Strona główna/DZIENNIK W CZASACH PANDEMII. Boccaccio potrzebny od zaraz

DZIENNIK W CZASACH PANDEMII. Boccaccio potrzebny od zaraz

Zbigniew Masternak

9 marca
Z dnia na dzień wszystko się zmieniło. Przez ostatnich kilka lat jeździłem ciągle na spotkania autorskie. Nagle wszystkie zostały odwołane, a dzieciaki przestały chodzić do szkoły. Ta sytuacja całkowicie mnie zaskoczyła, ale nie tylko mnie – wszyscy zastanawialiśmy się, co się wydarzy. I jak długo to wszystko potrwa?

12 marca
Wychodziłem z domu tylko na zakupy z żoną. Kupowaliśmy jedzenie na zapas. Z czasem nawet to trzeba będzie ograniczyć i uzupełniać braki przez Internet. Co dowiozą ze sklepu, to dowiozą.

13 marca
Zawzięty podróżnik, jakim był Bruce Chatwin, uważał, że wszystkie nieszczęścia ludzkości biorą się stąd, że człowiek prowadzi osiadły tryb życia. Wędrówka, podróże, ruch – oto, co czyni człowieka szczęśliwym. Nie wiem, czy wszyscy Polacy czytają zawzięcie Bruce’a Chatwina, ale chyba wszyscy podróżują. Ruszyła fala powrotów z zagranicy. I tych, co tam pojechali tylko na wycieczkę, i tych, którzy tam pracowali od lat.

14 marca
Każdy kraj radził sobie z epidemią koronawirusa na swój sposób. Wszędzie jednak zaczęły obowiązywać pewne ograniczenia i restrykcje, które wywróciły życie ich mieszkańców na pewien czas do góry nogami. Tylko Szwecja wzbraniała się z wprowadzeniem restrykcji.

20 marca
– A pan w to wierzy, w tego wirusa? – spytała właścicielka mojej ulubionej piekarni. Tej samej, która „w związku z zaistniałą sytuacją” zamknęła się na samym początku pandemii, kiedy jeszcze nikt nikomu niczego zamykać nie kazał. Kiedy wzruszam ramionami, że trudno nie wierzyć, podając przykłady z kraju i ze świata, pyta: – A był tam pan? Widział pani na własne oczy? Zna pan kogoś, kto zachorował? Bo ja rozmawiam z lekarzami i powiem panu, że oni nami manipulują.
Po co, na co i kto konkretnie, kim są ci mityczni oni, wywracający do góry nogami światową gospodarkę – tego już nie powiedziała.
Ze sprzedawczynią piekarni i jej interesem rozstałem się bez specjalnego bólu, choć chleb i bułki były tutaj smaczne. Ale szlag mnie trafia i serce pęka, kiedy słyszę podobne farmazony od rozmaitych znajomych i przyjaciół, ludzi, wydawałoby się, dość rozgarniętych. Ponieważ nie mamy zamiaru niszczyć tych relacji, zawsze kończy się tak samo – ja czuję, że muszę łyknąć coś na ciśnienie, żeby się uspokoić, a oni na moment nie wychodzą z roli, żegnając mnie z politowaniem w oczach, jakim żegna się naiwnych, którzy nie wiedzą, w jakim świecie żyją. Sypią jak z rękawa przykładami internetowych publikacji, gdzie światowej sławy autorytety, rozmaici amerykańscy naukowcy dowodzą, że wirus to wielka ściema, i nie widzą różnicy między mediami, którym można zaufać w tej kwestii, a bzdurami pleniącymi się na wszelkiej maści stronach i stronniczkach. Kiedy tego słucham, przychodzi myśl, że obok zdrowotnych i ekonomicznych skutków tej pandemii koronawirusa ten będzie jednym z najbardziej dojmujących – pandemia fake newsów, rozprzestrzeniających się z siłą wodospadu, na które nie pomoże żadna szczepionka, bo do jej wynalezienia droga chyba dłuższa niż do tej na COVID-19.

24 marca
Wydawało się, że nastąpi przewartościowanie. Upadnie wiele potęg budowanych na kredyt, opartych na glinianych nogach – przetrwać mogli mniejsi, zaradniejsi. Była szansa na zmianę hierarchii. Ten kryzys to była okazja do resetu gospodarki – odzyskania pieniędzy przez banki i największych graczy. To, co uciułały na kontach mniejsze firmy czy osoby prywatne zostanie przejedzone albo z braku pracy, albo w skutek inflacji. Dużo ludzi żyło ponad stan, interesowały ich modne ciuchy i tanie loty do Londynu, nie myśleli o przyszłości. Ten kryzys uświadomił mi, jak to jest kruche – samozatrudnienie, praca w branżach, które okazały się zbędne. Wierzyłem jednak, że skoro ludzkość dała sobie radę z różnymi epidemiami kiedyś, to teraz też sobie poradzi, chociaż może to trochę potrwać.

 

1 kwietnia
Prima aprilis. Gdy się obudziłem, miałem nadzieję, że to wszystko, co się dzieje, to jakiś kiepski żart.
Omijaliśmy się wszyscy z daleka, zakapturzeni jak zombie. Prowadziłem zajęcia komiksowe, dzieci rysowały wiele historii o zombie, jakby coś przeczuwając.

2 kwietnia
Księgarnia „Czartoryski” żyła, tętniła, pulsowała, każdy łapał to, po co przyjechał i nikt mi nie wmówi, że w Polsce ludzie nie czytają. Efekt był taki, że w takiej kolejce do kasy jak dziś w tej księgarni stałem po raz pierwszy od bardzo dawna. Wszyscy starali się trzymać przepisową odległość. Ludzie robili, takie odniosłem wrażenie, zakupy życia – od jutra, tak jak wiele innych biznesów, które nie są konieczne ani strategiczne, ta największa i najlepiej zaopatrzona księgarnia w Puławach będzie zamknięta.

3 kwietnia
Włożyłem dres, na który ubrałem spodnie oraz kurtkę. Nie dlatego, że było zimno – kwiecień był wyjątkowo ciepły w tym roku. Na nogi założyłem buty piłkarskie – turfy. Były czarne, wyglądały jak zwykłe buty, miałem nadzieję, że nikt nie zauważy. Piłka nożna stała się bardzo trudna do uprawiania. Współczułem synowi. W jego wieku przynajmniej mogłem pokopać na podwórku. Wiktor, mimo że żyło nam się lepiej, niż mnie i moim rodzicom, nie miał podwórka i nie mógł pograć w piłkę, taki czas nastał. Zerknąłem na niego – właśnie skończył się ubierać. Mimo że dopiero miał trzynaście lat, jego historia futbolowa była dość długa. Najpierw mały klub w Puławach, z którym odniósł wiele sukcesów. Zainteresowanie wielu dużych akademii – trafił do warszawskiej filii FC Barcelona, następnie była akademie Cracovii, Legii Warszawa, Śląska Wrocław, dodatkowo od momentu, kiedy skończył 8 lat, zainteresowała się nim Borussia Dortmund. Jeździł tutaj na treningi systematycznie, miał za dwa lata trafić na stałe. Tylko jak teraz trenować, żeby utrzymać formę? Moja żona przyglądała się nam z niepokojem. Za oknem, tuż pod naszym blokiem, przejechał policyjny radiowóz ze szczekaczką.
– Zakazuje się wychodzenia z domów z powodów innych niż zaspokojenie podstawowych potrzeb!
Granie w piłkę do tych potrzeb się nie zaliczało. Piłka nie była najważniejszą sprawą w życiu, ale najważniejszą z tych nieważnych. Zwłaszcza dla nas. Dzieci zostały uwięzione w mieszkaniach, nie wiadomo na jak długo. Można było wychodzić tylko po zakupy, do apteki, do pracy. Szkoła odbywała się przez internet. Wiedziałem, że to konieczne. Nikt nie mógł powiedzieć, jak się sytuacja rozwinie, rządzący musieli podjąć szereg trudnych decyzji. Póki co, przynosiły one oczekiwany skutek. W Polsce było niewiele zachorowań, była niska śmiertelność.
– Pokopiemy w salonie – powiedziałem do syna z rezygnacją.

