Strona główna/ESEJ. Poleski genius loci

ESEJ. Poleski genius loci

Poleski genius loci*
Jadwiga Mizińska

1.

„Poetycko człowiek żyje na tej ziemi” – słowa wielkiego poety, żyjącego na przełomie XVIII i XIX stulecia, Fryderyka Holderlina, fascynują i niepokoją. Poetyczność jest przeciwieństwem prozaiczności. Proza życia kojarzy się z praktycznością, użytecznością, korzyściami i interesami. Poetyczność, na odwrót, z bezinteresownością, z fascynacją bogactwem świata, z duchowością.

Fizycy wymyślili abstrakcyjną figurę „płaszczaka”, wyimaginowaną istotę przylegającą do płaszczyzny, która nie potrafi wychylić się poza drugi wymiar. Co więcej, wymiar trzeci, czwarty, wreszcie wielowymiarowość pozostają poza zdolnością pojmowania „płaszczaka”. Homo sapiens, myśląca trzcina, ma postać wyprostowaną z twarzą zwróconą przed siebie i oczyma skierowanymi w górę, tak, by mógł widzieć to, co Immanuel Kant: „niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”.

Człowiek to byt transcendentny, wpatrzony w cały Wszechświat, ale zakorzeniony w ziemi. Wszechświat inspiruje, człowiek ogląda zarazem Kosmos, jak i ludzkiego mikrokosmos. Tam ma ulokowane „korzenie nieba”, łączące go z korzeniami ziemi.

2.

Pytanie o miejsce powinno brzmieć: „gdzie to jest”? Tymczasem jeden z przypadków deklinacji nosi nazwę miejscownik i odpowiada na pytanie: „o kim? o czym?”. Jak uzgodnić etymologię słów: „miejsce” oraz „miejscownik” z treścią pytań: „gdzie” oraz „o kim? o czym?”.

Miejsce, w którym zadajemy dziś pytanie „gdzie?”, nazywa się Włodawa, a ogólnej – Polesie. Organizatorzy stawiają pytanie w kontekście EtnoPol(e)skiej kawalkady (8–12 sierpnia 2019). Wydawałoby się, że miejsce i czas są jasno określone, lecz bynajmniej nie jest to oczywiste. W grę wchodzą bowiem aż trzy możliwości. Po pierwsze: miasto Włodawa (a dokładniej Miejska Biblioteka Publiczna we Włodawie), po drugie: Polesie, zaś po trzecie: Polska. Inteligentni i obdarzeni wyobraźnią adresaci programu zostają dyskretnie naprowadzeni na trop, iż cała rzecz rozgrywa się… wszędzie. Tym bardziej, iż całość dyskusji opatrzona została tytułem „Duchowe dziedzictwo miejsc zapomnianych i opuszczonych”.

