Strona główna/Europa to, Europa tamto, rozmowa z Jurijem Andruchowyczem

Europa to, Europa tamto, rozmowa z Jurijem Andruchowyczem

Barbara Odnous: Można powiedzieć, że Majdan to była erupcja społecznych nadziei. Próba spełnienia snu o Europie[i]. Ale czego konkretnie oczekują Ukraińcy? O czym marzą?

Jurij Andruchowycz: Niektórzy myślą o wyższych pensjach i lepszych materialnych warunkach, a inni przede wszystkim chcą jasnych reguł gry, czyli państwa prawa, w którym panuje sprawiedliwość. Chcemy, żeby to państwo było dla obywateli, nie odwrotnie. I chcemy państwa dającego swobodę działania, wspierającego aktywność obywatelską i każdą inną. To marzenie o demokracji, która najskuteczniej została zrealizowana właśnie w Europie.

A pana sen o Europie… Czym dla pana jest Europa?

Definiowałem Europę na wiele sposobów. Najprościej mówiąc – to duży półwysep, z ogromną różnorodnością kulturową. Niestety, Unia Europejska ma ten minus, że tę różnorodność w pewien sposób unifikuje, ale równocześnie – paradoksalnie – ta sama organizacja uświadamia, jakie zagrożenia niesie unifikacja kulturowa i dlatego wspiera zagrożone kultury, tradycje, języki. Europa jest takim pozytywnym przykładem działania na rzecz człowieka.

Jak się ma do tego Europa Środkowo-Wschodnia?

To jest obszar, który chce być częścią tej demokratycznej Europy i czyni ku temu starania, ale ciągle ma wiele do zrobienia. O demokrację w Europie Środkowo-Wschodniej wciąż musimy walczyć. Najlepszym przykładem jest dzisiaj Ukraina. Wciąż musimy udowadniać światu, że mamy prawo stać się częścią zintegrowanej Europy.

Czy Rosja należy do Europy?

Nie należy. W sensie geograficznym ­– oczywiście tak, ale jeśli uznamy Europę za rodzaj subiektywnego wyobrażenia, to Rosja się w tym wyobrażeniu nie mieści. Zresztą, Rosjanie nie chcą być Europą. Chińczyk nie powie: „Jestem Europejczykiem”, Hindus tak nie powie i Rosjanin tak nie powie. Dlaczego mamy ich uważać za Europejczyków, jeśli sami się za nich nie uważają.

Wrócę do Europy Środkowo-Wschodniej. Milan Kundera napisał: „Europa Środkowo-Wschodnia to nie los, nie kultura, tylko wspólnota doświadczeń”. Na czym ta wspólnota doświadczeń polega?

Przede wszystkim to wspólnota doświadczeń bycia pomiędzy, zwłaszcza w odniesieniu do czasów po drugiej wojnie światowej. Narody Europy Środkowo-Wschodniej wyszły z tej wojny albo z kompletną utratą niepodległości, albo z jakąś bardzo ograniczoną suwerennością – jak Polska, Czechosłowacja i inne kraje bloku wschodniego. Stało się tak niezależnie od woli obywateli tych krajów. Połączono nas więzami na siłę, narzucono nam system polityczny. W tej sytuacji, mimo że wygraliśmy wojnę, nie czuliśmy się ani wolni, ani szczęśliwi.

Łączy nas przede wszystkim spadek po komunizmie?

Nie tylko. Łączą nas także ciężkie doświadczenia okupacji i Holocaust, który dokonał się w Europie Środkowo-Wschodniej.

Holocaust dokonał się w Europie Środkowo-Wschodniej? A co stało się z Żydami choćby we Francji?

Francuzi pomagali w eksterminacji, ale chodzi o samą zagładę, a ta, niestety, dokonała się bezpośrednio w naszej części kontynentu.

Mało pozytywów, sporo zagrożeń ­– stanowimy więc jako Europa Środkowo-Wschodnia wspólnotę strachu?

To prawda, że w tej wspólnocie za mało wspólnego, choć nie tylko strach nas łączy. Zresztą ten strach związany jest z trudnymi relacjami pomiędzy członkami tej wspólnoty. Europa Środkowo-Wschodnia to obszar licznych konfliktów. Wielu z nas nosi w sobie poczucie krzywdy. Na pozór w stosunkach międzynarodowych wszystko jest w porządku, we współczesnym świecie sąsiedzi dogadują się przecież pokojowo z sąsiadami, ale tak naprawdę w każdym ze środkowoeuropejskich państw i narodów tkwią różne fobie: Węgrów wobec Rumunów, Słowaków wobec Czechów, Ukraińców wobec Polaków i odwrotnie. Coś w tym jest, że częściej łączą nas relacje negatywne niż pozytywne.