12 kwietnia
Wiktor przez tydzień nie wychodził z domu. Nie powinien poddawać się przy pierwszych lepszych kłopotach. A gdzie moje geny odziedziczone po dziadku partyzancie? Spakowałem do plecaka kilogram cukru i worek makaronu, piłkę ukryłem na spodzie. Konspira była ważna, jeżeli chciało się uniknąć mandatu. A oszczędzanie pieniędzy było ważne w tym czasie, bo nie było wiadomo, kiedy to całe zamieszanie – realne czy wyolbrzymione się skończy. Zwłaszcza, że moim jedynym źródłem utrzymania były spotkania autorskie, a te zostały wszystkie z dnia na dzień odwołane. To podważało całe moje funkcjonowanie. Dobrze, że jako chłopski syn zawsze trzymałem oszczędności na czarną godzinę. A czarna godzina właśnie nadeszła.
– Jakby coś, to wracamy z zakupów… – powiedziałem do syna. – Może policjanci nie będą pytać o paragon… Może nie okażą się aż tak drobiazgowi.
Szliśmy opustoszałymi ulicami Puław. Mijaliśmy co jakiś czas człowieka, który przemykał jak zombie, miał spuszczony wzrok. Czułem się jak w jakimś katastroficznym filmie klasy B lub C, których tak wiele nakręcono w ostatnich latach. Powinienem być przygotowany na te wszystkie zagłady cywilizacji z powodu inwazji obcych, powodzi, zlodowacenia czy też właśnie pandemii jakiegoś nieznanego wirusa. Niby to była zaraza w wersji light, ale jednak. Gdzie jej tam było do cholery, albo dżumy. No cóż, jakie czasy, taka zaraza. Bały się białe zamożne rodziny. Ludziom żyło się zbyt dobrze, z nikim się nie liczyli, niczego się nie bali. Nagle w oczy wszystkich zajrzał strach. Płytka była znajomość historii wśród ogółu społeczeństwa. Nikt nie pamiętał epidemii hiszpanki, która zabiła miliony ludzi. Powtarzałem to wielokrotnie, ale nikt nie chciał słuchać, wszyscy byli spanikowani.
Boisko było zamknięte. Wróciliśmy do domu ze zwieszonymi głowami.

13 kwietnia
Ważne, że przynajmniej system zakupów on-line działa, sklepy i lokale robią co mogą i robią dobrze: zamówienia dowożą i pod drzwiami zostawiają. Proszą, żeby podczas wypakowywania drzwi nie otwierać, nad głową nie stać, najlepiej nie oddychać w niczyją stronę. Bo wiadomo, że z tym wirusem nic nie wiadomo. Czujność wyostrzona. A mimo to, mimo, że system działa i czujność zaostrzona, i tak wielu ludzi otrzymało mandaty za nieprzestrzeganie zasad kwarantanny. Media zastanawiają się, czy naprawdę tak trudno przeczekać te parę dni w domu? Wysokie grzywny, a mimo to wciąż ktoś doznaje przypływu żądzy lokomocji, pędzi do rodziny, znajomych, ukochanej czy ukochanego.

14 kwietnia
Przez kolejny dzień siedzieliśmy w domu, grając w szachy. Jedliśmy to, co podsuwała nam moja żona. Lubiliśmy grę w szachy, ale szachy to nie była piłka. Syn korzystał z niektórych szachowych rozwiązań na boisku. Wiktor grał jako stoper. Trzech przeciwników nadbiegało z piłką, w obronie został tylko Wiktor i jego mniejszy kolega. Kolega zawahał się, czy doskoczyć do napastnika z piłką przy nodze. Wtedy mój syn pchnął go pod nogi przeciwnika, a ten upadając wybił piłkę. Niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Zapytałem po meczu syna, co to było? A ten na to, przebierając się w szatni: „Po prostu straciłem pionka”.
Teraz także coś wymyślił.
– Tato, a może uda się nam przejść przez ogrodzenie? – zaproponował.
Należało utrzymać rytm treningowy.
– Jutro spróbujemy – zgodziłem się, chociaż wątpiłem, że to nam się uda.

15 kwietnia
W natłoku niedobrych informacji, które codziennie do mnie docierały – jedna okazała się dobra. Mianowicie  nie pogorszył mi się wzrok. Od pół roku podejrzewałem, że z moim wzrokiem jest coraz gorzej – ale tylko wtedy, jak siadłem pisać przy laptopie. Kiedy czytałem książki w podróży, było ok, dobrze widziałem na boisku i na ulicy. Okazało się, że laptop miałem coraz bardziej zakurzony, brudny ekran – wystarczyło go przetrzeć i przejrzałem na oczy. Jakiś czas temu też miałem problem – pewnego dnia stwierdziłem, że mam chyba czerniaka na pięcie – zauważyłem duże czarne znamię. Okazało się, że to skarpetka zafarbowała piętę na czarno. Także nie jest tak źle, nie ma co panikować.

16 kwietnia
Rankiem znów się przemykaliśmy z Wiktorem chodnikiem w kierunku lasu i cmentarza, gdzie ukryte było boisko szkolne. Założyliśmy maski, które od dziś stały się obowiązkowe. Ważne były procedury używania tych masek, chociażby umiejętne ich zdejmowanie. Jak oglądałem ten cyrk dookoła, to mi się robiło słabo. W czym rzecz, kojarzyli chyba tylko ratownicy medyczni, oraz ci co byli w wojsku i mieli sierżanta piłę.
Rozmyślałem o tym, że może to wszystko, czego doświadczamy, ma na celu zresetowanie całego otaczającego nas świata, w tym i nas samych? Umierali ludzie, padały firmy, bankrutowały jednostki, aż w końcu mogły upaść całe gospodarki krajów, stanął sport i życie kulturalne. Nie dbaliśmy o środowisko, o zdrowie, o siebie, o bliskich, lekceważyliśmy tragedie dziejące się w zasięgu naszego wzroku, marnowaliśmy żywność, podczas gdy miliony ludzi przymierały głodem. Okazało się, że cokolwiek robimy zawodowo, jakimkolwiek autem jeździmy czy jaki zegarek nosimy nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Nasze zdrowie, nasze rodziny, nasi przyjaciele – to bez nich byliśmy maluczcy. Moje pokolenie narzekało, że za naszych czasów nic się nie działo – żadnych wojen ani stanów wojennych. No to wreszcie coś się dzieje.
Szliśmy między blokami, starając się, żeby nie zauważył nas patrol policyjny. Albo wojskowy. Ze stanu wojennego w Polsce pamiętałem tylko jedno zdarzenie, miałem w momencie jego wprowadzenia trzy i pół roku. Gdy mieszkałem w mojej małej wiosce pod Świętym Krzyżem, tam największym szacunkiem darzono gospodarzy, którzy byli samowystarczalni. Jak choćby Boryna z Chłopów. Potrafili się utrzymać z pracy własnych rąk i jakby było trzeba – sami mogli się wyżywić i ubrać. A gdyby spojrzeć na dzisiejszą sytuację polityczno-gospodarczą z tej perspektywy – kto okazał się dobrym gospodarzem? Chińczycy. Mieli wszystko – medycynę, gospodarkę, przemysł, pieniądze, armię.
Myślałem o tym, że gdzieś się zapodziała Unia Europejska. Gdzie było centralne zarządzanie kryzysem? Jak przyszła trwoga, każdy zaczął się odgradzać od sąsiadów, zamykać we własnych granicach.
Bez przerwy mijały nas radiowozy. Granie w piłkę nożną nie było dziś możliwe. Ze zwieszonymi głowami wróciliśmy do domu.

