Strona główna/ESEJ. Fenomen epoki. Wchodzenie na Golgotę sławy

ESEJ. Fenomen epoki. Wchodzenie na Golgotę sławy

Wasyl Stus
Z języka ukraińskiego przełożyła Hałyna Dubyk

Każdy twórca, który chce być znany w społeczeństwie, musi wiedzieć, że znany będzie nie on, tylko ktoś inny, noszący jego nazwisko. Koniec końców ten ktoś mu się wymknie i, nie wykluczone, że kiedyś zabije w nim prawdziwego twórcę.

Albert Camus

Widziałem go dwukrotnie. Po raz pierwszy podczas jakiejś sesji naukowej przy Kirowa 4. W pamięci pozostał mi mroczny, schludny hol (na sesji obecny był jakiś wysokiej rangi urzędnik). Pamiętam, że w drzwiach ktoś długo, wręcz nieprzyzwoicie długo ustępował komuś drogę. W pierwszej kolejności świadomość odnotowała fakt, że tak zwykł postępować Tyczyna, a dopiero później – że to jest właśnie on. Miał na sobie szary garniturek służbisty, w którym mu było bardzo do twarzy, choć twarzy przyjrzałem się dopiero później, już na sali plenarnej. Pamiętam nabożny szept Mychajłyny Kociubyńskiej: „Ależ on ma delikatne rysy. To twarz prawdziwego poety”. Jednak to wszystko widziałem już wcześniej – i mroczny hol, i tę salę, i tego poetę, zasiadającego w prezydium.

Pamiętam, że Tyczyna powiedział kilka słów, dość nieskładnie. Miało się wrażenie, że stosunek do niego jest szczególny – jak do dziecka lub do kompletnego staruszka, któremu wybacza się nie takie rzeczy. Byłem pełen zdumienia, że ta żywa mumia przemawia.

Później opowiadał mi kolega, który widział go na kilka miesięcy przed śmiercią, coś takiego: w martwym mieszkaniu siedzi poeta, który kiedyś był żywy*, a na półce, obok książek, leży mocno zakurzony kłos pszenicy. I wszystko to jedynie powielało coś dobrze znanego i jakoby ujrzanego.

I kiedy przystrojony i rozpromieniony, leżał później w rządowym budynku przy ulicy Instytuckiej i dźwięcznogłosy chór unosił się nad tym strzelistym grobowcem, zrozumiałem, że śmierć fizyczna jedynie zbliżyła poetę do życia, że teraz jest znacznie bardziej naturalny, niż ten manekin, którego widziałem w 64′ (65′) roku. W pamięci utkwiły mi łzy delikatnego W. Pjanowa, który stał przy trumnie oraz zarysowany na podłodze kwadrat wrześniowego słońca, który trzeba było nadepnąć przy wyjściu.

To wszystko również już widziałem. Jak w filmie, oglądanym w czasach młodości, które teraz ktoś włączył ponownie, przywracając nie tylko nieco mgliste wspomnienia lecz także poczucie czystości, ukojenia i dzieciństwa.

***

Pisany mu był los geniusza.

Poeci poprzednich dekad ukształtowani w mocno przebrzmiałym świecie epigonów Szewczenki, proswitian [1] i tak odległego dla naszej poezji modernizmu europejskiego sprzyjali powstaniu określonego modułu poety ukraińskiego jako takiego, modułu, który jak mur stał na drodze muzie ukraińskiej i utrudniał pojawienie się prawdziwie nowego talentu.

Grzechem byłoby stwierdzenie, że poprzednikami Tyczyny były jedynie beztalencia. Jednak ich naturalna energia, czasami bardzo duża, była trwoniona na konserwowanie utraconej wielkości, na próbę utworzenia jakiegoś równoległego świata, świata-erzacu: była to siła do katowania siebie wspomnieniami i protezowania dziesiątkowanej rzeczywistości ukraińskiej. Przez sto, dwieście, a nawet więcej lat ukraiński inteligent nie robił nic innego, jak tylko tworzył wszystko od podstaw. Była to jedynie iluzja tworzenia. Ten, który był u kresu życia, widział przepaść tuż za swoimi plecami, ten zaś, który dopiero zabierał się do pracy, widział przepaść również przed sobą. Nasza historia jest wiecznym budowaniem od podstaw, jakimś niekończącym się bujaniem w miejscu, martwą falą ewolucji.

Przypomnijmy pierwszego rewolucjonistę w naszej kulturze, Pańka Kulisza, jak nazywali go neoklasycy. Właśnie on określił ten zespół problemów naszego życia duchowego, który niemal w całości został zrepetowany w okresie dyskusji literackiej w latach 1873–1878 i ponownie zyskał na aktualności na początku wieku XX, odhaczony czerwonym ołówkiem Mykoły Zerowa [2] i Mykoły Chwylowogo [3] w okresie dyskusji literackiej 1925–1928. Chwylowy kładł akcent na takie aspekty, które podejmował również Kulisz i które stoją przed ukraińską kulturą dzisiaj.

Problem rozwoju naszej duchowości jest problemem pracy syzyfowej, oczekiwaniem rzeczywistych wyników pracy w niemal nierzeczywistych warunkach. Słowa z pieśni ludowej „Weź, mateczko, piasku garstkę/ na kamieniu posadź piasek/ a jak wzejdzie żytem….” – świadczą o tym, że problem pracy syzyfowej stał się istotą duchowości ukraińskiej już od dawna. Dlatego też nie wiadomo, gdzie kończą się nasze wady, a zaczynają się zalety.

W swoim artykule o Tyczynie w roku 1928 Ołeksander Biłecki pisał, że jedynym ratunkiem dla literatury ukraińskiej za caratu było samozasklepienie się, które przypominało hermetyczność [4] sekt religijnych. Owa hermetyczność stanowiła sposób na ratunek, ale za cenę samostłamszenia. Cos podobnego odnotował również Andrij Nikowski. Pisał, że Mykoła Woronyj, Petro Karmanśki, Hryhorij Czuprynka, Ołeksandr Ołeś u inni poeci doszli do „rozstaju dróg”, lecz dalej nie podążyli i wrócili do Szewczenki. „Zarówno on, jak i oni nosili w sobie niezabliźnione rany minionego, niewypłakane łzy przyszłości; zarówno on, jak i oni hołubili w sobie płomień ukraińskiego odrodzenia, zarówno on, jak i oni pozostali w zaczarowanym kręgu współczesności – trwożnie, nieśmiało i niepewnie napomykając o artyzmie i «sztuce dla siebie». Gromadzili pilnie i uważnie ziarna światopoglądu narodowego i bali się egoizmu jak ognia, unikali chimerycznej gry wyobraźni, pomijali nowe teorie poznania świata i człowieka, lękali się indywidualizmu i uciekali od jednostki do społeczności, były ani nie ponad, ani nie obok przeżyć całej inteligencji. To niewielkie grono pisarzy ukraińskich – od Szewczenki do Czuprynki – w ascetyzmie dawnych chrześcijańskich wspólnot, poprzez rezygnacją ze świata pokus, uczyniło swoją wielką, jeszcze nie ocenioną przez historię sprawę. Aby to przyznać, wystarczy, że się umówimy, że Ukraina zmartwychwstała” (XIII, s. 6–7).

Twórcę każdego innego narodu windowała rzeczywistość historyczna. Specyfika twórcy ukraińskiego polega na tym, że w najlepszym razie zmuszony był tę rzeczywistość dźwigać na własnych barkach, a w gorszym, i to znacznie częściej – musiał istnieć wbrew rzeczywistości, w kompletnie zakazanym dla niego świecie. Nawet w najlepszym razie, gdy trzeba było dźwigać rzeczywistość na własnych barkach, ciężar ten był zdecydowanie ponad siły człowieka, zatem samą rzeczywistość należało oswajać tak długo, aż zyskiwała kształt sakwy z relikwiami historycznymi. Zamiast kontynentu, nasz poeta ma pod nogami przepaść. Zatem połowa jego wysiłków trwoniona jest na to, by przepaść nakarmić, by ukształtować grunt pod nogami.

Tyczynie pisane było stać się szczęśliwym wyjątkiem. Jego twórczość przypadła na ten czas, kiedy z bezbrzeżnego żywiołu długotrwałego potopu narodowego zaczęła wyłaniać się góra Ararat. Czy nie po raz pierwszy w naszej literaturze poecie dane było istnieć nie wbrew współczesności, tylko w zgodzie z nią. Zatem siła, którą poprzednicy Tyczyny trwonili na konserwowanie siebie, pomnożyła jego potencjał artystyczny.

Opuszczając seminarium po trzynastu latach mroku, Tyczyna otrzymał kilka szczęśliwych lat na doświadczenie dzieciństwa w dojrzałym wieku. W istocie, Tyczyna otrzymał dar życia po raz drugi. I w tym drugim życiu poznał świat po raz pierwszy (zaiste, po platońsku, życie jako przypomnienie), przytrafiło mu się nowe dzieciństwo i nowa młodość. I to swoiste życie po raz drugi, życie przeniesione jak wiara z brudnopisu na czystą kartkę, wypełniło poetę rozmyślaniami filozoficznymi. „Spójrz: zerwała się z nieba gwiazda roziskrzona. / W stawie kolejna mknie na spotkanie. / Wszystko gdzieś płynie, skądś się wyłania… // – Hej, myśl-że, myśl – zastanawiaj się. / My też się zerwiemy tak kiedyś. I uroczysta wieczność / Powita nas obojętnie – […]” – pisał młody Tyczyna w roku 1915. I kto wie, być może Tyczyna pozostałby nadal na tym elegijno-filozoficznym poziomie wczorajszego mnicha, może pozostałby zdolnym piewcą rezygnacji ducha, gdyby nie wojna światowa, która wkrótce miała zakończyć się rewolucją.

Tyczyna nie zdążył jeszcze nagłowić się nad odwiecznym ukraińskim problemem nie do rozwiązania „zawsze wszystko od początku”, kiedy porwała go łagodna powódź ukraińskiego Marca, narodowego przedwiośnia, pełnego nadziei.

Nie dywagując zanadto nad kwestią ówczesnych warunków historycznych, zauważę jednak, że ukraiński Marzec jest pojęciem bardziej literackim niż historycznym. W marcu 1917 roku w Kijowie obeszło się bez rewolucji. Wystraszeni telegramem od komisarza Komitetu Dumy Państwowej w Ministerstwie Łączności, niejakiego Bublikowa, telegramem, który informował o lutowych wydarzeniach w Petersburgu, kijowianie czekali na potwierdzenie doniesień, dopóki nie wystąpił Milukow, już jako członek Rządu Tymczasowego.

W Kijowie ukształtowała się „władza rewolucyjna” Rządu Tymczasowego – z rady zjednoczonych organizacji społecznych miasta Kijowa wyłonił się tak zwany Komitet Wykonawczy, w którym jedynym przedstawicielem organizacji ukraińskich był Andrij Ninkowski.

Kilka dni później, 4 marca, na zjeździe związkowym została wybrana Centralna Rada, która przez dłuższy czas była zwyczajną organizacją społeczną, nie bacząc na buńczuczne, powszechne chłopskie, robotnicze a nawet wojskowe zjazdy, które, jak się zdaje, miały świadczyć o czymś zgoła innym.

Marcowa rewolucja w Kijowie była darem, spadła jak manna z nieba. I dlatego właśnie ciągnęła się jak sekwencja uroczystych manifestacji, jak swoista radość na wyrost.

Odrodzeniu narodowym Wołodymyr Wynnyczenko wspomina o tym, jak „niezależny” rząd ukraiński tłoczył się w ciasnym pokoiku Muzeum Pedagogicznego, wypełnionego po brzegi jakąś szkołą białych chorążych. W każdej chwili młodzi kursanci mogli wyrzucić tych „mazepińców” precz. Innymi słowy, był to umowny, choć znaczący okres niezależności historii ukraińskiej, jej żłobkowy okres. Ta historia dopiero jak osesek dawała swój głos, ale nie sposób było jeszcze cokolwiek z niego pojąć.

Dla młodego Tyczyny, już nawet jako autora Słonecznych klarnetów, ten pierwszy okres rewolucji był swoistą auto projekcją na szeroki ekran stepu ukraińskiego.

Tyczyna ze Słonecznych klarnetów cały jest zanurzony w przedwiośniu ukraińskiej rewolucji, w przedsmaku wszechoczyszczającej burzy. Jest jak syn swej współczesności – podobny z charakteru, tak samo optymistyczny, cechuje go to samo radosne oczekiwanie, które skłania do czynu.

Rzeczywiście, Słoneczne klarnety pełne są czaru młodości, tego najbliższego synonimu poezji. Ponadto Tyczyna całkowicie odpowiadał wymogom, które stawiał przed poetą wielki Goethe: uprawiał muzykę i malarstwo.

I co najważniejsze – całkowicie odpowiadał wymogom muzy ukraińskiej, która obdarza rzeszę swych rycerzy jedynie infantylną duszą ze wszystkimi jej chimerami uczuć i wyobrażeń. Nade wszystko, duszą muzyki, która niezdolna jest do logicznego pojmowania nielogicznego dla Ukrainy świata. Kontynent własnego bólu, krzyku – czy to nie jedyny rzeczywisty ląd poezji ukraińskiej, która niemal od czasów Szewczenki pozbawiona była własnego terytorium?

Rzecz zrozumiała, Tyczyna nie był jedynym muzykiem w gronie ukraińskich poetów. Wystarczy przywołać nazwiska Ołesia czy Czuprynki. Ale on był od nich zdolniejszy i to zdecydowało o jego losie. Właśnie on stał się najbardziej organicznym piewcą rewolucji ukraińskiej. Zaważyło na tym również to, że przed rokiem 1917 niezwykle uzdolniony Ołeś już wypróbował swój potencjał poetycki, zaś Tyczyna dopiero próbował swych sił. I zdobywał je właśnie wtedy, gdy pojawiły się obiektywne okoliczności pomnożenia talentu – rok 1917.

Zatem wybór padł na niego. Tyczyna poczuł to intuicyjnie; geniuszem uczyniła go rewolucja ukraińska, lecz swoją misję uświadomił on sobie znacznie wcześniej.

Oto jak pisze o tym głęboki krytyk Andrij Nikowski: „Pawło Tyczyna wcześniej pisał (zaczęło się to pewnie jeszcze w roku 1913) bardzo wykwintnie, elastycznie, muzykalnie, wytwornie. Wyczuwało się w nim jakiś mglisty filozoficzny namysł, jakieś próby sięgania teoretycznych szczytów – innymi słowy, zapowiadał się on jako jeden z naszych najlepszych poetów z tym poważnym, porządnym, rzekłbym, zdrowym liryzmem. Jednak od czasu rewolucji ukraińskiej, a może nawet chwilę przed nią, pod wpływem potężnych, nerwowych ciosów wojny, muza ta przerwała spokojną ewolucję i natychmiast sięgnęła innych rejestrów, nieznanych dotąd poezji ukraińskiej” (XIII, s. 23).

Słoneczne klarnety stały się świadectwem stanu psychicznego człowieka pełnego oczekiwanej radości, bardziej przeżywanej, niż uświadomionej, radości jeszcze przed spełnieniem. To stan szczęśliwości osobowości ludzkiej na wytyczonym terenie istnienia, uwolnionej od starych kanonów, osobowości w okresie przekształcenia i osobowości przede wszystkim. W ten sposób dziecko otwiera dla siebie świat po raz pierwszy. Jest to stan istnienia jak po wybuchu, istnienia nieokreślonego ani w czasie, ani w przestrzeni – bowiem jest to istnienie poza przyzwyczajeniami, kanonem, koniecznością, prawem, przymusem. W takim stanie człowiek nie przejmuje się ani przeszłością, ani przyszłością. Całym jego światem jest ten, który ma przed oczyma. I jest to, tu i teraz jednocześnie, jedyny obraz szczęścia ludzkiego. Jako sprzeciw oraz wewnętrzny opór wobec natury. Natury jako siebie samego. Jak u Rilkego: „Jestem zarazem dzieckiem, chłopięciem, mężczyzną” – u Tyczyny ta sama jedność, zespojenie trwania, najbardziej lakoniczny obraz ludzkiego życia-przeżywania, tylko nie w indywidualnym, pionowym wymiarze, tylko w powszechnym, indywidualnym poprzez impersonalną, horyzontalną przestrzeń.

