan Bóg też o tym wie.


Przeciążenie

Moja żona uważa, że mamy za dużo książek – i ma rację. Książki wypełniają wszystkie ściany mojego gabinetu od podłogi po sufit, leżą na posadzce pod regałami, wiszą nad drzwiami, wpełzają na parapet, na biurko, pod biurko i nawet na kaloryfer. Próbuję z nimi walczyć, rozdając je na prawo i lewo i nigdy nie zapisując (ani nie zapamiętując), komu co pożyczyłem. Z jakiegoś jednak powodu książek jest coraz więcej.

Od pewnego czasu przestałem kupować książki rosyjskie, ale ich miejsce stanowczo zajęły te w języku angielskim i polskim. Zaniechałem kupowania literatury pięknej, ograniczywszy się do wydawnictw fachowych, mimo to beletrystyki nie jest mniej z racji prezentów od przyjaciół, znajomych, częściowo znanych i  zupełnie nieznanych mi autorów. Wreszcie wyrzuciłem kilka półek ukraińskich czasopism z własnymi publikacjami, jednakże miejsce po nich wkrótce zostało wypełnione przez czasopisma zagraniczne, których wyrzucać na razie nie pozwala mi sumienie. Chociaż, doprawdy, nie wiem jaką mam korzyść, oprócz wątpliwego łechtania własnej próżności, od przeglądania swoich artykułów w szwedzkim „Ord & Bildzie”, rumuńskiej „Alterze” czy holenderskim „NRC-Handelsbladzie”.

Ostatnio zdecydowałem się jednak zrobić przyjemność żonie i w czasie, kiedy wyjechała w delegację, wybrałem kilkaset książek i oddałem je do biblioteki Akademii Mohylańskiej. Z Akademii z jakiegoś powodu podesłano osobówkę, w związku z czym wszystkie pudła i paczki nie dało się zmieścić w bagażniku i na tylnym siedzeniu, a zatem kierowca musiał zrobić dodatkowy kurs. Przy tej okazji dorzuciłem kolejne paręset książek – i z dumą zaprosiłem żonę, gdy tylko wróciła, do swego przystrojonego gabinetu.

Zmiany w bibliotece nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Chyba w ogóle ich nie zauważyła.

– To co żeś stąd wywiózł? – zapytała. – Jakoś nie widzę żadnej różnicy.
– Dwa samochody osobowe – odparłem z dumą. – Cały bagażnik i tylne siedzenie.
– Trzeba ci było wziąć ciężarówkę – doradziła żona.
– I karawan – dodałem.
– Dobra, dobra – wtrąciła pojednawczo córka. – Ciężarówkę zamówimy po karawanie.


Wahadło Foucaulta

Byłem gdzieś daleko i nie udało mi się dotrzeć na ślub bratanicy, która zatem przy najbliższej okazji przyjechała do Kijowa z całym albumem zdjęć ślubnych. Album obejrzeliśmy szybko i, rzecz jasna, z ciekawością, chociaż większość uczestników tej uroczystości nigdy wcześniej nie widziałem i wątpię, bym kiedykolwiek jeszcze zobaczył. Byli tam jednak moi bliscy krewni, których nie widziałem już od roku czy dwóch lat; przyglądałem się więc zdjęciom z dociekliwością antropologa: sukienki, garnitury, fryzury dobitnie świadczyły o wzroście dobrobytu ukraińskich ludzi pracy, chociaż niektóre inne cechy wskazywały na to, że nasi ludzie pracy na razie jeszcze nie przeszli od ilościowego etapu przyswojenia dóbr cywilizacyjnych do etapu jakościowego.

Zerkałem na ich zakola, brzuchy oraz podbródki i – przyznaję – nie bez złośliwej satysfakcji myślałem o tym, że wszyscy wyglądają starzej ode mnie, mimo że tak naprawdę są młodsi. Chociaż, być może, po prostu im zazdrościłem i chciałem, aby w rzeczywistości wszystko było na odwrót.

Na szczęście, moja bratanica brała ślub we Lwowie, nie było więc żadnego składania kwiatów przy sowieckich pomnikach, odbył się za to całkiem porządny obrzęd w cerkwi greckokatolickiej, dawnym kościele dominikańskim przerobionym przez Sowietów na muzeum ateizmu. Pracowałem tam ćwierć wieku temu, albo przynajmniej udawałem, że pracuję; pod sklepieniem kościoła wisiało olbrzymie wahadło Foucaulta, które wraz z kolegą wprowadzaliśmy w ruch rano przed otwarciem muzeum – wahadło kołysało się, stopniowo zmieniając płaszczyznę swoich odchyleń i tym samym, jak wyjaśniali oprowadzacze, naocznie potwierdzało fakt obracania się Ziemi. Prawdę mówiąc, ten związek między zmianą płaszczyzny wahań a obracaniem się Ziemi był bynajmniej nie naoczny i wcale nie dla wszystkich zrozumiały. Wahadło miało jednak w sobie pewną majestatyczność, jakąś magię,  toteż żałuję, że zabrano je z kościoła wraz z innym ateistycznym badziewiem – Foucault nie jest niczemu winien, a poza tym gdzie jeszcze znajdziemy takie ładne, wysokie i dźwięczne sklepienie?

Oprócz albumu bratanica przywiozła jeszcze mnóstwo zdjęć na płycie, a zatem dzięki sprzętowi komputerowemu udało się nam dokładnie obejrzeć krople rosy na płatkach róż w rękach panny młodej, wymyślne wzory na jej lakierowanych paznokciach oraz imię pana młodego, wygrawerowane na wewnętrznej stronie obrączki. Po obejrzeniu około pół tysiąca ujęć zatrzymaliśmy się – przed nami było kolejnych dwieście.

– Możesz mi podarować to zdjęcie? – zapytałem, wracając od tańców, stołów i gości z mikrofonem na początek, do wyludnionej fotografii z wnętrzem kościoła, wierzchołkiem ołtarza i fragmentem kopuły.

– Pewnie, że tak – odpowiedziała bratanica – ale przecież tu nikogo nie ma!
– Tutaj było wahadło – wyjaśniłem – Wahadło Foucaulta.
– To samo, co u Umberto Eco? – zapytała bystra dziewczyna.
– To samo – potwierdziłem.


Mykoła Riabczuk

Z ukraińskiego tłumaczył Andrij Saweneć

Mykoła Riabczuk –  ur. 1953 r. w Łucku, ukraiński krytyk literacki, eseista i publicysta, poeta, tłumacz polskiej literatury. W latach 90. był gościnnym profesorem na kilku uniwersytetach amerykańskich. Założyciel opiniotwórczego kijowskiego miesięcznika „Krytyka”. Współpracownik Centrum Studiów Europejskich Uniwersytetu Akademia Kijowsko-Mohylańska. Jego teksty publikowano w Polsce m.in. na łamach „Więzi”, „Tygodnika Powszechnego”, „Akcentu”, „Dekady Literackiej”. Wyróżniony nagroda Polcul Foundation za działanie na rzecz dobrych stosunków polsko-ukraińskich, w 2002 r. laureat polsko-ukraińskiej Nagrody Pojednania Polsko-Ukraińskiego. Od 2014 r. jest przewodniczącym jury Nagrody Literackiej Europy Środkowej „Angelus”.

Mykoła Riabczuk, fot. Clemens Fabry. Źródło: http://euromaidanpress.com.

Mykoła Riabczuk, fot. Clemens Fabry. Źródło: http://euromaidanpress.com.