Strona główna/ESEJ. Esej podróżny

ESEJ. Esej podróżny

Andrzej Niewiadomski

 

K

Esej podróżny (fragment)

Andrzej Niewiadomski

[…] Być może były tam i pokrzywy, być może było ich wiele, ale ja nigdy ich nie zauważałem albo inne osobliwości wyrugowały ich obraz z mojej pamięci. Najbardziej rzucały mi się w oczy dziewanny, i te dziewanny, które teraz jeszcze widzę, o różnym stopniu nasycenia żółtymi kwiatami, różnej wysokości i grubości łodyg, w ogródkach, u płotów, ale może najbardziej te rosnące dziko, przykurzone piaszczystym pyłem drogi prowadzącej z miasteczka do lasu i nad śródleśne stawy, nie wiedzieć czemu – może na mocy jakichś schematycznych skojarzeń – wydawały mi się znakami obwieszczającymi, że zbliżam się do centrum, że znajduję się w samym środku; nic nie reprezentowało lepiej tego kraju niż one. No, może jeszcze malwy, ale mnie rzucały się w oczy akurat dziewanny, i to wyłącznie żółte, nic na to nie poradzę. A także owoce. I to wszystko zaczynało się mniej więcej w połowie drogi z Lublina nad Wisłę, za Bełżycami, gdzie droga skręca w lewo i wjeżdża się w taki ładny, ciepłolubny las, a potem, jakby na polanach  pojawiają się wiejskie sady, za Malinowszczyzną, i nazwa ta zwiastuje to, czego tu pełno, na innych śródleśnych polanach wykorzystywanych jako małe plantacje, choć trzeba też powiedzieć, że przy drodze widać zaraz sad czereśniowy, jabłka, brzoskwinie, a potem, przed Trzcińcem, już za lasami, olbrzymią, połyskującą szkłem w słońcu, pomidorową szklarnię. Wyjeżdża się na wypiętrzony płaskowyż, by zaraz potem łagodnymi łukami zjechać w dół, i znaleźć się w Chodlu, który zawszebył dla mnie bramą Powiśla, zawsze, to znaczy wtedy, kiedy już na dobre Lublin ucapił mnie w swoje prowincjonalne szpony.

Wiele razy nad Wisłę nie docierałem, wiele razy wysiadałem w Chodlu, choć przecież w tym dawnym miasteczku, poza charakterystycznym kościołem, jednym z najbardziej rozpoznawalnych w promieniu kilkudziesięciu kilometrów dzięki dosztukowanej attyce na cylindrycznej, solidnej i pierwotnie zapewne obronnej wieży, nie było nic godnego uwagi. Albo też powiedziałbym: inne atrakcje nie były widoczne i należało je odkrywać na własną rękę. Brama jest częścią budowli, ale stać w bramie, to wciąż wstrzymywać się z decyzją o wejściu, bo po cóż posuwać się dalej, skoro już ona daje schronienie. Chodel był na tyle daleko od Lublina, że wysiadając w rynku, czuło się ten zakurzony klimat nie wiadomo: beznadziei czy autentycznego życia, czuło się ten rytm pipidówy, lubianej jednak, której za nic potem nie chce się opuszczać, zupełnie nieracjonalnie, zupełnie bez powodu. Siedząc na malutkim tarasie „Gold Baru” (zaiste, złoty lokal, czasem złocący się od nitek sukienek i spódnic miejscowych piękności, które, wybierając się na sobotnie wesela, wpadały tu razem z mężczyznami, przed mszą albo w oczekiwaniu na koniec mszy, rzadziej na setkę, częściej na pitą wprost z butelek „Perłę”, nie wiedząc, co począć z bukietami, wielkimi, z czerwonych kalii – zawsze miałem ochotę usłużnie je potrzymać przez kilka minut, wszak komfortowo zaspokoić pragnienie, to rzecz ważna i nie ma z tym żartów – i rozsiewając woń coraz lepszych, z każdym rokiem, perfum, a potem nieco szeleszcząc i znikając wśród pojedynczych śmiechów i komentarzy), zatem siedząc tam, spoglądałem na wieżę kościoła jak na obrys, który ma się utrwalić, górującą nad parterową zabudową i sklepem naprzeciwko knajpy i zadawałem sobie pytanie, ile jest podobnych miejsc, które moglibyśmy uznać za kwintesencję prowincjonalnego ducha rodzimych pejzaży. (E., choć nigdy nie gustowała w takich miejscach, twierdziła potem wielokrotnie, że bez wizyty w „Gold Barze” nie można byłoby uznać wyprawy do miasteczka za udaną). Ale Chodel był jeden, nie było dla mnie innej bramy wiodącej ze wschodu nad rzekę. A ta rzeczka, płynąca zaraz za „Gold Barem”, na którą można było zerkać, omijając wzrokiem błękitnego toi toia, samotnie i lekko przechylonego, jakby zawianego, na końcu piaszczystego parkingu, uchodziła gdzieś do Wisły i mogła stanowić dalszą, nieco trudniejszą wprawdzie, ale piękniejszą drogę do kręgosłupa wielkiej wody.

Piasek był tu wszędzie, ciepły, parzący stopy, ale tylko w tej leśnej dolinie Chodelki, bo wyżej były owoce, były sady, pola i akacje, dorodne akacje przy drogach, a w piasku wylegiwały się psy, miejscowe kundle, tak leniwe, że nigdy przez te wszystkie lata nie okazały minawet cienia agresji, kundle z żółtobrązowymi grzbietami i brzuchami zszarzałymi od piasku i pyłu, który – kiedy stawał się częścią drogi wiodącej nad stawy, w lesie – nabierał ciemniejszej, żużlowatej barwy, by potem szczerzyć jasną, bladoświetlistą szczękę w plażowym uśmiechu. Cóż to była jednak za plaża! Raz w życiu widziałem tam brodatego faceta sprzedającego watę cukrową, a te wszystkie butelki, papiery, opakowania po papierosach i pety, wszystko to przynoszono lub przywożono ze sklepów w rynku… Śladów więc było mnóstwo, ale ludzi nie było wcale lub pojawiali się rzadko, a jeśli już, to – można tak powiedzieć – w rozsądnych ilościach. Częściej wędkarze, a czasem w sezonie myśliwi, bo za groblą oddzielającą staw o czystym lustrze rozciągał się obszar dziko zarastających wód i coraz bardziej zarastających ścieżek, które je otaczały, siedlisko kaczek, domena ciszy, lilii wodnych, jeżyn na obrzeżach lasu, nie tylko zresztą w tym miejscu, świat surowego echa i skrzekliwych głosów, zapadających za chwilę w milczenie. Tu szło się już po rozkoszach kąpieli, by potem wracać za lasem, drogą obok boiska wygrodzonego rzędem wkopanych w ziemię opon i okrążając główny staw lub zanurzając się w rozświetloną, ciepłą jak zupa wodę, bo tu, po drugiej stronie nagrzewała się zawsze najszybciej. I leżąc nad tym najbardziej stawiskowym ze stawów, nad tym najbardziej śródleśnym ze śródleśnych zbiorników, nad tym najbardziej owalnym ze wszystkich owali, słyszało się w południe melodie wygrywane z wieży chodelskiego kościoła, płynące wyraźnie w czystym powietrzu lipca, i łączące staw i lasy z resztą miejscowości, wysyłającej tutejszym znane sygnały, od zawsze identyfikowalne z ich losem.

Mówiły te dźwięki coś o tradycji, tak jak pomniki w rynku, tablice i kaplice przy bocznych uliczkach, tu ofiarom wojny, tu Chrystus czuwający nad miasteczkiem, gdzie indziej, w stronę cmentarza – Piłsudski, na kościele – Ściegienny, który był tu krótko proboszczem. I było jeszcze tak zwane normalne życie: gołe baby na kalendarzach w „Gold Barze”, które zniknęły, niestety, po zmianach, automaty mieniące się feerią kolorów, sklepy, z których każdy poznałem i z których jeden istniał na słowo honoru, bo stały  tam tylko tanie wina, piwa i papierosy i ile razy opuszczałem rynek, kierując się na północ i zachód, nad staw, to miałem ochotę zajść tam, ale towarzystwo, dwu-, trzy- lub co najwyżej czteroosobowe stanowiło, w przeciwieństwie do gości złotej knajpy, hermetyczną i elitarną grupę, dawałem więc spokój i dawałem im wypełniać misję – strażników rogu, którzy gotowi są zastąpić drogę każdemu niepowołanemu intruzowi, co zechce przybyć z Lublina, a może z dalszych przestrzeni wschodu i naruszyć święty spokój i porządek chodelskiej furty. I było jeszcze życie pod postacią cytryn w doniczkach w oknie jednego z rynkowych domów, i było pod postacią pyrkających traktorów i tego dziwnego sklepu agd. naprzeciwko szkoły, a właściwie niewielkiej chałupy otynkowanej na chropowato i przykrytej eternitem, w której nigdy nie widziałem żadnego klienta, tylko zawsze te same rowery i kosiarki na łańcuchach, smutne i opuszczone, beznadziejnie niepopularne, no i lody, jadane w plastikowych, żółtych krzesłach, i odgłosy rozmów sprzedawczyń, co wyszły na chwilę na papierosa.

