Strona główna/Europejska angelologia – białoruska rzeczywistość. Wywiad z Mariuszem Maszkiewiczem

Europejska angelologia – białoruska rzeczywistość. Wywiad z Mariuszem Maszkiewiczem

To, z czym w tej chwili środowiska kultury białoruskiej mają największy problem, to polityzacja ich aktywności. Siłą niejako i wbrew nim samym.

Paweł Laufer: Wiele lat pracował Pan w Białorusi jako dyplomata. Co według Pana determinuje najistotniej białoruską kulturę i trzeci sektor?

Mariusz Maszkiewicz: Najważniejszą determinantą jest sytuacja polityczna w Białorusi. Ważny jest też kompleks zjawisk, które wpływają na rozwój kultury białoruskiej – w tym podmiotów, które tę kulturę współtworzą. Nakreślając sytuację z grubsza: od czasów prezydentury Łukaszenki wytworzyły się dwa nurty w obszarze kultury – nurt oficjalny, państwowy, który niezwykle ostrożnie stawia najbardziej istotne dla państwa i narodu białoruskiego pytania, oraz nurt niezależny. Istnieje zatem pokusa, aby porównywać ten stan rzeczy do sytuacji Polski lat osiemdziesiątych, z jej kulturą niezależną, artystami bojkotującymi oficjalne media. Ale ta analogia nie jest dobra.

Oczywiście wielu wartościowych twórców kultury żyje poza oficjalnym obiegiem. Nie są pokazywani w mediach, nie mówi się o nich w oficjalnej prasie, nie widać ich w telewizji. Dotyczy to głównie malarstwa, muzyki niezależnej, w tym jej najmłodszej, rockowej generacji. Dzięki organizacjom międzynarodowym i wsparciu NGO­‑osów białoruskich, udawało im się przez wiele lat przetrwać i tworzyć całkiem sensowną treść i przekaz, zarówno w wewnętrznym wymiarze białoruskim jak i na zewnątrz.

P.L.: Co jednak jest tak specyficznego w rzeczywistości białoruskiej, co nie pozwala na porównanie jej do sytuacji Polski lat osiemdziesiątych?

M.M.: Są to przede wszystkim inne przeżycia. W obszarze postsowieckim nie mieliśmy doświadczenia z ruchem kultury niezależnej, z ruchem dysydenckim. To było marginalne, znane tylko w największych miastach. Kultura była trochę na pograniczu aktywności politycznej, skierowanej na poszerzanie obszaru swobód obywatelskich. W Związku Radzieckim istnieli również niezależni twórcy. Znamy przecież kilka nazwisk, chociażby piosenkarzy, niezwykle popularnych, uznawanych za niezależnych, i niezbyt mocno eksponowanych w publicznych mediach: Wysocki, Okudżawa.

W Białorusi mieliśmy jednak do czynienia z tworzeniem „człowieka radzieckiego”. Ci ludzie, którzy zostali masowo przewiezieni z małych miasteczek do wielkich centrów przemysłowych, byli karmieni ogólną kulturą sowiecką. Film, muzyka, teatr z Moskwy czy Leningradu, liczyły się także w Mińsku. Odczuwało się nawet, że Białorusini wstydzą się swojej kultury wiejskiej, ludowej i uważają że to, co mieliby do powiedzenia, nie jest wartościowe. Mimo tego, że oficjalne instytucje popierały twórczość zespołów ludowych.

To jest, po roku dziewięćdziesiątym, punkt odniesienia dla wielu młodych ludzi, moment, od którego próbowali się odbić, szukać innych inspiracji i znajdować je w szerszym kontekście – europejskim czy światowym. Niewielu się to udało. Ta kultura, z którą mamy obecnie do czynienia, jest raczej kulturą regionalną, znaną w Białorusi i w innych krajach postsowieckich, na pograniczu. Nie ma ona jednak jakiegoś wielkiego dorobku, który byłby znany. Nie mamy białoruskiego pisarza, autora, który by dostał Nobla. Istnieją natomiast, jeśli chodzi o literaturę, przykłady osób, które zaistniały: Swietłana Aleksiejewicz, Wasyl Bykau czy chociażby Władimir Orłow. Dzięki współpracy polsko­‑białoruskiej zdołała zaistnieć cała generacja młodych artystów. Chyba najlepszym takim przykładem jest Andrej Chadanowicz.