Powoli więc zaczynamy się orientować w tajemnicy – gdzie naprawdę jesteśmy. Z pewnością nie tylko we Włodawie, nie tylko na Polesiu, a nawet nie tylko w Polsce. Zatem, nie w przestrzeni geograficznej, nie tylko w punkcie, który można odnaleźć na mapie, ale w czasoprzestrzeni kulturowej, a w istocie – w sferze transcendentalnej. „Duchowe dziedzictwo” obejmuje całość danej tradycji historycznej, do której przynależą ludzie. Nawet jeśli ktoś świadomie z tego nie zdaje sobie sprawy, ojczyzną poszczególnego człowieka nie jest wyłącznie jego rodzinny kraj. Naprawdę jest nią Wszechświat, w którym nie istnieją żadne nieprzekraczalne granice, gdyż takich w ciągłym z natury bycie w ogóle brak. Wedle siedemnastowiecznego filozofa Hryhorija Skoworody, nazywanego „ukraińskim Sokratesem”, pojedynczy mikrokosmos stanowi zwielokrotnienie mikrokosmosu. Każda osoba jest mikrokosmosem, odrębnym i skończonym światem, zasadniczo podobnym do pozostałych, dzięki czemu może komunikować się z innymi ludźmi, rozumieć świat i porozumiewać się z nim. W takiej wizji Człowieczego Kosmosu nie ma miejsca na kategorie obcości ani wrogości. Jako ludzkość tworzymy powszechną wspólnotę, nierozerwalną jedność. Jej materialnym i cywilizacyjnym fundamentem jest kultura oraz duchowość, które moglibyśmy przedstawić w postaci kopuły lub przezroczystego namiotu, rozpiętego nad namacalnym i widzialnym jądrem bytu. Skoro zarówno świat materialny, jak i duchowy są niepodzielne, przeto nie może być w nim żadnych luk, przerw czy uskoków. Jak w internecie, wszystkie miejsca są ze sobą powiązane niby oka nieograniczonej sieci. Co prawda mogą się ze sobą pod wieloma względami różnić, lecz te różnice są zmienne i płynne. Powiększenie jednego oka sieci, pociąga za sobą skurczenie pozostałych. Ostatecznie, pod powłoką różnic, wszędzie jest tak samo, o czym świadczy potoczne powiedzenie: „takie jest życie”. To fakt, iż każdy pojedynczy człowiek subiektywnie postrzega, ocenia i wartościuje życie. Zazwyczaj ludzie narzucają na świat własne siatki pojęciowe w naiwnym przekonaniu, iż wszyscy pozostali powinni je podzielać. Tymczasem te struktury różnie się sprawdzają, jedne zatrzymują to, co drugie przepuszczają – i odwrotnie. Zależnie od pozycji jaką osoba zajmuje, kształtuje się cała przestrzeń tego, co dla jednostki najważniejsze i centralne, spychając na plan drugi rzeczy błahe. Nawet samo określenie „stolica” bywa ruchome: niegdyś dla Polaków stolicą było Gniezno, następnie Kraków, a dopiero po wiekach – Warszawa. Kierując się tą drogą rozumowania, wolno, a nawet trzeba, po swojemu wartościować, oceniać oraz nazywać miejsca „centralne” oraz „prowincjonalne”.

3.

W tytule naszej debaty, na tle wszystkich możliwych miejsc, wyeksponowane zostały „miejsca zapomniane” oraz „miejsca opuszczone”. Łatwo się domyśleć kryterium, jakim posłużyli się organizatorzy: jest nim zapewne chęć powetowania im swoistej krzywdy, jaką ucierpiały z racji przesunięcia się z centralnego widoku. Główną przyczyną tego „pokrzywdzenia” wydaje się nierówność ekonomiczna: bieda, ubóstwo, brak materialnego bogactwa, z którym wiąże się tak zwany status i prestiż. Spontanicznie pojawiają się piętnujące nazwy w rodzaju „Polska B”, albo „ściana wschodnia”, rzekomo oddzielająca Polskę zachodnią czy centralną. Owa bariera symbolizuje niewidoczny mur odgraniczający strefę niedostatku od strefy zamożności. Przypisuje mu się też rolę „wykopu”, po jednej stronie którego mieści się strefa cywilizacji i oświecenia, zaś po drugiej – zacofania czy ciemnoty.

Nie podejmując polemiki wokół genezy tej różnicy, warto zasygnalizować fakt, że kontrast pomiędzy tzw. centrum a peryferium wcale nie musi oznaczać wyższości pierwszego nad drugim. Co więcej, w związku z rosnącą tendencją do globalizacji, a tym samym – homogenizacji, czyli wymieszania społeczeństwa, pojawiają się przesłanki dowartościowania peryferii, czyli tego, co uznano za region zaniedbania. Na przekór potędze mocy przyciągającej ludzkie „opiłki żelaza” do społecznego „magnesu”, wyraźnie widać, że w dążeniu do równowagi coraz więcej osób świadomie wybiera miejsca określane przez pewnego polityka mianem „drugiego sortu”. Robią tak nie tyle z przyczyn materialnych, co sentymentalnych i estetycznych, szukając azylu i odosobnienia od najazdu oraz natłoku „mas”. Mój przyjaciel poeta, Henryk K. od dawna nazywa sam siebie „eremitą” i „pustelnikiem”. Mieszkając prawie przez całe życie w dużym mieście, czuje się w nim wyalienowany. Większą bliskość odczuwa ze zmarłymi kolegami i przyjaciółmi, niż z dzisiejszą, niezrozumiałą dlań mentalnością, większością Lublinian. Jego ojczystym krajobrazem i aksjologicznym centrum pozostało Polesie z jego niepowtarzalnym, skromnym pięknem, do którego tęskni i o którym pisze kolejne tomy wierszy.