A przecież Chodel był tak „starożytnym” miejscem… Teraz zaś, pominąwszy wnętrze kościoła, czego przecież robić nie musimy, nie potrafił zaoferować nic, nie potrafił w żaden sposób wdzięczyć się do przybysza. Zależy zresztą, do jakiego przybysza, bo przecież stawy, bo przecież Chodelka i jej pstrągi, ba, „Gold Bar” i psy…  I jeszcze coś na deser, zupełnie ukryte przed oczami niepowołanych, zupełnie na uboczu, o pół godziny spaceru od chodelskiego rynku, a może ciut więcej, nad większy kompleks stawów, po wschodniej stronie miasteczka, gdzie na wyspie ruiny barokowego kościoła stoją tak, jakby wiatr zdmuchnął tylko dach i ktoś wywiózł wszystko, co było w środku, tak jakby domagały się mszy, ale kto by miał takie zamiary, na tym odludziu, gdzie trzeba wsiadać do łódki i mimo że to tylko kilkanaście niezbyt solidnych pociągnięć wiosłami, to jednak wyspa, to jednak chaszcze, to jednak „własność prywatna”, czym nigdy się przecież nie przejmowałem, pełen dobrych, starych nawyków i niech mi ktoś powie, że nie, że niedobrych, zaśmieję mu się w twarz, bo skoro czas był niedobry, więcej nawet: bardzo zły, niekoniecznie oznacza to wyłącznie złe nawyki, wypraszam sobie, nie ma tak prostego przełożenia, nie ma tak prostych uzasadnień i tłumaczeń. A zatem albo drogą w kierunku Ratoszyna, a potem nurkiem w dół, w gruntową drogę nad stawy, w cień drzew, albo groblami od strony kościoła, by nagle znaleźć się wśród szumów i poruszeń trzcin, by oddalać się z wolna od czerwieni cegieł i tego osobliwego ni to renesansu, ni gotyku (w końcu attyka to dzieło modernizatorów z lat trzydziestych, a przecież i w latach pięćdziesiątych modernizatorzy stawiali te swoje attyki nawet na blokach mieszkalnych, więc jakież to dziwne dziedzictwo epoki, wydającej się tak odległą, a niedającą spokoju – jak wyrzut sumienia – rodzimym wirtuozom improwizacji, kończącej się zawsze automatami w kolorowe owoce, nędzne namiastki chodelskich malin, jabłek i brzoskwiń), by dobrnąć do tych hipnotyzujących resztek jezuickiego zamysłu.

Tym bardziej że w wietrzne dni trzciny bywały głośne, toń stawów marszczyła się i zdawało się, że wyspa wraz z ruinami odkotwicza i zaczyna płynąć dalej od stałego lądu, taranuje groble, przerywa, ryje pomiędzy brzegami Chodelki, poszerzając je i zmierza ku Wiśle, wpierw z wielką pompą przepływając obok rynku i „Gold Baru” jak memento i przez moment, w centrum miasteczka na poszczerbionych, podziurawionych, chropowatych ścianach świątyni, jak za pomocą wielkiego rzutnika ustawionego w głębi rynku, wyświetlają się kolorowe polichromie i obłoki, i święci, i anioły, i szkarłatne zasłony; słychać przy tym śmiech, i przedrzeźniają się te dzieła pędzla z obnażonymi piersiami z kalendarzy, z tralkami białych ogrodzeń domów najbogatszych mieszkańców okolicy, czerwonymi serduszkami z błękitnego toi toia, i wisienkami z etykiet sklepu-niesklepu z północnego naroża. A potem cichnie muzyka, gaśnie rzutnik, słychać tylko poszczekiwanie psów i reflektory pojedynczych motocykli i samochodów z rejestracją LOP, nawa jezuickiego kościoła znika w ciemności lasu za stawami po przeciwnej stronie, i teraz już nic nie będzie przypominało o tamtej scenie i aktorach, a z pompy pozostanie marna namiastka, póki nie zwrócą się w stronę bardziej wyważonych form, bo jedna attyka nie wystarczy, choćby bieliła się nad całą kotliną, nad stawami, lasami i pomnikami.

Także kiedy wjeżdżałem od wschodu, wieża ukazywała się najpierw, w dole, po lewej stronie za kolonią domów wybudowaną na skraju miasteczka. Trzeba było jednak pewnego wysiłku, żeby ją dojrzeć, nie da się ukryć, ona natomiast dałaby się – mimo całej swojej reprezentacyjności – ukryć gdzieś w tej kotlinie, schować przed wścibskim okiem, wraz z całym tym cieniem miasta, w którym poza kościołemz trudem można dostrzec ślady dawnego statusu: domu zajezdnego, kina czy urzędu sprzed kilkudziesięciu lat, małej siatki ulic, tak jakby Chodel się nieco przyczaił, nieco usunął na bok, kokieteryjnie sugerując, by się o niego upomnieć i ryzykując, że nikt nigdy tego nie uczyni. Przy czym ryzyko to było rzeczywiście duże, bo przecież centralna Polska jest w gruncie rzeczy nudnym wizualnie krajem, szczególnie ta widziana z głównych dróg i kolejowych szlaków. Nie idzie tu wszak wyłącznie o jej nizinność, bo przecież nie jest pozbawiona pofalowań i garbów, lecz o monotonię i brak czegoś, co nadałoby tej przestrzeni intrygujące, ekscentryczne rysy. Może nie o brak tu zresztą idzie, lecz o rozrzucenie i trudną dostępność. Te niespodzianki trzeba tropić tak jak ruiny Loretu w Chodlu, szczelnie skryte przed niepowołanymi oczami. I zawsze można się czegoś jeszcze dogrzebać, coś dobyć, jak z lochów odrzykońskiego zamku, choć przecież znacznie tu o to trudniej. Nie ma żadnej gwarancji sukcesu, czasami byliśmy gdzieś w pobliżu, a po powrocie dowiadujemy się, że ominęło nas coś, a właściwie to my ominęliśmy to coś, o kilometr albo i pół kilometra, nie spodziewając się, że za tą linią drzew, za wzgórzem, za rzeką wyłoni się zaskakujący kształt, niewola rzeczy, na małej przestrzeni, tak jakby wykrojonej, obrysowanej, co zawsze nasuwa nieco nieprzyjemne skojarzenia, że to wszystko jest implementowane, przeniesione skądś i ciągle stawia czoło naporowi barbarzyńskiej monotonii odnowień, zupełnie bezrozumnej i chaotycznej.

Póki więc Loret stał i nie wybierał się w tę ostatnią swoją podróż, ja wkradałem się w chodelskie opłotki i kibicowałem sklepowi, pozbawionemu ekonomicznego sensu, bo w końcu lepsze te kilka butelek niż puste półki, czy ziejące pustką kraty. I czekałem z niepokojem na moment, gdy w lesie pojawią się buldożery i zaczną wyznaczać trasę obwodnicy, jaka oddzieli na zawsze, symbolicznie, stawy od rynku miasteczka. Ale że w naszym kraju plany istnieją niezależnie od możliwości i kłopotów, to czekałem lat dziesięć, zapomniawszy w końcu, że coś takiego ma się zdarzyć i przyjeżdżałem do Chodla, by patrząc na białą attykę, zapomnieć, że zdarzyć się może cokolwiek, myśleć widzeniem i nic ponad to widzenie nie planować, a potem ze zdziwieniem stwierdzać, że niektóre zmiany są podstępne i ciche, że złota knajpa zaczyna wyglądać inaczej, że zniknął stary budyneczek w rynku, obok którego był wąski przesmyk na okalającą rynek uliczkę i że okolice przystanku stały się scenerią mrożącej krew w żyłach próby zatrzymania przez policjanta z drogówki motocyklisty, co zakończyło się strzałami i zniczami przy krawężniku.

Jednak dziewanny nadal kwitły w kurzu drogi, psy nie reagowały na te dramatyczne zdarzenia, kondukty ruszały na nieodległy cmentarz o tuż popołudniowej porze, sobotnie śluby na moment wzmagały ruch, taki pozorny i przewidywalny, fartuchy sprzedawczyń nadal były w groszki, nic nie wskazywało na to, by Chodel miał kiedykolwiek istnieć w innej postaci, choć przecież wiem, że istniał, ale to nie był dobry argument. Naruszyć bramę do tej nadwiślańskiej krainy, to wzbudzić niepokój, brama musi trwać, wystarczy w niej stanąć, by wiedzieć, że tam, w głębi wszystko jest także w jak najlepszym porządku, a jeśli czeka na coś, to na delikatne, finezyjne przesunięcia, jakich dokona ktoś, niekoniecznie ja, świadomy, że sięga do matecznika, gdzie już tak wiele popsuto, ale jeszcze jeden nieuważny ruch i to serce przestanie bić.