Świat Słonecznych klarnetów pełen jest dźwięcznych pastelowych barw oraz pastelowych dźwięków. Odcienie świateł oraz dźwięków nie są w nich ściśle rozgraniczone – mają rozmyte obrysy, które tworzą najbardziej żywotny, boski chaos kreacyjny – to różnobarwna muzyka światła słonecznych klarnetów, które, jak pisał przywołany już Nikowski, przypominają „coś na kształt długich, połyskujących trąbit w rękach aniołów na obrazie Sądu Ostatecznego Michała Anioła. Klarnety są surmami światła, rytmu kosmicznego, trąbitami utkanymi ze słonecznych promieni, ich lekki, melodyjny rytm, wysokie i dźwięczne lamentowanie, zgrabne przednuty i ozdobniki, donośne staccato i łagodne legato czuje się w poszczególnych tekstach Tyczyny bardzo wyraźnie” (XIII, s. 24).

Jedyny ośrodek organizacyjny tego totalnego pędu świata chaotycznego – „ciepła radość”, muzyka, harmonia, to tylko inne określenie kosmicznego dyrygenta indywidualno-ludzkiego szczęścia człowieka: „Płoną światy, pędzą światy jak muzyczna rzeka”. Muzyka sfer jest strojeniem wielkiego świata muzyczną intonacją nastroju indywidualnego, to harmonia szczęścia młodego Tyczyny.

Niemal wszyscy badacze odnotowują we wczesnej poetyce Tyczyny dominację pierwiastka muzycznego nad pojęciowym: „Muzyczność wypełniła («przesiąkła») cały jego odbiór świata – i właśnie słowo stało się dla poety nie tyle sposobem na wyrażenie tych czy innych myśli i odczuć, ile drogą eksploracji dźwięku, który sam z siebie rodzi myśli i uczucia. Z ducha muzyki zrodziła się ta liryka” (VII, s. 18).

Tyczyna był pierwszym poetą-optymistą w najnowszej literaturze ukraińskiej. Jego radość, co prawda, jest niezakorzeniona, kołuje nad światem jak ptak: „Hej, huczy dzwon – / Z oddali./ Myśl przędzie – / Nad niwami./ Nad niwami-przypływami,/ Które kąpią mnie / Jak jaskółkę”.

Jest to właśnie wewnętrzna radość, ufna radość oczekiwania na świat, który jeszcze nie ukazał się oczom. I trzyma się ona jedynie na poziomie presensownym, pretreściowym, prelogicznym, na poziomie szczerego bełkotania duszy. Na przykład, wiersz O, pani Inno… – to jedynie przeczucie miłości bądź miłość w kształcie narcystycznym. Podobnie wiersz Stoję na skale – to wciąż ta sama naga, umuzyczniona dusza poety w mikroskopijnie małym świecie (makrokosmosem jest dusza poety, zaś mikrokosmosem świat zewnętrzny).

I jeśli świat obiektywny istnieje w jednej, jako-tako określonej i stałej, pastelowej sferze muzycznej, to świat wewnętrzny samego Tyczyny, a dokładniej jego duch szybuje w przestrzeni trzech, niemal stopionych ze sobą sfer. Każda z nich to jutrzejsza hipotetyczna podobizna autora.

Przyjrzyjmy się im kolejno.

Sfera pierwsza – sfera przeczuć bądź wręcz oczekiwania na siebie i na świat. Istnieje na zerowym poziomie samoświadomości, trudno zatem nawet określić, w jakim stopniu przeciwstawia się ona (o ile w ogóle) sferze zewnętrznej, obiektywnej. Czasami ta pierwsza sfera stapia się z zewnętrzną całkowicie, utożsamia się z nią.

Przytoczę autorskie samookreślenie tej sfery ducha poety: „świat w moim sercu, mój taniec, mój świt”, „kwiat w moim sercu, jasny kwiat – pierwszy kwiat”; „wczesną wiosną-przedwiośniem, hej o świtaniu huk”. Jest to nic innego, jak tylko „ruch rytmiczny”: „Jam był – nie Ja. Zawieja snów. / I w krąg od dzwonków dzwonnie,/ I mroczny chiton twórczych słów,/ I błogosławieństw dłonie.// Już przebudzony-m w istność twą;/ Nade mną i pode mną/ Gorzeją światy, światy rwą/ ręką melodiopienną” [5].

Jest to obszar stanowczego powierzenia siebie samego światu „słonecznych klarnetów”: „Słucham melodii/ Jezior, chmur i wiatru./ Brzdąkam niczym struny / Stepu, chmur i wiatru./ Myśmy sercem dzwonnym/ winem śnimy wonnym/ Słońca, chmur i wiatru!”.

Wiersze z tej kategorii świadczą o poziomie „ślepej” świadomości wieku młodzieńczego, o panteistycznym poziomie samookreślenia. Właśnie tu dostrzegamy ślady przeczucia, przedsmaku świata za zamkniętymi drzwiami działalności ludzkiej. Jest to kontakt ze światem na odległość, jeszcze poprzedzający poznanie (które nastąpi po ścisłym rozgraniczeniu siebie i świata).

W systemie Tyczynowskiej kosmogonii jest to najwyższa sfera ducha, niemal na poziomie Empyreanu [6]. To najwyższe niebo poety, kompletnie wolne od praw grawitacji.

Język tej sfery jest niejasny i odrzeczowiony. Słowa zazwyczaj definiują ruch. Nastrój, kolor, a przede wszystkim ton muzyczny, barwę dźwięku. Jedyną funkcją słowa nie jest przekazywanie treści, tylko udźwiękowienie przestrzeni pomiędzy dyskretnymi wybuchami autorskiego zachwytu: „Pieśniami, pieśniami – / Jako morze korabiami zasnuł się błękitny skłon,/ Bladotęczowymi: / Będzie bój,/ Ogniozbrój!/ Będzie śmiech, będzie płacz/ Niczym pereł zdrój (…) [7]”.

Panuje tu żywioł dionizyjski, który nie zna biegunowości: zarówno radość, jak i nieszczęście są niemal tożsame, ponieważ wszystko ma w sobie nadmiar sił witalnych, dla których zarówno uśmiech, jak i płacz to jedynie formy zabawy. „Luba ma, miła ma – / Czyli w smutku chodzisz, czyli w szczęściu zatopiłaś żal/ Za polami w mgle./ Uchyl rzęs, kłosie mój! / Będzie płacz, będzie śmiech / Niczym pereł zdrój” [8].

Nieliczne próby odcięcia się od chaosu są przypadkowe, brakuje im namysłu i celu. Są to próby określenia tegoż chaosu. „Gołąbeczką popielatą / W jej kącikach ust/ Coś sfrunęło uśmieszkami, / Utonęło w duszy…”

Ta sfera jest najszerzej określona. Najmniej konkretna, jest gwiezdną mgłą geniuszu poety.

Do tej Empyreańskiej sfery zalicza się większość utworów z tego tomu. Niemal wszystkie skupiają się w pierwszej części książki.

Ich autor w swojej recepcji-przejawach (a dla tego Tyczyny są to pojęcia tożsame) kształtowany jest przez ponad sferyczną muzykę kosmiczną i jest jedynym prawdziwym podmiotem poezji tego cyklu. Ponieważ sam Tyczyna jest jedynie produktem jej brzmienia. Świat sfery jest w tej samej mierze podporządkowany poecie, w jakiej poeta podporządkowany jest sferze.

Ta hałaśliwa sfera spływa „rzeką muzyki”, pozbawia „bezcielesną substancję” jakichkolwiek struktur oprócz formy donośnego przepływu. Nie ma tu nawet wzmianki o jakimś świecie rzeczowym. Daje się we znaki nadmiar energii poetyckiej – kotłują się skomplikowane namiętności oraz przeczucia, postępuje proces tworzenia nowych słów, które zdolne są – przynajmniej w przybliżeniu! – określić tę nieznaną dotąd w całej literaturze ukraińskiej sferę ponad duchową. Mamy tu i równoległe prowadzenie kilku motywów muzycznych, i rozczłonkowaną w różnych wersach, mniej więcej na jedną szesnastą długości, myśl („Pragnę istnieć – jak to ziścić? Pragnę znowu czarnobrewą”?) Język tu najwyraźniej nie nadąża za odczuciami. A raczej utrwalanie samych odczuć wnosi niepożądane dla harmonii rytmiczne dysonanse.

Jeśli w trakcie lektury Słonecznych klarnetów przypominają się czytelnikowi takie nazwiska jak Paul Verlaine czy Artur Rimbaud, dzieje się tak akurat za sprawą tej pierwszej sfery.

W wierszach z drugiej sfery, obecnej w Słonecznych klarnetach, krzyżują się złote miecze dwóch pragnień poety – nieba i ziemi. Ta sfera stale jest przysłonięta sferą wyższą (w ten sposób powstanie pretekst to smutku) i projektowana na ziemię (stąd narzekania na własną niedoskonałość, na dwoistość tęsknoty – tęsknoty za utratą i tęsknoty w pół drogi).

Gdzieś na styku tych dwóch sfer dobiega końca dzieciństwo poety i talent dojrzewa.

Kosmiczny rozgwar staje się dramatyczny. Właściwie, jeszcze panuje harmonia, ale absolutny słuch muzyczny poety rozróżnia już pierwsze głosy dysharmonii w symfoniach wewnętrznych (cykl Enharmoniczne). Można by rzec też inaczej: poeta pragnie harmonii większej, niż jest możliwa – i, rzecz jasna, daje się we znaki nadmiar pragnień jako jedna z najbardziej realnych form dysharmonii wewnętrznej. „Czekam na twoje żagle”- zwierza się poeta ze swoich pragnień wobec ziemi. „Śnię płomiennowłoso – cień tam tonie, tam gdzieś cień” – szemrze dusza anioła, który z empireów zszedł do śródświata.

Poeta czeka, aż skończy się jego świat, zyska ostateczny kształt. Czeka z wielką niecierpliwością: „Ptak – rzeka – zielona wyka – / Rytmy słonecznika,/ Pędzi dzień, tonie w dzwonie, / Się przechadza!”.

Dusza poety jak jaskółka przed burzą kołuje tuż nad ziemią, wychwytując zbite jak ziarna obrazy ziemskie: „A na wodzie w czyjejś garści / Żmije kłębią się… Sen. Do dna. / Powiał, westchnął, sypnął ziarna – / Wróble się zleciały!…”

Na ekranie duszy poety pojawiają się chmury burzowe. Wprawdzie ma on jeszcze tysiące znanych tylko sobie sposobów na to, by je rozpędzić: „Uciekaj! – brzegom coś szeptało./ Kładź się… – coś szarpnęło smółką. / Chmura łąki opasała / Koronkowym podołkiem”.

Lecz świat poety zaczyna się już rozdwajać. Czy nie najbardziej charakterystycznym utworem w tej mierze jest Jeszcze ptaki. W nim najpełniej wyraża się gorycz przebywania na styku dwóch światów: „Jeszcze w dźwięcznych trelach dnia błękity kąpią ptaki, / Jeszcze płowieje złotem fal pod słońce żółta ryza / (Leżą wiatry, szarpią wiatry struny harfy). / W niebie zaś już ktoś się kłóci. I zasłony płachta czarna / Przesłoniła cicho nieba pół. Ziemia w cień się przyobleka…/ Człowiek chowa się jak zwierz. / – Bóg nadciąga! – piołun gdzieś pomyślał. / Załkał deszcz… i zamilkł. / Milczy góra. Dolina milczy. / Boski cień – wyszeptał piołun. // – Milczenie. Martwe… Nagle w pół rozdarła zasłona! / Ogień miotał się, zakwitał, pękł – aż zakipiały wody! / I popłynęła pieśń. Ofiara jest złożona.”

W tym wierszu robi wrażenie nietypowy dla Tyczyny obraz: „wichry pękają jak żyły” – porównanie bezprzedmiotowego z przedmiotowym. Obraz ten nie jest przypadkowy. Dalej napotykamy kolejne potwierdzenie zaziemienia poety: „I na wsi gdzieś już dzwonią dzwony”.

Jak widzimy, autor nie jest już w stanie nadawać harmonii swemu światu własnym wewnętrznym majorowym nastrojem: stanowczo wyłaniają się zarysy tego namacalnego świata, którego nie sięgają już mistyczne dłonie poety. Zaczynają się pierwsze potyczki z tym namacalnym światem. Wprawdzie, na razie one są utrwalane bardzo ostrożnie: „mój świat jest raz z kostrzewy, raz jest z kwiatów”.

Kilkukrotnie powtarza się wyraz „ofiara” – raz jako obraz przygodny („na zachodzie ktoś złożył ofiarę”), raz już całkiem świadomie: „Stoję sam pośród obcych niw / Jak porzucona ofiara”.

Wewnętrzny raj tych empireów opada jak płatki. Nadchodzi ponury wieczór, pierwsza jesień młodości. Zaczyna się opowieść o zagładzie pierwszej, najczystszej cząstki duszy poety. Wkracza on w nieznany dla siebie dotąd świat.

Rzecz jasna, sfera ta posiada pstrokatą fakturę. Na przykład, w kategorii nastrojowości występuje eteryczna radość, pogoda, tęsknota, refleksyjność, nieszczęście skupione na sobie i prawdziwe cierpienie. Z punktu widzenia struktur obrazowych, możnaby wyodrębnić ślady poetyki „istnej zmartwychwstałej” typu „Ktoś głaskał niwy” czy „Świta”, symbolizmu ogólnoukraińskiego, symbolizmu Tyczynowskiego, delikatnego impresjonizmu pierwszej sfery, wysublimowane obrazy symfoniczne („Koguty czarny płaszcz nocy / Ognistymi nićmi zszywają”), zdrowy panteistyczny liroepizm, okrutny realizm („Z jednego brzegu wierzby / Z drugiego brzegu starcy”): „Sztywnieje dzień kamienny – zbiera się na burzę”.

Trzecia sfera lokuje się na poziomie ziemi bądź tuż nad nią. Jest to sfera kompletnego dramatyzmu. Poczynając od enharmonicznego: „Nad bagnami przędzie się mleko… / Zamyślił się czarny kruk. / Zamyślił się szary ptak./ Wykłuł oczy. Komu? – Bóg wie. / A ze wschodu mieczami nadciąga gniew!… / Czarny kruk się poderwał. / Szary ptak się nastroszył. / Wykłuł oczy. Komu? – Bóg wie” , zaś kończąc wierszami Mater dolorosa czy Złoty rozgwar. Utwory z tego cyklu to krótkotrwała eksplozja radości z powodu ukraińskiej rewolucji narodowej oraz długotrwała rozpacz z powodu jej stłamszenia. Bardem Centralnej Rady nazwał kiedyś Tyczynę Walerian Poliszczuk. Jest to określenia bardzo paradoksalne. Po pierwsze, Tyczyna nie nauczył się jeszcze bycia bardem rządu. Po drugie, Centralna Rada była zbyt krótko istniejącym rządem, aby mogła doczekać się swego piewcy. I, co najważniejsze, rząd ten nie zasłużył na to, by poeta-geniusz był jego piewcą. Dlatego trudno jest przyznać rację Poliszczukowi, chociaż trudno też odrzucić jego tezę jako kompletnie pozbawioną podstaw.

Niewątpliwie, czas od marca 1917 roku jest żywym miejscem w ukraińskiej historii. I o tym Tyczyna powiedział w poemacie Złoty rozgwar: „Przodkowie. / Przodkowie powstali z grobów; / Przeszli przez miasto. / Przodkowie składają ofiary słońcu – / Stąd jest ten złoty rozgwar. // Ach, ten rozgwar!… / To dlatego nie słychać, co rzecze twój bliźni, / Przezeń burze, lecąc nad miastem, płaczą – / Bo ich się nie widzi.. // Złoty rozgwar!”.

Jedynie szczęśliwemu spojrzeniu zachwyconego Tyczyny, Tyczyny z połowy roku1917, mogło się zdawać, że zaczęła się epoka ogólnonarodowej jedności: „I wszyscy śmieją się jak wino / Śpiewają wszyscy niczym wino: / Jam wielki naród / Młody-m ja!”.

Złota godzina ogólnonarodowej wolności dobiegła końca zanim się na dobre rozpoczęła. Niezależny ukraiński rząd był w Ukrainie zaledwie pasierbem. Trzymał się, zresztą, jak pasierb, przez dziesięć miesięcy swego istnienia, nie czując nawet swej sprawczości. I może to właśnie uratowało go przed natychmiastową zagładą. Jako tako tolerancyjny Rząd Tymczasowy przeklął tych „socjalistów” i „komunistów”, lecz na stanowcze sankcje nie zdecydował się. Sytuacja zmieniła się po Październiku. Dosłownie po upływie miesiąca od obalenia Rządu Tymczasowego, Centralną Radę uznano w Piotrogrodzie i Charkowie za kontrrewolucyjną. Zaczęła się wojna. „Otwierajcie wrota / Dla oblubienicy! / Otwierajcie wrota – / Bławatkowe niebo! // Otwarły się wrota / Kruczoczarna noc! / Otwarły się wrota / Wszystkie drogi we krwi”[9].