Wróćmy do Europy. To słowo pojawia się w pana tekstach zawsze w pozytywnym kontekście. Europa to dla pana wartość sama w sobie. Zapytam więc o zdanie, które znalazłam w wyborze znakomitych esejów Diabeł tkwi w serze. Cytuję: „Unia Europejska to zrzeszenie postimperialnych looserów, którym nie udało się zostać supermocarstwem w pojedynkę”. Z jednej strony bardzo trafne spostrzeżenie, ale z drugiej u podłoża Unii leżało przecież coś zupełnie innego.

To była oczywista prowokacja. Tekst pisałem na spotkanie intelektualistów. Tak naprawdę chciałem trochę rozdrażnić przedstawicieli unijnego centrum.

Być może, ale widać w tym sformułowaniu kardynalną różnicę w spojrzeniu na Europę Europejczyków z Zachodu i Wschodu. U źródeł Unii Europejskiej tkwi przede wszystkim pragmatyzm oraz chęć uniknięcia kolejnej wojny, dopiero później rozszerzono współpracę na inne sfery życia. Natomiast pan dostrzegł w tym chęć dominacji. 

Unia węgla i stali to projekt imperialny.

Ja tego tak nie postrzegam. Widzę w tym czysty pragmatyzm.

Pragmatyzm imperiów.

Wierzę w czystość intencji ojców Unii. Rozumowali logicznie. Skoro do zbrojeń potrzebne były przede wszystkim węgiel i stal, kontrola nad tymi surowcami faktycznie pozwalała dostrzec nadejście kolejnego konfliktu i zareagować w porę. Wykoncypowano, jak prostymi metodami można zapobiec kolejnej wojnie. Natomiast pan w tym zdaniu ujawnił, że myśli w kategoriach strefy wpływów, dominacji. To pokłosie postawy homo sovieticus. Widać, jak jesteśmy takim myśleniem przesiąknięci. W porównaniu z Europą Zachodnią jesteśmy w polityce mało pragmatyczni. W swoich tekstach niejednokrotnie podkreślał pan, że Europa Wschodnia to ta uduchowiona część kontynentu, że to nas wyróżnia. I faktycznie – jesteśmy romantyczni w naszym stosunku do Europy i sposobie uprawianiu polityki, choć jednocześnie w dyskursie publicznym piętnujemy romantyzm. Pan też nie jest chyba apologetą romantyzmu…

Dlaczego? Romantyzm jest w porządku.

Musiałam coś źle zrozumieć. Może wreszcie wyjaśnię do czego zmierzam. Otóż, paradoksalnie, mimo mody na negowanie postaw romantycznych, mamy modę na tak zwane miasta magiczne, co samo w sobie jest zjawiskiem na wskroś romantycznym. Pan niejednokrotnie pisał i mówił o fenomenie stanisławowskim, czyli o romantycznych urokach Stanisławowa, który obecnie nazywa się Iwano-Frankiwskiem. Wciąż słyszę: Lublin magiczny. Za Miłoszem powtarzamy: Wilno magiczne. Magiczne miasta są trendy. I tak się zastanawiam, czy ta moda na magiczność nie jest zamiast… Zamiast zrobić porządek, położyć nową ścieżkę asfaltu, żeby nie było dziur, lub otynkować odrapaną kamienicę, skupiamy się na magiczności miejsca. Jednym słowem dorabiamy ideologię do niewygodnych faktów, oswajamy zapyziałą rzeczywistość, nadając jej różne „magiczne” przydomki.

Tak jest. Nie mam nic do dodania.

No tak, nie ma to jak zagadać rozmówcę. Chodzi też o to, że z jednej strony pragniemy dobrobytu Europy, jej bogactwa i porządku, ale z drugiej – trochę się nam nie chce zabrać do pracy u podstaw. A może jesteśmy zbyt przywiązani do własnych wartości?

A co to są te własne wartości?

Choćby to uduchowienie, o którym pan pisał.

Nie jestem tak dobrze przygotowany ze swoich tekstów jak pani. Za każdym moim artykułem stał konkretny impuls, który skłonił mnie do wypowiedzi. Nie można moich zdań absolutyzować. Ważny jest kontekst. Dwadzieścia lat temu budowałem kult miast magicznych, bo wydawało mi się to ciekawe. Ale to już przeszłości.

