Strona główna/ESEJ. Na północ i w przeszłość

ESEJ. Na północ i w przeszłość

ESEJ. Na północ i w przeszłość
Dawid Szkoła

„A na dworze pachnie miesiącem elul. I w duszy snuje się cień elulu. Tęskno – ckni się za domem”1 – pisał Szołem Alejchem. Jadę przed siebie, prosto na północ, chociaż wolałbym na południe albo na zachód. Zbliża się żydowski koniec roku, w Rosz Haszana rozstrzyga się los wszystkich żyjących. Wtedy Bóg wpisuje do Księgi Życia wyrok dotyczący każdego człowieka, a kilka dni później, w Jom Kippur, kładzie na nią pieczęć. Nie można wtedy już nic zmienić, jedni dostają w zastaw cały kolejny rok, inni – mniej. To strasznie dni, należy wtedy żyć jak najlepiej, aby pokazać Bogu, że jeszcze zasługuje się na to, by z innymi ocalonymi podziwiać wszystkie cztery pory roku. A ja siedzę w marszrutce i jadę z Buczacza do Dubna przez Czortków, Tarnopol i Krzemieniec.

Na każdym z dworców toczy się życie. Młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety, wszyscy dokądś jadą, o czymś rozmawiają, noszą torby wypchane pakunkami i pchają wózki z dziećmi. I ja wraz z nimi wysiadam, wsiadam, patrzę przez okno, wdycham kurz i się pocę. Każdemu z nich chciałbym poświęcić jedno zdanie i opisać wszystkie mijane mieściny. Wspomnieć, odnotować, też mieć udział w Księdze Życia. Mam nadzieję, że może moją pracą przypodobam się Najwyższemu Skrybie na tyle, aby dał mi szansę na przeżycie następnych trzystu sześćdziesięciu pięciu dni. Jednak w rzeczywistości nie przejmuję się tym strasznym czasem, jestem zadowolony i nie odmawiam żadnych modlitw, bo ich nie znam. Kiedy niewyspany stoję na dworcu w Czortkowie, wspominam dobre chwile spędzone w tym mieście i ogarnia mnie radość. Wyciągam nogi na ławce i wygrzewam się jak najedzony kocur. Mruczę swoje frywolne piosenki. Pomimo zmęczenia mam ochotę na jeszcze więcej życia. Dziś jestem nienasycony. Wsiadam do marszrutki i patrzę przez okno na wrześniowe pola. Jest schyłek lata i piszę to oszczerstwo na siebie, a zarazem psalm pochwalny na cześć istnienia. Bez instynktu zła instynkt dobra nie miałby co robić. Bóg swoje, my swoje.

W Tarnopolu na dworcu spotykam grupę Polaków. Słyszę te same powtarzane od lata hasła: ale ruina, jakby to była Polska… ale ładne dziewczyny, kiedyś tu będzie Polska… ale tu tanio i ten alkohol… Boże, coś Polskę. Rzygać się chce. Na szczęście trafiam na szybką przesiadkę i jadę dalej. Robi się coraz bardziej upalnie, chociaż do południa jeszcze paręnaście minut. Co jakiś czas przystajemy, aby zabrać kolejnych ludzi albo na krótką przerwę. Na każdym dworcu to samo. Życie wręcz tętni i pulsuje w głowie, ludzie nie chcą umierać, pościć i się zamartwiać, ale tworzyć rodziny, cieszyć się i pracować. Widzę to doskonale w taki dzień jak dziś, kiedy obserwuję twarze współpasażerów i osób mijanych na przystankach. Księga Życia, zapisywana od tysiącleci, pełna jest tych samych uczuć bez względu na miejsce i czas urodzenia ludzi, którzy ich doznają. I ja też bym wolał pisać o teraźniejszości niż o przeszłości, o istnieniu, a nie o nicości i – koniec końców – o wielości w jedności, ale ciągle napotykam podziały i rozdzielenie. Ta ogromna przestrzeń, którą mijam, pozwala na koegzystencję różnic, ale teraz są one jednak wyłącznie geologiczne.