Dlatego tak rzadko korzystałem z innej, kazimierskiej bramy, od północnej strony, choć właśnie tamtędy po raz pierwszy dostałem się na to terytorium. Miałem wtedy osiemnaście lat, jechałem z Prus do Galicji stopem, do Jarosławia, i dalej, ale kiedy na Wale Miedzeszyńskim wsiadłem do rozklekotanego wartburga, którym grubawy blondyn dowiózł mnie tylko do Karczewa, gdzie zapewne zdarzyło mu się coś nieprzyjemnego, bo kiedy szykowałem się do wyrzucania betów, powiedział „ja bym na pańskim miejscu nie zostawał tu długo, to miasto złodziei”, już wtedy wiedziałem, że tym razem nie uda się bez pauzy, tak jak w czasach dzieciństwa, byle przetrwać noc, jeden skok na południe, tyle że Karczew według słów tego kierowcy mógłby okazać się niegościnny, a mazowieckie laski, jak zawsze, niewiele obiecały (choć znacznie później miałem się przekonać, że i tu są rzeczy zasługujące na uwagę), jechałem więc ciężarówką do Maciejowic, a potem wojskowym gazikiem z Dęblina do Puław, i jeszcze potem żukiem z Puław do Bochotnicy, słuchając o jakimś austriackim epizodzie zarobkowym syna ajenta knajpy, zmęczony, nie mając więc zbyt skoncentrowanej uwagi na perspektywie rzeki, jaka otwierała się po prawej stronie. W Bochotnicy, nad głównym skrzyżowaniem wyrosły wzgórza, a dalej pośród drzew ruiny zamku, w którym rzekomo Kazimierz Wielki miał odwiedzać Esterkę, i to było wówczas jak fatamorgana w środku tego kraju, pauza, która odnalazła mnie bez trudu. Odwlekałem jeszcze ten moment, głodny, zaszedłem do geesowskiej restauracji, która – a jakże – nazywała się „Esterka”, zjadłem coś ohydnego i wychyliłem szybko dwie setki, a potem w tym zmęczeniu, na miękkich nogach, ruszyłem do Kazimierza, i od tej pory zacząłem się upijać Republiką Środkowej Wisły, jak ją w myślach nazwałem, jak winogrodnik szampański, jak polski chłop w karczmie po jarmarku, jak ktoś, kto w oktoberfest nie liczy już kufli, jakie ma za sobą. Zawsze byłem tu upity, choć nie zawsze sięgałem po dwie setki, najczęściej wręcz nie sięgałem po cokolwiek, a mimo to nigdy nie obyło się bez pijaństwa. Nawet kiedy przybywało się tu zimą, jak kiedyś, gdy upiliśmy się z E. dosłownie i w przenośni w przydrożnej karczmie na obrzeżach miasteczka.

Ale w lecie 1983 roku spałem w samym śpiworze na trzykrzyskiej górze, nikt wówczas nie pobierał żadnych opłat za wejście i widoki, była ciepła, lipcowa noc, obserwowałem przedtem barwy wieczorne i potem – barwy brzasku, za cały bagaż mając w głowie wówczas jeden wiersz Czechowicza i nie wiedzieć czemu przeczytane Dwa księżyce Kuncewiczowej, może dlatego, że czytałem wówczas wszystko, co wpadło mi w ręce… Pewnie przemawiał do mnie ten obraz, ta metafora Wisły leżącej na wznak, z ramionami założonymi pod głowę i ten oddech świata, który miał w sobie coś kameralnego i monumentalnego jednocześnie. Mimo pełni sezonu nie szwendali się wówczas do późna po miasteczku turyści, nie mówiąc o zimie, czy jesiennych, powszednich dniach. Nie było już tego Kazimierza sprzed lat, ale sama okolica broniła się jeszcze jakoś przed spospolitowaniem, i teraz jeszcze widzę – co wydaje się, wiem, mało wiarygodne – niemal zupełnie pusty rynek i przylegające uliczki. A potem stało się, co się stało, i wielokrotnie myślałem o tym, czy miejsce to nie powinno być wyłączone z obszaru Republiki, ale przyjeżdżałem, ratował je zapach drewna, mokrego wapienia i smak świeżej szarlotki z miejscowych jabłek, coraz bardziej jednak stawało się bramą opanowaną przez przeciwnika, zagrażającą całemu państewku, i – co gorsza – nie było pomysłu ani sił i środków, by odeprzeć taki atak.

Chyba wówczas, gdy po raz pierwszy pojawiłem się w Kazimierzu, pomyślałem, że ta pauza jest czymś, co łamie linię na mapie, jaką mógłbym przeprowadzić między heilsberską doliną a dolinami galicyjskimi. Później, wiele lat później, prowadziłem tę linię między Krzyżową Górą na północy i zamkowym wzgórzem odrzykońskim na południu. Musiałaby biec stamtąd dokładnie na północ aż do tego miejsca, a potem stąd odbijać pod kątem na północny zachód, czy raczej odwrotnie: południowo-wschodni kierunek przechodziłby tu w prostą linię wiodącą na południe. Nic zatem nie było idealnie proste, ale to złamanie utwierdzało mnie w przekonaniu, że panuję nad kształtem linii i jeśli pojawia się jakiś dziwny punkt zmieniający jej bieg, to punkt ten musi być punktem newralgicznym.

Była jeszcze jedna brama do tego państewka. Ta z południa, z której korzystałem najrzadziej, a jeśli tam się niezmiennie i często pojawiałem, przybierały takie wizyty postać inspekcji od wewnątrz, sprawdzenia, jak trzymają się szańce tych resztek centralnej budowli. Co nie oznacza, że nie zdarzyło mi się zbliżać do niej wzdłuż Wisły, od Annopola, i gdzieś w okolicy Popowa cieszyć oko wyniesieniami krawędzi wyżyny, wysoko nad rzekę, zjeżdżać znów w dół i z perspektywy łąk widzieć wzgórze zamknięte z jednej strony przysadzistą, kanciastą wieżą pobernardyńskiego kościoła na skarpie, a z drugiej bielącą się sylwetką kościoła w Rybitwach. Józefów był tą trzecią bramą, równie leniwą jak Chodel, równie prowizoryczną, a przecież wydawało mi się, że warto pokładać w niej nadzieję, bo – być może – dyskrecja jego istnienia również uchroni go od wszelkich potencjalnych zakusów. Ale o tym gdzie indziej i kiedy indziej, skoro już mamy terytorium, skoro już wiemy, jak w miarę precyzyjnie zakreślić jego granice, nacieszmy się nim, a może powiedzmy coś po prostu o racjach jego bytu, chyba jednak, na pierwszy rzut oka, bardziej chwiejnych niż te, które zdecydowały o istnieniu warmińskiego dominium lub Rzeczy Iwonickiej, bo tu nie można byłoby wypchnąć przed szereg ani biskupów, ani partyzantów.

Decydowały w tym przypadku czynniki czysto subiektywne, mimo iż każdy rzeczownik z przyrostkiem na -ość wydaje się nam jakoś obiektywizować i nadawać rangę światu, jaki nazywa. I nie zawsze środek Polski mógłby być utożsamiany z centrum polskości. Ale tak jest tym razem. Tak wydało mi się, kiedy trafiłem tu po raz pierwszy, jakby ani moja północ, ani górzyste południe nie zaspokajały dziwnej potrzeby nie tyle podręcznikowego matecznika, ale miejsca, w którym to równie dziwne zjawisko na -ość odsłania się w całej pełni. Nie głowa i nie nogi, tylko brzuch i trzewia. Nie strych ze spadzistym dachem, pod którym trzeba chylić głowę, by się nie uderzyć w zamian za widoki, i nie piwnice – ciemne lecz pełne osobliwości, tylko centralny pokój, ale słabo umeblowany, jakby niekonsekwentnie, jakby uszczuplony lub częściowo ogołocony, nieefektowny wobec bocznych, narożnych czy sypialnych wyznaczających doskonałe albo choćby tylko poprawne ramy dla swoich funkcji. Żołądek, który jeszcze ma się czym pożywić, ale pozbawiony już wielu treściwych pokarmów, domagający się swego, skazany na dietę może i zdrową, lecz mniej smaczną niż to, do czego organizm się wcześniej przyzwyczaił. Świat barw zaskakujących i obfitych, w których chciałoby się zauważać inne odcienie. Zwierzyniec, w jakim brakuje tych najciekawszych okazów zwierząt, ale swój i zaskakująco kojący. Ogrodzony, lecz dziki wewnątrz.

Może dlatego właśnie tak utrwaliły mi się w pamięci bramy do tego świata. A może dlatego, że przybywałem tu, mając nieco lekceważący do niego stosunek i ten mechanizm litości, która także rodzi się w podróży, jakże często, choć pewnie związane jest to z indywidualną podatnością na wrażenia, dał się we znaki, a może coś, co nazywamy „ubogim pięknem”, choć to ubóstwo nie było związane z brakiem rzeczy, które mogłyby nasycić oko, lecz z brakiem takich rzeczy, które bezdyskusyjnie przesycone są ideami i imponderabiliami. Coś za coś. Żal i nie żal. Może więc przyjechałem, by znaleźć światy, jakie wydają się nie do znalezienia, a może po prostu skoncentrować się na jakichś znakach i przy ich pomocy je ponazywać. Ale prawdopodobne było też myślenie o innym celu: by odczuć to, co się wzajemnie, na pierwszy rzut oka, wyklucza.