17 kwietnia
Zawsze szukałem rozwiązań, jak robić swoje i przetrwać. Czy mogło to się udać dzięki literaturze? Patrzyłem na swój plan zajęć i pojąłem, że dostałem prezent w postaci wolnego czasu. Skreślone zostały wszelkie spotkania autorskie, na które jeździłem głównie dla pieniędzy. Nową jakością okazał się czas na to wszystko, co odkładałem na kiedyś. Przede wszystkim miałem rozgrzebanych kilka książek, które należało skończyć. No i treningi z synem – one bardzo go rozwijały indywidualnie, a nie było na nie czasu – wreszcie mogliśmy razem potrenować. Żal mi było tego, co odwołano, ale cieszył zwrócony czas.

19 kwietnia
Znów wybraliśmy się na trening. Przekradaliśmy się przez dziurę w ogrodzeniu. Chyba nikt nas nie zauważył. Przeszliśmy chodnikiem między budynkami. Od ulicy osłaniały nas szkoła i internat, z drugiej strony było większe boisko, z trzeciej cmentarz, a z czwartej wysoki betonowy płot.
Udało się utrzymać rytm treningowy, ale to było trudne, taka partyzantka futbolowa. Starałem się z tej trudnej sytuacji wyciągnąć jak najwięcej pozytywów. W Puławach było kilka boisk, które teraz były wszystkie zamknięte. Wszystkie były sztuczne, żadnego trawiastego. Nie można było nawet poczuć zapachu murawy, który towarzyszył mi przez całe dzieciństwo. To było niewielkie, tartanowe.
Za płotem do lasu szli ludzie z psami na spacer. Oni mogli na nas zakablować. Donosicielstwo rodzi się w strachu. Groźba choroby i śmierci mąciła ludzkie rozeznanie i prowadziła do zachowań niespotykanych w normalnych czasach. Myślałem o moim dziadku. Pewnie też się bał donosicieli. Ale on ryzykował więcej – życiem, gdy ja mogłem co najwyżej dostać mandat.
Przebrałem się i zaczęliśmy rozgrzewkę.
– Lewa, prawa – podawałem piłkę do syna, a ten ją odgrywał. Bez przerwy podnosiłem głowę do góry w obawie, że zjawi się patrol i wlepi nam mandat.
Następnie graliśmy jeden na jednego, do sześćdziesięciu. Można się było zmęczyć. Szkolenie w wielu klubach za granicą szło właśnie w kierunku treningu indywidualnego. Jak masz trzydziestu ludzi na treningu i jednego trenera, to co możesz zrobić?
Nagle podjechało auto. Już sądziłem, że to zakamuflowany patrol policyjny. Wychyliła się głowa okolona siwizną, był to ochroniarz. Ruszyłem w kierunku samochodu.
– Proszę się nie zbliżać! – warknęła głowa. – Was kwarantanna nie obowiązuje?
– Młody chciał pograć, bez przerwy w siedzi w domu!
– A, pan z synem… – uspokoił się. – To pograjcie sobie… – odjechał.
Wróciliśmy do gry. Wiktor się nie bał, twardy był ten prawnuk świętokrzyskiego partyzanta.

20 kwietnia
Kiedy następnego dnia szliśmy na trening, zaczepili nas policjanci, zjawili się znikąd. – Dokąd idziecie?
Myślałem o tym, że kontrola poszła za daleko. Państwo zaserwowało nam doktrynę szoku – to wyglądało na eksperyment na społeczeństwie. Tylko czy ta swoboda zostanie zwrócona po zakończeniu epidemii?
– Wracamy z zakupów – pokazałem makaron i cukier.
Puścili nas – z jednym grałem kiedyś w piłkę na orliku, może dlatego długo się nie czepiali.

21 kwietnia
Dziś wracając z treningu, musieliśmy wstąpić do apteki po maść rozgrzewającą. . Czekał przed nią tłum ludzi w odstępach. Stanęliśmy w kolejce.
– Pracuję w markecie – powiedział niewysoki gość w czerwonej kurtce. – Przejawy bezmyślności można mnożyć. Klientka wydmuchała dzisiaj nos wśród innych klientów. Inna – kichnęła w kolejce bez zakrywania twarzy. Albo facet, który oblizywał paluchy, żeby łatwiej przeliczyć banknoty. O nietrzymaniu odstępów w kolejce nawet nie ma co wspominać.
– Jeśli ludzkość przeżyła dżumę, to ten wirus nic nam nie zrobi – wypalił inny facet z triumfującą miną.
– Panie, z takimi ludźmi nie ma o czym rozmawiać… – żachnęła się staruszka. – Bo dla niego wszystkie środki bezpieczeństwa, które zostały wprowadzone, wszystkie zalecenia, będą głupotą i przesadą. Aż do momentu, gdy sam to złapie. I w szpitalu wyląduje.
– Nie wiem, dlaczego ziemniaki. Ale ziemniaki, odkąd to wszystko się zaczęło, schodzą u nas na pniu – powiedziała młoda ładna dziewczyna. – Mam wrażenie, że ludzie przygotowują się do wojny. I co ciekawe – te same osoby robią zakupy na zapas codziennie. W porównaniu do miesięcy wcześniejszych, kupują wiele więcej. Konserwy, zupki błyskawiczne, mięso, woda mineralna, alkohol.
Obserwowaliśmy, jak niedaleko ktoś umiera na chodniku na zawał, bo w Puławach szpital powiatowy przerobiono na szpital dla chorych na koronawirusa. Przyjechała karetka i reanimowali go na ulicy. Nie udało się, przykryli go folią.
Ludzie wzruszyli ramionami i wrócili do rozmowy.
– A co ja mam powiedzieć? – powiedziała kobieta w średnim wieku. – Jestem ratownikiem medycznym. – Muszę chodzić do pracy.
Wszyscy profilaktycznie odsunęli się jeszcze bardziej – w obawie przed zakażeniem. Ludzie oczekiwali od medyków pomocy, ale jednocześnie się ich bali.
– Hieny sprzedające drożej płyny do dezynfekcji, maseczki – warknął budowlaniec. – Wzrost cen. I to uwielbienie dużej grupy ludzi dla rządzącej partii…
– Ja to myślę, że rząd próbuje coś na tym ugrać. Chcą nas kontrolować w pełni. O to im chodzi – mówił młodzieniec w czapce z nietoperzem. – Niedługo będą nas czipować.
– Wie pani, kąpię wszystkie produkty, które kupuję w markecie – powiedziała starsza pani.
– To już przesada – fuknęła ratowniczka. – Nie dajmy się zwariować. Kąpiel margaryny, dobre sobie!
– I tak będę kąpała wszystkie produkty! – upierała się staruszka.
– Świat się zmienia, było wiele złych znaków… – ciągnął jakiś starszy jegomość. – Spalona Katedra Notre Dame, płonące lasy w Brazylii i Australii. A teraz ta pandemia.