Snuje się we mnie ten miesiąc elul, raz za czymś tęsknię, innym razem odczuwam szczęście, na jednym przystanku czegoś mi brakuje, a na kolejnym oglądam świat z podziwem. Myślę o domu, ale – paradoksalnie – jadę na północ. Hamuje mnie zmęczenie, ale chcę żyć. I tak w kółko. Raz wierzę, raz nie wierzę. Pokonuję kolejne kilometry i nie mogę się napatrzeć na tę galicyjską ziemię, która co parę minut tak bardzo się zmienia. Myślę o strasznych dniach, ale marzę o zimnym piwie. I tak się chwieję pomiędzy tymi skrajnościami, aż w końcu docieram na Wołyń. W Krzemieńcu wysiadam pod byłym zespołem klasztornym ojców jezuitów, gdzie kiedyś było liceum. Teraz jest tam cerkiew i – z tego, co zdążyłem zauważyć – pewnego rodzaju szkoła artystyczna. Mijam okropny pomnik żołnierza radzieckiego i wchodzę na dziedziniec pomiędzy budynkami. Wszędzie spacerują młodzi ludzie: roześmiani i szczęśliwi z powodu tej końcówki kalendarzowego lata. Z okien gra muzyka, młoda kobieta (przecież już nie dziewczyna) maluje coś w zeszycie. Jak tu myśleć o śmierci, kiedy wokół jest tyle życia?

Przysiadam w pierwszym lepszym miejscu i oglądam cały ten dziwaczny świat. Już sam nie wiem, co myśleć. Otępiały, palę papierosa i wsłuchuję się w kakofonię dźwięków dobiegających z okien. Oglądam twarze tych młodych ludzi, którzy właśnie stawiają swoje pierwsze kroki w dorosłości. Nie zazdroszczę im, ale patrzę na nich z pewną nostalgią; wszystko, co dobre i złe, jest jeszcze przed nimi. To wyjątkowy stan, kiedy życie rozpościera się przed człowiekiem, zapowiadając wszystko, ale nie wiadomo co konkretnie. Za kilka lat prawie żadne z nich nie będzie pamiętało tego dnia ani samych siebie w tej godzinie. A są ich tutaj dziesiątki, spacerują, uczą się, gaworzą, piękniejsi niż te mury.

Wstaję i snuję się jeszcze wśród nich od budynku do budynku, aż w końcu ląduję w barze obok. Powyżej stoi dom Słowackiego. Ja jednak zamawiam kwas chlebowy i odpoczywam. Próbuję pozbierać myśli, ale to na nic. To jeden z tych dni, kiedy pragnie się świętości i rozkoszy, pijaństwa i modlitwy. Niewiele jestem na to w stanie poradzić. Przejechałem kilkadziesiąt dobrych kilometrów w poszukiwaniu sam nie wiem czego i teraz nie mam pojęcia, co dalej robić. Łatwiej mi myśleć o przeszłości niż o teraźniejszości, mówić o tym, co było, niż jest. Czegoś mi brakuje.

***
Nie mam słów, aby opowiedzieć tę chwilę, kiedy siedziałem w barze, paliłem kolejnego papierosa i zostałem zaczepiony przez bełkoczącego pijaka, która mówił swoje niezrozumiałe litanie, patrząc mi prosto w oczy. Aby go odgonić, wstałem i przeszedłem się z nim kawałek w stronę ulicy. Pokazałem mu zamek i zapytałem, jak tam dotrzeć. Nie chciałem nic zwiedzać, ale wydawało mi się, że to jedyny sposób, by wyprowadzić faceta z baru i wrócić spokojnie do stolika. Wtedy on przetrzeźwiał i zaczął mi opowiadać swoją historię. Długo by można na ten temat. Po piątym pożegnaniu, kiedy nie odchodził, w końcu zapytał mnie o imię i nazwisko. Przedstawiłem się, a on wtedy też podał swoje nazwisko, na końcu dodając jewrej. Prawie ostatni w tym mieście. Nie ma już synagogi, kirkut zaniedbany, wie, gdzie dochodziło do rozstrzeliwań. Kiedy to mówił, zaczął płakać. Może ma pokazać, może chcę przejść się wspólnie, pogadać – proponował. Ale nie mogłem, nie chciałem, to było już za wiele. Za dużo widziałem i wiedziałem. Tego dnia nie miałem już sił na takie rzeczy. Rozeszliśmy się każdy w swoją stronę.

