Strona główna/ESEJ. Esej o eseju

ESEJ. Esej o eseju

Esej o eseju

Jadwiga Mizińska

1.

Pierwsze zdanie eseju powinno brzmieć niczym wystrzał. Inaczej niż jest u Alfreda Hitchoocka (jak wcześniej u Antona Czechowa), gdzie wisząca na ścianie strzelba wypala dopiero pod koniec filmu – powiedziałby Stefan Symotiuk.

Dodałabym, iż esej stanowi przeciwieństwo nie tylko kryminału, lecz także traktatu. Zarówno pierwszy, jak i drugi dążą do koherencji, do absolutnej spójności rozumowania (względnie fabuły). Do konstrukcji pozbawionej luk, konsekwentnej, myślowo szczelnej. Usprawiedliwieniem eseistycznej „nieszczelności” jest etymologia: Od czasu Montaigne’a, mistrza tego gatunku, słowo „esej” tłumaczony jest na polski jako „próba”. „Próba” – zatem niegotowy i precyzyjny wykład, ale raczej podatna na wszelkie poprawki i uzupełnienia, interpretacje oraz domysły – propozycja. Tak rozumiana „próba” nie może mieć jednoznacznej pointy, podobnie jak nigdy nie może zakończyć się autentyczne myślenie, albowiem nie jest ono pojedynczym aktem, ale nigdy niekończącym się procesem.

Znamieniem eseju jest zadziorność – intelektualna prowokacja. Jego autor nie zamierza nikogo pouczać, przeciwnie – zadziwiać i zaskakiwać. Rozbijać zastygłe schematy, podważać klisze i stereotypy, wytrącać z utartego toru myślenia. Budzić z umysłowego lenistwa, z intelektualnej drzemki. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, iż esej jest bałaganem czy chaosem. Owszem, posiada on swój wewnętrzny ład, tyle, że porusza się okrężnym szlakiem –  po spirali. Myślenie eseistyczne przebiega w „szyku rozproszonym”, w kontraście do paramilitarnego „szyku zwartego”.

2.

Swego czasu zostałam poproszona o wykład na temat pojęcia granicy. Granica zwykle kojarzy się z ograniczaniem, ogradzaniem, grodzeniem, stawianiem barier, murów czy płotów. Rozpoczęłam od historii mojego przyjaciela, Andrzeja Klimowicza, który wybudował sobie w lesie dom i niczym go nie ogrodził; nie postawił żadnego płotu. Wszyscy sąsiedzi ostrzegali go przed złodziejami. O dziwo! – nie tylko nikt nigdy go nie okradł,  ale wręcz odwrotnie: przyjaciele i znajomi obdarzali gospodarza mnóstwem rzeczy przydatnych do wyposażenia siedziby i podwórka. Towarzyszyło temu miłe podświadome zdziwienie, iż można obejść się bez betonowych murów czy służb ochronnych, a zarazem radość ze wspólnego, nieogrodzonego podwórka. Gościnna przestrzeń okazała się tą wartością, o którą wszyscy wspólnie się troszczyli i strzegli.

Kolega, Jacek B., filozof z Białegostoku, słuchał ze zgrozą mojego wystąpienia. Znając przewodniczącego zebrania PTF, surowego profesora logiki, obawiał się, że zeszłam na manowce i porzuciłam główny wątek. Odetchnął z ulgą dopiero wówczas, gdy zaczęłam wyliczać typy granic, ich funkcję oraz zastanawiać się nad sensem różnorodnych sposobów ich przekraczania. Domyślił się, że mimo wszystko udało mi się związać z początkiem, rezygnując ze wszelkich konwencjonalnych wstępów. Zastosowałam bowiem metodę „okrążania” problemu, ale również metodę „szoku”- niezbędną, jeśli chcemy oszczędzić słuchaczom nudy. Tej ostatniej nauczył mnie, nieżyjący już Lech Winiarski, filozof i redaktor lubelskiej „Gazety Wyborczej”. W celu skupienia uwagi czytelnika polecał przewrotny trick. Mawiał: nikt się specjalnie zainteresuje newsem typu, że „pies pogryzł redaktora”, ale że „redaktor pogryzł psa” –  to i owszem!