22 kwietnia
Niektórzy porównywali obecną sytuację do stanu wojny, ale to nie było porównywalne. W czasie wojny ludzie mieli pobudki patriotyczne – etos walki o wolność, o demokrację itd. Teraz tego nie było. Była za to troska o własne zdrowie i o sytuację ekonomiczną, nie było uniesień ideologicznych, brakowało powiewających sztandarów. Znacznie bardziej się obawiałem wojny z biedą. Coś mi się wydawało, że niedługo usłyszymy z mediów, iż sytuacja jest opanowana w sumie nic takiego się nie dzieje, pora wracać do roboty. Z drugiej strony – czy państwo miało za nas rozwiązać wszystkie problemy? Ludzie narzekali na prezydenta, premiera, ministra zdrowia, na PIS. A gdyby rządziła PO z PSL-em – byłoby lepiej? Zaczynałem w to wątpić. A może jednak dobre były te zdecydowane posunięcia, które zdławiły rozwój pandemii?

23 kwietnia
Byłem przekonany, że ekonomia, jaką znaliśmy, nie wróci. Pandemię COVID-19 ludzie opanują, ale gospodarka świata nie ma szans na powrót do tego, co było jeszcze w styczniu 2020. Ale czy to naprawdę taka zła wiadomość? Czy nie potrzebowaliśmy innego myślenia o ludziach i ekonomii? To myślenie mniej powinno być nastawione na zysk, a bardziej na współpracę. Od dawna wydawało mi się, że coś jest nie w porządku. Śmieciówki. Kredyty studenckie i mieszkaniowe, czyniące z wielu niewolników systemu. Spychanie na ekonomiczny margines lekarzy, nauczycieli i innych, których praca nie przynosiła natychmiastowych profitów. Jeśli taka ekonomia ma nie wrócić, a w jej miejsce pojawi się myślenie nastawione nie tylko na wciąż rosnące zyski garstki najbogatszych, to jakoś to chyba powinniśmy znieść.
Podział wydawał mi się prosty – uprzywilejowani zostają w domach i stamtąd pracują zdalnie, nie tracąc przy tym zatrudnienia ani dochodów. Nieuprzywilejowani muszą dostarczać im pizzę, pakować ich zamówienia na książki, dezynfekować przystanki komunikacji miejskiej czy prowadzić autobusy. Poza domem przebywają czasami po kilkanaście godzin na dobę kasjerki z hipermarketów – ich praca stała się nagle zawodem zaufania publicznego. Kapitalizm jeszcze wyraźniej obnażył swoją brutalną twarz z ciągle ostrymi zębami. Ci „na zewnątrz” muszą tam pozostać w imię zarobienia na własną miskę ryżu, ale i w imię wsparcia tych, którzy zamknęli się w domach.

24 kwietnia
Często rozmyślałem o czasie, który nastąpi po pandemii. Nie wierzyłem, że ludzie staną się bardziej pomocni, solidarni, że wyjdziemy z tego lepsi. Uważałem, że będzie dokładnie odwrotnie. Koronawirus pojawił się w najgorszym momencie – o ile na coś takiego może być jakikolwiek dogodny moment. Wirus zmusił nas do tego, żeby sobie nie ufać, bać się, izolować. To będzie miało swoje konsekwencje. Obecna walka z wirusem jawiła mi się jako zapowiedź katastrofy wspólnoty. Z pewnością wróci idea państw narodowych, pojawią się ci, którzy powiedzą, że wirus to wina Innych, Obcych, Słabszych i należy zwiększyć kontrolę, wdrożyć środki bezpieczeństwa i pod płaszczykiem ochrony wspólnoty wykluczyć z niej wszystkich niewygodnych.

25 kwietnia
Włoska „La Stampa” potwierdza agenturalny charakter tzw. „pomocy rosyjskiej” dla Włoch dotkniętych epidemią COVID -19. Rosjanie w tym czasie robili we Włoszech to samo, co u siebie: starali się zastraszać dziennikarzy i nawet nie bardzo ukrywali prawdziwy cel tej od początku fałszywej „misji humanitarnej”.

27 kwietnia
Przez dwa dni nic nie notowałem, bo mi się nie chciało. Obserwowałem, jak zachowują się w obliczu kryzysu włodarze różnych krajów. To wyciągało z nich najgorsze i najlepsze cechy. Zaskakująco słabo radziły sobie Stany Zjednoczone. Jakoś nie zjawiali się ich superbohaterowie z kreskówek, nie przybyli marines i nie uratowali ludzi. USA miały olbrzymie zadłużenie w Chinach. Z chęci zysku praktycznie cała produkcja została przeniesiona do Azji. Znaczny odsetek społeczeństwa nie posiadało ubezpieczeń zdrowotnych. Liczyła się jedynie prywatna służba zdrowia, bardzo droga. Jakie znaczenie miała cienka warstwa miliarderów? W szpitalach pielęgniarki zakładały na siebie worki na śmieci aby się jakoś chronić. Dodatkowo większość mieszkańców posiadała broń, co mogło mieć znaczenie w przypadku rozruchów.
Donald Trump początkowo bagatelizował zagrożenie dla zdrowia publicznego, po czym zrzucał winę za groźnego wirusa na Chiny, Unię Europejską, Partię Demokratyczną, w końcu na WHO. W dodatku okazało się, że Ameryka blokowała rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie zwalczania koronawirusa, upierając się, że musi ona wyraźnie stwierdzić, że choroba pochodzi z Chin.  USA to mnóstwo starszych ludzi, korporacji farmaceutycznych i fastfoodów – większość Amerykanów jest bardzo otyła, a co za tym idzie ma ciężkie choroby, które osłabiają ich organizmy. Pandemia obnażyła narcyzm prezydenta, jego ignorancję i głęboką skłonność do tworzenia podziałów.
Po drugiej stronie Atlantyku wierny druh Trumpa Boris Johnson też okazał się tym, kim w istocie jest: utalentowanym showmanem, który lepiej się czuje w świecie nostalgicznych fantazji niż faktów, w dodatku sam padł ofiarą epidemii. Brytyjski premier zareagował bardzo późno, gdy wirus, nic sobie nie robiąc z kontroli paszportowej w Dover, już dawno rozlewał się po Europie. Kryzys pokazał, że Johnson lepiej potrafi wzbudzić salwy śmiechu i generować nagłówki w gazetach niż opanować w szczegółach złożone sprawy.
Z kolei prezydent Francji Emmanuel Macron ogłosił wojnę z niewidzialnym wrogiem. Nie zawahał się rozkazać policji pilnowania zakazu wychodzenia z domu bez ważnego powodu, obwarowanego drakońskimi grzywnami, które byłyby nie do pomyślenia w krajach bardziej dbających o obywatelskie swobody. Obiecał , że państwo wesprze firmy i obywateli. Ten polityczny kameleon pełnił funkcję w socjalistycznym rządzie, kampanię prezydencką prowadził jako centrowy liberał, a potem aż do nadejścia wirusa przesuwał się stopniowo na prawo.
Nobliwa Angela Merkel weszła w rolę, która wydawała się napisana specjalnie dla niej – troskliwej matki narodu. Swoje orędzie zakończyła skromnym „Dbajcie o siebie i o swoich bliskich”. Jej fundamentalna przyzwoitość i decyzje podejmowane na podstawie rzetelnie udokumentowanych faktów słusznie przywróciły jej rangę postaci, która pewną ręką może poprowadzić Europę.
Własną drogą poszli Szwedzi, którzy robili wszystko, by nie destabilizować gospodarki państwa.
Zaskakująco dobrze radził sobie polski rząd – mieliśmy bardzo niskie wskaźniki zachorowań i zgonów. A miała być taka klęska, opozycja już zacierała ręce. Czyja strategia jest lepsza, czas pokaże.