Kwestia sztuki ściśle związana jest z polityką. Proces tworzenia się narodu, budowania jego tożsamości, jest w Białorusi sprawą trudną. Głównym powodem tych trudności jest sowietyzacja, zarówno w wymiarze życia codziennego, jak i w kulturze wysokiej. Język rosyjski jest językiem dominującym. To banał, ale zarazem rzecz, której nie można pominąć, kiedy mówi się o specyfice kultury białoruskiej. Ludzie posługujący się językiem białoruskim są automatycznie traktowani jako opozycja. Są tymi, którzy w swojej mowie deklarują poglądy. Język jest tam niejako formą autoprezentacji.

P.L.: Jak Pan ocenia dziś sytuację w stosunku do tej, którą zastał Pan przejmując placówkę? Zaczynała się wtedy współpraca na szczeblu kulturalnym, instytucjonalnym i pozarządowym, na szczeblu polsko­‑białoruskim. Jak dziś ocenia Pan tę współpracę i możliwości, które były wtedy i które są teraz?

M.M.: Pojawia się tu problem pewnych zaszłości historycznych istniejących w relacjach polsko­‑białoruskich. Polska dla dużej części Białorusinów – zwłaszcza z zachodniej części kraju – była państwem kultury wysokiej, nierzadko narzucanej Białorusinom zamieszkałym na terenie dawnej Rzeczpospolitej. Na obszarze Białorusi zderzały się ze sobą te dwa światy kultury – polskiej i rosyjskiej, tworząc napięcia a nawet swego rodzaju konkurencję. Wiadomo, że XIX wieczny teatr, np. Dunina­‑Marcinkiewicza, był w pewnym sensie pomysłem politycznym na walkę z caratem poprzez pokazywanie „tutejszości” i odrębności, na mówienie o tym, że Białorusini są inni niż Moskale, że nie chcą poddać się próbom wprowadzania przez nich własnych porządków, że mają swój język, tradycję i dorobek.

Żeby wyjść ze schematów historycznych w relacjach polsko­‑białoruskich po uzyskaniu niepodległości w 1991 roku, po nawiązaniu kontaktów oficjalnych i nieoficjalnych, Polska działała poprzez organizacje społeczne, samorządy, także Instytut Polski, placówki konsularne, ambasadę. Wydaje mi się, że ze zmiennym powodzeniem, ale robi to nadal dosyć skutecznie. Współpraca opiera się głównie na próbach pokazania współczesnej kultury polskiej a także kultury pogranicza polsko­‑białoruskiego, po to, żeby inspirować i szukać wspólnych obszarów.

Od tego czasu narodziło się kilka ciekawych przedsięwzięć. Jako przykład mogę wymienić chociażby festiwal rockowy „Basowiszcze”, czy festiwal kultury białoruskiej w Białymstoku, gdzie pokazywano kulturę białoruską oraz lokalną, białostocką. Te dwie imprezy, odbywające się na pograniczu polsko­‑białoruskim, po polskiej stronie, w pewnym sensie konkurowały ze sobą. Z jednej strony oficjalna impreza o charakterze propaństwowym, sponsorowana przez Białoruskie Towarzystwo Społeczno­‑Kulturalne w Polsce, a z drugiej młodzież studencka pochodzenia białoruskiego z niezależnym festiwalem „Basowiszcze”. Po stronie białoruskiej także udało się stworzyć szereg wydarzeń, – teatr, muzyka, media, literatura – istnieją takie wyspy obecności polskiej, które inspirują twórców białoruskich. Stąd mamy dzisiaj takie pisma jak „Arche”, „Partizan” i szereg innych, które wyrastają z potrzeby osadzenia tożsamości białoruskiej w kulturze europejskiej. Myślę, że jest to charakterystyczna cecha współpracy polsko­‑białoruskiej, rozwijającej się przez ostatnie dwie dekady, mimo przeszkód i problemów.