Było to niszczenie największej wiary poety – jego „zgniłej inteligencji”, lekcji etycznych Skoworody, „czystoplujskich” idei bractwa Cyryla i Metodego oraz drahomańszczyzny [1]0. Ból ten zaczął przesłaniać poecie wzrok już w sierpniu 1917 roku: „Szło po chleb dzieciatko – różanie! / Uciekajcie: Strzelają, idą. / Rozrzuciło rączki różanie. / Ani boga, ni diabła – na burzę!” [11].

Śmierć szeleści kosą. Poeta postrzega epokę jako atak szaleństwa, sąd ostateczny historii ludzkości.

Szczególnie jest to widoczne w cyklu Mater dolorosa: „Szła przez pole / Opłotkami, miedzami. / Ból serce opromienił / Lśniącymi nożami!”.

Epoka radości dobiegła końca. Zaczęła się typowa dla naszej konstrukcji psychicznej epoka tragiczna. Wcześniejsze wnioski historiozoficzne Tyczyny są złagodzone przez tradycję dość płytkiego „ukrainofilskiego” myślenia, w systemie którego optymizm prowadzi za sobą z łatwością pesymizm, chociaż przyczyny zmiany są nieuzasadnione: „Nie księżyce, i nie zorze, / Dzień się jakby nie rozgościł. / Jak to straszne!… Ludzkie serce / Zubożało do nicości”.

Ukraiński mesjanizm, ten nieodrodny syn psychiki doprowadzonego do ostateczności niewolnika, ukrzyżowano, zniszczono pod Krutami 29 stycznia 1918 roku. „Nie będzie nigdy raju / W owym krwawym kraju”.

Wczorajszy optymizm poety był równie wielki, co bezpodstawny. Ma się rozumieć, rezygnacja z tego bezpodstawnego optymizmu była znacznie łatwiejsza, niż trwanie przy nim. Tym bardziej, że pesymizm miał ważkie podstawy: „I posłał Bóg kukułkę – / do końca wieku / pij muzykę/ mękę / przypadkowy tego świata / topielcu…”

Poeta spróbuje siebie jeszcze w nowej, nietypowej dla siebie roli. Piewca niemal macierzyńskiej czystości i dobroci, zdobywa się na intonację poety-męża stanu: „Nie smućcie się. Śmierci nie zazna / Kto za ojczyznę oddaje swe życie!”.

Ale jest to już koniec okresu tęczowej epoki Słonecznych klarnetów. Zaczął się rok 1918, a wraz z nim – kolejny etap skomplikowanej ewolucji Tyczyny.

Słoneczne klarnety, liryka roku 1917 oraz wcześniejsza, to w przeważającej mierze książka przeczuć spodziewanego szczęścia, przeczuć, którym nie dane było się spełnić. I jest to bodaj jedyna książka na poziomie geniuszu Tyczyny. Dlatego w dorobku poety przydzielono jej pierwsze miejsce, nie tylko w porządku chronologicznym.

W artykule poświęconym tomikowi Tyczyny Wiatr z Ukrainy, Mykoła Zerow pisał, że „najoryginalniejszy spośród poetów ostatniego ćwierćwiecza (1900–1925) Tyczyna już w Słonecznych klarnetach odsłonił wszystkie swoje atuty, a potem niejednokrotnie był zmuszony do słabej gry, bez asa w rękawie” (XIV, s. 80). I rzeczywiście, wszystkie komplementy, które padały pod adresem Tyczyny w latach dwudziestych, należy przypisać przede wszystkim pierwszemu tomikowi.

A komplementy były nie byle jakie. Jeden z pierwszych rosyjskich tłumaczy Tyczyny, Aleksander Gatow, nazwał go czy nie najwybitniejszym ówczesnym poetą słowiańskim, zaś jego technikę poetycką porównał z nie mniej skomplikowaną techniką Rainera Marii Rilkego czy Paula Valery’ego.

Dla Fiodora Sołoguba tomik był olśnieniem, zaś Tyczyna – poetą, piszącym „według ostatnich mód europejskich”.

Warto zatrzymać się na chwilę przy jeszcze jednym epizodzie literackim. W „Kijewskoj Żyzni” z 16 (3) listopada 1919 roku zamieszczono artykuł Ilii Erenburga O sztuce ukraińskiej. W tekście tym dokonano karkołomnej próby oceny sztuki ukraińskiej. Ma się rozumieć, artykuł gazetowy okazał się bardzo powierzchowny w treści, chociaż w tonacji swej był bardzo protekcjonalny.

Erenburg pisał w nim, że w odróżnieniu od nowych ukraińskich poetów, którzy „już odeszli od anonimowej pieśni ludowej, zaś poezji własnej jeszcze nie stworzyli”, Tyczyna potrafi „łączyć ludowego ducha ziemi z umiarkowanym odejściem od impresjonizmu”.

Niemało ustępów tego tekstu, jak na przykład „zbyt często ukraińscy działacze kultury kierowali się w najlepszym przypadku ślepotą sekciarską z kawiarni lozańskiej, a w najgorszym – politycznym awanturnictwem” bądź „niepodległościowcy rozkazali w dwadzieścia cztery godziny stworzyć ukraińską kulturę” itd.) wywołało naturalny sprzeciw.

W artykule O sztuce ukraińskiej, będącym odpowiedzią na ten tekst, Mykoła Zerow, ówczesny redaktor „Knygaria”, pisał, że Erenburg wpadł w „nutę generalską”, lecz „jak każdy przedstawiciel wszechrosyjskiej kultury z grona lokalnych mieszczan uważa, że posiada kompetencje do tego, by wygłaszać autorytatywne sądy na temat kultury ukraińskiej bez gruntownej jej znajomości” (XXIII, s. 1948-1949).

Rzecz jasna, artykuł nie przysparza chluby szacownemu nazwisku Erenburga, ale obiektywnie świadczy on o tym, że tomik utalentowanego Tyczyny cieszył się uznaniem nawet tam, gdzie nie sposób było tego nawet oczekiwać.

Wielkim zainteresowaniem cieszył się autor Słonecznych klarnetów również w środowisku polskich oraz czeskich literatów.

Oto co pisał, na przykład, Jarosław Iwaszkiewicz na łamach „Skamandra” w roku 1922: „Literaturze ukraińskiej w Pawle Tyczynie przybywa jednostka genialna. Już samo operowanie młodym ukraińskim językiem, doprowadzenie go tak niezmiernej doskonałości, że w bogactwie swem i blasku może zmierzyć go z polskim i rosyjskim – stawia go w rzędzie najciekawszych, najważniejszych pisarzy Ukrainy współczesnej” (cytuję z przedmowy Floriana Nieuważnego do polskiego wydania utworów Tyczyny).

Angielski krytyk John Foot podkreślił, że „swoimi poetyckimi środkami wyrazu ów poeta z Ukrainy nie przypomina nam nikogo innego w całej literaturze powszechnej. Lecz ta oryginalność nie popycha go do żonglowania, do pustego błaznowania i chimeryczności, dlatego, że nigdy nie opuszcza go poczucie umiaru”.

Kiedyś Iwan Franko pisząc o młodym Wołodymyrze Wynnyczence, zawołał radośnie: „I skąd ty się taki wziąłeś?” Współcześni Słonecznych klarnetów mogliby skierować identyczne zdziwienie w stronę Tyczyny. Dlatego warto zatrzymać się przy ukraińskiej genealogii autora Słonecznych klarnetów.

Nieco kategoryczny badacz poetyki Tyczyny, Myron Stepniak, pisał, że w Słonecznych klarnetach jest „jakby domknięty system ukraińskiego symbolizmu”. Dostrzegając, że wpływ Aleksandra Błoka na pierwszy tom Tyczyny jest nieznaczny, Stepniak podkreśla istotne wpływy Ołeksandra Ołesia, Mykoły Woronego, Wasyla Paczowskiego, a nawet Mychajła Żuka. „Kilka utworów, nawet całkiem skomplikowanych pod względem psychologicznym oraz formalnym (na przykład Skędzierzyły się chmury, Stoję na skale) stanowią swoistą wariację na temat wiersza Ołesia Ze smutkiem radość w pół objęta… Ołeś wpływał na Tyczynę nie tylko jako przedstawiciel «poezji czystej», lecz również jako działacz społeczny. Duma o trzech Wiatrach została napisana w typowej dla Ołesia manierze alegoryzacji zjawisk natury”. W innym miejscu Stepniak zaznacza: „Słoneczne klarnety związane są nie z jakimś nieokreślonym modernizmem, a dokładniej z Filanskim… oraz z Ołesiem” (XV). Przy czym od Filanskiego Tyczyna uczył się stosunku do natury. Takie utwory jak Gaje szumią, Tam topole w polu, Łąka kwiecista, Och, nie ukrywaj się, naturo, Wstaje świt jedynie komplikacją kompozycyjną różnią się od poświęconych naturze utworów Liryka czy Calendarium.

Podsumowując swoje badania nad poetyką Tyczyny, Stepniak dochodzi do następującego wniosku: „bazując na zasobach leksykalnych i schematach stroficznych modernistów, autor Słonecznych klarnetów stworzył nowy system poetycki, dotąd nie znany poezji ukraińskiej. Tym systemem jest symbolizm”.

Przykładem znaczącym, choć raczej negatywnym, mogła być dla Tyczyny również twórczość Hryćka Czuprynki, który dość energicznie „balmontyzował się” na niwie poezji ukraińskiej. Jak pisze Biłecki: „Czyprynkowskie «brzęki-dźwięki» zdawały się pospolitą bałałajką wobec tonów raz potężnej, raz delikatnej harfy, której dotknął młody autor” (VII, s. 20).

Wszystkie te nazwiska poetyckich poprzedników Tyczyny wymienia Florian Nieuważny w swej przedmowie do polskiego wydania wierszy ukraińskiego poety, uzupełniając listę o Maeterlincka oraz Skoworodę. Słuszne uwagi co do pytania o powiązania (a w jeszcze większej mierze co do odmienności) młodego Tyczyny z utworami Ołesia czyni Orest Ziłynski.

Wszystkie te wycieczki w literaturę poświęconą Tyczynie dają podstawę do tego, by nie zgodzić się z bardzo kategorycznym i równie bardzo nieuzasadnionym stwierdzeniem Leonida Nowyczenka, iż „poezja Tyczyny, przy całym skomplikowaniu i wewnętrznych sprzecznościach nie miała nic wspólnego z antynarodową ideowo-polityczną istotą ukraińskiej narodowej dekadencji. A zresztą, czym mogły przyciągnąć młodego poszukiwacza prawdy powiedzmy, narodowa «galanteria», którą naznaczona jest znaczna część wierszy Woronego, prymitywne śliczności Czuprynki, bogobojny smutek Filanskiego? Już w Słonecznych klarnetach potępił on poetów-dekadentów, oświadczając, że «słońca, słońca w ichnim pięknie całkiem brak»” (XII, s. 23).

Jedyny grzeszek „terminowania”, na jaki pozwolił Tyczynie Nowyczenko to „stylistyczny wpływ liryki Ołesia”.

Czy nie od początku lat trzydziestych naszej krytyce chodziło głównie o to, by wstecz przeprowadzić poetę z klasy Filanskiego czy Ołesia do bardziej „proletariackiej” klasy Kociubyńskiego, Gorkiego, czy nawet… Majakowskiego? Naiwnością byłoby zaprzeczanie możliwości podobnej proletariackiej nauki, szczególnie od Kociubyńskiego. Ale czemu niby Tyczyna nie mógł zdobyć szlifów proletariackich od Ołesia?

Dla rodzimej krytyki nowożytnej, zrodzonej w okresie pierwszych pięciolatek na łamach jedynie słusznego organu „Za Markso-Łeninśku Krytyku” (ukazywał się, resztą, w latach 1932–1935 i przeznaczony był wyłącznie do walki z „wrogami ludu”) wcale nie chodziło o oczywistość prawdziwych źródeł poetyki Tyczyny, a wyłącznie o jego polityczną (chociaż mówiąc szczerze – dlaczego akurat polityczną?) renomę. Tyczynę na szybko należało przyfastrygować do nowego, wysterowanego przez szupaków, kołesnyków oraz chwyl12 kierunku historii literatury ukraińskiej, w której nie było już ani Ołesia, ani Filanskiego, a już tym bardziej Czuprynki.

Szkoła, którą przeszedł młody Tyczyna była po stokroć bardziej solidna, niż prawią o tym Iszczuk, Nowyczenko, Kryżaniwski czy Szachowski.

„Wyprowadzać” autora Słonecznych klarnetów wyłącznie z Kociubyńskiego, Gorkiego czy Majakowskiego oznacza zubażać świat poezji Tyczyny, w znacznej mierze pozbawiać go podglebia narodowego, utrudniać rozumienie nowatorskiego talentu poety i, ostatecznie, rozumieć samego poetę.

***

Przywołany już Stepniak celnie zauważył, że „ewolucyjnie twórczość Tyczyny po Słonecznych klarnetach rozwijać się nie mogła, ponieważ w Słonecznych klarnetach jakby szczytowo dopełnił się system symbolizmu i dalej nie było już nic do zrobienia” (XV, nr 11–12, s. 99). Nazywając pierwszy tom poety „kompletnie przedrewolucyjnym”, Stepniak pisze, że poetyka tej książki, tak doskonale nadająca się do oddania najsubtelniejszych przeżyć ducha, byłaby mało użyteczna do prowadzenia rozmów z masą rewolucyjną”.

Ostatni sąd znacznie prawdziwiej tłumaczy gwałtowną zmianę poetyki Tyczyny w ciągu dwóch lat 1918–1920.

Poetyka dwóch kolejnych tomików, Pługa a w szczególności Zamiast sonetów i oktaw znacząco, a czasami radykalnie różni się od poetyki Słonecznych klarnetów.

Epoka rewolucyjna jest epoką eposu, epoką wierszy fabularnych, bądź nawet ballad, epoka by tak rzec, poetyki kolektywizacyjnej.

Jednak epoka rewolucyjna w Ukrainie nie miała tak klasycznej wyrazistości podziału sił jak na przykład rewolucja francuska w XVIII w. Walkę rewolucyjną ogromnie komplikowały tu dążenia do niepodległości. Naród ukraiński – to wojsko niechlubnego „wyzwoliciela” Murawjowa oraz pułki Centralnej Rady, powstańcze zastępy Dyrektorii oraz „państwowa warta” Skoropadskiego, oddziały Machno, Zełenego, Bołboczana czy Grygorjewa, powstańcy kijowskiego „Arsenału” oraz czerwoni Kozacy Prymakowa. To są ukraińscy socjaldemokraci oraz lewicowi eserzy, niepodległościowcy oraz walecznicy, bolszewicy i anarchiści, to są ukraińscy chłopi i wynarodowieni robotnicy.

Wskazać kierunek najbardziej postępowej siły często było najzwyczajniej nie sposób.

Nie dziwi zatem, że w jednym roku 1920 ukazują się dwa tomiki Tyczyny – Pług oraz Zamiast sonetów i oktaw – jako sprzeciw wobec rewolucji, ale niewątpliwie ma on rację, pisząc: „Jaki sens jest pytać który z nich był wcześniejszy – oba ukazały się w roku 1920 i oba swoją zawartością reprezentują twórczość poety z tego samego okresu” (XV, nr 11–12, s. 107).

Bezpośrednią kontynuacją trzeciej sfery poetyckiej „kosmogonii” Słonecznych klarnetów były utwory z tomiku Zamiast sonetów i oktaw, który, według określenia Nowyczenki „na dziś niemal kompletnie obumarły dla naszego czytelnika”. Oczywiście, Nowyczenko, występując „w imieniu i na polecenie” milczącego ukraińskiego czytelnictwa, może ferować wyroki według uznania. Tym bardziej, że tomik ten już od pięćdziesięciu lat nie jest wznawiany, a to, że czytelnik radzi sobie z odbitkami maszynowymi – o tym Nowyczenko już wiedzieć nie musi [13].

Wyrwany przemocą z dorobku Tyczyny tomik Zamiast sonetów i oktaw, który obejmuje utwory z lat 1918–1919, bezpośrednio świadczy o polemice Tyczyny z praktyką krzewienia rewolucji, ze skomplikowaną epoką wojny domowej.