28 kwietnia
Szwecja obrała własną drogą walki z koronawirusem, odmienną od modeli przyjętych w innych krajach borykających się z epidemią. Podejście było bardzo otwarte i liberalne, oparte głównie na dobrowolnym zachowywaniu odległości między osobami i przestrzeganiu podstawowych zasadach higieny. Taki sposób walki z epidemią był krytykowany przez wielu naukowców jako niebezpieczny eksperyment.
Marcus Carlsson jest szwedzkim matematykiem, profesorem na uniwersytecie w Lund. W filmie z końca marca stwierdził, że jest już zapewne zarażony COVID 19. Starał się w sposób zrównoważony i rzeczowy wyjaśnić, jak działa szwedzka obrona przed pandemią. A raczej, dlaczego, jego zdaniem, nie działa i nie zadziała. Mówił o „graniu w rosyjską ruletkę” z populacją 10 milionowej Szwecji i zastanawiał się, czemu naczelny szwedzki „strateg” od walki z koronawirusem, Anders Tegnell, zwodzi Szwedów. Kto miał rację?

29 kwietnia
Jeśli chodzi o drogę wybraną przez Szwecję, może wcale nie jest taka zła z punktu widzenia społeczeństwa? Infekcję prędzej czy później przejdzie większość mieszkańców każdego kraju. Zakazy wprowadzane przez państwa nie zmniejszą liczby chorych, tylko wypłaszczą i wydłużą przebieg pandemii, zapobiegną niewydolności ochrony zdrowia (miejsca na OIOM-ach) i w ten sposób zmniejszą liczbę zmarłych. W Szwecji to zdawało się nie grozi
– liczba przygotowanych miejsc na intensywnej terapii znacznie przekraczała zapotrzebowanie. Chorzy umierali w tym kraju nie z powodu braku możliwości leczenia (jak we Włoszech i w USA), tylko dlatego, że nie sposób ich uratować. Fakt, umierają o tydzień czy miesiąc szybciej niż gdyby wprowadzono rygory, to okrutne. Ale może z punktu widzenia ekonomii państwo i społeczeństwo poniesie dużo mniejsze straty niż gdyby pozamykało, jak w Polsce, niemal wszystkie zakłady pracy i doprowadziło do głębokiego kryzysu gospodarczego. Odnosiłem wrażenie, że to nie był problem medyczny, a etyczny.
Z drugiej strony – dlaczego współczynnik zgonów był tam tak wysoki? Ekonomii niestety też nie uratują tą polityką, bo ekonomia jest globalnym mechanizmem. Jak uratować hotelarstwo, gdy nie ma turystów? Jak utrzymać flotę lotniczą, skoro nikt nie lata? Szwecja wejdzie w jakieś magiczne koło samowystarczalności, sami sobie będą dostarczać usług i sami sobie płacić? Nie sądzę, by to mogło się udać. Szwedzi mogą słuchać Tegnella i jego szefa i co najwyżej udawać, że nic się nie stało.

30 kwietnia
Po treningu staliśmy z synem w kolejce do drogerii, była to długa kolejka.
– Koronawirus dla większości państw jest zbawieniem… – ciągnął pryszczaty młodzieniec. – Zabija starych i schorowanych. Dodatkowo kwarantanna podniesie dzietność i za kilka lat korporacje będą miały pożytek z takiego obrotu spraw. Nikt na serio nie przejmuje się staruszkami, z którymi są same kłopoty.
– Kolejne wartości dodane dla rządzących i bogatych to wycofanie gotówki z obrotu i dziki temu większa inwigilacja społeczeństwa… – przytaknęła jego dziewczyna.
– Czytałem wywiad z włoską lekarką. Kiedy pacjent umiera, jego ciało podlega obowiązkowej kremacji, a pogrzeb odbywa się bez obecności członków rodziny, tylko z grabarzami… – ekscytowała się staruszka. – Ludzie mają poczucie, że ich bliski pojechał do szpitala i zniknął.
Wszystkie nasze zachowania — od władzy dokręcającej śrubę na oślep, poprzez policjantów goniących ludzi idących do sklepu po piwo, aż do ludzi, którzy ponoć temu dopingowali — sprawiało, że o całej epidemii koronawirusa coraz częściej myślałem jak o zbiorowym eksperymencie więziennym Zimbardo.
Kiedy wreszcie przyszła moja kolej, wszedłem do drogerii. Kupiłem pakę papieru toaletowego oraz płyn do dezynfekcji.
Pamiętałem papier toaletowy z NRD. Historycznie niesprawiedliwe byłoby twierdzenie, że ten papier toaletowy był gorszy niż mur berliński. A jednak z powodu tego papieru w NRD wiele osób cierpiało na hemoroidy. Co zaskakujące, brak papieru toaletowego w naturze nie jest problemem – liście, mech, nawet piasek są wyjątkowo skutecznym zastępstwem. Wydawało się, że globalny niepokój psychiczny rozładował się w nadmiernym zakupie papieru toaletowego.
Z musu stałem się koneserem płynów do dezynfekcji. W surrealistycznej rzeczywistości pandemii stały się czymś w rodzaju chleba i soli, którymi wita się przybyłych gości. Powoli zaczynałem już je rozróżniać. Można by rzec, że w jakiś sposób wyznaczały one wręcz rangę i standard miejsca, którego próg zamierza się przekroczyć… W delikatesach przezroczysty płyn o konsystencji żelu rozsmarowywany na dłoniach wchłaniał się powoli, jakby dostojnie, tworząc delikatną bezbarwną barierę ochronną, o której przypominała delikatna kwiatowa woń. Z kolei z pocztowego dozownika tryskała rzadka bezbarwna ciecz o zapachu płynu do mycia szyb, będąca zapewne najnowszym flagowym produktem narodowego koncernu naftowego. Dozownik w Rossmanie strzelał do ludzi krótką serią detergentu będącego prawdopodobnie marką własną. Z kolei w marketach spożywczych prawie bezwonną ciecz cechował silnie żrący charakter. Dłonie z miejsca robiły się czerwone i piekły.
Oddaleni od codziennej rzeczywistości, wytrąceni z biegu, pozbawieni rutyny – mieliśmy wreszcie czas na zadanie sobie wielu istotnych pytań. Czy nie trwoniliśmy tego, co w życiu jest najważniejsze? Czyniliśmy wysiłek, by nie dać się ponieść emocjom i nie ranić naszych “współwięźniów” jakimś złym słowem. To był czas próby. Czy wyjdziemy z niej silniejsi?
Wracaliśmy z synem do domu, spoceni i zadowoleni, że znów udało się nam oszukać system. Nieśliśmy łupy – papier toaletowy i płyn do dezynfekcji.