Poszedłem złapać transport na dworzec autobusowy w Krzemieńcu. Po drodze zobaczyłem park, do którego wejścia strzegł najpewniej Szewczenko. Kupiłem piwo i usiadłem na ławce w cieniu. Za mną stał stary, zardzewiały diabelski młyn. Słońce już zachodziło, przez co wyglądał jeszcze bardziej złowrogo, ale zarazem pięknie. Przez korony drzew docierało jeszcze do niego kilka promieni. Rozpadał się, typowa pamiątka po dawnych czasach, mówiąca całą sobą prawdę o przeszłości, że lepsze jutro zdarzyło się wczoraj. Po lewej widoczny był niewielki i też zdewastowany amfiteatr. Kilka siedzeń i mała scena, a na niej – mnóstwo młodych ludzi. Śmiali się głośno, a kompletnie pijany stary Żyd szedł gdzieś tam w swoją stronę, chociaż chciał mi tyle powiedzieć.

Na dworcu w Krzemieńcu kończył się dzień targowy. Pomiędzy autobusami szwendały się bezpańskie psy. Na ławkach siedziało niewiele osób – podróżnych czy mieszkańców. Wszystkie budki z towarem były już zamknięte. Tylko jedna kobieta chowała kwiaty do swojego sklepiku. A ja patrzyłem na budynek przede mną, gdzie kiedyś stała synagoga. Odbudowana zaraz po wojnie, zmieniła się w dworzec. Komu niby miała być potrzebna żydowska świątynia zaraz po drugiej wojnie światowej w tym pasie ziemi granicznej? Podróżni zawsze będą jeździć z miejsca na miejsce. Żydów już prawie nie ma. Na początku lipca 1941 ich historia się skończyła. Wpierw był pogrom zorganizowany przez Ukraińców, a później zmechanizowana śmierć zgotowana przez Niemców. Po tym wszystkim w Krzemieńcu zostało ich podobno dwóch. Jednego widziałem kilkadziesiąt minut wcześniej. A potem, w ten piękny dzień, przyglądałem się budynkowi synagogi, za którym zachodziło słońce. Stojące za nim budki, opustoszałe i zamknięte, tworzyły wyblakłożółty labirynt. Kilkanaście osób czekało na marszrutkę do Dubna. Jakiś mężczyzna zaczepiał wszystkich podróżnych. Mnie powiedział, że tędy przejeżdża autobus prosto do Wrocławia.

W środku dworca panowały całkowita cisza i spokój. Znudzona pani w okienku nawet nie zwróciła uwagi, że wszedłem. Pokręciłem się po hali, samemu nie wiedząc, czego w tym budynku szukam. Tak jak nie wiedziałem też, czemu służą moje podróże. Nie lubię zwiedzać. Na dłuższą metę też mnie to męczy. Co chciałem tam ujrzeć? Co miałem nadzieję zobaczyć, kiedy spacerowałem po podobnych miasteczkach? Synagogi zmienione w dworce? Rozwalone cmentarze? Puste przestrzenie, elementy rozpadu? Czy tego potrzebowałem, skoro na takie miejsca, chcąc nie chcąc, ciągle trafiałem? Nie wybierałem atrakcji turystycznych, nie chodziłem w znane rejony, raczej kręciłem się bez sensu po brzydkich blokowiskach, niszczejących stacjach i bocznych uliczkach. Widziałem tych umęczonych ludzi, próbujących jakoś utrzymać się na powierzchni, ale też obserwowałem ślady przeszłości, które często były skrupulatnie ukrywane. Ale czy tego szukałem?