Przyjechałem tu jednak w okolicznościach, jakie dałoby się nazwać zwykłymi, ten kazimierski pobyt choć wypadał w latach tuż po stanie wojennym, czego jestem prawie pewien, a co zaczyna powoli tracić znaczenie, ale mówię o tym, bo mam w pamięci zupełnie inny przyjazd, o którym mogłem tylko przeczytać, ten Iwaszkiewiczowski z początku października 1940 roku. I ze względu na porę roku,  kluczowądla mnie w tych stronach i okupacyjny kontekst, jakże inny od tych drobnych niewygód Polski jaruzelskiej, beznadziejnej w swojej inercji, lecz z terrorem dyskretnym, ograniczonym, perfidnym i pełzającym ku niespodziewanym wyborom ofiar. Czymże jednak był, skoro dawało się go ominąć i zaopatrzyć w sklepie przynajmniej w jakieś twarożki i namiastki jogurtów, czymże był ponad tę wieczną i słuszną pretensję generacji, której tak zagospodarowano życie, żeby nie uczyniła z niego narzędzia normalności. Nienawidziłem tego, wciąż nienawidzę, ale może wrodzona przekora, daleka od przekory licznych efekciarzy wykonujących wolty na zawołanie, nakazuje mi myśleć, że gdyby bieg wypadków był inny, wówczas ta generacja niewiele różniłaby się od tych, co mają dziś za nic pożytki z podróży i nie rozróżniają podróży i zwykłego przemieszczania się.

Wracam jednak do Iwaszkiewicza, który w 1940 roku, odbywszy podróż statkiem z Warszawy do Kazimierza (swoją drogą, dziś to marzenie ściętej głowy), zanotował: „Mimo że Kazimierz okazał się „alte urdeutsche Stadt”, nigdzie bardziej nie czuje się Polski co tu – pomiędzy Puławami i Sandomierzem. Zastanawiam się nad tym, na czym właściwie polega ten polski styl? Styl budowli, styl życia… Ta Wisła opuszczona, rozlewna, spłaszczona i spłycona, tworząca mielizny zatoki i zatoczki, dlaczego jest tak bardzo polska – z tymi dzikimi kaczkami, z czajkami i rybitwami, szara, szara, zielonawa?”. Kolory przecież pozostały, może to wyczucie poety, ja też widzę ją szarą i zielonawą, może wręcz wpadającą w delikatne brązy, ale tak wiele się zmieniło. Poza głównym rozpoznaniem. Także poza tym, że wrażenie egzotyki pozostaje niezmienne, w takim znaczeniu, jakie ewokowane jest przez jedno słowo, użyte wtedy, przed siedemdziesięciu laty:  „Nie mogę wyjść z podziwu– pisze Iwaszkiewicz –choć tyle razy już tą Wisłą podróżowałem – że się tu nic nie zmienia i jak tu dopiero się widzi prawdziwą dzikość naszego kraju. Płynie się jak przez jakąś pustynię, do tego stopnia wszystko jest odsunięte od rzeki”. A ja nie mogę wyjść z podziwu, myśląc nad tym, co jest rzeczywiście „prawdziwe”, i nie znajdując prostych odpowiedzi. Tyle wiem, że pewne obszary się kurczą i tej dzikości nie poszukiwałbym już między Puławami a Sandomierzem, tylko między Podgórzem a Basonią, tyle wiem, że kiedy Iwaszkiewicz pojawił się w następne, okupacyjne lato, to interesował go dom Kuncewiczowej, tak jak interesowało go Stawisko, a taki sposób istnienia pomiędzy innymi jest dziś niemożliwy, w tłoku kazimierskiego przemysłu turystycznego. Poeta posądzał Kuncewiczową o sztuczność przedwojennej prozy, o wykreowany, oddzielny raj artystów, ale cóż by powiedział, widząc sztuczny ruch, w którym nie ma już miejsca na takie artystowskie, z prawdziwego zdarzenia, pasje i domy otwarte? Wystarczy przypomnieć jego napomknienia o Puławach czy o Iłży i te wahania, tyleż śmieszne, co straszne, zawsze biorące pod uwagę to, co wyniknie z procesów modernizacji i przyspieszenia tempa. Ależ nie żalę się, ależ to są sprawy, do których warto będzie wrócić. Mówię jedynie o braku równowagi i procesie kurczenia się, który jest faktem i niesie ze sobą bardzo praktyczne pytanie: jak zakreślić własną przestrzeń, o ile jakaś własność istnieje, a nie jest bytem fantazmatycznym. To Iwaszkiewicz wprowadza mnie w konsternację, zadając stare, ciągle aktualne w polskim kontekście pytania na marginesie wizyt w okolicy, w takiej okolicy, jaka mogłaby się rozrastać jak rakowaciejące centrum – niemal w nieskończoność, choć może nie warto popadać w przesadę. Czy „dzikie” to dobre? A może po prostu tę dzikość należy pielęgnować tylko dlatego, że zastąpiła ona to wszystko, co było widzialnym znakiem tożsamości albo też destruuje atrapy tej tożsamości, pieczołowitość zawsze nieudanej rekonstrukcji?

Toteż gdy Iwaszkiewicz pisze o Lublinie w ten sam sposób jak o Kazimierzu („jest to na mój smak jedno z najbardziej polskich miast”), to bierze oddech, zagłębiając się we fluidy przeszłości, Narcyssę, Oktawię Żeromską i listy Conrada, a ze współczesności przejmuje slogany. Dajmy jednak spokój naiwności, a może cynizmowi – jak to rozstrzygnąć, i pewnie pozostanie to nierozstrzygnięte – pisarza. Lublin, ze swoją substancją, jest taki, jak Iwaszkiewicz sugeruje, tylko ci wszyscy serdeczni i ci robotnicy, witający go na spotkaniach autorskich stworzą przecież społeczeństwo-atrapę, nie z czasów dzikości przyjaznej, lecz bezforemną masę, zapominającą o sprzeciwie, a wszystkie te kościoły, pałace, budynki będą trwały jak alibi czegoś, co nazywa się polską lub środkowoeuropejską tożsamością, a tym bardziej bolesny będzie ich widok, im bardziej niknąć będzie świadomość ich dawnych funkcji. Czasem spływa na to miasto urok Miodogórza, ale to sprawy chwilowe, często wmówienia albo chcenia, a może rezultat świadomości, że inaczej nie dałoby się żyć, a może chwilowego zabłądzenia pośród murów, bo przecież nie sposób zignorować dziwnym zrządzeniem losu (dziwnym, bo utrudniającym sprawę wielu upraszczającym działaniom) istniejących bram, reliefów, kamiennej przestrzeni, małej enklawy cywilizacji sytuującej się na wzgórzach, w dolinach, gdziekolwiek, ale zawsze dogodnie i z jakimś elementarnym poczuciem smaku. No i „smak” Iwaszkiewiczowski: niby tu wszystko w zgodzie z nim, a jednak nie, bo wyparował wraz z ludźmi i już nie da się niczego wypełnić pustą formą: atrapy, senne poczucie bycia w świecie gestów, rzeczy zabranych, nieosiągalnych, tak jakby przyszłość była oczywista, lecz pozbawiona tej dozy atrakcyjności nowego, co niegdyś. Cywilizacja małomiasteczkowa PRL też była rezultatem zagospodarowania przestrzeni przez zupełnie obcy żywioł, ale oferowała przynajmniej skalę, taką, by można było dojrzeć choćby resztki, tu tych resztek jest znacznie więcej, ale też boleśniejszy bywa ich widmowy status, z błąkającą się wszędzie masą, niemogącą ani zrealizować swych pretensji do pełnego uczestnictwa w spektaklu postświata, ani też nieznajdującą bezpieczeństwa w ustabilizowanym psioczeniu i spokojnym rytmie. Lublin próbowano wyciągnąć z tej pułapki na różne sposoby, ale wszyscy, którzy produkowali piękne brednie o „mieście wielokulturowym” i „bramie wschodu”, zawsze budzili jedynie moje politowanie, choć równie dobrze mógł być to objaw głupoty lub cynizmu obliczonego na wywołanie niejasnych emocji i egzotycznych dreszczy.

Dlatego uciekałem z Lublina na Powiśle wiele razy, dlatego też mówię: „na Powiśle”, bo nigdy nie potrafiłem ostatecznie wyznaczyć granicy własnej republiki, i nie wiem, czy to kwestia czasu, tak bardzo chciałbym wierzyć, że nie, że tylko przestrzeń stawia mi jakiś, niezrozumiały, opór. Ta niemożność była zawsze zmaganiem się ze stereotypem, z dawnymi rzutami oka i choć tak wiele im zawdzięcza, to zawsze musi brać pod uwagę to nieznaczne, co podobno nie istnieje, a nazywane jest „własnym”, i które pyta o rację bytu, o kryteria. Tak więc zawsze musimy wrócić do rozmowy o podróży, do jednego, ważnego pytania: czy przestrzeń, sama z siebie, wyznacza nam jakiś promień, obszar zakreślony na mapie, czy może dynamizuje, wbrew sobie, ten pierwotny obszar, a może jeszcze inaczej: zmusza nas do ciągłego ruchu, który nigdy niczego nie wyznaczy?