Stefan Symotiuk, wytrawny znawca teoretycznej i praktycznej sztuki eseju (Genius loci, Stany ducha), lubił uciekać się do „chałupniczej” etymologii. Pisząc o nadziei, twierdził, iż słowo to pochodzi od „nadziewania się”. Bo jak inaczej rozumieć uroczy idiom „żywić nadzieję”? Stefanowi zawdzięczam również przypomnienie rzadkiego pojęcia „krnąbrność”, polegającego na intelektualnym buncie przeciwko nudnej poprawności, powtarzaniu utartych i wyślizganych banałów.

W podobnym duchu pisał Cezary Wodziński, twórca kilku zbiorów esejów. Będąc filozofem, nazywał się jednak zwolennikiem „nieklasycznej filologii” i uprawiał błyskotliwą, a niekiedy i żartobliwą sztukę „rozbiórki wyrazów”. Jedna z jego książek nosi tytuł Esseje pierwsze. Podwójne „ss” sugeruje bliskość z pojęciem istoty –„esse”. Zarówno Stefan Symotiuk, jak i Cezary Wodziński, niezależnie od siebie, cenili celny myślowy skrót. Esencję tego, co rozwlekłe elaboraty zwykle rozwadniają, powodując osłabienie uwagi i umysłowe znużenie. Obydwaj też propagowali metodę dydaktyczną polegającą na częstym pisaniu przez studentów własnych, oryginalnych esejów. Profesor Wodziński, jeden ze współtwórców „Fundacji na Recz Myślenia” im. Barbary Skargi, ogłosił swego czasu konkurs na najlepszy filozoficzny esej. Były one potem nagradzane i publikowane. Co ciekawe, słynący z lapidarności autor Kairosa, zarazem był zwolennikiem bełkotu: „myśli zająkanej”, którą cenił za przełamywanie nadmiernej gładkości i poprawności. Wolał ów Kalibanowy bełkot, kłębowisko myśli i słów, z którego jednakowoż daje się wysnuć nitkę nieortodoksyjnego i niekonwencjonalnego sensu. Wszak żywa, źródłowa idea potrzebuje się długo kształtować i formować, by potem móc inspirować innych. Żeby się nią zachwycać względnie krytykować. Największym wrogiem nowatorskiej myśli jest bowiem rutyna i banał. Łatwiej jest walczyć z szalonym i zwariowanym pomysłem, niźli z tępą powtarzalnością. Warto zacytować pointę utworu Wiesława Dymnego Pejzaż horyzontalny, która brzmi… „Człowiek jak bóstwo – nieobliczalny”. Pejzaż horyzontalny bywa kojący, lecz dla odmiany, pejzaż górski dostarcza mistycznych wzruszeń i poczucia wzniosłości.

Przyświecającą dobremu esejowi jest zasada „maksimum sensu zawartym w minimum słów”. Pokrewna esejowi bywa sentencja, rodzaj myślowego skrótu. Różnica między nimi wyraża się w tym, iż esej stanowi „taniec myśli”, natomiast sentencja (maksyma) – jest zastygłą w ruchu figurą owego tańca.

3.

Moja apologia eseju opiera się na buncie i proteście przeciwko „myśli zastygłej”, o której Zbigniew Herbert pisał, iż stoi jak czapla na jednej nodze nad pustym, wyschniętym źródłem. Myśl zastygła, myśl odrętwiała, wyjałowiona z żywotnej treści, bez końca powielana, w gruncie rzeczy zamienia się… w zastygłą bezmyślność. W słuszne, ale już dawno opustoszone z treści komunały, wysłużone i zatarte żetony. Gustaw Flaubert sporządził niegdyś ich słownik ku przestrodze pisarzy i mówców.

Szczególnie w obecnej kulturze masowej mamy do czynienia z istnym wysypiskiem frazesów i komunałów. Ilustracją może tu być powielane bez umiaru frazes: „co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”. Nikt już dziś nie zadaje sobie trudu, by przytoczyć je w oryginalnym kontekście filozofii Fryderyka Nietschego albo przynajmniej zidentyfikować jej autora.