***
Do Dubna wjeżdżałem już po zachodzie słońca. Na pierwszy rzut oka było przykładem długoletniego rozkładu. W czasie powstania Chmielnickiego wszystkich tutejszych Żydów zamordowano. Kiedy miasto znalazło się pod zaborem rosyjskim, zostało jakby zapomniane. Podczas pierwszej wojny światowej, jak wiele miejscowości przygranicznych, przechodziło z rąk do rąk. Odbiło się to na jego zabudowie, ale też na tutejszej społeczności. Pogromy były czymś sezonowym jak wylewy rzek. W okresie wojny polsko-bolszewickiej tędy też przechodził front. Izaak Babel, marny budionnowiec, dość szczegółowo opisał wydarzenia, które w tych okolicach się rozgrywały: „Dubno parokrotnie przechodziło z rąk do rąk. Nasi, jak się zdaje, nie grabili. A teraz wszyscy znowu drżą i znów upokorzenie i wrogość do Polaków, bo wyrywali brody. Mąż – czy będzie wolno handlować, kupić cokolwiek i zaraz sprzedać, nie żeby na spekulację. Mówię, że będzie wolno, że będzie lepiej, to moja zwykła metoda, że w Rosji wspaniałe zmiany – ekspresy, bezpłatne żywienie dzieci, teatry, międzynarodówka. Słuchają z zachwytem i niedowierzaniem. A ja myślę sobie – będziecie mieli swoje niebo całe w diamentach, wszystko będzie wywrócone na nice, wszystkich wyobraca i któryż to już raz mi żal”2. Kilkanaście lat później został zamordowany przez stalinowskich siepaczy. Widział, że żołnierze radzieccy nie przynoszą tutejszej ludności żadnego wyzwolenia. Dlatego zastanawiał się: „Kim są nasi Kozacy? Warstwy: pazerność, zawadiactwo, fachowość, rewolucyjny zapał, zwierzęce okrucieństwo. Jesteśmy awangardą, ale czego? Ludność miejscowa oczekuje wyzwolicieli, Żydzi – swobód, a tu przyjeżdżają Kubańcy…”3.

Wszystkie wojska, które przechodziły przez Dubno na przestrzeni ostatnich stuleci, były jedynie awangardą niosącą nieszczęście i niesprawiedliwość. Za patriotyzmem i ideałami żołnierze ukrywali często nienawiść i chęć zadawania cierpienia. W żadnych szkołach nie uczą tej części historii. Jedni dobrzy, drudzy źli, tak sobie myślimy, a przecież to była „Ta sama nienawiść, ci sami Kozacy, ta sama srogość, a, prawda, wojska są przecież odmienne – ale to brednie. Życie tych miasteczek. Nie ma dla nich ratunku. Wszystko idzie w ruinę – Polacy też nie dali im spokoju. Dziewczęta i kobiety ledwo powłóczą nogami”4 – czytamy w dziennikach Babla. Czy trzeba coś więcej dopowiadać? Nieważne, czy tędy szli biali czy czerwoni, Polacy, Ukraińcy czy Rosjanie. Żydowskie miasteczka po raz kolejny zostały najechane, a ich ludność torturowano. Gwałcono, zabijano i upokarzano niewinnych ludzi pod każdą flagą. Podobnie było podczas pierwszej wojny światowej czy wojny polsko-ukraińskiej. Nie trzeba dużo wyobraźni, aby zrozumieć, jak diabelski teatr się tutaj odbywał. Wystarczą te opisy Babla. Komarów: „Wczoraj byli tu Kozacy esauła Jakowlewa. Urządzili pogrom. Rodzina Dawida Zysa. W mieszkaniu leży starzec o wyglądzie proroka, nagi, chrypiący astmatycznie, starucha z rozpłatanym gardłem, dziecko z odrąbanymi palcami, niektórzy jeszcze dyszą, słodkawy i mdlący odór krwi, wszystko splądrowane, chaos, matka nad zarżniętym synem, zgięta w kabłąk staruszka, cztery trupy w szopie, krew pod czarną brodą, pławią się we krwi. […] Rabin ukrył się, po jego domu też buszowali, aż do wieczora nie wychylał się z dziury. Piętnaścioro zabitych: 70-letni Icek Galer, Dawid Zys – 45-letni szames, jego żona i 15-letnia córka, Dawid Trost, rzezak, jego żonę zgwałcono”5. Beresteczko: „Nienawiść do Polaków jest powszechna. Grabili, torturowali, dźgali aptekarza rozpalonym żelazem, igły pod paznokcie, wyrywali włosy, wszystko dlatego, że ktoś strzelał do polskiego oficera – co za idiotyzm. Polacy musieli zwariować, sami siebie tym gubią”6.