Tym niemniej proces debiałorutenizacji szkoły i państwowych instytucji kultury powoduje, że frustracja wśród twórców kultury jest coraz większa. Mamy do czynienia z potężną falą emigracji. Nie przypadkowo Wasyl Bykau przez ostatnie lata życia mieszkał na Zachodzie. Swietłana Aleksiejewicz też większość czasu spędza poza Białorusią. Wielu pisarzy jest zmuszonych do poszukiwania projektów, dzięki którym mogliby tworzyć i znajdują taką możliwość w Polsce, na Litwie i dalej w Europie Zachodniej.

P.L.: Jeżeli chodzi o emigrację białoruskiej inteligencji, czy nie uważa Pan, że nie ma tu zbieżności ze zjawiskiem, które obecne jest w kontekście Ukrainy? Ukraińska emigracja wspiera i inicjuje procesy oddziałujące na kraj z odległości. Środowisko intelektualistów w Toronto jest pod pewnym względem tym dla Ukrainy, czym była na przykład paryska „Kultura” dla Polski. Czy według Pana Białoruś posiada takie wyraźne środowisko?

M.M.: Środowiska ukraińskie od czasów powojennych były niezwykle silne. Olbrzymia liczba Ukraińców mieszkająca w Niemczech czy w Ameryce tworzyła wyspy ukraińskości. W latach czterdziestych, pięćdziesiątych działał Uniwersytet w Monachium, później w USA, Kanadzie. Te środowiska inteligencji mocno oddziaływały, co dzisiaj widać na przykład w historiografii ukraińskiej. Bardzo dobrze ilustruje to zjawisko twórczość najmłodszego pokolenia historyków jak np. Riabczuka czy Hrycaka.

Białoruska emigracja była natomiast stosunkowo słaba. Diaspora białoruska na Litwie czy w Polsce nie miała tak silnej, twórczej elity. Dlatego sądzę, że porównanie z Giedroyciem nie jest do końca trafne. W tym polskim przypadku mamy do czynienia z ewenementem na skalę światową. Rzadko się zdarza żeby idee stworzone na emigracji przez niewielki ośrodek skupiający grupę intelektualistów i twórców zostały przeniesione do kraju. Przypadek „Kultury” to wyjątek potwierdzający regułę, nie ma on analogii w odniesieniu do innych środowisk emigracyjnych z Europy Środkowej i Wschodniej.

Jeżeli możemy mówić o jakimś w miarę silnym oddziaływaniu kulturalnym na Białoruś z zewnątrz, to chyba jednak główną rolę spełnia tu Polska. Myślę tutaj o środowiskach białostockich. Ich dziełami są chociażby: miesięcznik „Czasopis”, serie wydawnicze, aktywność Sokrata Janowicza, czasopisma o charakterze naukowym.

Giedroyć próbował z pomocą polskich profesorów stworzyć silny ośrodek uniwersytecki w Białymstoku, jednak z dosyć słabym skutkiem. Okazało się, że nie jest to takie proste i proces ten musi być rozłożony na wiele lat.

Białystok silniej niż Lublin oddziałuje na Białoruś, aczkolwiek te dwa ośrodki są niezwykle ważne. Widać to na przykładzie wielu projektów realizowanych na pograniczu polsko­‑białoruskim czy polsko­‑ukraińskim.