Bez względu na rozstrzygnięcia pytamy wciąż, czym jest „moje terytorium”, które z miejscowości położonych w jego obrębie są fundamentalnie „własne”? Ile miałoby ich być i ile by być mogło? Od jakiego momentu własność zaczyna się rozmywać? Co właściwie daje zmiana jej statusu na świat „wyobrażony” i czy w ogóle coś daje, czy tylko jest naturalną konsekwencją ruchu w przestrzeni? Jakie są proporcje rzeczy składających się na taki właśnie świat? Czy – w końcu – istnieje albo daje się skonstruować takie terytorium, które pozwalałoby nie rezygnować z żadnych form rzeźby ziemi i myśli, z żadnego kształtu rzeczywistości? To wszystko jest wielce niejasne i jeśli ktoś powie, że sprawy te rozważane są w bardzo manierycznej formie, jak czasem zwykło się mówić o niektórych płodach pióra, szczególnie tych, które są wynikiem długiego zaangażowania w zespół problemów trudnych, nieco ezoterycznych i enigmatycznych, nie mniej jednak ważnych od tego wszystkiego, co zwykło się uważać za godne zainteresowania, to właściwie uzna fakt, którego się zmienić w żadnym razie nie da: manieryczność form jest jedyną możliwą, i wcale niewynaturzoną, drogą postępowania w takim przypadku. Można z tego zrezygnować gdzie indziej i bawić się w najlepsze, my zaś bawimy się, ale to niejedyne nasze zajęcie. Będziemy więc strzegli spraw zawikłanych z uporem, albowiem dość już mamy znacznie bardziej bełkotliwej mowy, zachowującej pozory klarowności, mowy problemów napompowanych i wyniesionych, roztrąbionych i rozpartych, zawsze z gładką pointą, uzasadniającą, dlaczego ważne jest ważne. A jest, dlatego że stawia nas wobec czystej inżynierii ducha, pozbawionej należytego wsparcia w innych sferach, poza brawami, poza regulaminowym aplauzem publiczności.

Zatem najpierw próbuję zakreślić terytorium najmniejsze, „flankowane” tymi trzema bramami i renesansowymi kościołami o średniowiecznej jednak metryce lub śladach. Kazimierz, Chodel, Rybitwy pod Józefowem. A wewnątrz, w środku – choć zapewne nie geograficznym – kościół najważniejszy i najstarszy – ten w Piotrawinie, z którym wiąże się niezły kawałek historii. Rozsiane bramy i pośród nielicznych budowli starszych niż XIX-wieczne ten kościół fundowany przez Oleśnickiego, przypominający, że jakiś rodzaj buntu i sprzeciwu ukształtował nas i naznaczył „na zawsze”. Tkwi on tu samotnie, jak rodzynek, bo przecież poza kazimierską przestrzenią prowincjonalnego renesansu, Chodlem, Rybitwami, bernardyńskim Józefowem i pijarskim Opolem, może jeszcze śladami w bryle kościoła w Wilkowie, może klasycystycznym Wrzelowcem, nic więcej się nie zachowało, choć – z drugiej strony – wziąwszy pod uwagę także późniejsze przykłady architektoniczne, dałoby się tu wskazać na wszystkie etapy ewolucji takiej mikroskali rodzimych realizacji stylu, poza romańszczyzną oczywiście. Może dlatego jest to przestrzeń tak przyjazna; więcej niż jedna dolina, ale daje się objąć myślą, a może także pewnymi formami współczucia związanymi z tym, że nie ocalało tu więcej, niż mogło ocaleć.

To jednak tylko jeden, prawy brzeg Wisły, a moja republika nie może obejść się bez perspektywy rzeki widzianej inaczej – z zachodniej strony. A jako że z tej strony nie dojeżdżałem tam nigdy tak często, jako że w sposób naturalny przybywałem z północy, południa, ze wschodu, to – siłą rzeczy i ów pas ziemi zdaje się znacznie węższy, obejmujący nadbrzeżne tereny do mniej więcej dziesięciu kilometrów od nurtu rzeki w głąb, ciągnące się od nasiłowskich kamieniołomów przez Janowiec, Lucimię, Chotczę, Solec, Tarłów, tak że północny i południowy skraj tej krainy wypadają po obu stronach rzeki niemal idealnie na tej samej wysokości. I tamten brzeg też ma swoje trzy kościoły, flankujące jego obszar. Starsze, w Janowcu i Solcu, i nieco młodszy, naprzeciwko młodszych Rybitw – w Tarłowie, gdzie stiuki wprowadzają nas w świat barokowych tańców śmierci.

Cały ten obszar, po obu stronach Wisły, liczy mniej więcej, a klnę się, że nie dbałem tu o dokładność niepodlegającą żadnym wątpliwościom, około tysiąc kilometrów kwadratowych, z małym okładem, tyle tych kilometrów, ile trwa to państwo (a przynajmniej tak przyjęliśmy, tak zwykło się uważać, i tak to sobie utrwaliliśmy w historiografii i w podręcznikach). Stanowi jego zapomniany, wewnętrzny krąg, i być może właśnie dlatego to tu złamała mi się linia prowadząca z północy na południe, i to złamanie nie na kazimierski rynek przypada, lecz jak myślę, na nurt Wisły, między Solcem i Piotrawinem, tam jest centrum tejże republiki, gdzieś na linii, którą – poprzez wody rzeki – prowadził biskup Stanisław rycerza Piotra Strzemieńczyka z Janiszowa na sąd królewski, może na wiślanej łasze, na której przystanęli, by odpocząć, bo cud cudem, ale i sprawy nadprzyrodzone muszą jakoś dbać o swoją wiarygodność. Zatem na linii pomiędzy czerwienią gotyku piotrawińskiego, między kościołem i kaplicą grobową komesa a bielą kaplicy wybudowanej jako upamiętnienie sądu, po soleckiej stronie, jest to centrum, choć przecież wystarczy być po jednej lub drugiej stronie, nikt od nas nie oczekuje cudu.

Możemy więc zamiast tej rozdzielonej przez rzekę stolicy, którą mamy, zafundować sobie inną, lepiej wskazującą na dzieje kraju, w którym awanturniczy królowie zwiększają stan jego posiadania, a mądrzy biskupi dbają, by nie odbywało się to kosztem sprawiedliwości. Kraju, gdzie z grobów wstają po jednej stronie rzeki rycerze, a po drugiej jej stronie zdziwieni królowie z ociąganiem się przyjmują Boski osąd, zaś krewni rycerzy zasłaniają chustami nozdrza, nie mogąc wytrzymać odoru trupa. Co zresztą zmienia się i ulega wahaniom, bo też i, zagalopowawszy się, biskupi mogą zostać poćwiartowani na siedemdziesiąt dwie części, a państwo rozpaść się na liczne kawałki. Może więc przybywając do tej wewnętrznej republiki, robię to z intencją poskładania tychże szczątków, może znalezienia jeszcze jednego fragmentu, nieuwzględnionego dotąd, nieopisanego, zapomnianego przez wszystkich na amen, jak – nie przymierzając – zastawu spiskiego lub starostwa piltyńskiego. Gdzież, jak nie tu, pod Solcem, w największym wybrzuszeniu wiślanego S, w historii biskupa Stanisława, mającej swoje dalsze ciągi, widziane jako liczne początki, różne Sigismundus Augustus czy Sapere auso, rozpleniane jak dzikie krzewy, jak łozy i wikliny nad brzegiem rzeki, można to uczynić? Tak to widziano długo, skoro jeszcze w 1772 roku biskup Sołtyk próbował tu budować wielką świątynię, ale każdy, kto próbuje z owym wybrzuszeniem coś począć, kto próbuje wyjść poza kontemplację wnętrza, poza zataczanie kręgów lub zakreślanie trójkątów w obrębie terytorium tej republiki (chyba że uczyni coś wyjątkowo dyskretnie i niemal bezszelestnie), musi popaść w melancholię i obłęd lub – co podobno przydarzyło się naszemu patriotycznemu biskupowi – znosić oba te dopusty razem, nie zostawiwszy niczego trwałego, i tak też należy myśleć o fragmentach kolumn, leżących do dziś u muru piotrawińskiego kościoła, rozrzuconych jak szczątki poćwiartowanego świętego Stanisława.