Polacy wcale nie zwariowali, dali się tylko ponieść, jak większość armii, jądru ciemności, które istnieje w ludzkich duszach. Kiedy powstaje przyzwolenie na mordowanie drugiego człowieka, odnalezienie wroga okazuje się bardzo łatwe. Ten prawdziwy, tworzący inną armię, jest zwykle niebezpieczny, oddalony, okopany. A w miasteczku znajduje się cała gromada niewinnych ludzi, których można oskarżyć o każde przewinienie. Żyd bankier, Żyd komunista, za bardzo się asymiluje albo oddziela się gettem, za uczony albo za głupi, za bogaty albo za biedny. Tak można w kółko. „Korzeni problemu nie należy szukać w kształcie nosa, ale w prawdziwej potrzebie pogromów, jaką odczuwa człowiek”7 – jak słusznie zauważył Ernesto Sábato. Reszta jest tylko wymówką. Czasami ludzkość musi, nawet na własną zgubę, nawet stojąc nad przepaścią, unurzać się w krwi niewinnych.

Siedziałem na murku pod hotelem i piłem piwo. Przede mną ciągnął się rząd paskudnej radzieckiej zabudowy. Obok znajdowało się centrum handlowe, przy którym młodzi jeździli na rowerach i rozprawiali o ważnych sprawach. Myśleli tylko o przyjemnościach, jak ja rano, kiedy wygrzewałem się w Czortkowie. Po jakimś czasie jednak rozjechali się każdy w swoją stronę. Ja też zrobiłem krótką rundkę po centrum, gdzie jeszcze parę osób siedziało przy alkoholu w pobliskim namiocie i na okolicznych ławkach. Z ciemności wyłaniał się i straszył ciut za duży pomnik mężczyzny na koniu: czy był to Daniel Halicki, czy może zwykły kozak, nie pamiętam. Pochodziłem jeszcze trochę po uliczkach, kierując się w swoim mniemaniu na zachód. Prawie nikogo nie spotkałem. Z nicości nie wyłaniały się żadne ślady przeszłości. Spacerowałem po kompletnie innym mieście niż Babel, chociaż on też przecież był przerażony rozkładem i historią niszczącą to dziedzictwo. „Dubieńskie synagogi. Wszystko – pisał – porozwalane. Ocalały dwie malutkie kapliczki, stuletnie, dwie małe izdebki, po brzegi pełne wspomnień, obok cztery bożnice, za nimi pastwisko, pola i zachodzące słońce. Bożnice niskie, stareńkie, zielone i granatowe domki; chasydzka ma wnętrze bez śladu architektury. Idę do chasydzkiej. Piątek. Jakie pokraczne postacie, jakie wynędzniałe twarze, zmartwychwstało przede mną wszystko, co tu się działo przez trzysta lat […]. Budynek bez żadnych ozdób, wszystko białe i gładkie do granic ascezy, wszystko bezcielesne, monstrualnie bezkrwiste; aby pojąć, trzeba mieć żydowską duszę. A w czym dusza się gnieździ? Jakże to, właśnie w naszym stuleciu ma przyjść na to zagłada?”8. Autor Dziennika 1920 nie spodziewał się chyba, jak bardzo jego słowa będą profetyczne.