Pod naciskiem kultury masowej podlegamy swego rodzaju terrorowi banalności. Banały to swoiste „zakalce myślowe”. Można się nimi zakleić, zaklajstrować, ale nie sposób da się nimi pożywić i rozsmakować, jak świeżym, wyjętym prosto z pieca chlebem.

Znakomity pisarz Milan Kundera upowszechnił wyrażenie „nieznośna lekkość bytu”. Parafrazując je, należałoby też mówić o „nieznośnej lekkości” mówienia, czy raczej – gadania, polegającej na pustosłowiu. Logorei płynącej z ust osobników , którzy nie mają nic ważnego do powiedzenia, a mimo to nie znających miary w owym słowotoku. W gruncie rzeczy ma on pokrywać bezmyślność, względnie kłamstwo i krętactwo. Przeciwieństwem „lekkości” i nadmiernej labilności jest powaga myśli. Wymaga ona powściągliwości i oszczędności słów, starania, by ich nie rozmieniać na drobne.

Esej, jedna z najkrótszych prozatorskich form literackich, często ucieka się do dzielenia się na minicząstki, które za każdym razem wprowadzają zaskakujący wątek. Zapobiega to zbytniej płynności, pozwala na niespodzianki.

4.

Do tej pory była mowa o jakimś jednym abstrakcyjnym modelu eseju. W praktyce uprawiania tego gatunku można zaobserwować wiele różnych wariantów. Niemal każdy utalentowany eseista operuje niepowtarzalnym i rozpoznawalnym stylem. Za wczesnych lat pisma „Polityka”, jej czytelnicy zaczynali od lektury esejów i felietonów Hamiltona, Daniela Passenta czy „Bywalca” – Jerzego Urbana. W „Gazecie Wyborczej” i „Tygodniku Powszechnym” kontynuują ten zwyczaj tacy autorzy jak Mariusz Szczygieł. Krzysztof Varga, Jacek Podsiadło itp.

Być może niektórzy obruszą się na zestawienie czy zgoła utożsamienie eseju z felietonem. Tym, co je ze sobą upodabnia jest swoisty „woluntaryzm”, czyli swoboda zestawiania nieoczekiwanych skojarzeń, skoków myślowych przypominających ruchy konika szachowego. Nie ma tu presji „ciągów logicznych”, nienaruszalnej zasady „jeśli p to q”. Na W eseju mamy do czynienia z rodzajem przewrotności czy wręcz wywracania na nice utartych praw. Zgodnie z tytułem książki Lwa Szestowa Apoteoza nieoczywistości[1].

Esej oraz felieton różnią się rangą poruszanym w nich problemów (te ostatnie dotyczą wydarzeń bieżących, pierwsze natomiast – ponadczasowych). Upodabnia je natomiast giętkość i elastyczność myśli, łamiących klisze umysłowe i językowe.

5.

Myśląc o oryginalnych, autorskich formach eseju (i felietonu), chciałabym wymienić teksty Łukasza Marcińczaka, które na własny rachunek nazwałam „arrasami”. Ta niezwykła forma, którą można zilustrować tekstem „Wizerunki Jezusa”, zasadza się na łączeniu wysoce erudycyjnych rozważań z intuicyjnymi przeczuciami. Daje to efekt błysków odległych od siebie skojarzeń, które wyrażane niezwykle bogatym, pełnym obrazowych metafor, zaskakujących skojarzeń, skupiają się na wszelkiego typu imponderabiliach. Czyli na rzeczach – wydawałoby się – pobocznych, które jednak okazują się istotne i nieodzowne. Na szczegółach, ale tak odkrywczych, że wywołują okrzyk „aha”! Podglądając Marcińczaka sztukę eseju, widzę w niej pewną regułę, która polega na oscylacji pomiędzy konkretem (detalem) a uogólnieniem. Oto, pisząc o mistycyzmie Mertona na podstawie jego pism oraz listów do Miłosza, autor „uczepił” się drobiazgu: Merton często cierpiał na ból zębów. Inny przykład to fascynacja Łukasza twórczością Nowosielskiego – oprócz studiów nad jego licznymi pismami i obrazami,  zadał sobie trud dotarcia na pewien krakowski strych, gdzie wypatrzył zapomnianą ikonę. Namiętność autora do metaforycznego i dosłownego dotykania pewnych detali, chroni  przed pustym werbalizmem. Ma w sobie coś z archeologa, zafascynowanego potłuczonymi skorupami, z których próbuje wydobyć zaklętą w nich wiedzę o całości, z której się niegdyś ostały. Przeciwstawia się w ten sposób natrętnej chęci do natychmiastowego uogólniania i popadania w stereotypowe uprzedzenia względnie w bezrefleksyjny fundamentalizm. Dzięki temu czytelnicy jego esejów co rusz natykają się na niespodzianki, które ich zadziwiają, wzruszają i bawią. Eseje Marcińczaka spełniają definicyjny warunek maestrii.