I tu nie zaszkodzi przytoczyć przynajmniej kilka faktów historycznych.

W celu powstrzymania procesu państwowotwórczego Centralnej Rady, utworzono na terenie Ukrainy kilka republik radzieckich.

Już 7 marca 1918 roku CKW Ukrainy zaproponował radzieckim republikom – Ukraińskiej, Doniecko-Krzyworódzkiej, Dońskiej, Krymskiej oraz Odesskiej połączenie w celu wspólnej obrony militarnej nowej władzy radzieckiej na Południu. Zaś Sekretariat Ludowy Republiki Ukraińskiej już 21 marca przeniósł się z Katerynosławia do Taganrogu, gdzie kilka dni później został obrany CKW Ukrainy.

17 kwietnia CKWUK podał się do dymisji, ponieważ całą Ukrainę zajęli Niemcy oraz wojska Centralnej Rady.

Dwa dni później na partyjnej naradzie bolszewików Ukrainy w Taganrogu utworzono KP(b)U. Ma się rozumieć, ostatnią literkę (U) dodano krajowej organizacji RKP(b) pod wpływem praktyk rewolucyjnych z okresu 1917–1918, z dużym opóźnieniem dostrzegając powagę oczekiwań narodowych Ukraińców.

Sekretariat Ludowy Ukrainy natychmiast udał się z Taganrogu do Moskwy, zaś Taganrog 1 maja został zajęty przez Niemców. 17 kwietnia CKWUK podaje się do dymisji, ponieważ na ternie Ukrainy nie ma już żadnych wpływów.

23 maja zaczęły się rosyjsko-ukraińskie rozmowy pokojowe, na których przewodniczący delegacji rosyjskiej Rakowski (zresztą, ów były przewodniczący ukraińskiego rządu radzieckiego nie figurował nawet w żadnym dokumencie URE) zmuszony był uznać niepodległe państwo ukraińskie.

Niemiecka okupacja Ukrainy, ugoda z Niemcami zawarta przez Centralną Radę, którą „sojusznicy” natychmiast rozpędzili (w dniu 29 kwietnia) wywołała sprzeciw w środowisku partii ukraińskich eserów, którzy 31 maja na swoim czwartym zjeździe dokonali rozłamu na lewych (walczących) oraz prawych. Wtedy też, na piątym zjeździe USDRP powstało lewe skrzydło ukraińskich socjaldemokratów, grupa „niepodległościowców”, przyszłych ukapistów.

13 czerwca zawarto tymczasowy pokój rosyjsko-ukraiński, zaś miesiąc później w Moskwie odbył się pierwszy zjazd KP(b)U, który ogłosił dymisję Sekretariatu Ludowego i polecił KC zorganizowanie Centralnego Wojskowo-Rewolucyjnego Komitetu w celu połączenia Ukrainy z Rosją poprzez rewolucję. Już 5 sierpnia Komitet Wojskowo-Rewolucyjny wydał rozkaz powstania. Ma się rozumieć, powstanie nie powiodło się. Hetmana udało się obalić nie czerwonym powstańcom, a wojskowym ukraińskiego Dyrektoriatu, pułkowi Konowalca, który 15 listopada powstał w Białej Cerkwi przeciwko hetmanatowi. Kilka dni później CK KP(b)U powołało tymczasowy robotniczo-chłopski rząd Ukrainy, na czele którego stanął Jurij Pjatakow.

Na początku 1919 roku miały miejsce próby odnowienia kontaktów rosyjsko-ukraińskich. Oto co pisała o nich „Prawda” w dniu 4 stycznia 1919 roku: „Petlurowskie propozycje można rzeczowo omówić. Ale zasadnicza linia przechodzi nie w tym miejscu, w którym chciałby ją przeprowadzić Petlura. Ukraińska republika powinna być przede wszystkim Republiką Radziecką. Kwestia niepodległości jest mniej istotna, ale, naturalnie, wszystkie Republiki Radzieckie tworzą sojusze. Wojsko w ukraińskiej republice radzieckiej powinno być armią chłopsko-robotniczą, a nie armią niebieskich kontuszy drobnej burżuazji”.

Oczywiście, kategoryczny ton „Prawdy” jest bezdyskusyjny. Jednak, jak pisze o tym w Odrodzeniu narodowym Wynnyczenko, rozmowy delegacji ukraińskiej, na czele której stał Semen Mazurenko z komisarzem ludowym Cziczerinem były obiecujące. Wynniczenko w zasadzie godził się na radzieckość URL, ale sprzeciwiał się temu Symon Petlura, Bołboczan i inni. I to oni w sumie zerwali rozmowy pokojowe.

Rozmowy zawisły w próżni.

Tymczasem, 16 stycznia Dyrektoriat przekazał radzieckiemu rządowi w Rosji ultimatum z żądaniem zaprzestania działań wojennych. Odpowiedziano mu, że z Dyrektoriatem walczą ukraińscy robotnicy oraz chłopi. Jak pisał tenże Wynnyczenko, była to prawda – na Dyrektoriat napierało „powstańcze wojsko ukraińskie posiłkowane regularnymi rosyjskimi wojskami”.

Wówczas Dyrektoriat wypowiedział wojnę Rosji, aby dosłownie po dwóch tygodniach opuścić Kijów.

15 marca do Kijowa przeniósł się rząd radziecki, ale z powodu zbliżania się wojsk Denikina, po kilku miesiącach opuścił stolicę.

Wejście denikinowców na krótko zmieniło układ sił. Na początku sierpnia wojska Petlury zaczęły napierać na Armię Czerwoną na terenie Prawobrzeża. Dokonano nieudanych prób połączenia sił petlurowców z ochotnikami. Już 16 sierpnia Denikin poinformował Ententę, że porozumienie z Petlurą nie jest możliwe.

Zatem około 30 sierpnia do Kijowa wkroczyli ochotnicy oraz petlurowcy, pomiędzy którymi natychmiast doszło do starć zbrojnych, w skutek czego rozbite siły ukraińskie opuściły stolicę.

Właśnie te skomplikowane wydarzenia dynamicznego roku 1919 przygotowały warunki do połączenia sił lewych eserów (waleczników) z lewym skrzydłem ukraińskich socjal-demoratów – „niepodległościowców”. W sierpniu 1919 roku utworzyli oni Komunistyczną Partię Ukrainy (waleczników), która wzięła czynny udział w walce z denikinowcami.

Nie ulega wątpliwości, że powstanie UPK (waleczników), podobnie jak później ukapistów, było wywołane przez próżnię ukraińskiego komunizmu, próżnię, która powstała dzięki formalnie ukraińskiemu (by nie powiedzieć więcej) kursowi KP(b)U. Z drugiej strony, samo ich istnienie zmuszało bolszewików do większej uważności w kwestii problematyki narodowej, w tym wobec ukraińskich periodyków.

Ta krótka wycieczka w ówczesną historię może pomóc w zrozumieniu „niedojrzałości” Tyczyny, autora Słonecznych klarnetów… Można by było przypomnieć również takie ówczesne dokumenty, jak list otwarty Serhija Jefremowa do Jurija Kociubyńskiego, książkę publicystyczną Serhija Mazłacha oraz Wasyla Szachraja Do chwili, opublikowaną w Saratowie w roku 1919 (książka ta stała się z czasem prawdziwą Biblią ukapistów).

W pierwszym z nich Jefremow oskarżył Kociubyńskiego o to, że oddał nazwisko ojca do rąk Murawjowa i spółki, aby ci, wycierając sobie gębę nazwiskiem autora Fata Morgana mogli uzasadniać pogrom inteligencji ukraińskiej w styczniu–lutym 1918 roku.

W drugiej publikacji autorzy piszą o tym, że stosunek KP(b)U i radzieckiego rządu ukraińskiego do oczekiwań narodowościowych Ukraińców był bardzo formalny. Znany historyk Kluczewski scharakteryzował pewnego razu carycę Katarzynę II następująco: chciała uchodzić, a nie chciała być. Podobnie jest z tą „partią” i z tym „rządem”. Nie mają nic przeciwko „określeniu” „słowu”, aby móc „uchodzić” i za nic nie chcą „być”. A zresztą, czym mieliby być? Przecież Ukrainy nie ma, zaś niegdysiejsza „południowa Rosja” stała się „południową częścią okupowanego na wschodzie przez Niemcy kraju” i żadnego ruchu ukraińskiego „nie było i nie ma”. Mazłach i Szachraj oskarżyli „katerynosławców” o to, że nie posiadają żadnej określonej linii w kwestii narodowościowej. Autorzy książki twierdzą, że nie jest to polityka narodowościowa, tylko przebiegłe politykierstwo, nic więcej. „Szczytowym przejawem politykierstwa było ogłoszenie Doniecko-Krzyworózkiej Republiki (to politykierstwo wewnętrzne) oraz wyprawienie delegacji Sekretariatu Ludowego do Moskwy w celu prowadzenia rozmów pokojowych w związku z wytyczeniem granic po ogłoszeniu niepodległości Ukrainy na drugim zjeździe Katerynosławskim… Dalej było politykierstwo w związku z likwidacją Centralnego Komitetu Wykonawczego, politykierstwo «na emigracji», powstańcza dziewiątka, chroniczne grzebanie i wskrzeszanie «Sowieckiego Rządu Ukrainy» pod różnymi określeniami (Sekretariat Ludowy, Komitet Tymczasowy), propozycja sojusznicza wobec Rosji Sowieckiej, «własna», «osobna» partia: «Komuniści Ukrainy» itd.” (XXV, s. 81).

Oczywiście, Mazłach oraz Szachraj, pomimo przynależności do RKP(b) mogli się mylić. Ale dosłownie to samo powtórzył również Wołodymyr Zatonski, człowiek znacznie bardziej „słuszny” od nich. W artykule Z nieodległej przeszłości, który opublikowano 1 lipca na łamach „Kommunista” pisał: „Zdarzały się sytuacje, kiedy jednocześnie pojawiały się wzajemnie wykluczające się dyrektywy. Na przykład, do boju z ukraińskim szowinizmem, z drobnoburżuazyjną reakcją, która nadciągała z południa, prawą ręką błogosławiła Radziecka Ukraina, lewą –Republika Doniecka … Partia jako całość nie miała spójnej linii, jej politykę klecono doraźnie, z najbardziej nieoczekiwanymi uskokami, i, ma się rozumieć, bynajmniej nie wspaniałymi następstwami. Na miejscu zaś bałagan był taki, że nie sposób sobie tego wyobrazić”. A oto według świadectwa tegoż Zatonskiego ówczesne stanowisko KP(b)U w kwestii narodowościowej: „No i niech sobie będzie choćby nawet niezależna Ukraina (jeśli inaczej się nie da), gdzieś w Australii, albo, od biedy, nawet na półdzikim Wołyniu czy Podolu, ale czemu ona ma być koniecznie w okolicy Katerynosławia czy Chersonia, nie mówiąc już o Charkowie? Tymczasem chłopstwo w tych rezerwatach (do wiadomości towarzyszy, było ono w przeważającej mierze ukraińskie) było zdane samo na siebie, zmonopolizowane przez ukraińskich socjal-szowinistów, niemal co do jednego biedota i kułactwo, określiło się tak, jak życzyła sobie tego Rada”.

Co tu mówić – następstwa tej niekonsekwentnej partyjnej polityki narodowościowej dały się we znaki. Uchybienia kursu politycznego w kwestii narodowościowej, kursu bardzo zmiennego i niekonsekwentnego, ponieważ określonego przez taktyczne potrzeby chwili trzeba było długo „naprawiać” przy pomocy działań nadzwyczajnych Ukraińskiej Czeki. A te nadzwyczajne działania wywoływały naturalną reakcję wsi. Według wstępnych szacunków, tylko w roku 1919 jedynie na terenie obwodu kijowskiego miało miejsce około 500 powstań chłopskich. Dziś trudno jest mówić o tym, jakie rzeczywiste względy stały za telegramem Lenina do przewodniczącego ukraińskiej Czeki z 4 czerwca 1919 roku: „Pełnomocnik Sowobrony mówi i oświadcza, że kilku ważniejszych czekistów potwierdza jakoby na Ukrainie Czeka przyniosła mnóstwo zła, gdyż została powołana zbyt wcześnie i wpuściła w swoje szeregi mnóstwo farbowanych lisów” [14] (XXVI, s. 574).

Podobnie, o zdecydowanie nienormalnych faktach w praktyce wojskowego budownictwa na Ukrainie świadczy telegram od Lenina z 22 lutego 1920 roku: „Trzeba natychmiast powołać tłumaczy we wszystkich sztabach i zakładach wojskowych, zmuszając wszystkich do przyjmowania oświadczeń i papierów w języku ukraińskim. Jest to bezwarunkowo konieczne – w kwestii językowej trzeba iść na wszystkie ustępstwa i dawać maksimum równouprawnienia”. (XXVI, s. 654).

Telegram o takiej treści może też dodać co nieco również do rezolucji KC RKP(b) w kwestii waleczników: „Uznać waleczników za partię, która narusza fundamentalne zasady komunizmu swoją propagandą podziału sił wojskowych oraz poparciem dla szalbierstwa, co jest bardzo na rękę białym oraz imperializmowi międzynarodowemu”. Ostatecznie, zmuszenie dowództwa sztabów, by przyjmowali oświadczenia spisane po ukraińsku, podobnie jak wprowadzenie instytucji tłumacza wojskowego przy wojskowych strukturach to bynajmniej nie jest osiągnięcie „maksimum równouprawnienia”.

Nie sposób się dziwić, że w tak skomplikowanych warunkach Tyczyna mógł się pomylić.

O tych błędnych jak na radzieckiego poetę nastrojach świadczy wydrukowany na łamach „Nowej Rady” (cz. 38, 1918 r.) wiersz Tyczyny Pamięci trzydziestu – poetyckie epitafium dla studentów, którzy 29 stycznia 1918 roku stracili życie pod Krutami: „Na Mogile Askoldowej / Wszyscy pochowani – / Tych trzydziestu męczenników / Młodych i udanych… / Na Mogile Askoldowej / Leży kwiat narodu! – / W świat pójdziemy po skrwawionej / Po męczeńskiej drodze. / Kogo śmiała ściąć przy ziemi / Ta zdradziecka ręka? / Słońce świeci, wiatr się sączy / Oraz Dniepru rzeka… / Boże, ukarz bezlitośnie / Nowego Kaina. / Oni przecież ukochali / Swoją Ukrainę. // Zmarli w Nowym testamencie / W glorii świętości / Na Mogile Askoldowej / Leżą dziś ich kości”.

Jednocześnie Tyczyna prowadził polemikę z praktyką wczesnego budownictwa radzieckiego na Ukrainie: „Do kogo mam mówić? Powtarzam sobie / Gorki milczy, a Błok już w grobie. // Rabindranacie, gołąbeczku!/ Z odległej Bengalii / Przybądź do mnie, na Ukrainę / Bowiem duszę się, ja już ginę. // Takie rzeczy ujrzeć zdołasz / w walce jednoklasowej. // Pokaże tobie cały fałsz bez ogródek / partyjnych pierworódek. // Zaś zęby braterskie, zysków liczenie / giętkiej polityki ślimaczenie. / Gdyby to byli generałowie / Byśmy wiedzieli co czynić nam. / Lecz przecież ci kaci / to jednoklasowi bracia. // Rabindranacie, gołąbeczku! / Gdzież jest ten Sierp, ten Młot i ta toń? / Rabindranacie, gołąbeczku! / od dostojewszczyzny broń i chroń. // Do kogo mam mówić? Powtarzam sobie. / Gorki milczy, a Błok już w grobie”.

Duch anielski, który sięgnął ziemi, pełen jest sprzeczności. Po pierwsze, boli go tragedia ukraińskiej rewolucji narodowej, płomień której zgasł w wielkiej pożodze rosyjskiej rewolucji socjalistycznej. Po drugie, wąsko narodowa rewolucja ukraińska poety najwyraźniej nie satysfakcjonowała. Mam wrażenie, że z punktu widzenia młodego Tyczyny prawda i krzywda rewolucji została sprawiedliwie podzielona pomiędzy ukraińskim Marcem a powszechnym rosyjskim Październikiem. Antagonizm pomiędzy rosyjskojęzycznym miastem a ukraińską wsią – to jeden z najbardziej znaczących momentów, który zadecydował o losach ukraińskiego procesu państwowotwórczego. Po trzecie, rewolucja w oczach Tyczyny stała się okresem rozhukania najbardziej bydlęcych instynktów człowieka.