Wiele nieszczęść przez ostatnie stulecie przewaliło się przez to miasto. Niespecjalnie nawet chciałem o tym myśleć w te straszne dni. Dlatego, kiedy tylko zobaczyłem oświetlony bar po prawej stronie głównej ulicy, skierowałem się w jego stronę. Na zewnątrz z powodu chłodów nie siedział już nikt. W środku również nie było prawie nikogo. Wzdłuż pierwszego pomieszczenia stały samotne stoły do bilarda. W drugim młody mężczyzna puszczał z konsolety techno, ale chyba tylko dla duchów, bo sala świeciła pustką. On jednak miał to za nic, wczuwał się, trzymając jedną ręką słuchawki przy głowie, a drugą operując przy sprzęcie do miksowania muzyki. Wyszedłem na zewnątrz. Kelnerka przyniosła mi pełen kufel i pochwaliła mnie po polsku za mój ukraiński. Okazało się, że kilka lat pracowała w Grudziądzu. Piwo było stanowczo za słodkie. Noc za zimna. Postanowiłem wrócić do hotelu. W pobliskim supermarkecie nie sprzedawano już jednak alkoholu; to, co wypiłem, okazało się jedynie kroplą w morzu potrzeb. Musiałem znowu cofnąć się do centrum. Przy sklepie zauważyłem zarys rozpadającej się synagogi. Kiedyś musiała być ogromna. Ogrodzona z każdej strony, wyglądała jak fortyfikacja. Okrążyłem ją dwukrotnie, przeszedłszy przez otwartą bramkę, a w myślach bełkotałem pijackie słowa, których dzisiaj już nie pamiętam. Wszystko jednak wydawało mi się dziwnie poplątane, a zarazem jasne: przeszłość odeszła na zawsze i wiele zostało stracone. Ciemność, o wiele groźniejsza niż ta aktualnie panująca nad miastem, w ostatnim stuleciu nie brała tutaj jeńców. Niszczyła wszystko, co spotkała na swojej drodze: narody, zwykłych ludzi, budynki i tradycję.

Rano wstałem z planem kontynuowania drogi, którą przebywał Babel. Po smacznej kawie i godzinnym przyglądaniu się ludziom w centrum postanowiłem pójść na dworzec autobusowy i pojechać do Brodów. Znowu po prawej minąłem bar, gdzie wczoraj piłem niesmaczne piwo, Bramę Łucką, przed którą stała bardzo ładna cerkiew, oraz kilka sklepów. Wokół kręcili się ludzie targający zakupy. Słowem – normalny dzień. Autobus miałem dopiero za kilkanaście minut, więc poszedłem na pobliski targ. Handlowano tutaj ubraniami i produktami rolnymi, skórami królików i szczeniakami, widziałem też rowery na sprzedaż i stare monety, a nieopodal stał zniszczony żydowski cmentarz. Na niewielkim dworcu z kolei panował okropny ścisk. Wszyscy dokądś zmierzali – znowu: Tarnopol, Czerniowce, Równe i tak dalej. A ja do Brodów, tej Jerozolimy Austro-Węgier, miejsca narodzin Josepha Rotha, jednego z największych pisarzy języka niemieckiego, galicyjskiego Żyda, który zmarł w odpowiednim momencie.
„O świcie Brody, okropność, wszędzie – pisał Babel – drut kolczasty, opalone kominy, anemiczne miasto, domy bez wyrazu, powiadają, że tu pełno towarów, nasi nie przepuszczą, tu były fabryki, rosyjski cmentarz wojskowy i naprawdę bezimienne, samotne krzyże na mogiłach rosyjskich żołnierzy. Całkiem biała droga, wyrąbane lasy, wszystko do góry dnem. Galicjanie na drogach, austriacka zagroda, boso, ale z fajkami, co jest w tych twarzach, jakaś tajemnica znikomości, powszedniości, pokory”9. W Galicji to znamy: świadomość znikomości, ale też wymogów codzienności jest nam bliska. Widać to od razu w Brodach, gdzie obok siebie stoją dworzec autobusowy i kolejowy, ten ostatni przepiękny, Franciszek Józef byłby dumny, ten pierwszy – zwyczajny, chwilowy, kilka sklepów tworzących literę L. Otoczenie wygląda dziwnie, ale też chwilowo, jak wszystko, co się robi w życiu.
Nic już nie jest takie jak za czasów Babla i Rotha. Autor Hioba opuszczał to miasteczko przed pierwszą wojną światową, kiedy powoli sztetl zmieniał się nie do poznania, ale jeszcze przez historię nie został skazany na zagładę. Babel już widział jej pierwsze przebłyski. Dwóch Żydów, jakże do siebie podobnych, z dwóch różnych światów, urodzonych w lecie 1894 roku, zmarłych w tragicznych okolicznościach, widzących rozpad wszystkiego, co kochali – przemierzało ulice tego samego miasta w innym czasie. Obydwaj widzieli sztetl, biedną mieścinę zamieszkaną przez dziwnych ludzi mówiących w różnych językach i niezbyt przejmujących się swoją narodowością.