P.L.: Co Pańskim zdaniem stanowi, wcześniej i obecnie, przeszkodę we współpracy Białorusi z krajami Unii Europejskiej, z Polską? Oczywiście wiemy o wątku politycznym – to są sprawy oczywiste. Ale czy Pana zdaniem Białorusini mają taki poziom zaufania, który pozwala na dobrą współpracę? Czy Białorusini czują się związani z Europą?

M.M.: Białorusini czują się Europejczykami i co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Przez ostatnie dwadzieścia lat, mimo ogromnych przeszkód, udało się im uporządkować swój dorobek historyczno­‑kulturowy, który o tym świadczy.

Najczęściej mówi się o trzech głównych filarach kulturowej tożsamości białoruskiej i ich europejskiej tożsamości historycznej. Pierwszy jest filarem związanym z państwowością, z prawem. Jest to Statut Wielkiego Księstwa Litewskiego, który jest częścią dorobku historycznego Białorusinów, pomimo sporu z Litwinami, nie tylko o ten dokument ile o prawo do tej części dziedzictwa.

Drugi filar to wielki obszar kultury religijnej, czyli to wszystko, co wywodzi się z dorobku Franciszka Skaryny – Biblia w języku białoruskim i rozwój trzech głównych kościołów chrześcijańskich na terenie Białorusi: grekokatolickiego, katolickiego i prawosławnego. Ten proces nawet dziś jest widoczny w prawosławiu. To białorutenizacja, która postępuje wprawdzie bardzo powoli, oddolnie, ale istnieje, jest widoczna i zauważana nawet przez patriarchat moskiewski. Taka jest polityka obecnego metropolity Filareta. Wyraźny wpływ ma też dorobek zmarłego niedawno kardynała Świątka, który pracował nad tym, aby kościół katolicki nie był kojarzony wyłącznie z polskością. Jest to wielkie osiągnięcie kościoła katolickiego, które udało się zrealizować (co zabrzmi paradoksalnie) dzięki wielkiemu polskiemu patriocie, jakim był kardynał Świątek.

Trzeci filar kultury białoruskiej związany jest z literaturą świecką. Podam przykład: wydałem ostatnio przy współpracy z mińskimi filologami „Białoruskiego Tristana” (dostępny w wersji elektronicznej na stronie „Komunikatu”, to jest biblioteka internetowa stworzona w Białymstoku przez grupę tamtejszych twórców kultury). Białoruskie tłumaczenie starej legendy o Tristanie. Istnieje rękopis, którego oryginał znajduje się w Poznaniu, datowany na koniec XVII wieku, wykonany zapewne w jakiejś kancelarii dworskiej. „Białoruski Tristan” pokazuje gdzie są korzenie kultury białoruskiej i potwierdza ich głębokie osadzenie w kulturze europejskiej.

Białorusini nie muszą zatem na siłę udowadniać, że są Europejczykami. Są to dla nich niezwykle istotne punkty odniesienia.

To, z czym w tej chwili środowiska kultury białoruskiej mają największy problem, to polityzacja ich aktywności. Siłą i niejako wbrew nim samym. Duża część z nich nie chciała być polityczna. Nie chciała iść w polityczne spory i debaty, ale proces rusyfikacji czy też ponownej sowietyzacji w ostatnich piętnastu latach spowodował, że odruch sprzeciwu osadził tych twórców w nurcie oporu, aktywności niezależnej w stosunku do oficjalnej ideologii i władz.

Polska i kraje zachodnie wspierają taką aktywność. Duża część środków pochodzi zarówno z różnych zewnętrznych źródeł jak i z samej Białorusi. Kierowano je na działalność NGO­‑sów, organizacji niezależnych, sektora pozarządowego. Artyści byli więc niejako automatycznie zmuszani do funkcjonowania bez wsparcia mecenatu państwowego. I to jest problem upolitycznienia artystów z kręgu niezależnej kultury, którzy chętnie i bez oporów korzystaliby z mecenatu państwowego, ale są niestety odrzucani przez oficjalny system, z uwagi na język białoruski oraz prezentowane wartości, sprzeczne z państwową ideologią.