Zostawmy jednak na moment owo wiślane S, skręcone wewnętrznie jak smutek i oddalmy się od brzegu. Każde państewko, choćby najmniejsze, otoczone jest jakimś sąsiedztwem i każde przejawia wolę rozszerzania swoich, zbyt ciasnych, granic. Toteż na różnych etapach inaczej widziałem jego obszar. Kiedy ciążyła mi asymetria pomiędzy terytoriami dominium po obu stronach Wisły, jego zachodnia część rozszerzała się mniej więcej do linii Zwoleń – Sienno – Bałtów. A kiedy myślałem o jeszcze szerszym oddechu, podróżowałem po państwie położonym między Radomiem i Lublinem, pomiędzy Iłżą a Kraśnikiem. A przecież nie mogłem nie pamiętać, że w powszechnej opinii Wisła najpiękniejsza jest pomiędzy Puławami a Sandomierzem i niepokoiła mnie ta bardziej na południe położona domena, to – widziane jeszcze dobitniej i częściej odwiedzane przez Iwaszkiewicza niż Kazimierz w latach okupacji – centrum, pełne pogłosów archaicznych i znacznie bardziej dostojnych niż ledwo widoczne kościółki, jak schowany w cieniu lip, mało monumentalny gotyk Piotrawina, zagłuszony przez nadrzeczną bujność i oddech ziemi. Myśl, mająca naturalną skłonność do ekspansji, podpowiadała mi ciągle, że może warto pójść tym tropem i przyjrzeć się temu wszystkiemu, co znajduje się w górę rzeki, starożytnościom i osobliwościom Ponidzia, Bejsc, Niepołomic i Krakowa, i jeszcze dalej, niemal do źródeł. Lecz zaraz potem przychodził namysł nad sieroctwem północnego kierunku, pozostawionych samym sobie ruinom Czerska, ich czerwieni i czerwieni Czerwińska, wież Zakroczymia, Wyszogrodu, Płocka, Włocławka, Nieszawy, Torunia, niemal południowych, ciepłolubnych skarp Chełmna i Starogrodu, wielkich kubatur Grudziądza, Gniewu, Pelplina, Kwidzyna i Malborka.

Gdzież tu dyscyplina, skoro pojawia się nienasycenie, ale też – ze złością konstatowałem – nie ma niczego oryginalnego w stwierdzeniu, że ten krzywy kręgosłup jest mi jakoś bliski, jak mógłby być bliski każdemu bardziej świadomemu mieszkańcowi naszego kraju. Dlaczego więc, mimo licznych podróży, nigdy nie myślałem w ten sposób o biegu Odry, jeśli zaś chciałem widzieć inne rzeki, to prócz wiślanych dopływów, widziałem meandry Dniestru i zakola Niemna? Czy tylko atawizmy tu decydowały? Było coś jeszcze, co odrywało mnie od tego schematu podróży wzdłuż biegu dzikiej rzeki. To, że owo S stykało się z moją linią, prostą lub łamaną, lecz o wyraźnie zdyscyplinowanym przebiegu, w mojej wyobraźni oplatało ją bluszczowato, i musiałem za każdym razem decydować, który z tych kształtów wybieram, który jest w danej chwili ważniejszy, bardziej adekwatny do dyspozycji podróży. Bo kiedy się dokładniej przyjrzeć, to wiślane odnogi mogłyby mnie prowadzić i w stronę odrzykońskiego zamku, spod którego stóp spływa potok o nazwie Marcinek, gubiący się w wodach Wisłoka, zmierzającego do Sanu, wpadającego z kolei u wrót mojej republiki do Wisły, a jeśli pożeglujemy nią z prądem, to po dłuższym czasie dotrzemy tam, gdzie oddzielając Pomorze od ziem pruskich staje się Nogatem, a potem falą płytkiego Zalewu Wiślanego, bijącego w brzeg u stóp katedralnego wzgórza fromborskiego, i wystarczy wygramolić się wzwyż, by po krótkiej podróży widzieć się u podnóża, innej, Świętej Góry. Była zatem alternatywa dla linii prostych, być może ani lepsza od nich, ani gorsza, być może pozostająca z nimi w symbiozie – niedocieczonej, bo i skąd miałbym wiedzieć, jak to się stało, że powstał taki zamknięty obieg, zamieniający co i rusz monotonię odcinków prostych na karkołomność krętego nurtu i odwrotnie. I oto, siedząc pewnego dnia na józefowskiej skarpie, u południowej bramy Republiki Środkowej Wisły, która stawała się źródłem i pnia, i pnącza, do której zawsze wracałem, zbyt daleko wędrując tymi szlakami, uświadomiłem sobie, że dobrych kilka kilometrów dalej, na środku nurtu przecinają się nie tylko meandryczne S i złamana, długa linia, ale też dwie inne linie, wybiegające stąd rozbieżnie pod kątem na południowy wschód i północny wschód i że S nie „oplata” już wyłącznie dwóch prostych odcinków, ale – jak owo pnącze czy girlanda – zawiesza się od nowa na kształcie, niedociągniętej tu i ówdzie, drżącej litery K, nieco niezdarnie postawionej w zeszycie przez kogoś, kto odzyskuje władzę w rękach i po długotrwałej chorobie uczy się pisać.

Girlanda? Być może, bowiem nic nie wydaje się proste, kiedy myślę o ramionach tej litery. Łamię logikę zamkniętego obszaru i widzę, jak jedno jej ramię wybiega gdzieś z okolic Sandomierza, może dlatego, że ktoś kiedyś napisał, iż miasto to było szczeliną, „przez którą prześwitywała myśl polityczno-gospodarcza Rzeczpospolitej Jagiellonów, mimo że nie Jagiellonowie zbudowali to miasto i nadali mu właściwą rangę”. I mimo że Iwaszkiewicz i tu, i na terenie „mojej” republiki lokował swoje wyobrażenie o Polsce piastowskiej, to – nie wiedzieć czemu – utknęło mi w głowie to jego skojarzenie dojazdu do Opatowa wyglądającego jak widok podolskich miasteczek i ich okolic, skojarzenie wzmocnione przez to, że rozpoznawał tam „te same urwiska” i „te same drzewa”. Może ważna była też wyniosłość Sandomierza, który mierzył wzrokiem na południowy wschód ze skarpy za katedrą, tam właśnie gdzie nocował Iwaszkiewicz, czego nie da się pominąć, jeśli weźmiemy pod uwagę jego ukraińskie przywiązanie. Wyniosłość, jaką ktoś kiedyś przeciwstawił położeniu Kazimierza, który „był bliski rzeki, dotykał niemal jej nurtu”, i który „otulała ziemia”. I, to już dośpiewałem sobie sam, nic na to nie poradzę, bo przecież w niczym nie jest to ani lepsze, ani gorsze od wszystkich innych konstrukcji umysłu, niemających rangi działań matematycznych, w tym zbliżeniu ku wodzie i zboczom podobny był znacznie większemu, innemu i „miłemu” miastu, ku któremu wybiegało stąd – na północny wschód – drugie pochyłe ramię mojej litery. I myślę wtedy jeszcze (i znów) o tym wierszu Czechowicza, gdzie pojawia się „wonny nadmiar” tego miasteczka, wtedy też sięgam pamięcią do jego początków poetyckich i widzę Słobódkę, Brasław, a później Środę Literacką w Wilnie i wszystkie zawiłości Opowieści o papierowej koronieHirama, wszystkie te komplikacje poetyckie, jakie być może miały swoje źródła w doświadczeniach młodego nauczyciela zanurzonego w znany nam przecież z licznych innych opowieści świat zabobonów i dziwnych spraw, w przestrzeń gdzie woda i las rozpraszają, rozrzedzają lub zgęstniają, kondensują myśli i ich pretensje.

Tak czy owak, jeśli Czechowicz widział o zmroku w Kazimierzu śpiącą Wisłę z rękami założonymi pod głowę, rzekę „ogromną”, to przecież Iwaszkiewiczowi w Sandomierzu rzeka też wydawała się kolosem, „łagodnym kolosem, który śpi”. Oś pozostajewięc ta sama, i – pal licho te wszystkie mniej lub bardziej sztuczne, ale jakże narzucające się analogie, te utożsamienia kierunków z rzeczami, książkami i nazwiskami – najlepiej byłoby wyznaczyć miejsce rozszczepienia ramion litery gdzieś pośrodku, najpewniej tam, gdzie widzieliśmy biskupa Stanisława, idącego z Piotrawinem w poprzek nurtu, na soleckie błonia, pomiędzy poetami, domami na wzgórzach i nad wodą, tam, gdzie nie zapuścili się jeszcze ci wszyscy turyści pasący się sloganami i promocjami. Mrugamy więc okiem, mówiąc o literackich pomysłach, co nie znaczy, że nie mrugamy, kiedy uda się nam zasugerować coś „autentycznego” i „zupełnie oryginalnego”. Po czym wracamy do Iwaszkiewicza, wpływamy z nim w ową przestrzeń pomiędzy („Za Zawichostem bowiem kończy się jakakolwiek cywilizacja królowej naszych rzek”), cytujemy obficie (dlaczego nie, jeśli nie daje nam to spokoju, wciąż pozostając w sferze spraw niedokończonych i niezałatwionych, problemów nierozstrzygniętych, kwestii zawikłanych i spornych) i ciągle zadajemy pytania.

Swoją drogą, od wielu lat zastanawiałem się, co sprawia, że wracam do tak niepozornej książki jak Podróże do Polski? I do tego Iwaszkiewicza, o którym mówiono, że miał „Londyn w głowie”, czyli mgłę, a potem śmiano się z – owszem, głupi to był pomysł – pośmiertnego górniczego stroju? Bo przecież pozornie nie ma w tej książce żadnej finezji, nic, co można odkryć choćby w jego przejmujących opowiadaniach. Może dlatego, że tak angażuje się w ten świat, ale zawsze pamięta o „świętej nieważności”. I to już wystarczy? Zapewne. A może po prostu dla niektórych zdań, jakie odnajduję po latach, takich jak te, co zrodziły się na zawichojskim brzegu, takich jak to: „Oprowadza nas mały dyrektorek w czarnym długim surducie, trochę podobny do Leśmiana, a trochę do jego wierszy”.