„Przeklęty bądź każden, kto stał się zwierzęciem” – wykrzykuje autor drugiego tomiku. Albo jeszcze ostrzej: „Wielka idea łaknie ofiary. Lecz czy to jest ofiara, gdy zwierza pożera zwierz?”

Rewolucja dla poety stała się czasem ukrzyżowania Chrystusa, przypalania żelazem dobroci ludzkiej oraz sprawiedliwości: „Brzuchacze postali: / Kop dla ojca dół! – / Stary łypie na syna / Krótki wzrok. // – Łopata nie wchodzi? – / Obu żywcem do ziemi! / Stary patrzy się na nich / Krótki wzrok”.

Żadna rewolucja nic nie da, jeśli jej tryumfalny pochód wymaga krwi niewinnych – oto najważniejszy przekaz tomiku Zamiast sonetów i oktaw. Rewolucja jest śmiercią wielowiekowej kultury, czasem, kiedy cienka powłoka człowieczeństwa zdobywana przez tysiące lat, opada z ludzkich dusz jak plewy. Stąd kpiny poety z r-r-rewolucyjnej rejterady: „Przecie mówili: można kupić stary karmazyn, przykryć śmietnik, zasadzić kulturę (tylko głowę trzeba przytrzymywać!) – a nuż ona znowu przemówi. A liście spadały. I głowy nie trzymał kark. […] I kultury całego świata porósł majowy mech”. Stąd lamentacje nad skostniałą kulturą („Okrutny estetyzmie! – kiedy przestaniesz podziwiać przerżnięte gardło?”).

Rewolucja jest jedynie nocą Walpurgii zwierzęcego okrucieństwa, rozpasanej pierwotności, kiedy z narodów ulatniają się perfumy cywilizacji („Dzikus, nażarłszy się surowego mięsa, długo się im przyglądał (delikatnym chmurom na firmamencie – W. S.) oczyma pełnymi niezrozumienia i nieświadomie wąchał kwiatek, przypominający bodiaki”).

Istnieje jedynie harmonia piękna, która na tym świecie nie ma żadnych podstaw, istnieje tylko jedna partia, która „na człowieka patrzy jak na skarb świata”, istnieje głodne pisklątko-dziecko, którego żadna rewolucyjna partia nie uratuje przed śmiercią głodową.

Tak wygląda gorzka prawda partyjnych pierworódek. „Prawi idą do tyłu, ale głowę próbują trzymać do przodu. Lewi idą do przodu, ale głowę zwrócili w tył”.

Jest to czas zaćmienia słońca, sądny czas historii ludzkości – „miasto całe w plakatach barwnych: człowieka człowiek dźga”.

Gdzie są zatem wspólnicy poety? Po czyjej stronie się opowiada? Ścisłej odpowiedzi na to pytanie udziela dedykacja „Hryhorijowi Sawyczu Skoworodzie!” [15]

Co prawda, posiadanie takiego wspólnika, oznacza, że będzie się zniszczonym w pierwszej kolejności. „Człowiek, który powiedział, że zabijanie to grzech! Leży rano z kulką w głowie”. Dlatego nie przypadkowo zdaje się poecie w tym niespokojnym świecie, że rano dobijają się do jego drzwi: „Ubieraj się do rozstrzału!”.

Nie znam Tyczyny bardziej zmęczonego i pozbawionego wiary, bardziej tragicznego i pełnego człowieczeństwa, niż Tyczyna-autor tego tomiku. Jest cały zanurzony w tym strasznym świecie – samotny i szybujący jak ból. I jedynie z rzadka jego usta wykrzywia sardoniczny uśmiech: „Może samemu całować pantofel Papieża?” Ale natychmiast zastępuje go wyraz przemożnego tragizmu: „Jestem cały w bólu niczym krzyż w koralu”.

Nie należy sądzić, że Tyczyna rozczarował się rewolucją, bądź że mamy przed sobą jej surowego oskarżyciela. Nie. Tyczyna przyjmował rewolucję, ale nie znosił jej okrucieństwa. Wystarczy przypomnieć sobie Gorkiego, który oburzał się na terror jako taki, czy biały, czy czerwony. „Och, łoskocze, huka, bije / Świat przeszyły błyski. / Czy to Rada, czy to Niemcy, / Czy sowiet moskiewski?”.

Wygląda na to, że poeta uświadomił sobie swój los ciernisty, tradycyjną misję poety ukraińskiego. Jego rozpacz równoważy spokojna wiara w to, że również w tym, okropnym dla jego narodu czasie, pozostał godny swego doniosłego powołania człowieka i twórcy: „Sam słońcem się sączę / Roztopię się w niebie. / Sam będę okienkiem, / W wieczność zaglądnę…”

Biłecki pisał o Tyczynie-autorze czterech pierwszych tomów jako o poecie, który zastanowił się „nad głównymi problemami swego czasu i udzielił na te problemy odpowiedzi z rzadka i przejmującą szczerością” (VII, s. 18).

I rzeczywiście, przy ukształtowanym, indywidualistycznym światopoglądzie Słonecznych klarnetów oraz Zamiast sonetów i oktaw poeta nie chował wzroku przed rzeczywistością niewskazaną dla takiego światopoglądu. Esteta w najlepszym znaczeniu tego słowa, Tyczyna nie unika okropnej prozy. Oto obrazek z Kąkolu: „Strzelają serce, duszę – niczego im nie żal. // … Usiadło sobie przy okienku, wsadziło gałganek do buzi, mamy wygląda. / A mama leży po środku ulicy z kawałkiem chleba w dłoni…// Nad wiekiem dwudziestym / Kąkol i Parsifal”.

Głodowa śmierć matki, gwałty na dziewczynkach, matka, którą głód popycha do kanibalizmu („synek się jeszcze warzy”), rozmowa z chłopami „z mojej wsi” o „samej tylko biedzie i niedoli” – to są te, wydawałoby się, kompletnie nietypowe dla wczesnego Tyczyny obrazki, których nie mógł nie widzieć z powodu bezlitosnego pragnienia prawdy. Przypomnijmy Chodzą po kwiatach… – wiersz, który wyraźnie wchodzi w dysonans z ogólną tonacją pierwszego tomu. Ale Tyczyna nie troszczy się o to. Życie narodu jest znacznie bardziej rozległe niż kanony estetyczne, zaś Tyczyna nigdy nie stał przed dylematem: życie czy „jedynie sztuka”? Miał doniosłe prawo, zaiste prawo piewcy ludowego, do czynienia wyrzutów ścisłym estetom. „Fałszywa estetyka, gracja dla was nawet tam, gdzie są mogiły”. Tematyka śmierci głodowej, na przykład, pobrzmiewa nawet w tomiku Wiatr z Ukrainy, kiedy to już stanowczo mogło zaszkodzić oficjalnej reputacji poety. Zaś poemat Obierała mama kartofle sięga nawet późniejszego okresu.

Problematyka społeczna była dla Tyczyny nie mniej istotna od narodowej. Do pewnego stopnia potwierdził to „indywidualistyczny” tomik Zamiast sonetów i oktaw. Z czasem ten nurt w jego poezji jedynie się wzmacnia.

Na przykład, w tomiku Pług tematyka ta bardzo zyskuje na znaczeniu. Odnajduje w niej poeta grunt pod nogami. Rzeczywiście, jeśli analizowane tomiki poświadczały pewność pozycji autora w świecie (Słoneczne klarnety – pewność co do własnej radości ze świata, Zamiast sonetów i oktaw – pewność co do własnych wątpliwości), to tomik Pług jest księgą podwójnych wątpliwości. Wątpliwości co do siebie w świecie i świata w sobie. „Stoi Kijów rozszarpany / I ja po stokroć nieżyjący” – to jest właśnie owo rzeczywiste tło, na którym powstał ten tomik. W głosie poety pobrzmiewa ironia, wręcz autoironia (Madonno ma…); dyskutując z innymi, poeta prowadzi dyskusję z sobą samym (Wiem; Sam w miłości…). Gdzie nie gdzie dochodzi do głosu wręcz histeryczny ból (Mesjasz; Palcie uniwersały) bądź pragnienie epizacji świata, odseparowania się od niego po to, by objąć wzrokiem to, czego nie sposób przyjąć sercem (Psalm żelazu). Rozbudowane dyskusje z sobą samym przyjmują postać bezstronnej teatralizacji (Listy do poety). Wreszcie, w głosie poety zaczynają pobrzmiewać fałszywe nuty (Rondle), które wnoszą szczególny dysonans do skomplikowanego chóru poezji w tym tomie. „Walczyły w duszy światy dwa – harmonia i sprawiedliwość” – w ten sposób określał swoje ówczesne przeżycia poeta.

A zatem, z jednej strony: „Miast róży lilii / Usta całują”, a z drugiej strony: „A jednak, jak Piotr Chrystusa / Nie mogę się Ciebie zaprzeć”.

W głosie poety zaczynają pobrzmiewać niebezpieczne nuty: „Z kim ja teraz, w takiej chwili / Młody się odmłodzę? / Czyż się nigdy nie pomodlę / za człowieka i za miłość?” I niemal tuż obok pojawia się antystrofa. Oto jedna z nich: „Ależ przyszła zima! – / Każdemu wolną wolę / każdemu kawał pola / w głowach tkwi topola / tylko głów już nie ma [16]”. A oto kolejna: „Mogę to w myślach zobaczyć – / (co za okropna chwila!) / Przyjdzie, zapłacze z rozpaczy, / i słońce kirem okryje. // Ktoś słowo uroni pijane: / – Rozstrzelać! Precz na bulwary! / I księżyc wtedy powstanie / Nad ziemią spłonioną żarem. / Zamiast rosy, zamiast deszczu / kamienie spadną z nieba… / Tylko czyjś głos jeszcze szepce: / – Nie trzeba! Nie, nie trzeba! / Kaleka dokądś pędzący o dziecię się potknie. / I będą krzyczeć wszyscy wielogłosem: / Mesjasz! To Mesjasz idzie! / Hosanna! Mesjasza przyjmijcie / I krew / przedśmiertną ekstazę w marzenie przemieni.”

A oto i trzecia: „Palcie uniwersały, drepczcie dekrety: / Znów trzewia prują przeklęte bagnety! / Przeklinajcie prawo i bełkot biurokracji – / Wolność! – to jedyny rozkaz i jedyna racja. // Wolność! Wolność! – w piersi dudni… / Znowu krzyżują jak łotrów ludzi. / Znowu kajdany, bagnety, lochy / I słowo niewolne, słowo płoche. // Kto posiadł prawo przymuszać człowieka? / Kto może noc w dzień przeoblekać? / Któż to wymyślił by nas w takiej chwili / Wieszać za prawdę, którą grzeszymy?”.

Mówiłem już o tym, że Tyczyna mógł mieć poważne zastrzeżenia wobec ukraińskiego Marca. Ostatni wiersz świadczy o tym, że poważne zastrzeżenia mógł Tyczyna mieć również wobec rosyjskiego Października. Świadczą o tym poszczególne utwory z tego tomu. Oto przykład rozpoznawania swej największej miłości w nietypowej odsłonie: „Żona odważna, grzeszna pannica / zmierza już w naszą stronę. / Bez przyodziewku, nieozdobiona – / Czaruje jak róża rozkwitła”. To pierwsze rozpoznanie następczyni wzniosłej miłości poety – Madonny. Zaś jego poprzednia miłość („Madonno ma, Mario niepokalana…”) chodzi ścieżkami Matki Bolejącej: „Przycupnij, Madonno, na przyczółek / Chatki na wsi z kraju. / Uśmiechnij się, idź sobie polem zoranym, / Opędzając się z kul jak od pszczółek…” Następczyni Madonny jest bardzo cielesna, bardzo kusząca: „Idzie i śmieje się: / życia! Kwietne potoki! / Słońce na skrzypce, / Do tańca obłoki. // Na biodrach jak strunach / ręka spoczywa. / Czyjaś ty, panno? / Witaj, dziewczyno. // Powiem – nie powiem: / Wszystkich jam – twoja… / (Ave, Maria, / Kalino moja!)

Żegnaj, Mario, kalino moja, oświadcza poeta, kłaniając się przed nową matką-obrończynią. Madonnę, przed którą jako jedyną schylał czoło poeta, zastąpiła inna, by tak rzec, kolektywistyczna Madonna.

Tajemnica Pługa czeka jeszcze na swoje odkrycie. Ale już dziś można wyrokować, że poeta doznał jakichś obcych wpływów, które uwarunkowały jego zbyt gwałtowną ewolucję. Przecież nie przypadkowo powstają takie wiersze, jak sonet 26 II (11 III): „Przyszli popi (jaki wstyd!), dyktatorzy – / wszyscy ci, których tak żeś nie lubił. / I ktoś twe popiersie będzie hołubił / między świątynią a klasztorem. // Stoisz. Patrzysz przed siebie z wyrzutem… / Ależ ogień w twej duszy pałał / kiedyś budził, zwoływał kobziarzy / do walki z przemocą, z terrorem, z carstwami! // Cóż, Tarasie! Rad jesteś może / patrz jaki ład zapanował w domostwie / w rodzinie wielkiej, nowej. // Patrz. Milcz. Nawet gdy głód cię ściśnie / nie mów nic Pannie Przeczystej, / bo cię też szowinistą nazowią”.

Jak widać, Tyczynę już wówczas „nazywali” szowinistą – to słowo jest aż nadto dobrze znane również w dzisiejszej popularnej frazeologii. Ślady owego zewnętrznego wpływu na Tyczynę można dostrzec również w wierszu I Bieły, i Błok… Nieszczęście poety domaga się głębokiej wiary wypowiedzianej w jego stylu, powiedziałbym wręcz, że w stylu Pługa, czyli bardzo nieściśle: „Tam wszędzie już słońce! – witają Mesjasza / Mgły, wąwozy, złocone rozdroża… / Ukraina wysunie własnego Mojżesza – / a przecież tak być nie może! / Nie może być tego, ja czuję i widzę. / W rechocie i burzach, w grzmotach powstania / wysyłam na stepy nerwami wszystkimi – / poeto, poeto, wstawaj!”.

Ale to nieokreślone wołanie wiary zgaszone jest kolejną falą rozczarowania: „Powstał czarnoziem i patrzy się w oczy / I krzywi swe usta w skrwawionym rechocie”. Dalej są wersy anomalii moralnych, o których mówiliśmy wyżej: „Poeto, kochać swój kraj to nie zbrodnia / skoro to jest dla wszystkich!”.

Zdaniem Kryżaniwskiego jest to „skrzydlata formuła poetycka nowego patriotyzmu rewolucyjnego” (XXII, t. 6, s. 105). Moim zaś zdaniem słowa te mogą świadczyć o „patriotyzmie z łaski”, o formule niewolnika, a nie patrioty, typowym kompleksie narodowej niepełnowartościowości.

Wprawdzie poczucie beznadziei Tyczyny jest z porządku nie tyle światopoglądowego, ile sytuacyjnego. To rozczarowanie duszy, którą na ogół cechuje optymizm. Tym bardziej znamienne jest ono dla Tyczyny tamtego okresu. Oto wiersz opublikowany w „Nowej Radzie” 12 maja 1918 roku: „I ukazał mi się Pan Bóg / W burzy, w grzmocie, w porannej rosie, / W tęczach pstrych oraz w zorzach / I w symfonii tnących owadów. // I ukazał mi się Pan Bóg / W tańcu, w śmiechu oraz we łzach. / W przemianach serca, w ranach / I w szaleństwie myśli naszych. // I mówiłem: przecież ja wiem, / Żeś ty cichy jest jak rosa / Wszechmyślący niczym tęcza / I jak burza jesteś młody. // I mówiłem: przecież ja wiem / Tylko ciebie kocha me serce. / I padałem wtedy na wznak, / By wysłuchać rozkazów Pańskich. // I gdy jawił mi się Bóg / we krwi moich biednych braci – / Wiara w sercu łkała bez tchu / Przerażeniem okryła się dusza. // Panie, władco wszelkich sił! / Nie pojmuję twego działania. / Po co niszczysz tablice kamienne, / Które sam nam wręczyłeś onegdaj?”.

„Wiara w sercu łkała bez tchu, przerażeniem okryła się dusza”. Dla tak subtelnej konstrukcji psychicznej, jak u Tyczyny, rewolucja oraz hekatomba ukraińska stanowiły zbyt okrutną próbę, aby nie zostawić niezabliźnionych ran na jego talencie.