1 maja
Im więcej widziałem zachwytów nad szwedzkim „eksperymentem”, tym bardziej myślałem o tych badaniach, które łączyły nieuzasadniony optymizm z głupotą. Podobno korelacja jest naprawdę silna. I miałem tylko jedno pytanie do fanów „eksperymentu”. Nie, nie chciałem ich pytać, czy etycznie jest eksperymentować, kiedy w grę wchodzi życie ludzi. Pytanie jest prostsze: skoro jest tak dobrze w Szwecji, to czemu jest tak źle? Bo popatrzmy na statystyki. Szwecja ma do tej pory najgorsze wyniki wśród państw skandynawskich i w ogóle raczej kiepskie wskaźniki w walce z COVID 19. Ludzi zarażonych przybywało szybciej niż gdzie indziej, śmiertelność była bardzo wysoka i ciężkich przypadków też mnóstwo. Czy ludzie nadal gotowi byli twierdzić, że jest świetnie, nic się nie dzieje, a Szwecja „eksperymentuje” z sukcesem?

3 maja
Święto Konstytucji. To zawsze dla mnie podniosły dzień. Myślę o naszej chlubnej historii. Tyle razy podnosiliśmy się z upadków, może i tym razem się nam uda. Nie ma co panikować. Polacy to jeden z najwaleczniejszych i najbardziej zaradnych narodów pod słońcem.

4 maja
Czytałem kolejny artykuł o koronawirusie, które zalały internet i odniosłem wrażenie, że duża jego część to półfantazja. W ten sposób autor interpretacji rzeczywistości radzi sobie z tą sytuacją. Koniec artykułu dostosowany do koncepcji poczucia winy i jej wyparcia nie pozwala na szersze spojrzenie, gdzie jest odrodzenie i inne uczucia np. spokój i radość życia. Adaptacja do istniejących warunków nie musi być wyparciem, można pójść dalej. Może być akceptacją i pogodzeniem się z rzeczywistością, na co mamy wpływ, a na co nie mamy. Jak w etapach żałoby lub przy tworzeniu grupy dla realizacji celu. Kryzys jest etapem, ale nie ostatnim w takich sytuacjach.

6 maja
A może wcale nie jest aż tak źle? Mamy wielu, którzy przeżyli ciężką „grypę” w styczniu i teraz mają przeciwciała. Może takie były fakty. Wszyscy spoglądali z niepokojem na Włochy. Jednak włoska fala miała kilka aspektów: zaskoczenie, bliskie kontakty międzyludzkie i Chińczyków, którzy tam COVID-19 rozsiewali w sposób niekontrolowany. Wierzyłem, że wyjdziemy z tego szybciej, niż nam się zdaje. Zadzwoniłem do znajomego, który zaszył się w domku w lesie pod Piasecznem – stwierdził, że byłby ostrożny z takimi sądami.

7 maja
Myślałem o sytuacji w mojej pisarskiej branży, która zrobiła się katastrofalna. Uważałem, że „rynek” się spłaszczy, zmniejszą się (i tak już coraz mniejsze różnice) między wielkimi wydawcami czerpiącymi zyski z szerokiej infrastruktury wspieranej przez szum medialny, a wydawcami niszowymi, docierającymi wprost do czytelników z wykorzystaniem bardzo skromnych zasobów oraz możliwości dawanych przez internet. Było mi żal stacjonarnych księgarzy-pasjonatów oraz rodzinnych hurtowni.

8 maja
Obserwowałem to, co się dzieje w Holandii. Kraj praktycznych protestantów i tutaj każda decyzja była podyktowana interesem ekonomicznym. Co wtorek lub środę wieczorem była organizowana konferencja prasowa i uczestniczyli w niej zawsze premier oraz minister lub wiceminister zdrowia, którzy informowali o podejściu do epidemii i bieżących zmianach.
Na początku marca na pierwszej konferencji prasowej premier powiedział: „Stawiamy na odporność grupową, nie będziemy nic specjalnie robić, kto ma zachorować, zachoruje”. Liczba zachorowań w Brabancji była wtedy bardzo wysoka i chorych przybywało w zastraszającym wręcz tempie, ponieważ to obszar, gdzie mieszkańcy świętują karnawał i bary są zapełnione.
Jak to potem wyglądało? Podobnie jak w Polsce – nie wszyscy, którzy mieli objawy, byli testowani. Wszystkie szkoły były otwarte. W tym samym momencie wprowadzono ograniczenia prędkości na autostradach do 100 km na godzinę i ludzie bardziej oburzali się na tę decyzję, niż przejmowali koronawirusem. Sąsiednie kraje zamykały szkoły i wprowadzały restrykcje, tymczasem rząd twardo powoływał się na rodzimych ekspertów.
Potem to podejście stopniowo się zmieniało. Zaczęło się od rodziców. Pisali na wszystkich forach społecznościowych, że nie będą posyłać dzieci do szkoły, a za to grożą w Holandii poważne kary. Jeśli dziecko nie jest chore, a rodzic nie wyśle go do szkoły, to płaci karę za każdy dzień nieobecności. Nie można wziąć dziecka na wakacje w roku szkolnym czy zrobić mu wolnego, musi być określony powód, żeby szkoła wyraziła na to zgodę. I dopiero pod wpływem tych nacisków – premier zdecydował się na zamknięcie szkół od 15 marca. Wtedy wszystko potoczyło się jak śnieżna lawina. Zabroniono zgromadzeń powyżej 100 osób, zamknięto wiele firm, przestały działać sklepy sieciowe z odzieżą czy obuwiem. Natomiast podczas następnej konferencji prasowej premier oświadczył, że wierzy w dojrzałą demokrację Holendrów, więc nie zostało powiedziane konkretnie: „Macie siedzieć w domu”, nadal był taki ton, że kto ma zachorować, zachoruje.
I dopiero w okolicach Wielkanocy, kiedy zrobiło się ciepło i ludzie zwłaszcza w gęsto zaludnionych miastach, jak Rotterdam, Haga, zaczęli korzystać z wolnych dni i słońca, a liczba zachorowań jeszcze bardziej wzrosła, premier na kolejnej konferencji prasowej nagle oświadczył po raz pierwszy, że ludzie mają zostać w domach, bo sprawa jest poważna.