No to z innej sprawy niech się pan wytłumaczy. Napisał pan kilka razy, że nie będzie podziału Ukrainy, że wprawdzie Ukraina jest podzielona mentalnie, ale do fizycznego rozłamu nigdy nie dojdzie.

Ale równocześnie już w 2010 roku powiedziałem, że na Krymie i w Donbasie trzeba będzie przeprowadzić referenda, bo tamtejsi mieszkańcy prawdopodobnie wolą przynależeć do Rosji. Nadal uważam, że te dwa regiony tak naprawdę nie są Ukrainą. Terytorialnie stanowią z nami jedność, ale ludność w większości ­– może 60, może 55 procent – jest prorosyjska. Oni zwyczajnie nie chcą być częścią Ukrainy. Jednak, żeby mieć pewność, trzeba by przeprowadzić na tamtych terenach referendum. Przecież i na Krymie, i w Donbasie ludzie byli szczęśliwi za prezydentury Janukowycza. Z drugiej strony było wiadome, że Janukowycz nie odda władzy, że można będzie go odsunąć tylko siłą i w takiej sytuacji w tamtych regionach będziemy mieli kłopot z miejscową ludnością. I gdyby nasz wschodni sąsiad się nie wtrącił, to kto wie, czym by się zakończyły przeprowadzone w demokratycznych warunkach referenda.

Co to znaczy, że to nie jest Ukraina? Jak Pan to rozumie?

To znaczy, że większość ludności nie ma tożsamości ukraińskiej.

A co jest jądrem tożsamości ukraińskiej?

Dziwne pytanie. A co jest jądrem tożsamości polskiej?

Musiałabym się zastanowić, ale tak na szybko… Być Polakiem to na przykład znać Sienkiewicza. A być Ukraińcem?

U nas jest prościej. Być Ukraińcem to znaczy, że ktoś uważa się za Ukraińca. Masz ukraiński paszport to jesteś Ukraińcem. Akceptujesz istnienie Ukrainy i uważasz się za jej obywatela – jesteś Ukraińcem. A problem Krymu i Donbasu polegał na tym, że wielu mieszkańców tamtych regionów nie chciało takiego faktu jak wolna Ukraina zaakceptować. Liczyli, że nadarzy się okazja, by znów być z Rosją.

I wiedząc, jak wiele dzieli wschód i zachód Ukrainy, nie dopuszczał pan myśli, że może dojść do rozłamu.

Wschód i zachód Ukrainy to pojęcia bardzo umowne. Granice wschodniej Ukrainy ciągle się przesuwają na zachód. Tej wschodniej Ukrainy, okupowanej przez separatystów, pozostało jakieś siedem procent, cała reszta jest już Ukrainą zachodnią. Latem ubiegłego roku moi niemieccy znajomi tłumaczyli mi jak pani: U was walczy zachodnia Ukraina przeciwko wschodniej. Wschodnia chce być z Rosją, zachodnia chce być z Zachodem, a dokładnie z Ameryką. Więc tam trwa wojna jednej połowy kraju przeciwko drugiej. I wtedy pokazałem im, jak to wygląda w rzeczywistości, na mapie. A kiedy tłumaczyłem, że i w ukraińskojęzycznym Lwowie, i rosyjskojęzycznym Dniepropietrowsku ludzie jednakowo kochają Ukrainę i oddają życie w walce z Rosjanami, ci Niemcy oburzyli się: Ale przecież Dniepropietrowsk to zachodnia Ukraina. I wtedy pojąłem, że tej zachodniej Ukrainy robi się coraz więcej. Ale proszę rozumieć to jako metaforę.

W Pana twórczości nie wyczułam obaw przed Rosją, że może się wtrącić albo zaatakować.

A czytała pani Moskowiadę?

Czytałam.

Mam wrażenie, że całe życie pisałem o zagrożeniu rosyjskim.

Moskowiadzie zajmuje się Pan raczej Rosją i strachem Rosjan, nie Ukraińców przed Rosją.  

Tak. Stawiam tezę, że Rosja się rozpadnie, gdyż ma archaiczną politykę imperialną, z którą nie potrafi sobie poradzić, choć ciągle ma pretensje, by być imperium. Ukraina nie ma takiego problemu. Do rozpadu Ukrainy może doprowadzić tylko wojskowa ingerencja Rosji, jeśli pozostanie bez odpowiedzi.