P.L.: Pomówmy o ostatnich wydarzeniach związanych z udostępnieniem przez polski wymiar sprawiedliwości informacji o kontach bankowych niezależnych działaczy białoruskich. Twierdzi Pan, że to jest wierzchołek góry lodowej.[1]

M.M.: Tak. Głównie dlatego, że proces ten, ku oburzeniu wielu środowisk białoruskich w Polsce i w Białorusi, toczy się od wielu lat. Obserwujemy działania sądów i organów ścigania w stosunku do osób, którym władze białoruskie zarzucają czyny kryminalne, a które to osoby musiały uciekać z Białorusi, zagrożone karami za niezależną aktywność, czy wspieranie niezależnych organizacji i opozycyjnych partii politycznych. Są ścigani międzynarodowymi listami gończymi i wsadzani do więzienia; to miało miejsce już w latach dziewięćdziesiątych, i tylko od wyczucia poszczególnych sędziów i prokuratorów zależał ich dalszy los. Większość spraw kończyła się dobrze. Nie potrafię w tej chwili wymienić wszystkich nazwisk tych, którzy wpadli w tę pułapkę systemu międzynarodowej współpracy prawnej, ale bywało, że wielu z nich spędziło całe tygodnie czy miesiące w polskich aresztach, czekając na decyzję polskich sądów. Znany szerzej jest przykład Pana Żukowca, w którego przypadku udało się udowodnić, że dokumenty przysyłane z Białorusi były sfabrykowane na etapie tłumaczenia. Była wieloletnia historia absurdalnych zarzutów wobec Stanisława Bujnickiego z Grodna. Historia Alesia Bialeckiego jest więc takim wierzchołkiem góry lodowej. To nie jest kwestia złej woli strony polskiej, a raczej bezwładu instytucjonalnego. Polska podpisując umowę o pomocy prawnej i korzystając z pomocy państwowych instytucji białoruskich, dążyła do usprawnienia współpracy sądów i organów sprawiedliwości. Pamiętam, że jeszcze dekadę temu współpracę prawną obu państw uznawano za wzorcową. W większości przypadków dotyczyło to obszaru ochrony państwa, ścigania przestępstw kryminalnych. Władze białoruskie wykorzystały tę dobrą współpracę podejmując się ścigania osób, które zarzutów kryminalnych nigdy nie powinny usłyszeć.

P.L.: Minister Sikorski mówił o dymisji prokuratora odpowiedzialnego za przekazywanie informacji, o zmianie ustawy, tak, aby tylko prokuratura generalna mogłaby udostępniać tego typu dane. Jak Pan ocenia zachowanie polskiej strony. Co polska strona może zrobić, aby tę sytuację polepszyć?