18 maja
Spotkałem dziś sprzątaczkę na mojej klatce schodowej.
– Panie, po co oni ludzi oszukują i wmawiają, że na koronowirusa się umiera? Ta choroba była zawsze, zwykłe lekkie przeziębienie, tak i inne choroby typu zapalenie oskrzeli czy grypa żołądkowa, czy bakteria coli. Nikt na to nie umiera. Znowu robią psychozę medialną, żeby zastraszyć ludzi, a tym samym robić swoje „przekręty w czystych rękawiczkach”. Zaniżają pensje tym, co pracują u prywaciarzy, a w wojsku na państwowych stanowiskach dali im podwyżki po 500zł, z wyrównaniem od stycznia!!! Albo tu mówią, że pracownicy wracają do pracy, ale oczywiście w ministerstwach ciągną pracę zdalną czyli wylegują się w swoich łóżkach udając zapracowanych i biorą tą samą stałą pensję, że nie wspomnę o nagrodach i innych bonusach. Ale po co mają chodzić do pracy jak obstawili hurtem całe swoje rodziny na krzesełka państwowe za biurko i po co to zmieniać, jak im dobrze siedzieć w domu i brać kasę. Dla nich to na rękę ciągnąć tą psychozę o umieralności! Ciekawa jestem, ile osób w ministerstwach i innych państwowych instytucjach awansowało podczas tego ogłoszonego sztucznego kryzysu i „zmyślonej umieralnej pandemii”. Specjalnie skupiają wzrok na zmyśloną pandemię, bo wiedzą, że każdy skupiony jest na psychozie koronawirusa, a nie na przekrętach i machlojach. I nikt nie leżał pod żadnym respiratorem z tego powodu ani nie umarł na to, bo od początku w „swoje!” statystyki wpisywali, że umarł na koronawirusa, pomimo że nawet testów nikt nie miał robionych – wszystko było zmyślone i naciągane. I do tego te zmyślone we Włoszech filmiki puszczali codziennie, kilka razy dziennie przez wiele miesięcy, żeby zastraszyć ludzi. A teraz dodatkowo próbują znowu na jesieni zrobić kryzys i zabronić ludziom pracować, wszystko wstrzymać. Z wyjątkiem oczywiście państwowych stołków – tam się zabezpieczyli i za leżenie w domu dostają kasę. Bo już krzyczą, że na jesieni wróci koronawirus, bo będą ludzie przeziębieni. Robią z ludzi war…. ów bo w Afryce jest cały czas upał, nawet jesienią, więc nie od zimna będzie nawrót tej zmyślonej pandemii. Nie ma żadnej pandemii! Każdy stan zapalny wpisują koronawirusa, Gates ma patent na szczepionkę koronowirusa już od paru lat, jest materiał w necie.
Wprowadzili bezprawny przepis, nawet w stanie wyjątkowym którego nie mamy! Maseczki musi nosić osoba chora. Noszenie maseczek bardzo zmniejsza odporność izolując nas od wirusów i bakterii. I o to chodzi! Będą w końcu chorzy! Zbijają na tym fortuny, a my się mamy męczyć i płacić, szczepionki w sytuacji jaką mamy, są szybko badane i potem są powikłania zdrowotne jak było z świńską grypą, której też nie było! Była to próba tego, co robią teraz! Chcą nam wprowadzać mikroczipy z nanotechnologii w niby szczepionkach, by wieżami G5, satelitami i sztuczną inteligencją nami kierować, inwigilować nasi i zabić! Już budują kostnicę ze stadionów!
No, idź pan już, muszę klatkę zdezynfekować!

20 maja
Sytuacja jest zła. Dotąd zawsze po szczycie przychodził spadek. Teraz są dwa bardzo wysokie wyniki dzień po dniu. To źle rokuje na przyszłość. Niektórzy plotą, że zakażenia dotyczą staruszków. To skąd tyle zakażeń w kopalniach? Czy tam starcy pracują? Poza tym odkąd to 60-tka ma oznaczać koniec życia? Chyba trzeba zacisnąć zęby i przywrócić obostrzenia. Firmy produkcyjne muszą pracować. Ale parki, place zabaw, stadiony, kościoły, zakłady usługowe mogą mieć przerwę. Wiele biznesów może działać w internecie albo otrzymywać postojowe od rządu.

22 maja
Może właśnie filozofia małych społeczności powinna być przyszłą filozofią życia ludzkości? Transparentność poczynań ludzi, współpraca ze środowiskiem naturalnym i otoczeniem, bliskość ludzi. Zero globalizmów i rywalizacji. Duże pole dla indywidualizmu. To by mi odpowiadało.

25 maja
Wśród ludzi panowało przekonanie, że COVID-19 to choroba, która zabija najsłabszych. Nic na to nie poradzimy, możemy podejmować próby zminimalizowania ryzyka. Wszystkim zależy, żeby fala zachorowań postępowała równomiernie, żeby nie sparaliżować pracy szpitali.

27 maja
Co raz częściej ludzie rozmawiali o wprowadzeniu aplikacji pozwalającej śledzić przemieszczanie się człowieka. Żeby ostrzegać zdrowych przed chorymi. A gdzie wolność jednostek? Czy to nie idzie zbyt daleko?

30 maja
Nie mieliśmy specjalnie wpływu na rozwój wydarzeń. Wszystkim, którzy popadali w panikę, polecałem Dżumę Alberta Camusa, bo tam przebieg epidemii i ludzkich zachowań w jej obliczu był dokładnie opisany.

1 czerwca
Uważam, że nastolatkowie to grupa wiekowa, która została – poza osobami starszymi – najbardziej doświadczona przez tę epidemię. Wpadli w próżnię nudy. Dorosły człowiek zawsze znajdzie sobie zajęcie, posprząta szafy, poprasuje, popracuje w ogrodzie, natomiast nastolatkowie – z tego, co zauważyłem – zostali pozbawieni zupełnie możliwości socjalnej interakcji, czyli tego, czym przecież jest życie nastolatka. Było mi ich naprawdę żal. Zresztą nie tylko ja miałem takie spostrzeżenia. Pojawiły się głosy, że młodzież popadnie w depresję wywołaną zbyt długim zamknięciem.

4 czerwca
Pobliski plac budowy opustoszał. Okolica, w której mieszkam, chyba pierwszy raz jest tak cicha. Życie toczy się dalej, tyle że utajonym rytmem.

11 czerwca
Nie wiem, skąd bierze się tak niski poziom świadomości, umiejętności przewidywania i wreszcie empatii. Ale to naprawdę wiele wyjaśnia w naszym kraju – to, gdzie jesteśmy mentalnie – od praw mniejszości, przez ocieplenie klimatyczne, aż po wybory.

12 czerwca
Trzeba sporej odporności, żeby nie zwariować i się poukładać z tym wszystkim rozsądnie, gdy rząd zarządza od burty do burty. Najpierw maseczki zbędne, a potem niezbędne nawet w lesie. Potem to już w ogóle las wzbroniony, a za chwilę można urządzać wesele na 150 osób, gdzie rodacy w pijackim rozrzewnieniu będą padać sobie w ramiona. Do kościoła tylko 5 osób, nawet gdy jest to wielka katedra, a za chwilę otwieramy galerie handlowe. Średnia wykrytych zakażeń oscyluje cały czas na poziomie 350 przypadków dziennie.

14 czerwca
Jeżeli nie czeka nas tragedia na ogromną skalę – uratuje nas jedynie nasz prowincjonalizm, a nie takie czy inne rządy. I tylko szkoda, że nie będziemy nawet zdawać sobie z tego sprawy. Bo tak przejawia się nasz prowincjonalizm, że nie wiemy, że jesteśmy prowincją.