W tej odpowiedzi pomocne powinny być państwa sąsiednie, ale do tego przydałoby się poczucie wspólnoty losów, a trudno o takie odczucia, jeśli większość Polaków z ukraińskich bohaterów zna tylko Petlurę, Tarasa Szewczenkę i oczywiście Stepana Banderę.

To wielkie zadanie dla historyków, żeby zmienić ten stan rzeczy. Trzeba przypominać o różnych okresach w historii. Nie tylko o Wołyniu, ale i o doświadczeniach Wielkiego Księstwa Litewskiego, potem Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Warto podkreślać zdecydowane i konsekwentne wsparcie przez Polskę ukraińskiego dążenia ku Zachodowi, ku Europie. To jest moim zdaniem najciekawsza i najpozytywniejsza strona naszych stosunków. Więcej dobrego mamy w teraźniejszości i przyszłości, aniżeli w przeszłości. Na tym powinniśmy się dziś skupić.

Czego oczekujecie od nas, Polaków?

Nie mamy specjalnych oczekiwań. Zwłaszcza że zdajemy sobie sprawę, iż Polska przestała być, niestety, krajem wpływowym − chodzi o rolę w Europie Wschodniej. Widać to na przykład po tym, że nie dopuszczono Polaków do rozmów o Ukrainie. Tradycyjnie Polska w ramach Unii była takim trochę ekstremistą. Z naszego punku widzenia − w dobrym tego słowa znaczeniu. To Polacy podnosili problemy dotyczące również Ukrainy, które zachodni politycy postrzegali jako przejawy skrajnego nacjonalizmu, choć to była walka o prawo słabszych do decydowania o swoich losach. Ale ostatnio to się zmieniło. Polska poczuła się nieoddzielną częścią Zachodniej Europy i zaczęła prowadzić politykę całkowitej zgody z mainstreamem. Dzisiaj wypowiedzi polskiego prezydenta w ogóle się nie różnią od wypowiedzi prezydenta Hollande’a lub kanclerz Merkel. A my zawsze ceniliśmy to, że polski prezydent rozumie nas lepiej i mówi o naszych sprawach radykalniej, odważniej aniżeli jakiś Francuz lub Niemiec. To rodziło poczucie bliskości.

Których prezydentów ma pan na myśli?

Jeszcze Aleksandra Kwaśniewskiego, a potem w dużym stopniu Lecha Kaczyński. Kaczyński miał ten problem, że zachodni politycy nie patrzyli na niego pozytywnie. Uważali go za nazbyt nacjonalistycznego.

A na Ukrainie jak był postrzegany?

Nie był to czas odpowiedni, żeby mu się przypatrywać uważnie, ale w świadomości Ukraińców na długo pozostanie w pamięci jako ten, który chciał nam pomóc wejść do Europy. I dzięki temu uważamy dziś Polaków za przyjaciół. Z tym że ostatnio, podczas Euromajdanu i teraz, zaczęliśmy patrzeć z nadzieją raczej na Litwę niż Polskę, ponieważ dzisiaj to pani prezydent Litwy mówi odważniej. Polskie elity zachowują się nazbyt poprawnie. I nie tylko elity. Jakiś rok temu miałem wywiad na temat Majdanu w jednej z rozgłośni radiowych w dużym polskim mieście. I bardzo mnie zaskoczyła dziennikarka, która powiedziała: „Wie pan, nam, Europejczykom, czasem trudno zrozumieć ten ukraiński dramat”. I to jest symptomatyczne. Polacy uwierzyli, że są już daleko na zachód od nas. Czy tak jest naprawdę, nie wiem. Wiem natomiast, że stale rośnie liczba moich rodaków mieszkających w Polsce. To znaczy, że Ukraińcy widzą tu szansę na lepsze życie i czują sympatię do Polaków i od Polaków, i dlatego tak licznie przyjeżdżają tu uczyć się i pracować.

Co drażni Ukraińców w Polakach? Oczywiście, poza celnikami, bo ci wszędzie są tacy sami.