4.

Józef Piłsudski był autorem słynnego porównania: „Polska to obwarzanek: Kresy urodzajne, centrum – nic”. Żeby zilustrować fenomen odwrócenia się relacji między centrum a peryferiami w dziedzinie rozpowszechniania wysokiej kultury, przywołajmy historię pewnego wydawnictwa. Wydawnictwo Czarne założył pisarz Andrzej Stasiuk wraz z żoną Moniką. Od wielu lat przyciąga ono nie tylko pisarzy pogranicza, lecz i stolicy. Szczególnie uważnie warto przyjrzeć się maleńkiej, położonej w Beskidzie Niskim, wiosce Wołowiec. Na klimat tego miejsca składa się nie tylko uroda krajobrazu, ale również biografia właścicieli wydawnictwa, ich styl życia i styl uprawianego pisarstwa, upowszechnianie wiedzy o „małych ojczyznach”. Z zapadłej wioseczki Wołowiec przemienił się w znany ośrodek wydawniczy, kształtujący gust redaktorów i innych wydawców, gromadzący grono oryginalnie myślących i czujących twórców. Sam Andrzej Stasiuk dawno porzucił rodzinną Warszawę, w młodości dlań bardzo nieprzyjazną. Wybrał „miejsce odrzucone”, zamiast „odrzucającą” go Warszawę.

Można się więc pokusić o sformułowanie pewnej reguły: o tym, co zostało zapomniane i opuszczone nie przesądza jakiś anonimowy, a wszechwładny decydent, dla myślącej i wrażliwej osoby jest to kwestia wolnego wyboru i świadomej decyzji. W feudalizmie chłop był, w rozumieniu niemal dosłownym, przywiązany do ziemi. W dzisiejszej erze powszechnej mobilności jedni ludzie korzystają z przywileju swobodnego przemieszczania się po planecie (Baumanowski typ Turysty, Spacerowicza, Włóczęgi), inni wolą kultywować głębokie przywiązanie uczuciowe do swoich „gniazd rodzinnych”. Jednakże gdy ktoś osiadł na stałe, przestaje być w pełni swobodny, ponieważ został zdeterminowany wybranym z upodobania tym oto Swoim Miejscem. Nie jest – i nie może być – ono przypadkowe, jako że jest przeniknięte niepowtarzalnym klimatem i aurą i… duchem. Duchem Miejsca. Jak mawiali starożytni, miejsce podlega oddziaływaniu genius loci. Wiemy o tym od Greków, którzy intuicyjnie wyczuwali miejsca specyficzne, takie jak święta góra Olimp. Prócz pospolitych, neutralnych miejsc na ziemskim globie, istnieją takie, na których rządzi ów Duch Miejsca – genius loci. Nie można go ani „zaplanować”, ani „przesunąć”, ani „przyciągnąć” dokądkolwiek. Grecy cenili zwłaszcza święte gaje i święte źródła, z których promieniowała niezwykła energia i moc, udzielająca się ludziom. To nie sam poszczególny mieszkaniec, lecz swoisty Duch Ziemi, zarządza ich położeniem. Co subtelniejsze osoby wyczuwają „przez skórę” takie szczególne punkty, nazywając je „czakrami” albo osią świata – axis mundi. Sytuują się one niejako na skrzyżowaniu tego, co ziemskie (materialne) i tego, co duchowe. Nasycone tradycją przodków, wspomnieniami, pamięcią pierwotną (prenatalną), skumulowaną przez wieki kulturą, folklorem, obyczajem, muzyką, ojczystym językiem, dialektem czy gwarą. Takie realne, aczkolwiek niewidzialne fenomeny Immanuel Kant nazwał imponderabiliami. Do takich, nasyconych imponderabiliami, miejsc pielgrzymują wierzący w sacrum (góra Grabarka, cerkiew w Holi).

Przypomnijmy Adama Mickiewicza, którego apostrofa: „Litwo, Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie”, wymienia imię kraju, do którego pretendują zgodnie Polacy, Litwini i Białorusini. Nie ma tu nic do rzeczy zwykła topografia. Litwa to symbol niepowtarzalnego genius loci, ulotnego ducha przenikającego powietrze, którym oddychają ludzie hołdujący tym samym wartościom bez względu na to, w jakim języku o nich mówią.