15 czerwca
Statystyki niewiele odsłaniają, gdy nie analizuje się ich w szerszym kontekście. Dopiero czas (rok-dwa) pokaże, który model był lepszy, uwzględniając w tym również społeczne skutki izolacji, np. przemoc domową, wzrost samobójstw oraz uzależnień, a także ilość zgonów osób przewlekle chorych, którym z racji pandemii odmówiono pomocy lekarskiej. Świat musi się oswoić z wirusem. Włochy, Hiszpania czy Małkinia nie mogą bez końca trwać w kwarantannie, bo ona zacznie w końcu zabijać więcej osób niż wirus. Za chwilę kolejne rządy zaczną luzować ograniczenia. Inaczej się nie da. Szwecja Szwecją. Wiadomo już, że podjęli złe decyzje. Ciekawi mnie natomiast, dlaczego nie mówi się o Belgii. Tamtejsza katastrofa, z zachowaniem proporcji co do wielkości państwa, bije na głowę nawet tę włoską. A jednak Belgia nie jest wspominana wśród krajów które się zaniedbały. Czyżby ktoś chronił dobre imię stolicy Unii Europejskiej? Nikt tam nie krzyczy głośno, że rząd zawiódł?

16 czerwca
W Szwecji nie wprowadzono tak licznych obostrzeń jak w innych częściach Europy. Ludzie pracowali w pełnym wymiarze godzin, podróżowali komunikacją miejską, spotykali się ze znajomymi, jadali w restauracjach i robili zakupy w centrach handlowych. Środki bezpieczeństwa wprowadzone w Szwecji to była głównie ochrona grup zawodowych, które były najbardziej narażone na zakażenie – to m.in. zakładanie plastikowych osłon w sklepach czy zamknięcie wejścia przez przednie drzwi do autobusu.
Szwedzi obrali odmienną strategię walki z koronawirusem. Rząd zamiast wprowadzać zakazy, ograniczył się do instruowania, jak obywatele powinni się zachowywać. W wielu miejscach w przestrzeni publicznej porozwieszano prośby o zachowanie bezpiecznych odstępów czy instrukcje o tym, jak zachować czystość dłoni. Maseczki i rękawiczki nie były wymagane, za to łatwo było spotkać punkty z żelami do dezynfekcji rąk. Szwedzi byli bardzo dumni z obranej strategii, której celem była ochrona gospodarki.

17 czerwca
A może ci pseudonaukowcy byli na usługach koncernów farmaceutycznych i celowo zastraszali ludzi, by pod przykrywką wirusa i ochrony zdrowia ludzi natrzepać kasy, ile się dało?

18 czerwca
I teraz, kiedy wszyscy się już „oswoili”, wirusa jakby mniej się boją i w ogóle jakoś tak śmielej wszędzie, a te przeklęte maseczki pójdą w kąt, zacznie się umieranie, zaczną się respiratory, zacznie się prawdziwy dramat. Ale media jakoś tak będą ciszej o tym, liczby już przestaną robić wrażenie, umierające pielęgniarki – no cóż…

20 czerwca
Wirus nie zniknął, epidemia nie zniknęła. Słyszymy o kolejnych ogniskach. To nie jest tak, że my już jesteśmy bez wirusa, bez epidemii. Różnica jest taka, że transmisja pozioma jest ograniczona do minimum.

21 czerwca
Długi weekend nad morzem, Mielno. Wreszcie udało się nam gdzieś wyjechać, ponad trzy miesiące siedzenia w Puławach. Spotykaliśmy grupę Ślązaków. Uprzedzają innych wczasowiczów w żartach, że są ze Śląska.
W sklepie tylko miejscowi nosili maseczki. Wczasowicze wręcz podśmiewali się z tych, co noszą maseczki. W ośrodku przed wejściem podajnik z płynem dezynfekującym i wielki napis o obowiązku dezynfekcji rąk. Był skutecznie omijany przez wczasowiczów. A wieczorem niby każdy w swoim domku, a dzieci po placu zabaw biegały wspólnie.

22 czerwca
– Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, by pobyt w hotelu był bezpieczny. Nie wszystko jednak zależy od nas. Wielu gości nie chce stosować się do wytycznych sanepidu. Nasze prośby, by stosowali się do zasad, nie skutkują – skarżył się na łamach gazety manager hotelu w Mielnie. – Niektórzy goście zachowują się, jakby pandemia już się skończyła.

23 czerwca
Podczas tej pandemii w szpitalach i przychodniach wszystko przesuwano, a dostać się na rehabilitację, do lekarza czy na chemioterapię wiązało się z cudem! I więcej ludzi starych w tym czasie umarło na brak chemioterapii, brak pilnej operacji, niż na pandemię! Tylko czy to naprawdę była pandemia? Miałem duże wątpliwości. Nawet z lekarzami nie można było się spotkać, bo tylko telefonicznie zdiagnozowali. Ale mieli dobrą wymówkę: koronawirus.
Czy władze Polski dobrze sobie radzą z epidemią? Całe nasze szczęście, że nas ta epidemia zaatakowała dużo później i słabiej. Gdybyśmy byli na miejscu Włoch czy Hiszpanii, to trupy by u nas leżały na ulicach, a ludzie w szpitalach zdzieraliby sobie nawzajem maski z tlenem z twarzy… Kraje, które miały po kilka tysięcy zachorowań dziennie w ciągu 2-3 tygodni wyszły z tego i teraz mają po kilkadziesiąt… My się kisimy drugi miesiąc w tym samym sosie. Jak ktoś uznaje za wielki sukces, że mamy mniej zmarłych niż zachodnia Europa, to Gabon, Somalia czy Zambia są jeszcze lepsze niż Polska, bo mają ich jeszcze mniej.

Od kilku dni praktycznie nikt nie chodzi po sklepach w maseczkach. Nie reaguje personel, nie kontroluje policja, sanepid, straż miejska. Jak ludzie poczuli się trochę pewnej, to hulaj dusza piekła nie ma. Zobaczymy jak to będzie wyglądać po 14 dniach. Wesela, siłownię, baseny i za chwilę te tłumy na plażach. Obyśmy nie skończyli jak Włosi, Hiszpanie czy Brytyjczycy.

25 czerwca
Dziś obudziłem się zupełnie spokojny, przekonany że wszystko będzie dobrze. Przez ten dziwny czas ludzie kupowali tylko to, co im było potrzebne, zwierzęta wychodziły na ulice, do parków i lasów, konie w Dolinie Chochołowskiej nie były dręczone, górale leczyli się ze swojej chciwości. Ludzie ze strachu przed służbą zdrowia, która zarażała, przestali nagle chorować. Kościoły były puste, ale wszyscy zastanawiali się czy to już koniec świata i czy Mesjasz za chwilę się pojawi, więc żyli chwilą, nie tracąc czasu na głupoty, bo czasu było mało. Oglądali, czytali, rozmawiali, pisali. A przede wszystkim dbali o siebie i najbliższych.

Zbigniew Masternak

Zbigniew Masternak – pochodzi z Gór Świętokrzyskich, mieszka w Puławach, pisarz, dziennikarz, scenarzysta filmowym i producent.
Autor kilku powieści, m.in. cyklu Księstwo, publikowanego w poznańskim wydawnictwie Zysk i S-ka.  W 2012 r. na podstawie
trylogii powstał film Księstwo w reżyserii Andrzeja Barańskiego, którego premiera odbyła się w Karlowych Warach podczas 46. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego.

Kultura Enter
2021/02 nr 100

Czarno-białe zdjęcie ze starym murem.

Fot. Roman Kravchenko.