6.

Powyższa apologia eseju jest konsekwencją innej idei Milana Kundery, która stanowi „mądrość niepewności”. Stoi ona w opozycji do „niemądrości pewności”; do głupoty, jaką stanowi bessewiserstwo, zarozumiałość i pycha nadmiernej pewności siebie. Głupiec z najwyższym przekonaniem wygłasza swoje „aksjomaty”, nie dopuszczając do cierpliwego w y p r ó b o w y w a n i a swoich przeświadczeń. Twórca eseju (czy też esseju) zaprzęga nie tylko swoją myśl, ale również bogatą wyobraźnię igrania przypuszczeniami, podejrzeniami, hipotezami. Przy żadnej się jednak nie upiera. Ośli upór nie przystoi wszak homo sapiens – istocie myślącej i wątpiącej.

Podając wyżej przytoczone trzy warianty uprawiania sztuki eseju, nie zamierzam dewaluować żadnych innych, zasługujących na podziw. Klasykiem eseju był na przykład Georg Simmel, podziwiany przez Symotiuka i przeze mnie. Chodzi o to, że esej to nie po prostu pewien gatunek literacki, ale – w ogóle s t y l życia.

Powaga autentycznej myśli, bynajmniej nie kłóci się z żywiołem żartu, dowcipu, czy zabawy. Tylko w wyjątkowych przypadkach potrzebny jest  patos. Patos wyraża głębokie cierpienie w obliczu prawdziwego nieszczęścia. Nie wolno go wszakże nadużywać bez obawy popadnięcia w „śmiertelną powagę”. Nadmiar fałszywej powagi obraca się w dydaktyzm, a co gorsza – w śmieszność.

*

Esej jest ryzykownym tańcem na linie, chodzeniem po niej z rozpiętą parasolką. Razem z twórcą eseju zmierzamy do przezwyciężania przyciągania ziemskiego, napawając się napowietrznym żywiołem. Wypróbowujemy własne siły, mierząc się z zagadkami i tajemnicami. Zaglądając za kulisy Transcendencji. Nagrodą ze te wysiłki staje się dotykanie Nieznanego.

prof. Jadwiga Mizinska

Wykład wygłoszony podczas spotkania otwartego redakcji Kultura Enter. Lublin, 21 marca 2018 r

[1] Tytuł polskiego przekładu z 1983 r. Kolejny brzmi Apoteoza niezakorzenienia (2011) [red. – K.B.]

Prof. Cezary Wodziński świeżo wydane egzemplarze "Braci Karamazow", 2015 r. Fot. Maciej Rukasz, Centrum Kultury w Lublinie.

Prof. Cezary Wodziński świeżo wydane egzemplarze "Braci Karamazow", 2015 r. Fot. Maciej Rukasz, Centrum Kultury w Lublinie.

Prof. Jadwiga Mizińska głosi wykład pt. "Esej o eseju" na otwartym spotkaniu redakcyjnym, marzec 2018.

Prof. Jadwiga Mizińska głosi wykład pt. "Esej o eseju" na otwartym spotkaniu redakcyjnym, marzec 2018.

Prof. Jadwiga Mizińska głosi wykład pt. "Esej o eseju" na otwartym spotkaniu redakcyjnym, marzec 2018.

Prof. Jadwiga Mizińska głosi wykład pt. "Esej o eseju" na otwartym spotkaniu redakcyjnym, marzec 2018.