Za mało wiedzy o nas. My znamy Polskę o wiele lepiej niż jest odwrotnie. Być może z czasem uda się ten problem pokonać, bo coraz więcej Polaków interesuje się dziś Ukrainą. Oczywiście zasadniczym problem jest utrwalanie propagandowych stereotypów, zwłaszcza dotyczących Bandery, UPA, Wołynia. W tej kwestii dużo dobrego dzieje się na poziomie nauki i historyków, ale ich ustalenia nie przebijają się do powszechnej świadomości. Trochę odpowiedzialne są za to media. Stosunkowo niedawno w polskiej prasie, radiu i telewizji powtarzano z oburzeniem, że prezydent Poroszenko podpisał ustawę o UPA, podczas gdy takiej ustawy w ogóle nie było. Prezydent podpisał ustawę o ofiarach systemu komunistycznego. A potem, w Dzień Pamięci Ofiar Represji Politycznych pojechał do Bykowni pod Kijowem, gdzie za Stalina rozstrzelano mnóstwo niewinnych ludzi, i ukląkł na Polskim Cmentarzu Wojennym w Bykowni, przed grobami polskich żołnierzy wziętych przez Sowietów do niewoli w 1939 roku. Ale o tym media już nie krzyczały. Czy ważniejsze jest powiedzieć, że podpisał ustawę o UPA, co nie było prawdą, czy pokazać, jak ukraiński prezydent klęczy – jeden jedyny raz ukraiński prezydent ukląkł publicznie – przed grobami polskich żołnierzy? Media kochają złe wiadomości, bo takie lepiej się sprzedają. To dlatego wielu Polaków wciąż myśli o Wołyniu wyłącznie w kategoriach winy ukraińskiej, wciąż oczekują przeproszenia tylko przez jedną ze stron konfliktu.

Chyba lepiej zostawić historię historykom i porozmawiać o tu i teraz. Mamy przecież dwa pokolenia wyłącznie dobrych doświadczeń. Młodzi Polacy i młodzi Ukraińcy dostali szansę zapamiętać tylko dobre relacje.

Pytała pani, co drażni Ukraińców, więc odpowiadam, że brak informacji w mediach i stereotypy.

À propos spraw drażliwych – zapytam o niuans językowy. Czy drażni pana polskie wyrażenie „na Ukrainie”?

Język ma swoje prawa. Jeśli „na Ukrainie” jest poprawne, nie widzę powodu, żeby tak nie mówić. Mnie jest wszystko jedno. Z powodów językowych histeryzują chyba tylko Rosjanie. Kiedyś w Moskwie jeden mi wykrzyczał, że przez gardło mu nie przejdzie w Ukrainie”.

Teraz rozumiem niechęć niektórych Ukraińców do tego, wydawałoby się, niewinnego przyimka. Słyszycie w tym rusycyzm. Przecież ani Węgrzy, ani Litwini nie oczekują od nas, żebyśmy mówili „w Litwie” lub „w Węgrzech”.

My też nie oczekujemy, chociaż moi polscy przyjaciele częściej mówią w Ukrainie. W rosyjskojęzycznych mediach ukraińskich mówią w Ukrainie, a w mediach w Rosji − „na Ukrainie”. Dla Rosjan to sprawa zasadnicza – nie wolno powiedzieć „w Ukrainie”.

Mówi Pan często: „Ukraina – państwo frontowe”…

Tak, bo mamy na dalekim wschodzie konflikt wojenny. Sto kilometrów na zachód od linii działań wojskowych wojny już nie słychać, ale ją widać. Zwłaszcza w miastach. Nigdy nie chodziło po ulicach tylu ludzi w mundurach wojskowych, a teraz wszędzie ich pełno, przede wszystkim na dworcach. Niektórzy są okaleczeni albo ranni. Z drugiej strony o wiele częściej widać na ulicach małżeńską miłość.

Miłość?

Tak, miłość. Nigdy nie widziałem tylu małżeństw w dojrzałym wieku spacerujących jak zakochani. On czasem w okolicach pięćdziesiątki, ona czterdziestki, co najmniej kilkanaście lat przeżyli obok siebie, ale nie umieli tego docenić. Dopiero teraz, kiedy on poszedł do wojska i przyjeżdża do domu tylko na kilka dni, wróciła miłość i oni przez cały czas jego urlopu chcą być razem. Ludzie przestają przykładać wagę do drobiazgów. Liczą się tylko sprawy kardynalne: życie i śmierć. Wojna wyzwoliła też w nas aktywność społeczną. Bezinteresowne pomaganie innym zrobiło się modne i jest to zjawisko masowe. Ludzie szczycą się tym, że są aktywni. Ktoś oferuje pomoc jako kierowca, ktoś inny daje na coś pieniądze, jeszcze ktoś inny robi coś innego. To jest właściwie wyścig wolontariuszy. Oczywiście, gdyby policzyć, ile osób tak działa, zapewne okazałoby się, że to może zaledwie jakieś dziesięć procent społeczeństwa, ale to też dużo. Ci ludzie stają się lokalnymi liderami i cieszą się szacunkiem kolegów, rodziny, sąsiadów. Wróciła wiara w wartości. Zrobić coś dla innych to duża wartość, ale też rodzaj katharsis.