5.

Mieszkańcy krainy nazwanej Polesiem nie mogą obejść się bez zieleni, bez ochłody cienia wysokich drzew, widoku rozległych łąk, grzęzawisk, trzęsawisk, moczarów, czaharów… Stąd przecież niedaleko do Czarnolasu, żeby przywołać fraszkę Jana Kochanowskiego „Na lipę”, w której cień drzewa daje wytchnienie strudzonemu. Sosnowica, Olchowiec, Dębina, Olszanki, to jedne z wielu miejscowości, których nazwa kryje w sobie coś leśnego. Wszystkie tego rodzaju słowa kojarzącej się z borem, drzewami osłaniającymi ludzi od pustki i pustyni, nagich obszarów, rodzących poczucie osamotnienia, braku naturalnego piękna, niezbędnego nie tylko dla ekologicznego życia, ale i bliskiej oczom i sercu estetyki. Nie musi to bynajmniej oznaczać niechęci do krajobrazu urbanistycznego. Mieszkańcy wielkich miast posiadają inne preferencje i przyzwyczajenia. Cenią sobie miejski zgiełk, ścisk, stężenie ludzkich relacji, dużych ośrodków kultury i rozrywki. Lubią życie w napięciu i pośpiechu, w pogoni za atrakcjami, w ucieczce od nudy.

Polacy z Polesia – nomen omen – noszą w sobie „genetyczne piętno” miejsc zalesionych, obficie nawodnionych, niezbyt zatłoczonych miasteczek – jak Włodawa. Z rozległymi widokami na nadbużańskie łęgi na szerokim horyzoncie, gdzie niebo styka się z ziemią. Prócz piętna miejsca – genius loci – Poleszucy mają w sobie własny, swoisty rytm czasu.

6.

Czy kraina nazywana Polesiem powinna czynić sobie wyrzuty wskutek tego, że posiada „miejsca zapomniane” i „miejsca opuszczone”? W pierwszej chwili narzuca się odpowiedź twierdząca. Z punktu widzenia rozwoju cywilizacji należałoby zdążać do wyrównania statusu materialnego wszystkich „światów”. Gdyby jednak faktycznie doszło do takiej urawniłowki, przyszłoby nam gorzko tego pożałować. Od czasu naszego przystąpienia do Unii Europejskiej niemal wszystkie odremontowane w Polsce kościoły zostały otoczone brukowaną kostką. Modna i niedroga wykładzina rozpanoszyła się w całym kraju. Gdyby nie kustosze z Kazimierza Dolnego, zarówno jego mieszkańcy, jak i niezliczeni turyści żądaliby usunięcia wszystkich kamieni z bruku, aby mogli wjeżdżać samochodami oraz quadami do lessowych wąwozów. Gorączka szybkości i wygody, histeria „last minute” doprowadza turystów do łapczywego pożerania atrakcyjnych widoków i równie szybkiego ich „wydalania” ze smarfonów.

Wierzymy, że osoby bogate duchem, zmęczone, znużone i znudzone wszędobylskimi tłumami, z własnej chęci i upodobania będą wyszukiwać miejsc „zapomnianych” i „opuszczonych”. Nie tylko dlatego, że, póki co, pozostają nieskażone smogiem cywilizacji. Również dlatego, iż wrażliwy człowiek potrzebuje wielorakich nastrojów: nie tylko euforii, zabawy i rozrywki, lecz również smutku, nostalgii, melancholii, ale przede wszystkim głębokiego wewnętrznego spokoju. Socjolodzy ostrzegają iż dzisiejszy homo ludens może „zabawić się na śmierć”, zaś psychiatrzy obawiają się wybuchu epidemii depresji. Depresji płynącej z przebywania wśród anonimowych, pozbawionych twarzy bezdusznych indywiduów, reagujących na siebie agresją i złością.

7.