Poeta wkracza w nowy dla siebie świat – świat z wieloma niewiadomymi. Dlatego też próby zrozumienia tego świata równoważone są przez pragnienie nieujawnienia tego, co zostało odkryte. Ponadto próby te są takie same jak świat – wieloznaczne i nieostateczne. Po pierwsze, staje się to niebezpieczne, a po drugie – czyż to, co zostało teraz, w roku 1919, wyjaśnione będzie wyjaśnione naprawdę? Ukraina jeszcze nie obrała swojej drogi na przyszłość. Zaś dla Tyczyny już samo to warunkowało niepewność jego indywidualnego myślenia. Świat przebywał w stadium tworzenia, pozbawiony był wyrazistości, trwałych konturów. Odpowiednio, również sporo wierszy z tego tomiku jest zasklepionych w sobie. Czytając je, mimo woli ma się wrażenie, że świat poety świadomie unikał konkretyzacji.

Powiedzmy, podręcznikowy wiersz Wiatr, zamykający tomik, w znikomym tylko stopniu pozwala zrozumieć stanowisko autora co do skomplikowanych ówczesnych warunków. Oczywiście, ów wiatr rewolucji „łamie, karczuje, z ziemi wyrywa”, przesuwa rubieże wieków („czy to miasto, droga czy łan”): „A na ziemi zwierzęta, ogrody i lud / a na ziemi świątynie, bogowie: / o przejdźże nad nami, przejdź / i nas osądź!”.

Wiatr przeciwstawia się ludziom, jest niemal Sądem Bożym i posłaniem z niebios: „Wiatr popędzał konie ogniste / ogniste konie / w ciemną noc”.

To wszystko przypomina niektóre ustępy Apokalipsy: „Potem ujrzałem niebo otwarte: a oto biały koń, a Ten, co na nim siedzi, zwany jest Wiernym i Prawdziwym, oto sprawiedliwie sądzi i walczy” [17]. L. Nowyczenko udziela bardzo powierzchownego komentarza do kilku ostatnich wersów tego tekstu: „właśnie do tych inteligentów, którzy z przerażeniem cofali się przed rewolucją, […] skierowane były lakoniczne, lecz pełne pogardliwego (?) współczucia słowa Tyczyny o martwych oczach” (XII, s. 79). O. Biłecki znacznie ostrożniej tłumaczy ten fragment, odpowiedniki którego, zresztą, można zaleźć w księdze Apokalipsy (r. 18, 22): „I jedynie ich martwe otwarte oczy / odbijały urodę nowego dnia!/ oczy”.

Cóż to za „uroda nowego dnia” – nie wiadomo. Podobnie, jak nie wiadomo, dlaczego wiersz poświęcony wichrowi rewolucji poeta kończy tak dziwnie, zatrzymując naszą uwagę na martwych oczach tych, których pieśń dobiegła końca. Głęboko moralny duch młodego Tyczyny (wciąż ten sam abstrakcyjny humanizm!) zadecydował o kompozycji tego utworu.

Przeczytajmy wiersz I będzie tak… opublikowany w dniu 11 marca 1919 roku na łamach gazety „Borot’ba” (cz. 24/81). Jest tak samo niedookreślony, jak i Wiatr: „Fałszywe niebo śmiechem ktoś rozpłata. / I będzie nowy dzień i bóstwa nowe. / I tylko pługów lemiesz rosochata / będzie tam, gdzie tylko będzie pole…”

Ma się wrażenie, że Tyczyna wyczekuje na stabilność świata. Dlatego pragnie jedynie malowania. Mimo woli przychodzi na myśl, że słowa poprzedniego wiersza „i nikt z nich się nie cieszył i nie śpiewał” – dotyczą samego Tyczyny – jego pieśni również nadepnięto na gardło: „Nienawidzimy tej przeklętej miedzi, / metali i betonów! / Och, cóż na polu za potężny huk? / Czy to Tatarzy, Turcy, czy Hunowie? // Co rano wychodzimy jak z jaskini – / A cały kraj jest powleczony dymem!… / A zamiast kwiatów ostrza i bagnety / błyszczą drapieżnie”.

To są nowe „psalmy z żelaza”, które sięgają nieba – krzycząc, milcząc, urągając, brocząc krwią. Te psalmy są nie tyle z żelaza, co żelazne: poeta po prostu odtwarza to, co nie podlega jego ocenie, a jeśli nawet, to bynajmniej nie ostatecznej: „Minął jak sen ten błogi czas / gotyku i baroku. / Będzie stalowy renesans / nieczule łypać okiem. // Nam obojętne – bóg, czy czart – / obydwaj dowódcami! / Świątyniom się uniosła brew / wszak czmychnął opłotkami. // Nad miastem jęki oraz płacz / jak puch z podartych betów… / Okrzyknął, zemdlał, uciekł precz / zielony, młody wieczór. // Muzeum płonie to, czy dom? / Dołóżcie, niech się pali! / Szybuje wzwyż, wyklina świat / nowy psalm metalu”.

Mogliśmy zobaczyć, że tło emocjonalne odbieranego przezeń świata jest bardzo ukryte. Wyostrzone rysy twarzy poety ożywia delikatna, ledwo uchwytna ironia, ironia niewolnika. Tło estetyczne ustępuje miejsca ocenom równie głęboko ukrytym. Kiedy Zerow pisał, że w Pługu Tyczyna „zrozumiał nieuchronność nowej epoki, pochylił się nad nią jak nad żelazną koniecznością” (XIV, s. 8.), wówczas, sądzę, że miał na myśli właśnie te psalmy.

Rzeczywiście, poeta traktuje tę nową epokę, nowe zmiany tak, jak traktuje się świat – człowiek tu nie posiada żadnego wyboru. Ale pochwały tego świata jeszcze nie ma. Może tylko w czwartym psalmie, najdogodniejszym do uwspółcześnienia Tyczyny z roku 1920: „Po kiego diabła potrzebna nam władza? / Dajcie nam chleba, dajcie jeść! / Za powstańcami już kroczą powoli / komuniści, śpiewając pieśń. // Chwila, chwila towarzysze, / a co będziemy jeść i pić? / Może byście nam pomogli / kapitalistów dzisiaj bić. / Idą, idą robotnicy / raźny, wesoły, chód marszowy. / A nad nimi wstążki i kwiaty / niczym nad oblubienicy głową. / W drzewach łoskocze sobie słońce, / gołębi sznury perlą się dalej. / W niebo się wbija żywą purpurą / nowy psalm metalu”.

Trzeba podkreślić, że w kontekście całego tomu słynne wiersze Jakże on upadł z konia oraz Na majdanie odbierane są już wcale nie tak kategorycznie jak zwykli to robić nasi badacze – Szachowski, Nowyczenko, Kryżaniwski oraz Iszczuk. Motyw powstańców to nie jest fundamentalna tematyka radzieckiego Tyczyny. Wiadomo, że ruch powstańczy w Ukrainie występował pod różnymi sztandarami. Sam Tyczyna wspomina o powstańcach, za którymi kroczą komuniści („Czemu nie przed nimi?” – pytali wulgaryzujący krytycy lat trzydziestych, oraz nieco subtelniej Nowyczenko), pisze o tym, że „za Trypolem na wzgórzu już Zełeny grzmi”, wspomina o powstających przeciwko hetmanowi oraz Niemcom. Niemało wśród tych powstańców szło pod ukraińskim sztandarem. Dopiero dziś, kiedy mówiąc o powstańcach, myśli się przede wszystkim o „czerwonych powstańcach”, możliwe jest zbyt współczesne tłumaczenie takich wierszy Tyczyny jak Na majdanie czy Jakże on upadł z konia. Oddziałuje tu magia późnego Tyczyny. Ale gdy się przyjrzeć uważniej idyllicznemu obrazowi powstańców („Na majdanie koło cerkwi matki zdjęła trwoga: oświeć z góry księżycieńku ty im dzisiaj drogę”) można zauważyć, że jest to obraz samorodnego ruchu powstańczego („Niechaj owczarz! – wszyscy krzyczą – atamanem będzie”), znacznie bogatszy od tego, który dostrzegają Nowyczenko czy Kryżaniwski. To obraz rewolucji całych mas, obraz, przypominający dynamiką teksty Ełana, czy Wasyla Czumaka. Podobny charakter posiada również drugi wiersz, Jakże on upadł z konia. Inna rzecz, że „uderzył rewolucjonista – aż się zachwiał świat” obiektywnie może dotyczyć jedynie rewolucjonisty-bolszewika i nikogo więcej. Jest to jednak „ideowa transmisja” do tekstu, który sam przez się podstaw do takiego tłumaczenia nie daje.

W związku z tematyką powstańczą chciałoby się przypomnieć wiersz poświęcony uczestnikowi powstania waleczników przeciwko denikinowcowi Hnatowi Mychajłyczenkowi: „Nie wiemy jak się stajesz truchłem, / jak cię wilgotna ziemia chłonie. / Bo przecież zawsze żyjesz, płoniesz, / bo przecież wiecznie pałasz duchem. // Jeszcze nadejdzie zmartwychwstanie, / powstaniesz w tłumie niespożytym: / dlaczego, czemu ludzie śpicie? / Nie macie siły na działanie? // Zniszczyli cię przebrzydłe katy… / Zatrute Marsylianką światy / za gardziel chwyta żal żałoby. // I przysięgamy: w chwili chwały / wróg będzie na śmierć zwyciężony! / Nasz bracie miły, ukochany…”

Czytelnik może zwrócić uwagę na braterskie „my” Tyczyny („nie wiemy jak się stajesz truchłem”) – naoczne potwierdzenie tego, że geografia ukraińskiego powstania była dla Tyczyny znacznie szersza niż dzisiejsze wyobrażenie na ten temat.

Mam wrażenie, że znacznie więcej podstaw do odnalezienia źródeł naszego radzieckiego Tyczyny dają wiersze z roku 1920 (Psalm żelaza, Listy do poety, Rondle, Pustym prorokom) kiedy losy ukraińskiej przyszłości były już w zasadzie określone. „Za powstańcami już kroczą powoli komuniści”, czy zapewnienie o pozornym obiektywizmie: „jesteście siłą, jeszcze z was będzie komunista”, które dotyczą już całkiem naszego, współczesnego Tyczyny.

Tomik Pług pokazał, że poeta jest na etapie przełomu. Ten przełom nie był nagły i jednorodny. Przygotowany jeszcze w okresie „sprzed Słonecznych klarnetów”, przełom ów szedł po linii zbliżenia Tyczyny do rzeczywistego życia, uświadomienia wąskości narodowo-wyzwoleńczych dążeń narodu, „heglowskiego” przyjmowania mądrości wszystkiego, co istnieje. Jak celnie zaznaczył Orest Ziłynski, „integralność osobowości dla niego (Tyczyny – W.S.) nie istnieje bez określenia integralności życia, bez określenia siebie samego w ramach obiektywnej zasady życia” (Dukla, 1967, nr 2, s. 23) [18].

Wreszcie, mogła zaważyć również zwyczajna obawa o poezje jawnie pozbawione „apolitycznej” wymowy. Zapewne, ostateczny przełom Tyczyny należy datować na lata 1920-1922. Rzecz jasna, również potem zdarzały się przypadki istnego samonamysłu, ale była to już choroba intensywnego samokrzewienia na nowej platformie.

Pługu pojawiły się próby nowych stylistycznych poszukiwań. Muza poety przyobleka surowo-zgrzebną szatę. Do Tyczyny przychodzi męstwo. Teraz nie zawsze go interesuje to, aby linia kreślona jego ręką była piękna – wystarczy, gdy będzie najkrótsza, ostra, wyrazista. O ile w Słonecznych klarnetach mamy pewien stylistyczny nadmiar, o tyle w Pługu otrzymujemy stylistyczną oszczędność. Pojawia się lakoniczna, biało-czarna grafika. „Najbardziej lakoniczny Tyczyna” – to trafne określenie Nowyczenka dotyczy wielu utworów z Pługa. Tomik ten bardzo dużo traci na epitetach, styl się demetaforyzuje, a jednocześnie zachowane metafory znacznie się komplikują. Ma się wrażenie, że poeta zaczyna pojmować genialność jako prostotę, ale z drugiej strony – daje próby po mistrzowsku doskonałej techniki.

W tomiku obecne są również utwory o charakterze wyznaniowym. Epos rewolucji władczo wkracza do świata poety, który nie jest jeszcze w pełni gotów na jego przyjęcie. Naturalnie, epitetyzacja świata poetyckiego, wielkie ustępstwo autorskiego „ja” na rzecz „my”, prowadzi do monumentalizacji obrazów, imperatywnych formuł, dramatyzacji tekstu. W tomiku jest sporo wypowiedzi bezpośrednich, intonacji rozmownej, scen masowych. Plan publicystyki – i to znakomitej – jest niemal dominujący.

***

Poemat Skoworoda Tyczyna pisał wówczas, kiedy czas na jego pisanie właściwie już minął. Bo i rzeczywiście: tematyka Skoworody istniała dla niego w okresie rewolucji i wojny domowej. Z tego okresu mamy iście skoworodowy tomik Zamiast sonetów i oktaw, poszczególne teksty z innych tomików. Po smutnej porażce rewolucji narodowej wiara w żywotność idei Skoworody mocno podupadła. Niemało spośród tych, którzy jeszcze wczoraj szukali przyszłości Ukrainy na drodze dobra i sprawiedliwości, zwrócili się w przeciwnym kierunku – powstały psychologiczne powody do kreowania filozofii zła jak u Doncowa [19] i tym podobnych. Ci ostatni wyciągnęli z historii tę lekcję, jaką ona proponowała (inna rzecz, że bynajmniej nie była to najlepsza propozycja z tych, jakie zwykła ona składać).

Nie najlepszą lekcję wyciągnął również Tyczyna. W swoim poemacie, zgodnie z duchem czasów próbuje modernizować wędrownego filozofa, wyjmując go ze sfery problematyki moralnego doskonalenia się człowieka i wprowadzając do zawężonego obszaru kwestii walk klasowych jako jedynego panaceum na wszystkie (w tym również na moralne) wady społeczne. Wykreował naszego filozofa i na panteistę, i na marksistę za jednym zamachem.

Najpierw widzimy go w naturalnym dla Skoworody żywiole: „Skoworoda / padnie na ziemię / kwiat pocałuje, trawę pogłaska, / rosą oczy jak niewidzące obmyje: / – O Panie, jakżeś mnie dziś wypełnił / szczodrze, obficie! / Ześlij mej duszy spokój, / i pokój, i zgodę, i miłość. / Nie chcę niczego więcej, / o, Wszechmogący! / I Wszechmogący natychmiast usłyszy / i taki pokój / na Skoworodę spłynie, / że ten z radości i biega, i płacze, / i wita się z każdym drzewem, / motylkowi, robaczkom dziękuje – / za wszystko, za wszystko!”.

Wersy te wykazują bliskie pokrewieństwo z panteistycznym duchem Ganimedesa Goethego. Lecz mimo tego, nieco dalej bohater Tyczyny przedstawia czytelnikowi dopiero co przyswojoną naukę na temat walki klasowej: „Po co ten świat, / po co te mowy wzniosłe, / herbami ozdobione, wymyślne alegorie słowne? / Po co te protesty / jeśli są miękkie, jeśli takie delikatne? / „Błogosławieni miłosierni” – powiedzieć katom?! / Uderzyć tak, by aż huknęło! / By nad domami się poniosło, / nad ubogimi całej ziemi! / By ślepcy wraz się obudzili, / By niewolnikom wrócił wzrok, / bo niewolnicy to sól ziemi przyszła – / uderzy! uderzy! / …. / I zrozumiał Skoworoda: / to powstanie. / Tylko powstania znajdą język / którym można / porozumieć się z panami”.

A zatem, Tyczyna zaczął skutecznie zgłębiać jedynie słuszną naukę marksizmu-leninizmu. Zdaje się, że znacznie skuteczniej, niż czynił to w poszczególnych utworach z Pługa.

Jedna z największych tajemnic Tyczyny, ów właśnie poemat Skoworoda, przez dłuższy czas intrygowała badaczy, poczynając od Biłeckiego. „Poemat, nad którym poeta pracuje już kilka lat” – tak z szacunkiem mówiło się o nim w latach 40. i 50. I rzeczywiście, od czasu do czasu wypływały „fragmenty” poematu, zazwyczaj bardzo piękne. Co tylko podgrzewało zainteresowanie.