Myślę o niezręczności i elipsie, ale zaraz potem coś innego mnie zajmuje, jakby nie było tu ani żadnego zabiegu, ani kiksu, zajmuje mnie to, czy człowiek może być podobny do wierszy, a potem – oczywiście zaczyna działać egoizm – na ile ja sam jestem podobny do swoich wierszy, a może – to już daleko idące uroszczenie – one do mnie. Rychło przychodzi mi w sukurs zdanie pewnego sztukmistrza, który mówił: „w ten sposób poemat będzie podobny do ciebie”. Czyli możliwe. Jak daleko temu sztukmistrzowi było do Leśmiana? Jeśli myślano kiedyś o pierwotnej sile natury, to dziś mówi się o pierwotnej i instynktownej sile języka, a może o przypadkowości języka, lecz zawsze pozostaje się podporządkować, zanurzyć, co przynosi nam trochę ulgi i – równie instynktowną? – chęć obrony racjonalnego punktu widzenia. Wszystko staje się nieco zawiłe, a rozum przeczy żarliwie mechanizmom własnego działania, przeczy aż do zatracenia, i jest coś szaleńczego i śmiesznego zarazem w tym orszaku koncepcji, tak jak byśmy w strojach lemingów maszerowali z orkiestrą nad skalną skarpę. Nie ma dobrego wyjścia. Chyba że natrafi się na zaskakujące, może nieporadne zdanie, co jest jak punkt, jak Wisła między Piotrawinem i Solcem, jak poeta między innymi poetami, ten, który nie wybiera się już w żadną stronę, po pochyłych ramionach litery, tak jak Leśmian na wiślanej skarpie między światem autora Pasji błędomierskich i autora Ballady z tamtej strony. Bo przecież nie pogardziłby chyba żadnym z tych tytułów, w świecie gdzie wszystko nieco błądzi, a może: jest zbłądzone, zabłądzone i nie wiadomo, po której stronie się znajduje, ciska się i śpiewa, ciskając – nuci, zapada w dzikość, niknie, a potem zjawia się, jakby chciało przekreślić  cały ten włóczęgowski, znikliwy sztafaż, nakreślić na mapie grube linie, granice, zagospodarować wnętrze, cokolwiek obwieścić, bez wahania.

Trudno natomiast twierdzić, że nie wiem, dlaczego z owych Podróży do Polski wybierałem sobie zawsze kilka tych samych fragmentów, systematycznie ignorując inne; po prostu ważne były dla mnie te, które zbliżały się do osi Wisły. Nie odbyłem takich podróży rzeką jak pisarz, może też podczas tych wielu krótszych wizyt na niej miałem nieco inne wrażenia, ale to i tak nie zmienia faktu, że wciąż – jak wtedy – dostrzegalna jest wyjątkowość tego odcinka, który stanowi główną arterię „naszej” republiki. Oczywiście, to znaczna przesada, kiedy mówi się o zupełnym bezruchu wewnątrz niej, to taka ładna figura: „nic się nie zmieniło od czasów najdawniejszych”. Ale pewien rodzaj pustki jest dostrzegalny i dzikości, tak jakby wewnątrz kraju powstała wyrwa, nie pobojowisko, lecz pewien rodzaj, złagodzonych przez klimat, milczenia i zgody. „Bo też pustkowia tutaj przedziwne – pisze Iwaszkiewicz. –Wioski i miasta jak gdyby usunęły się od swojej królowej i ona jak niepopularna monarchini płynie nie wśród miłości swego ludu, który się nie garnie do jej kolan, ale w wyniosłej i dumnej samotności, a ludzi, którzy ku niej przychodzą, ogarnia nie miłość i wdzięczność, ale strach przed jej ślepym i nieopatrznym gniewem, który może zniszczyć każdej chwili plony nie tylko tegorocznej pracy, ale dziesiątkami lat użyźniane pola obrócić w dzikie piaszczyska”.

Co ciekawe, także w okupacyjnym dzienniku, w tych zapiskach z rejsu do Kazimierza, od innej strony, z północy, pojawia się wszak dzikość, pustynia, odsunięcie od rzeki. To powróćmy do dylematów, jakie rodzą się na marginesie tych obserwacji. Jakże narzuca mi się znów jedno zdanie: „Nie można powiedzieć, żeby było to brzydkie”. Dałoby się dorzucić więcej jeszcze, rezygnując z zaprzeczenia, lecz zostawmy to, ten szlachetny minimalizm. Nawet dla niebrzydkiego pejzażu warto wątpić w korzyści, jakie niesie ze sobą modernizacja, lecz nasz stary mistrz wątpi też w korzyści, jakie niosłoby ewentualne pozostawienie tego biednego kraju samemu sobie. Być może czytam go także dlatego, że w tych niekiedy banalnych konstatacjach odkrywa się istota sporu – w sposób znacznie bardziej stonowany niż u przywoływanego przez niego Żeromskiego, widzącego nad Wisłą wielkie miasta i nową cywilizację. Indolencja i ubóstwo – to co wstrząsa autorem Sławy i chwały – rodzi zarazem pytania o tożsamość i kulturę, o jej swoistość i granice, a podskórnie, tak jak to czytam, a może tylko chcę tak to czytać, niepewność co do tego, czym ona w ogóle jest i czy nie jest kwestią przypadku, jednego szczęśliwego zrządzenia losu, do którego odwołujemy się wciąż jak do nieistniejącego wzorca, coraz odleglejszego, co nie majaczy już nawet, bo stracił swoje kontury. „Te organy leżajskie, te baranowskie krużganki, skąd się one do nas zabłąkały? Więc była jakaś lepsza przeszłość, były jakieś możliwości? Czy istnieją jeszcze dalej?”.

Jazdy sandomierskie, podróże Wisłą, budowle i zabytki, to wszystko powoduje miotanie się pisarza, które dotyka także rzeczywistości późniejszej o lat siedemdziesiąt i więcej. Kiedy w latach trzydziestych Iwaszkiewicz nieomylnie – i jak to się właściwie stało, jeśli jego zdolności diagnozy społecznej były bardzo ograniczone? – przeczuł, że nadchodzi nowe plemię, zaniedbane przez elity, plemię, dla którego te elity nie będą do niczego potrzebne, zyskujące w szybkim tempie świadomość i nieco zaborcze, to pytał, „czy to będzie dobrze?”, a potem, po wojnie, odpowiadał, że tak, coraz słabiej jednak, więc kiedy zmierzał u schyłku swojego życia na południe, to budził się w nim sprzeciw obok nostalgii, a teraz ja, zbliżając się do Wisły i zapadając w obszar republiki, kontempluję rezultaty modernizacji,  tak pożądanej na kartach Podróży do Polski. I widzę – nie wiedząc, co gorsze, zaniechanie czy raczej nieudolność nowego, innego rodzaju spustoszenia – całą nędzę tych PRL-owskich złudzeń, ubranych w nowe szaty. Bo póki trwał tamten system, nowoczesność była przyczajona, z zachowaniem wszelkich proporcji ilościowych, jak w międzywojniu, może nie ukryta, lecz jednak niedotykająca prowincji w tak wielkim stopniu, tu i ówdzie wyrastająca kominami, na przykład kominami Puław, by na południe nie pojawiać się w ogóle, aż do rysujących się na horyzoncie kominów cementowni ożarowskiej i sandomierskiej huty szkła. Pośrodku zaś tylko większe miejscowości, miasteczka i gminne wsie usiane stodołami wielkich geesowskich pawilonów, mocno prostackich w swoich sześcianowatych liniach, klonów pięknych modernistycznych, często „falujących” lub wielokrotnie łamanych, podwieszanych, geometryzujących dachów z wielkich miast, niewiele więcej, doprawdy, niewiele więcej, te cynkowane wiadra, miotły, narzędzia i środki higieniczne, te stodoły na tle wszystkiego, co trwało w jako takim stanie, co, owszem, rozpadało się tu i ówdzie, lecz generalnie zostawione było w spokoju, i trwało, jako że zazwyczaj rzecz solidnej roboty nie poddaje się tak prędko, nie ulega bez walki i bez niemego heroizmu ścian, konturów, bryły.