„Miasteczko – pisał Roth o Brodach – położone jest na płaskim terenie, nie ogranicza go góra, las ani rzeka. Rozlewa się po równinie. Zaczyna się małymi chatkami i na nich się kończy. Chatki ustępują miejsca domom. Wtedy pojawiają się ulice. Jedna biegnie z południa na północ, druga ze wschodu na zachód. Tam gdzie się krzyżują, leży plac targowy. Na krańcu ulicy północno-południowej leży dworzec. […] Miasteczko liczy osiemnaście tysięcy mieszkańców, w tym piętnaście tysięcy Żydów. Wśród trzech tysięcy chrześcijan jest około stu handlarzy i kupców, ponadto stu urzędników, jeden notariusz, jeden lekarz okręgowy i ośmiu policjantów. W sumie w miasteczku jest dziesięciu policjantów. Ale dwaj, o dziwo, są Żydami”10. Z kolei na Bablu, wychowanym w słonecznej Odessie, Galicja ostatnich dni sierpnia 1920 roku robiła przygnębiające wrażenie. Tak samo Brody. „Miasto w ruinie, do szczętu. Niezwykle ciekawe miasto. Polska kultura. Stara, zamożna, osobliwa żydowska osada. Te okropne bazary, karzełki w kapotach, kapoty i pejsy, zgrzybiali starcy. Ulica Szkolna, dziewięć synagog, architektura [nieczytelne], szames, Żyd brodaty i gadatliwy – niech już będzie pokój, żeby tylko był handel, prawi mi o rozgrabieniu miasta przez Kozaków i o upokorzeniach, jakich nie szczędzili Polacy. Wspaniała synagoga, co za szczęście, że mamy przynajmniej trochę starych kamieni. To miasto europejskie, to Galicja, trzeba opisać”11 – czytamy w jego dzienniku. „Nieznośny smutek, ludzie, ludzkie dusze, wszystko zdławione” – dodaje po chwili Babel. I jeszcze: „Nie sposób zapomnieć Brodów i tych mizeraków, i fryzjerów, i Żydów nie z tej ziemi, i Kozaków na ulicach”12.

Dla mnie ten świat jest już absolutnie obcy. Nic z niego nie zostało. Może pojedyncze ślady i puste przestrzenie. W Brodach jeszcze resztki synagogi, kompletna ruina, trzyma się po galicyjsku – byle jak, na słowo honoru, oparta na jednej ścianie, bo inne już prawie całkiem się rozpadły, albo tylko do połowy. Stary dobry widok z wielu tutejszych miast. Jednak ja też nie mogę zapomnieć Brodów, tego miasta wiecznie leżącego na granicy państw, zapomnienia i istnienia.