Symbolem zmian w Europie Środkowo-Wschodniej są dla pana „zwijające się” pociągi.

Uspokojono mnie, że ludzie latają teraz samolotami, więc nie muszę się martwić tym, że polikwidowano międzynarodowe połączenia kolejowe. Choć trochę mi żal. Wraz z odejściem pociągów odszedł w zapomnienie na przykład tambur.

Co to jest?

To takie miejsce między wagonami, gdzie można było palić papierosy. Teraz termin utracił znaczenie, bo już nie można palić w ukraińskich pociągach, ale jeszcze dziesięć lat temu było to dopuszczalne. Wychodziło się tam z papierosami, a nierzadko z butelką piwa albo wódki, żeby zapalić, a przy okazji, a może przede wszystkim, porozmawiać.

My mamy tamburyn.

Tamburyn też mamy, ale to słowo pochodzenia tureckiego. Natomiast tambur przyszedł do nas z języka rosyjskiego, podobnie jak wagony przyszły z Rosji. W Polsce to jest nieznane słowo, bo wagony są inne.

Pali pan?

 Od jedenastu lat nie, przedtem przez jakieś dwadzieścia osiem lat paliłem. Ale nigdy się nie uzależniłem, więc rzucenie palenia nie było dla mnie męką. „Moskowiadę” pisałem, cały czas paląc, „Rekreacje” też. Tyle że wtedy mieszkałem sam i nikomu nie przeszkadzałem. Uważałem wręcz, że palenie bardzo pomaga pisarzowi. Kiedy skończysz jakiś dobry kawałek i zastanawiasz się, co dalej, to zapalić w takim stanie zadowolenia z siebie, to prawdziwa przyjemność. Ale nie było nigdy tak, że bez papierosów nie mogłem pisać. Szkoda, że o papierosach cały czas nie przegadaliśmy, bo ciągle zewsząd słyszę: „Europa to, Europa tamto”, może bardziej przydałaby się jakaś mniej poważna definicja Europy. Kiedyś napisałem, że Europa to takie miejsce, gdzie dobrze się żyje rybom, bo najczystsze rzeki są w Europie, a przecież rzeki zawsze i wszędzie były początkami jakiejś cywilizacji. Najdawniejsze cywilizacje są nawet klasyfikowane według rzek, przy których powstawały. Więc moja teoria, że Ukraina przynależy do Europy, bo wszystkie krople wody z jej rzek spływają do Atlantyku, nie jest może naukowa, ale jako metafora uprawniona.

Nie może się pan dziwić, że pytam o Europę, bo pan bardzo dużo pisał i wciąż pan pisze o Europie. Chyba więcej pan napisał o Europie niż o Ukrainie.

Bo ja tego nie dzielę. Kiedy piszę o Europie, to piszę o Ukrainie.

 

[i] Sny o Europie to tytuł zbioru esejów ukraińskich intelektualistów, pod redakcją Oli Hnatiuk (wyd. Nemrod, 2005).

Spotkanie z Jurijem Andruchowyczem (z prawej) 19 maja 2015 roku w restauracji Hades-Szeroka. Pisarz odbiera Medal Prezydenta Miasta Lublina. Fot. dzięki uprzejmości Moniki Tarajko

Fot. Ignac Tokarczyk

Jurij Andruchowycz podczas koncertu z zespołem Karbido w Warsztatach Kultury w Lublinie, 20 maja 2015. Fot. Ignac Tokarczyk

Fot. Ignac Tokarczyk

Poetycka proza Andruchowycza z "Leksykonu miast intymnych", połączona z muzyką wrocławskiego kolektywu Karbido złożyły się na płytę "Atlas estremo". Fot. Ignac Tokarczyk

Fot. Ignac Tokarczyk

Od lewej Jurij Andruchowycz oraz Karbido w składzie: Tomasz Sikora, Paweł Czepułkowski i Marek Otwinowski. Fot. Ignac Tokarczyk

Fot. Ignac Tokarczyk

28 października 2015 roku Jurij Andruchowycz i Karbido w ramach trasy koncertowej z "Atlasem estremo" zagrali w przyfrontowym Mariupolu. Fot. Ignac Tokarczyk