W tych okolicznościach krajobraz Polesia może się okazać terapeutyczny, przynoszący znękanym wszystkim zmysłom (ale i każdemu z osobna) ukojenie. Niegdyś ukuto slogan „ucieczka na łono natury”. Czy jednak ma sens takowa ucieczka do samej tylko „nieskażonej natury”, o ile nie byłaby sprzężona z „pogonią” za kulturą? Rzecz jasna, nie w znaczeniu kultury masowej tzw. pop kultury, lecz – kultury wysokiej, wyrafinowanej i uduchowionej. Uczłowieczonej i przebóstwionej – jak powiedziałby Juliusz Słowacki.

Obszary „zapomniane” i „opuszczone” okazują się szczególnie dla artystów i poetów źródłami natchnienia, uskrzydlenia myśli, ożywienia uczuć. Zapadłe zakątki, poleskie „zastronki”, to skarbnice stężonej pamięci przeszłości. Wystarczy je poruszyć, uruchomić i ożywić mocą wyobraźni emocjonalnej i twórczej.

8.

Chwała artystom takim jak Stanisław Baj, i poetom takim jak Henryk Kozak, którzy potrafią w nas wzbudzić tęsknotę do kraju ojczystego, który – jak u Mickiewicza – „zawsze pozostanie święty i czysty jak pierwsze kochanie”. Nie jest istotne, że obecny kraj bywa trawiony wewnętrznymi sporami, a nawet zajadłymi kłótniami. Żaden z polityków nie jest w stanie nam odebrać wizji Polski pielęgnowanej w intymnym wnętrzu, w ludzkim sercu, w duszy.

Polska to nie jest kwestia topografii czy geografii. Mieści się w nieobjętej sferze duchowości. Nie da się jej odebrać ani zniszczyć, bo „Duch wieje, kędy chce”. Nigdy ON nie może zginąć, póki żyją: ja, ty, my, wy, oni, one. Grażyna Lutosławska napisała niezwykłą książkę pod zagadkowym tytułem „Jatymy”. Rozszyfrujmy go wspólnie: to bardzo pożyteczny neologizm, łączący w jedno wszystkie zaimki osobowe. Można go uprościć jako „myźń”, kontrast do jaźni. Zamiast zatrzaskiwać się w samolubnym ego, możemy miejsca pozornie tymczasem opustoszone i zapomniane zaludniać wieloosobowym, życzliwym i przyjaznym małym wspólnotom.

9.

Miejsca zapomniane i opuszczone wydają się mieć najwięcej duchowości. Co prawda nie wyeksponowanej, nie opisanej, nie opowiedzianej. Ich genius loci bywa milczący, wymaga słuchu wewnętrznego. Nie trzeba się za bardzo spieszyć, żeby je przywrócić pamięci. To, co pozornie zostało wydane niepamięci, żyje w zapomnianych słowach, melodiach, w „mowie chachłackiej”, której niektórzy się wstydzą.

Nie warto więc ulegać modzie i podążać do miejsc „wypromowanych”. Czymże bowiem jest owa „promocja”? Ubieganiem się o pierwszeństwo, rodzajem „lepszości” od innych miejsc?

Nie mylmy bezinteresownych uczuć do najbliższych, rodzinnych okolic. Miłość do Polesia, podobnie jak do wszystkich innych małych ojczyzn, winna mieć odzwierciedlenie nade wszystko w powiększaniu o nich wiedzy. W pasji dociekania ich przeszłości. Ich niepowtarzalnej aury, nastroju, klimatu, składających się na ich nieuchwytny genius loci. Nieprzeliczalny ani na euro, ani na „punkty”, ani na „granty”.

Albowiem: „poetycko żyje Człowiek na tej Ziemi…”.

prof. Jadwiga Mizińska

Tekst został wygłoszony  12 sierpnia 2019 r. w Miejskiej Bibliotece Publicznej we Włodawie, a powstał z okazji dyskusji Duchowe dziedzictwo miejsc zapomnianych i opuszczonych w ramach projektu EtnoPol(e)ska kawalkada (dofinansowany przez Narodowe Centrum Kultury w ramach programu EtnoPolska 2019). Redakcja Krzysztof Bąk.

Kultura Enter
2019/04 nr 90–91

Prof. Jadwiga Mizińska podczas wystawy prof. Stanisława Baja w Hannie - w ramach projektu EtnoPol(e)ska kawalkada, 8.08.2019.

Orchówek nad Bugiem. Fot. ze zbiorów redakcji.

Orchówek nad Bugiem. Fot. ze zbiorów redakcji.