Oczywiście, za wcześnie jest mówić o tym, co zrobił Tyczyna z poematem w kolejnych dekadach, ale droga, którą podążał autor „pra-Skoworody” nie wróżyła niczego dobrego. Oto, co napisał w związku z publikacją poematu historyk literatury ukraińskiej Serhij Jefremow: „Poeta stanął na rozdrożu i chyba najlepszym świadectwem tego może być jeden z jego ostatnich utworów, poemat-symfonia Skoworoda, fragment którego był odczytywany na wieczorze poświęconym Skoworodzie w roku 1922. Mówił o nim od dawna («Umknęliśmy na Czajce: Wasylczenko z Karmelukiem, a ja ze Skoworodą” – pisał Tyczyna jeszcze w roku 1918») utwór ten jeszcze do dziś pozostaje nie skończony. Moim zdaniem nie zostanie skończony nigdy, przynajmniej w tym pojmowaniu fabuły, jaką narzucił swej «symfonii» autor. Poczęty w łagodnej intonacji Słonecznych klarnetów, poemat najwyraźniej zaznawał wraz z autorem perturbacji, które rzutowały na treść, dopóki nie utknął w ślepym zaułku, z którego nie ma już wyjścia. Aby bohatera-kontemplatora, który w zasadzie był bliski Tyczynie poprzez swoją «najważniejszą mądrość – poznaj siebie» wrzucić nagle w powstania, uczynić z niego przywódcę buntowników – to już nie tylko śmiały pomysł, nie tylko anachronizm, to najzwyklejsze zniekształcenie zarówno historycznego, jak i psychologicznego obrazu starca-Skoworody, to gwałt zadany sobie samemu” (XXVII, s. 354).

W 1921 roku nakładem „Wseukrlitkomu” ukazał się osobnym drukiem tomik Tyczyny W kosmicznej orkiestrze. Weszło do niego dziesięć wierszy kosmicznych, będących świadectwem nowej wiary poetyckiej. „Błogosławieni: / materia i przestrzeń, liczby i miara! / Błogosławione kolory, tembry i ogień, / ogień, półcienie całego świata, / ogień i ruch, ogień i ruch!”.

Rewolucja powiększyła skalę oglądu; uwolniwszy się od zapyziałości ukraińskiego zaścianka, poeta wyznaje republikę internacjonalną oraz kos-federację. Zresztą, ironia jest tu nie na miejscu: w młodej poezji radzieckiej tematyka kosmosu była czy nie najważniejsza: „Lećcie, lećcie, do słońca zmierzajcie, / wszystkich w kopułę kierujcie baniastą. / Wszystkich łączcie, wszystkich zwołajcie, / po całym wszechświecie roznieście hasła! // Nie mają znaczenia Saturna wieńce, / życie dla siebie to przaśne jestestwo. / Wszystkim planetom i wszystkim słońcom. / Wolność, równość oraz braterstwo!”.

W kosmicznym braku granic zanika do reszty ludzka indywidualność, gdyż na nowo pojęty sens ludzkiego istnienia to bycie częścią większej całości. Już nie jest się całością integralną, jak miało to miejsce za czasów Słonecznych klarnetów, tylko cząsteczką („jeden spadnie, drugi skrzy się”).

W świecie Słonecznych klarnetów człowiek był podniesiony do skali kosmicznej, istniała w nim harmonia człowieka i wszechświata.

Teraz kosmos Tyczyny wyludnia się, zaś sam człowiek, ów „makrokosmos” okresu Słonecznych klarnetów zamienia się w orzęska, którego życiowym powołaniem jest ślepe trzymanie się własnej orbity i wielkiej litery prawa. W tym nowym kosmosie Tyczyny człowiek staje się jeńcem, niewolnikiem procesu historycznego.

Świat Verhaeren’a oraz Whitemana został tu skrajnie sformalizowany, wykorzystano jedynie pustą otoczkę ich wysoce zhumanizowanej kosmogonii, a wszystko to zostało wywołane przez pragnienie pozbycia się napięcia wewnątrz siebie, przez chęć prowadzenia dyskusji z nową epoką. Sądzę, że sam pomysł „Kosmicznej orkiestry” powstał jako próba nadania harmonii nieharmonijnemu światu, tylko już na innym, warunkowym, powierzchownym poziomie. Tym bardziej, że szczególnych podstaw do ziemskiego optymizmu w głodnym roku 1921 nie było. Zaczynała się nieskończenie długa epoka – niewesołej codzienności i świetlanej przyszłości. Święcona woda owej przyszłości mogła magicznie przemienić nieszczęście w radość, tragedię – w trudności rozwojowe, przestępstwa – w pojedyncze uchybienia.

Szczera wiara neofity Tyczyny zaczyna demonstrować swoje plusy i minusy: „A cóż tam czas? A cóż tam wiek? / Czym są pojęcia «w dzień» albo też «z rana»? / Czerwony krzyk, skrwawiony krzyk, / czerwonych słońc złocista magma! // Nie ma tam smutku, smutku-gniotku, / obcy egoizm jest systemom. / Tam każdy swoją zna orbitę, / socjalizm jest tam prawem, prawem”.

Deklaratywne „filosystemy” poety są w sposób jawny sprzeczne ze sobą. W złotej pustyni kosmosu, w tym wielkim i próżnym makroświecie, jest miejsce tylko dla gwiazdozbiorów, zórz i planet. Dla ludzi tam miejsca nie ma. I relacje pomiędzy poszczególnymi jednostkami kosmicznymi są zmechanizowane. Planety są jedynie elementami odwiecznego wahadła. Kosmos ten może nauczyć człowieka Bóg wie czego: „Czym nasze łzy, wołania, krzyki? / Czym wszystkie dramaty ziemi w tragedii kosmosu? / …./ Powiedzcie – czym są systemy słoneczne, jeśli to nie bryzgi? / Powiedzcie – czym jest ziemia, jeśli to nie kropka? / I ludzkość cała, czyż to nie orzęski / (pożeraj, pożeraj, siebie, ją, krople wody)? / Pod parasolem własnej atmosfery, / w chmurze obłędu i bzdur / ziemia hołubi dusze parasolkowe / które nic nie pojmują w mapie Kosmosu”.

W tym okrutnym, drapieżnym i bezdusznym kosmosie dochodzi jakby do uświęcenia tych potworności, które dzieją się na ziemi: „Narody idą, czerwienią znaczą: / drogę wolności! Drogę wolności! / I całą ziemię krwią omaszczą, / i w ziemi będą gnić ich kości. // Lecz już z odsieczą idą następni / rój kul opędzając rzewnie, / ci, co podźwigną sztandar zwycięstwa / w nowy świat, w nowy Październik”.

Poeta jak gdyby próbował spojrzeć na współczesną mu historię z perspektywy makrokosmosu (zaś sam makrokosmos jest ukrytym nawet dla samego poety prawzorem przyszłości), odnaleźć pocieszenie w tym, że wielki świat jest tak samo okrutny, jak i najnowsza historia ludzkości. Szczególnie otwarcie wyznaje to Tyczyna w VII wierszu z cyklu Anemiczna planeta: „Słońce sypało garście ognia w arterie ziemi – / stąd cała krew. / Ach, krew jest zawsze, w różnej ilości / i każda walka przypomina swój czas. / Ostatnia Wieczerza. / Dni Szafotu. / Zaeroplanij się duszo moja, płyń że, płyń, / nie zniżaj się, ani nie spadaj. / czyż tylko ciebie oburza – człowiek-zwierz, i okrucieństwa, kłamstwa? / Czyż dziś nie wszystkim serca broczą krwią? / I tysiące żywcem w ziemi zakopanych – czyż to nie oni / noc w noc krzyżują duszę krzykiem swym: / Ach pomścij, pomścij nas. Niech krew za krew… / Lecz kogo karać? Słońce, które garście ognia / sypnie w arterie ziemi? / Ziemię, co bez gnoju jest bezpłodna? / Nie pierwszy był już Chrystus, nie ostatni Robespierre, / a krew jest zawsze, w różnej ilości / i każda walka przypomina swój czas. / Miriady światów wstrząsane wciąż tym samym słowem”.

Ten optymizm, który stracił nadzieję wywołuje dreszcze przerażenia. I już kompletnie w głowie się nie mieści, że ten, by tak rzec, społeczno-kosmiczny darwinizm głosi piewca Słonecznych klarnetów.

Wprawdzie od czasu do czasu dusza poety zdaje się odtajać i wówczas rodzi się w nim żal o to, że kosmiczny wstrząs przeorał jego ziemię ojczystą, ale również ten żal staje się jakiś dziwacznie nie-Tyczynowski: „Niech czubom i szarawarom ślepcy brzdąkają / na lirze Sąd ostateczny – / nasz sąd ostateczny już był. / (Nad nami cień cherubina – / błogosławiona droga! / Co to za nuty przedziwne! – / to śmigieł, to śmigieł huk…) / Nasz sąd ostateczny już był. / To on rzucił bruzdę, której zasypać nie sposób. / To on nam do Dniepru splunął / i rzekę podzielił na pół”.

I natychmiast swojski motyw niknie w okropnym przerażeniu kosmicznych kryzysów: „Biją armaty, wysadzane są wszystkie krańce ziemi. / Kontynenty kołyszą się, zapadają królestwa, / a burze na cmentarzach narodów jak surmy. / Nosowe oboje, geniusze z pieczar, poeci na grani / dorzućcie swój głos do głosu surm!”.

„Poeta na grani”, Tyczyna, który zwraca się do współczesnego „przeklętego pokolenia”: „Ach czemu my, przeklęte pokolenie, / czemu my ciągle tak zwaśnieni, / czemu nam nie wziąć się pospołu / za odnowienie naszej ziemi?”.

Lecz wszystko to są jedynie epizodyczne, szybko ustępujące motywy. Całe okropieństwo czasu poety zostało już usprawiedliwione przez straszliwe wstrząśnienie świata. W kraju panuje głód, ale to tylko „język rewolucji”, a zatem poetę interesuje co innego: „Któż to się zaśmiał w Europie, / komu się szczerzyć chciało? / że tutaj mrzemy z głodu, / lecz wrogom się nie poddamy?”

I już absolutnie „poprawnie politycznie” poeta oblewa pomyjami tych, którzy po przegranej walce o narodową niepodległość Ukrainy, udali się na emigrację. Wymienię jedynie najważniejsze punkty oskarżenia, które Tyczyna rzuca wobec emigracji: „W carach szukają domu i opieki, / a u burżujów spokój, błogi sen. / Na Republikę plotą banialuki, / przezornie uciekając aż pod Ren. / … / Dla obcych śmieszni, a dla swoich obcy20, / to wam przecherom czas napluje w twarz./ / W Europie piwnej, na pociechę hordom / w strumieniach wina ciągle coś knujecie. / Mierzycie step swój żyzny na nagrody / ojczyznę niczym towar sprzedajcie. /… / Po coście durnych, ślepych podburzyli? / Po co na brata brata nastawili?”

Jak widzimy, rewolucja ludowa w Ukrainie to praca nie tylko samej burżuazji, którą jedynie oszustwem poderwała pod swój sztandar „durnych i ślepych”21.

Wiadomo, że podobne wersy można znaleźć również u Ołeksandra Ołesia, lecz jego krytyka emigracji jest znacznie bardziej etycznie usprawiedliwiona. Zresztą, Ołeś, który udał się na emigrację wraz z całą „burżuazją” (a dlaczego burżuazją? Czyż Tyczyna nie wiedział, że wśród emigrantów było niemało „oszukanych”?), miał znacznie więcej praw moralnych do podobnej krytyki niż Tyczyna, wczorajszy piewca poruszenia narodowego. Biada zwyciężonym, oni nigdy nie mają racji. „Miejcie nadzieje… Upijajcie się kłamstwem, / my naprzód zmierzamy, historia nie czeka. / Powstańcie, narody, dzień nowy już nastał, / inter-Rupublika kroczy z daleka!”.

Swoją drogą, idea rewolucji powszechnej, w imię której Tyczyna tak skwapliwie wyrzekł się „swego rodzimego błotka” już wkrótce okazała się fikcją. Ale w tym przypadku podobnie ostrej reakcji na kolejne oszustwo już nie było. Fikcją też okazały się nadzieje poety na wielki renesans duchowy „rewolucji kosmicznej”: „Powstań, kto w sercu kędzierzawy! / Republiko nowa, chodź! / Morze, chlupnij nowej lawy! / Ziemio, wielkoludów rodź!”.

Nie ma to większego znaczenia. Tyczyna jako poeta stopniowo „upaństwawia się”, stając się prorokiem gabinetowym i gabinetowym agitatorem, zachowując z narodem kontakt na odległość: „Spójrz no, spójrz, już nie ma rady, / teraz się do mas nie dotrze. / Kiedyś kwitły twe dekady / pókiś nie zgasł ty żałośnie”.

To wszystko jest prawdą: swoją polityczną nieomylność musiał poeta przypłacić talentem: jego żywioł poetycki wchodził w dobrze zredagowany (może nawet samo zredagowany) nurt. Wreszcie, za ideową poprawność należało płacić prawdą życia. Ale wobec widma wielkiej przyszłości wydawało się to tak drobną niedogodnością, że można było na nią nawet nie zwracać uwagi.

Mijały kolejne dekady życia poety, a wraz z nimi niknęła delikatna poświata Słonecznych klarnetów. W skomplikowanych latach 1920-1921 Tyczyna zaczął w wierszach myśleć ostrożnie, starannie obmyślając swoją poetycką twarz, która, tracąc naturalny wyraz, zastygła, skamieniała. Ponadto, zaczynając logicznie myśleć, Tyczyna stawał się przeciętny, mało interesujący.

Potwierdził to właśnie cykl W kosmicznej orkiestrze – naiwna próba sięgnięcia po empirea Słonecznych klarnetów, tyle że na nowym, wykoncypowanym poziomie i w nowych warunkach.

Okazało się, że poeta jest niewystarczająco zakorzeniony w swoim życiowym powołaniu. Przez to zaczął się miotać z kąta w kąt, nigdzie nie znajdując prawdziwej satysfakcji: terytorium istnienia poety było znacznie bardziej ograniczone niż bezgraniczna przestrzeń pomiędzy tymi przeciwstawnymi „wierzchołkami”. Sądzę, że jego wiersze o tematyce narodowej (a przynajmniej niektóre z nich) były jednym z tych wierzchołków, świadczyły o przekraczaniu przez poetę terytorium własnej osobowości, zaś politycznie poprawne wiersze były identycznym przekraczaniem siebie, tyle że w przeciwnym kierunku. Tyczynie udało się pozostać w sobie samym jedynie w pierwszej części tomu Słoneczne klarnety, tomu, który nie podlegał prawom grawitacji. Potem zaczął się sztorm: kilkukrotna rewizja własnego światopoglądu nie tylko nie zbliżała Tyczyny do „właściwej kondycji”, lecz także każdorazowo oddalała go od niego samego, wzmagając ostre poczucie niezadowolenia z siebie i własnej przeszłości, potrzebę ponownego powrotu do własnej przeszłości, napisania jej na nowo, „doprecyzowania” siebie z datą wsteczną, powiedzenia tego, co wcześniej nie zostało wystarczająco jasno i stanowczo powiedziane. Natomiast nawyk stałej samorewizji umożliwił wszystkie późniejsze manipulacje nad jego twórczością. […]

***

Po tragicznej śmierci Majakowskiego zaczęło się pasmo przemilczeń na temat jego twórczości. To wręcz wyglądało jak objęcie go zakazem druku. Natomiast na stanowisko „pierwszego” w rosyjskiej poezji proletariackiej mianowano (zdaje się, że na podstawie rekomendacji Bucharina) Borysa Pasternaka, poetę, który nadawał się do tego dziwacznego stanowiska w jak najmniejszym stopniu. Jedną niezręczność zastąpiono inną. Co prawda, trwało to niedługo: w odpowiedzi na apel grupy moskiewskich pisarzy, Józef Wisarionowicz osobiście wystosował słynny aforyzm stalinowski: „Majakowski był i nadal będzie najlepszym, najzdolniejszym poetą naszej radzieckiej epoki”. Talent został zatwierdzony pieczęcią herbową. Jak pisał Pasternak: „Majakowskiego zaczęli wprowadzać pod przymusem, jak ziemniaki za [carycy] Katarzyny. To była jego druga śmierć. Nie ponosił za to winy”. („Nowyj Mir” 1967, nr 7, s. 231).

Los Tyczyny w wielu aspektach przypomina los Majakowskiego. Jego tak samo wprowadzali pod przymusem w tym samym czasie. Tomik Partia prowadzi wrzucił Tyczynę na taśmę propagandową. Poeta stał się zasłużonym twórcą – to posada państwowa o nieokreślonym przeznaczeniu, coś na kształt ministra bez teki. Interesujące jest jeszcze jedno: oficjalne uznanie przyszło do Majakowskiego już po śmierci fizycznej, natomiast wywindowanie Tyczyny do kanonu – po śmierci duchowej. Mimo woli nasuwa się skojarzenie, że ta epoka potrzebowała jedynie martwych piewców.