Od synagogi prostą drogą, skręciwszy na targ, doszedłem do rynku i ulicy Złotej. Tutaj w 1920 roku Babel był zachwycony księgarnią, w której inni bolszewicy z komisji do spraw łupów grabili, co popadło. „Całe to wojactwo – aksamit na czapkach, gwałty, czupryny, bitwy, rewolucja i syfilis. Galicja zarażona jest na wskroś”13 – pisał o swoich współtowarzyszach. Na Złotej znalazłem jedną albo dwie księgarnie, ale trudno powiedzieć, czy to właśnie one były świadkami tych wydarzeń. Na pewno mury wokół widziały wiele różnych armii i ludzi przemierzających tę ulicę. Były świadkami dorastania Josepha Rotha – tego idealnego obywatela Austro-Węgier, galicyjskiego Żyda, który opisał dzieło życia Franciszka Józefa. Monarchia się rozpadała, podobnie jak życie Rotha, przez marnotrawienie własnych możliwości i umiejętności dla pewnego stylu życia. Autor Hioba nie żył boso, ale w ostrogach, lecz boso, ale z kieliszkiem koniaku Hennessy w dłoni. Również jego ukochany kraj nie umiał wykorzystać swoich zalet, lecz trwonił je w wiedeńskim spleenie, romansach i politykierstwie. Dlatego pewnego dnia przestał istnieć. Utracił wszystko, co w nim najlepsze – swoje obrzeża. W tym ostatnią wschodnią placówkę monarchii, Brody, które na chwilę zdobyli czerwonoarmiści. Wśród nich był Babel, który ostatecznie też stracił wszystko, to znaczy życie – jako ofiara wielkiej czystki. Kraj, któremu służył i poświęcił dorosłe lata, wydał na niego wyrok.
Brody nie są już Jerozolimą Galicji. Nadal stoi tu ogromny i zaniedbany kirkut, który jednak – jeśli wszystko będzie się działo zgodnie z logiką czasu – zostanie pochłonięty przez ziemię. Nie ma przede wszystkim Żydów, którzy mogliby tam chodzić, aby czcić pamięć o swoich bliskich. Synagoga prawdopodobnie rozpadnie się przy mocniejszym podmuchu wiatru, o ile jeszcze się nie rozsypała. Przez ostatnie stulecie zresztą ta ziemia przyjęła miliony istnień. Gdziekolwiek stanąć w Brodach, można mieć pewność, że jest się w miejscu pamięci. To przerażające. Wszędzie rozkład i nicość. „W Galicji jest nieznośnie ponuro, rozwalone kościoły, krzyże, chmurne niebo, przygnębieni, nieporadni, mizerni mieszkańcy. Są żałośni w tym swoim przyzwyczajeniu do mordów, do żołnierzy, do chaosu; stateczne, ruskie, zapłakane baby, rozorane drogi, niskie zboża, brak słońca, księża w szerokoskrzydłych kapeluszach – bez świątyń. Jak mierżą ci wszyscy od przebudowy życia. Czy Słowianie są nawozem historii?”14 – pytał Babel. Galicjanie – Ukraińcy, Żydzi, Polacy i inni – bez wątpienia takim nawozem byli. Jednak nic wyjątkowego na tych wspólnych ziemiach Galicji czy jak kto woli Haliczyny nie wyrosło. Co było, minęło i już nie wróci. Pozostała jedynie pamięć, ale ona też się zmienia, staje się częścią historii, więc ideologii. Toteż przekłamuje rzeczywistość i wykorzystuje ją do własnych niecnych celów.

„Wszystko to – zanotował pisarz w lipcu 1920 roku – jest niewymownie smutne, i ci zdziczali żałośni Galicjanie, i zburzone synagogi, i to miałkie bytowanie na tle strasznych wydarzeń; do nas docierają tylko odblaski”15. Do mnie, do nas, nie docierają już nawet te odblaski. To też jest smutne. Wróciłem więc na dworzec i usiadłem w tamtejszym barze, aby wdycha zapach września. Ckniło mi się nie wiadomo za czym. Miesiąc elul leniwie płynął i gdzieś tam na górze zapadały wyroki na ludzi. A ja miałem wrażenie, że ta skrwawiona i obciążona ziemia przyjęła ich aż za wielu.

Dawid Szkoła

Literatura:
Szolem Alejchem, Notatki komiwojażera, przeł. Jakub Appenszlak, Kraków–Budapeszt 2015.
Izaak Babel, Dzieła zebrane, przeł. Jerzy Pomianowski, Warszawa 2012.
Joseph Roth, Żydzi na tułaczce, przeł. Magdalena Łukasiewicz, Kraków–Budapeszt 2017.

Dawid Szkoła – ur. 1985 r. w Rzeszowie. Pochodzi z miejscowości Zgłobień. Ukończył kierunek Dziennikarstwo i Komunikacja Społeczna na Uniwersytecie Wrocławskim. Doktor nauk humanistycznych. Wydał dotychczas książki eseistyczne: Eseje (2015); Ciemno, coraz ciemniej (2017). Drukował swoje teksty m.in. w takich czasopismach jak: „Twórczość”, „Odra”, „Więź”, „eleWator” czy „Rita Baum”. Pisał też dla „Laboratorium Więzi, Przekroj.pl, Action-Mag.
Fot. Maria Hoin, Lwów.

Fot. Maria Hoin, Lwów.