Nie, Iwaszkiewicz, gdyby się zdobył na podróż wodną nawet wcześniej, w latach siedemdziesiątych, nie zobaczyłby już tak wyrazistego pustkowia, zobaczyłby wyłaniające się powoli zarysy tego pejzażu, który widziałem, kiedy pływałem z miejscowymi w dłubankach wyposażonych w silniczek, ale też pychowych, pod skarpą józefowską, solecką lub kazimierską, zobaczyłby inny nieco świat; to prawda: nie tak wiele zmieniony, lecz wyraźniej zbliżony ku rzece, tyle że pokazujący jej swoje gorsze, coraz gorsze oblicze. Oblicze blachodachówki, sajdingu, styropianu, polbruku i eurobruku, dywaników z masy bitumicznej, pustaków, mokate cappuccino i warki, elektronicznych wyświetlaczy, banerów, ogrodzeń z białymi kolumienkami, tabliczek z rysunkami psa i napisem „dobiegam do furtki w pięć minut, a ty?”, oczojebnych, pardon, kolorów elewacji i wysokich jak ogrodzenia rezydencji, rond, skrzyżowań usianych archipelagami wysp, wysepek, malowań, świateł, jak w prawdziwym porcie, gdzie zawija się bezpiecznie, żadnych trupów za sterem, żadnych trupów za kierownicą. Na co liczył poeta, kiedy w 1936 roku, w Sandomierzu zachwycał się, ale przede wszystkim ubolewał: „Jak pięknie planowano dawniej miasta polskie! Jak mądrze i rozumnie grupowano budynki, jak ustawiano je wygodnie i estetycznie. Niezrozumiały jest dla mnie upadek architektury. Dlaczego teraz nie potrafią zbudować po prostu czegoś ładnego i wygodnego, a budują dziwolągi wymądrzone i nieprzyjemne albo okropności niewygodne i pospolite?”.

I gdzie było to dawniej, lepiej? W murach baranowskiego zamku i leżajskiej bazyliki? Zapewne. Czegoś jednak później zabrakło, choć próbowano. Daj Boże taki stan architektury, jaki wprawiał w ów niemal lament biednego Iwaszkiewicza. Dziś mógłbym powtórzyć, ale nieco inaczej, te zdania, twierdząc, że upadek architektury jest dla mnie zrozumiały. Lecz wówczas? Przypominam sobie, jak Iwaszkiewicz, na marginesie zakopiańskich pobytów, pisał z zachwytem o wykształceniu i inteligencji młodych architektów i nie sądzę, by decydowały tu tylko jego homoseksualne upodobania. No więc próbowano, styl narodowy, art déco, funkcjonalizm, historyzm i inne odmiany modernistycznych dokonań. A potem jeszcze przedłużenie, dzięki owym przedwojennym architektom i wykształconych przez nich na nielicznych dobrych uczelniach chłopom z nadwiślańskich wiosek, których emancypację dostrzegał, trochę kibicując jej, a trochę się jej obawiając, autor Czerwonych tarcz. I stąd pewnie jego tu dziwna obecność, bo przecież – tak czy owak – bez względu na wyczyny z czasów powojennych, reprezentował on tamten świat, był jego żywym przedłużeniem, takim nieco „podrasowanym” obywatelem innego społeczeństwa, jeśli nawet spieralibyśmy się tu o poziom wyrafinowania intelektualnego, to na pewno nie o stopień zanurzenia w tamtej atmosferze mentalnej.

Wiem, ale proszę, choć właściwie nie mam już siły prosić. A miałem prosić, by nikt nie posądzał mnie o bawienie się w nostalgię. Choć przecież rzecz to ludzka i nie rozumiem – tak na marginesie – dlaczego czasem mielibyśmy nie ulegać tego typu stanom. To jednak inna kwestia, kiedy podejmuję Iwaszkiewiczowskie tropy i staram się unikać ich pułapek, „uroczych” pułapek, bo przecież w takim wypadku nostalgia nie jest regułą myślenia. Ja próbuję uporać się z czymś, być może nie do końca wiedząc, jak uporać się z niczym. Wiedząc to i owo, i próbując. Bo choćby były to sprawy beznadziejne, nic nas nie zwalnia od tego. Zatem od nowa, w pustym, nawet jak najgłębiej w pustym, o ile ono ma w ogóle głębię, namacać, oczyścić, chuchać i dmuchać, a może też delikatnie, pędzelkiem, odszukać, wydobyć kształt. Być może tak, a być może inaczej. Jeszcze nie wiem i nie wiem, czy będę to wiedział.

Nie o nostalgię idzie, lecz o inne zdanie Iwaszkiewicza, który – z rzeczywiście staroświeckim wdziękiem – oznajmia, że „umiejętność życia kulturalnego” to ni mniej, ni więcej jak: „sprzęgnięcie tego, co jest ważne dla nowego życia, i tego, co dla szacunku i znajomości minionego życia koniecznie trwać musi”. I kiedy przypominam sobie postacie niemal wszystkich ważniejszych awangardzistów, to zawsze uświadamiam sobie, że – przynajmniej tu – trudno pośród nich znaleźć takiego, który nie zachowywałby szczególnej atencji dla przeszłego, jakby podszyty wiedzą, że inaczej po prostu funkcjonować nie można. Ba, wielu z nich pieczołowicie pielęgnowało relikty „starego”, co zupełnie nie przeszkadzało w produkcji rewolucyjnych zamysłów. Oczywiście, zawsze pozostaje kwestia „środka” i ten środek dla każdego usytuowany jest inaczej. A teraz mamy do czynienia z wyraźnym zachwianiem proporcji: istnieje w świadomości niemal tylko to, co „nowe”, choć – i tu kłopot największy – samo nazwanie tego „nowym” jest bardzo problematyczne. Istnieje zatem coś, co wypiera „stare”, lecz nie ma nazwy, nie ma konturu, ba, nie jest nawet przygodą, przygody skończyły się, stały się staroświeckie. Nie każde wyzwanie jest przygodą, przyjściem ku czemuś, narodzinami.

Może dlatego też podróżuję nad Wisłę, by mieć choćby odrobinę satysfakcji. Nie oszukujmy się, nie jest to bez znaczenia, szczególnie w czasie, gdy nie ma co liczyć na jakiekolwiek echo przygody, to znaczy na kogoś, kogo pociągają rzeczy mozolnie niebezpieczne. Oczywiście, o ile się o tej satysfakcji nie trąbi wokół i nie obnosi z nią zbytnio. To miejsce, jak powiadał poeta, ma szczególne możliwości promieniowania na inne okolice. Zatem w takiej oczyszczonej przestrzeni widać jak na dłoni klęskę i ślady sukcesu. Wybiegające daleko poza dolinę rzeki. Jest jednak coś, co uznać można za bardziej istotny pożytek. Republika Środkowej Wisły, jak żadne inne miejsce w Polsce, potrafi zastąpić wszystkie konstrukcje intelektualne. Nie naturą, natura to tylko jeden z jej ważnych elementów, całą sobą, po prostu daje odpowiedzi, pozwala oddychać, patrzeć i brać. Być może dzieje się tak dlatego, że mieści w sobie wszystko, co splądrowane, i choć czegoś nie ma, to niewytłumaczalna obecność jest jednocześnie na tyle dojmująca, że zdobywamy szybko dystans do spraw, o które woda nie zechce się nawet otrzeć, nawet zapluskać w okolicy ich stóp. Woda mówi mi, że zmarnowaliśmy, lekko licząc, trzy dekady, zmarnowaliśmy je i dla tego, co „stare”, i dla tego, co „nowe”. Kto by tam jednak słuchał wody, dopóki zbyt gwałtownie nie zwróci na siebie uwagi. Jakże lubię czasem pozory, te, które wynikają ze snów, wyobrażeń, z „tajni”, jak mawiali młodopolscy poeci, to tylko kwestia słownictwa, ze zdarzeń nie do końca zrealizowanych, wariantów, niedopowiedzeń, grymasów. Ale są też inne pozory. Nieprawdziwy ruch. Wracam zatem do swojego państwa, by w świecie otwartych granic zamknąć dla tych pozorów jego granice, choć przecież tak trudno je wytyczyć (nie uprawiajmy jednak bałwochwalstwa dokładności, która przydaje się często, jednak nie zawsze). Ustanowić strefę wolną od nich. Wiem, że to ryzykowne. Wszystko okaże się za jakiś czas, kiedy powoli będzie można uchylić bramy, usunąć zasieki, podnieść szlabany. Cierpliwości. Nawet jeśli spotkacie tam umarłych, nie stanie się nic strasznego, na powrót odkryjecie tylko, że istnieje też śmierć, która nie zastyga nigdy i tworzy dziwne formy, najbardziej awangardowa ze wszystkich artystek. […]

dr. hab. Andrzej Niewiadomski

Andrzej Niewiadomski – ur. 1965 w Lidzbarku Warmińskim, poeta, eseista, krytyk, badacz literatury, redaktor. Pracownik naukowy UMCS w Lublinie. Autor dziewięciu tomów poezji, książek literaturoznawczych, eseju Mapa. Prolegomena (Lublin, 2012), licznych artykułów i szkiców. Współzałożyciel i redaktor Kwartalnika Literackiego „Kresy” w latach 1989–2010.

 

Chodel. Kościół loretański na wyspie, tzw. Loret. Źródło: commons.wikimedia.org.

Chodel. Kościół loretański na wyspie, tzw. Loret. Źródło: commons.wikimedia.org.

W tym kościele znajduje się ambona z nieistniejącej już fary św. Michała w Lublinie. Kościół Trójcy Świętej w Chodlu ufundowano w 1530 r. Fot. Aleksandra Zińczuk.

W tym kościele znajduje się ambona z nieistniejącej już fary św. Michała w Lublinie. Kościół Trójcy Świętej w Chodlu ufundowano w 1530 r. Fot. Aleksandra Zińczuk.