Los Tyczyny był zaiste tragiczny.

W historii literatury światowej bodaj nie ma żadnego analogicznego przykładu, by poeta oddał połowę swego życia wysokiej poezji, zaś drugą połowę poświęcił bezlitosnej walce z własnym geniuszem.

Fenomen Tyczyny jest fenomenem epoki. Jego los będzie dawał świadectwo naszym czasom w nie mniejszym stopniu niż okropne opowieści historyków: poeta żył w czasach, które sprowadziły geniusza do funkcji błazna. I poeta przystał na tę rolę.

Podczas natarcia komunizmu na wszystkich frontach poeta ukrył się przed światem, przed narodem w gumowym więzieniu oficjalnej sławy, płacąc za nią śmiercią za życia. Uciął wszelkie żywe kontakty, zastępując je całkowicie oficjalną komunikacją. W tych warunkach poeta mógł jedynie konać, a nie rosnąć. Powietrza docierało do niego co raz mniej, aż poeta w Tyczynie udusił się z braku tlenu.

Poeta umarł, lecz Tyczyna pozostał przy życiu i musiał, już jako urzędnik, pełnić funkcje poetyckie. Zrozumiał już świat i stracił zainteresowanie nim. Ale również tym sztucznym światem trzeba było zachwycać się, choćby nawet na siłę. Talent stał się jego największym wrogiem, z którym niezmiennie należało walczyć, by nie zgrzeszyć.

W straszną epokę stalinowskich represji, jednych pisarzy rozstrzelano, innych wysłano do obozów, jeszcze innych – zgnojono. Tyczynę spotkały represje uznania. Ukaranie sławą – to jedna z najnowszych i najbardziej efektownych form walki ze sztuką.

Kim jesteś, Tyczyno?

Niewątpliwie, jest genialnym poetą. Oraz genialnym błaznem. Bardziej żywy niż żywi, bardziej martwy niż umarli.

Jego tragedia odzwierciedliła tragedię całego narodu. I choćby dlatego jest on częścią historii swojego narodu: „Bo to, co przeżył cały naród – / jest święte, to należy czcić”.

Poeta miał prawo napisać: „Nie czas o różach dzisiaj snuć kantaty / gdy świat się cały nurza jeszcze w złem. / Kiedy poetów rzuca się za kraty / gdy faszystowscy kaci wiodą prym. // Nie sam dla siebie – cały jestem z ludźmi, / i wszystkie wstrząsy czuję, rad-nie rad. / Dlatego kipi ziemia, serce dudni / i cierpi serce tak, jak cały świat”.

Wiek dwudziesty zażądał od twórcy takiego charakteru, który zdolny jest znieść nawet ponadludzkie wysiłki. Tyczyna takiego charakteru nie posiadał. Był zbyt delikatny, jak na ten, być może najokrutniejszy, wiek. I dlatego umarł za życia, gdzieś za dziesięcioma spustami swej ukrytej nadziei, wierząc, że jego śmierć za życia zmieni się kiedyś w żywą nieśmiertelność.

Śmierć fizyczna przyszła do niego później. Odszedł 16 września 1967 roku. Od tej chwili z poety spadł obowiązek ukrywania się przed życiem. Jestem pewien, że przed śmiercią zdał sobie sprawę z tego, czym dla niego była rola grana niemal przez czterdzieści lat. Najwyraźniej, poeta bliski był zrozumienia zarówno reżyserii, jak i scenariusza swej roli w tej tragikomicznej sztuce.

W roku 1965 zanotował: „Od tego jestem, żeby pytać, / nie tylko za słowem się zimnym ukrywać, / nie tylko hasła jakieś odczytać / lecz także dziwić się przecież / dziwić!”.

I tylko Bóg raczy wiedzieć, co miał na myśli poeta, który w tym samym roku zanotował: „Radość, oraz czarne chwile / wszystko będę dzielił z wami. / Wy kochacie Ukrainę, / on przeze mnie jest kochany”.

Los Tyczyny oskarża i jest ostrzeżeniem.

 

Wasyl Stus

 

Literatura:

I Soniaszni kłarnety, Siajwo, Kijów 1918.
II Zamist’ sonetiw i oktaw, Drukar, Kijów 1920.
III Płuh, Drukar, Kijów 1920.
IV Soniaszni kłarnety, Drukar, Kijów 1920
V W kosmicznomu orkestri, Wseukrlitkom, Charków 1921.
VI Witer z Ukrajiny. Poeziji, Czerwonyj szlach, Charków 1924.
VII Izbrannyje stichotworienija, Gosizdat, Charków 1927.
VIII Czernihiw, „Dim”, 1931.
IX Wybrani twory. U 3 tomach, Kijów 1957.
X W serci u moim, Kijów 1957.
XI Wybrani twory. U 3 tomach, Kijów 1946.
XII Leonid Nowyczenko, Poezija i rewolucija, Kijów 1956.
XIII Andrij Nikownowski, Vita nova, Kijów 1919.
XIV M. Zerow, „Witer z Ukraijiny” – tretia knyzka Tyczyny, w: tegoż, Do dżereł, Kijów 1926.
XV M. Stepniak, Do problemy poetyky Tyczyny, „Czerwonyj szlach” nr 5–6/1930, s. 11–12.
XVI P. Tyczyna, Łyst do redakcji (i wid redakcji), „Komunist” 1927, 3 lutego.
XVII L. Smulson, Pawło Tyczyzna, „Literaturana krytyka” nr 1/1938.
XVIII O. Ziłynski, Tyczyna diałektycnzyj, „Dukla” nr 2/1967.
XIX P. Tyczyna, Poezje, Warszawa 1969.
XX S. Aleksiejew, Rewolucyja na Ukrainie. Po memuaram biełych, red. N. Popowa, Gosizdat, Moskwa-Leningrad 1930.
XXI A. Lejtes, M. Jaszek, Desiat’ rokiw ukrajinśkoji literatury, DWU 1928.
XXII Istorija ukrajinskoji literatury, Kijów 1970, t. 6.
XXIII M. Zerow, Ob ukrainskom iskusstwie, w: Knygar’: Litopys ukrajinskoho pyśmennyctwa. Towarystwo „czas u Kyjewi”, cz. 28, 1919, s. 1948–1949.
XXIV Wołodymyr Juryneć, Pawło Tyczyna. Sproba krytycznoji analizy, Knyhospiłka, 1928.
XXV Serhij Mazłach, Wasyl Szachraj, Do chwyli (szczo dijet’sia na Wkrajini iz Ukrajinoju), Wydania saratowśkoho widdiłu narodnoho sekretariatu spraw nacjonalnych, Saratow 1919.
XXVI Lenin ob Ukrajinie, Kijów 1957.
XXVII Serhij Jefremow, Istorija ukrajinśkoho pyśmennyctwa, wyd. czetwerte z odminamy i dodatkaamy, Kijów 1919, t. II. 1970–1971

*Wytłuszczenia pochodzą za ukraińskim wydaniem, prawdopodobnie są to podkreślenia samego autora.

1 Proswita – ukraińska organizacja społeczno-oświatowa, założona we Lwowie w roku 1868, której głównym celem była walka z analfabetyzmem, wspieranie rozwoju świadomości narodowej, prowadzenie działalności wydawniczej i oświatowej (zakładanie bibliotek, czytelni, świetlic, chórów etc.), a także wspieranie ruchu spółdzielczego. [Przyp. tłum.] 2 Mykoła Zerow (1890–1937), ukraiński poeta-neoklasyk, krytyk literacki oraz tłumacz poezji antycznej. W okresie wspomnianej przez Stusa dyskusji literackiej zapoczątkowanej przez artykuł H. Jakowenki O krytykach i krytyce w literaturze, na który jako pierwszy zareagował publikacją Chwylowy, Zerow, popierając stanowisko Chwylowego, opowiadał się za implementowaniem na grunt ukraiński najwybitniejszych osiągnieć tradycji europejskich przy docenieniu i uświadomieniu ukraińskiej tradycji ludowej. W roku 1935 Zerowa aresztowano, oskarżając go o udział w organizacji terrorystycznej. Zesłanego na Sołowki poetę rozstrzelano w roku 1937. [Przyp. tłum.] 3Mykoła Chwylowy (1893–1933), ukraiński poeta i prozaik, jeden z pierwszych twórców ukraińskiej prozy porewolucyjnej. W roku 1926 był współzałożycielem WAPLITE (Wolnej Akademii Literatury Proletariackiej), ugrupowania, które postulowało tworzenie nowej literatury ukraińskiej poprzez przeniesienie na rodzimy grunt najlepszych osiągnięć z literatur europejskich, a do którego należał również Pawło Tyczyna. Popełnił samobójstwo po tym, jak na własne oczy zobaczył skutki sztucznie wywołanego głodu na terenie okręgu połtawskiego. [Przyp. tłum.] 4 O. I. Biłecki pisał: „Żaden «martyrolog rosyjskiego piśmiennictwa» nie może się równać z historią poniewierki i mąk słowa ukraińskiego. I, swoją drogą, na represyjne i ograniczające środki, stosowane niemal przy pełnej obojętności ze strony rosyjskiego «społeczeństwa liberalnego», na pogardliwe nieuznawanie ze strony wpływowych krytyków rosyjskich, literatura ukraińska odpowiadała narodowym zamknięciem i nietolerancją, fanatyzmem niemal sekciarskim. Odwracała się od «języka moskiewskiego» i literatury, nie chcąc przyznać, że często w tamtych czasach stanowiły one dla niej niemal jedyne duże okno na Europę. Zamykała się w wąskim kręgu własnych interesów również poprzez to, że potępiała wszelkie próby własnych pisarzy, by wyjść na szerszą drogę. Prawdziwa «europeizacja» zaczęła się w niej w ostatnich dekadach wieku XIX, ale nie zdążyła się wystarczająco rozwinąć” (VII, s. 14–15).
5 Tłum. M. Jastrun.
6 W antycznej filozofii jest to jedna z górnych warstw nieba, wypełniona ogniem. [Przyp. tłum.] 7 Tłum. M. Jastrun.
8 Tłum. M. Jastrun.
9 Tłum. F. Nieuważny.
10 Hryhorij Skoworoda (1722–1794), ukraiński poeta i filozof, który głosił idee szczęścia jako dążenia do poznania prawdy oraz konieczności wykonywania pracy zgodnej z przeznaczeniem. Stworzył system filozoficzny, będący swoistym połączeniem panteizmu oraz idealizmu. Bractwo Cyryla i Metodego – organizacja, do której należał m.in. koryfeusz literatury ukraińskiej Taras Szewczenko. Założone na przełomie 1845 i 1846 roku, bractwo głosiło potrzebę odrodzenia narodowego w federacji z carską Rosją. Krótkotrwała działalność organizacji okazała znaczący wpływ na rozwój życia kulturalnego oraz literackiego. Mychajło Drahomanow (1841–1895) – ukraiński historyk oraz działacz społeczny. Drahomanow był zwolennikiem przekształcenia Rosji w państwo federacyjne, zakładając, że Ukraina stanie się pełnoprawną częścią takiego organizmu politycznego. [Przyp. tłum.].
11 Tłum. F. Nieuważny.
12 Stus wymienia (celowo z małej litery) nazwiska krytyków, związanych z wspomnianym organem prasowym „Za Markso-Leninśku Krytyku”. [Przyp. tłum.] 13  Swoją drogą, Polacy, publikując w roku 1969 utwory wybrane Tyczyny, przetłumaczyli wszystkie 23 utwory z tego tomiku. Ale Polacy to, ma się rozumieć, nie jest nasz czytelnik. Poza tym, w Polsce, zapewne, nie ma takich zdolnych literaturoznawców jak L. Nowyczenko.
14  Oto co napisał w artykule Ukrainizacja jako środek i element składowy socjalistycznego budownictwa z roku 1927 W. Zatonski: „Ci czerwonoarmiści, którzy nienawidzili Petlurę a wraz z nim wszystko, co ukraińskie, ci, którzy w Kijowie za czasów Murawjowa omal nie rozstrzelali Skrypnyka oraz mnie – to oni, a nie poplecznicy Hruszewskiego budowali Ukrainę Radziecką. Ja też stałem pod ścianą. Uratowałem się przez przypadek. W kieszeni znalazłem mandat popisany przez Lenina. Skrypnyka ktoś rozpoznał, i to go uratowało. Działo się to po powstaniu arsenalskim, obok dwóch tysięcy trupów poniewierających się na ulicach Kijowa. W pracowniach kolejowych trzymała się garstka, która doczekała się odsieczy czerwonoarmistów pod wodzą Murajowa. Byłem tam również ja ze Skrypnykiem. Weszliśmy do miasta: trupy, trupy i krew… Wówczas rozstrzeliwano wszystkich, którzy mieli jakiś związek z Centralną Radą wprost na ulicy. Ale obiektywnie trzeba powiedzieć, że ci, którzy rozstrzeliwali (Murawjowcy), ci też faktycznie budowali Ukrainę”.
15 W roku 1967 powstały następujące wersy: „Nikogo w książce też nie ranię / «Zamiast sonetów i oktaw»”.
16 Jest to również tematyką znacznie późniejszego poematu Obierała matka kartofle, chronologię którego poeta „przesunął” o 6–7 lat wstecz (więcej o tym zob. dalej w tekście).
17 Apokalipsa św. Jana, 11. Przekład według Biblii Tysiąclecia. [Przyp. tłum.] 18 Por. wersy z utworu z roku 1965: „Bo to, co przeżył cały naród – / jest święte, to należy czcić”.
19 Dmytro Doncow (1883–1943), ukraiński pisarz oraz działacz polityczny, twórca koncepcji nacjonalizmu ukraińskiego, przejętej następnie przez organizację OUN.
20 W Odrodzeniu narodowym Wołodymyr Wynnyczenko wspomina: „Przez osiem dni podróżowałem z żołnierzami, chłopami, robotnikami, stale zmieniając towarzyszy podróży po licznych przesiadkach. Miałem zatem okazje zobaczyć w tych dniach w przekroju różnych warstw nastroje społeczne… Wówczas nie bardzo już wierzyłem w życzliwość ludu względem Centralnej Rady, ale nigdy nie sądziłem, że mogła w tym być taka nienawiść. Zwłaszcza wśród żołnierzy, a szczególnie tych, którzy nawet po rosyjsku nie mogli się wysłowić, jedynie po ukraińsku… Z jaką zniewagą, złością, z jakim mściwym szyderstwem mówili oni o Centralnej Radzie, o sekretarzach generalnych, o ich polityce. Ale co było w tym szczególnie trudne i okropne, to to, jak przy okazji wyśmiewali oni wszystko, co ukraińskie: język, pieśni, szkołę, gazetę, książkę ukraińską”.
21 Ów, jak to określił Nowyczenko „błyskotliwy pamflet” Tyczyny byłby jeszcze bardziej błyskotliwy, gdyby szereg jego ustępów nie przeczyło prawdzie historycznej. Oto, co mówił W. Zatonski, występując na X Zjeździe RKP(b). było to w roku 1921, można zatem w ten sposób podsumować całe doświadczenie rewolucyjne na Ukrainie: „Ruch narodowy najpewniej został wywołany przez rewolucję. Nie zauważyliśmy tego, zdecydowanie przegapiliśmy, i to należy jasno powiedzieć. To stanowiło kolosalny błąd Partii Komunistycznej, działającej w Ukrainie”. I dalej: „Rewolucja obudziła ruch kulturalny, obudziła szeroko zakrojony ruch narodowy, a my nie zdołaliśmy ukierunkować tego ruchu narodowego, przegapiliśmy go, więc potoczył się całkowicie w kierunku, jaki nadała mu miejscowa inteligencja drobnej burżuazji oraz kułactwo. Trzeba powiedzieć to jasno! To był nasz kolosalny błąd! (Diesiatyj sjezd RKP(b). Stienograficzeskij otcziot, Moskwa 1963, s. 202–203).

Tłumaczenie na podstawie oryginału Wasyl Stus, Wybrani twory. Seria „Szistdesiatnyky”, do druku ułożył Dmytro Stus, wyd. Smołoskyp, Kijów 2012.
Redakcja składa podziękowania Dmytro Stusowi za zgodę na publikację.

 

Kultura Enter
2020/03 nr 95–96

Wasyl Stus ok. 1968/69, fot. DS, domena publiczna.

Pavlo Tyczyna. Ze zbiorów «Фотография «Красная летопись» - НА НХМУ, domena publiczna.