M.M.: Pomysł ograniczonej współpracy z oficjalnymi instytucjami państwowymi w relacjach polsko­‑białoruskich czy litewsko­‑białoruskich powstał pod koniec lat dziewięćdziesiątych wobec faktu pogarszającego się stanu demokracji, podporządkowania instytucji publicznych jednej osobie – prezydentowi. Ograniczona współpraca, nazwana wówczas przez Czesława Bieleckiego „grą na da fortepiany”, zakładała kontakty do pewnego pułapu politycznego, przy jednoczesnym nieszkodzeniu pewnemu systemowi wartości oraz dużą polską aktywność w budowaniu dobrych relacji ze społeczeństwem. Chodziło o wspieranie kultury niezależnej, promocję demokracji i tych wartości, które są nam w Polsce najdroższe. Wydawało się, że ta „gra na dwa fortepiany” jest możliwa przez dłuższy czas. Kryzys wokół Związku Polaków w 2005 roku oraz notoryczne łamanie praw człowieka w Białorusi pokazały, że te obszary współpracy w wielu wypadkach zaczynają na siebie niebezpiecznie nachodzić, a ich rozdzielenie jest coraz trudniejsze. Władze polskie od kilku lat muszą tę praktykę weryfikować, niestety na niekorzyść dla współpracy ze środowiskami niezależnymi. Strumień pomocy dla instytucji niezależnych w Białorusi nie został wprawdzie przerwany, ale środowiska opozycyjne sygnalizują coraz więcej problemów. Chodzi przecież nie tylko o instytucje tworzące szeroko pojętą kulturę, ale również o te, które są zajęte budowaniem Białorusi obywatelskiej i demokratycznej. To jest niezwykle istotna sprawa, gdyż często kultury nie da się oddzielić od polityki. A w tym skrywa się też szerszy problem geopolityczny. Według większości opozycyjnych polityków białoruskich odcinanie Białorusi od współpracy z Zachodem działa na korzyść Rosji. Konieczność zrywania oficjalnych relacji na linii Warszawa­‑Mińsk, Wilno­‑Mińsk czy Bruksela­‑Mińsk, budzi w nich niepokój. W powstałą pustkę wejdzie ktoś inny. Oni boją się rusyfikacji, podporządkowania Białorusi Moskwie. Uważają, że strategia rosyjska zakłada tworzenie sytuacji, w których zachodni partnerzy Białorusi odcinają się od niej. Jak te sprawy rozwiążą polski minister czy premier – to dobre pytanie. Myślę jednak, że niezależnie od obecnego układu politycznego w naszym kraju, niezależnie od ekipy rządzącej, to raczej dłuższy proces i jesteśmy zdani na długi marsz a czasem i konieczność lawirowania między rafami.

P.L.: Jak ocenia Pan więc możliwości rozwoju kultury niezależnej i NGO w Białorusi?

M.M.: Na szczęście twórcy kultury oprócz wsparcia finansowego i udziału w projektach międzynarodowych, nie potrzebują silnego mecenatu i opieki państwowej. Twórca, który maluje, komponuje, pisze książki, na ogół robi to w domu i w ramach tych środków, które ma pod ręką. Nie potrzebuje ministra czy dyrektora departamentu do tego, żeby tworzyć. Myślę, że istnieje tutaj cały szereg instrumentów, które mogą być użyte przez stronę zachodnią, niezależnie od całej sytuacji prawno­‑politycznej. Mówię o wsparciu finansowym, o wciąganiu artystów do wspólnych projektów unijnych.

Tak między innymi miał działać projekt Partnerstwa Wschodniego. Z goryczą muszę jednak przyznać, że nie funkcjonuje to tak, jak było planowane i oczekiwane. W przygotowaniu tego projektu zakładano, że będziemy posiłkować się doświadczeniami, jakie mieliśmy np. z Ukrainą (mowa np. o zamkniętej w 2004 roku Fundacji „Wiedzieć Jak”). Wydawało się, że uruchomimy nasze środki państwowe i środki europejskie, zaangażujemy organizacje pozarządowe oraz instytucje kultury i głębiej wejdziemy w różne obszary aktywności społecznej. Z Ukrainą udawało się to przez wiele lat, a wydarzenia na Majdanie w 2004 roku były w pewnym sensie efektem aktywności polskich NGO­‑sów, które działały wtedy jeszcze przecież bez poważnego finansowego wsparcia państwa polskiego.

P.L.: Jakie były więc założenia i jakie cele postawiono w stosunku do Białorusi na etapie planowania Partnerstwa Wschodniego?

M.M.: To jest problematyczne pytanie, gdyż wiele osób i instytucji różnie to widziało. Sam pamiętam takie pomysły w Ministerstwie, które mówiły jedynie o konieczności przygotowania ogólnego i krótkiego dokumentu dla zakreślenia ogólnych politycznych ram, które Unia i jej agencje miałaby wypełnić niejako siłą działania instytucjonalnego. Na poziomie decydentów chodziło zatem o stworzenie ogólnego projektu i wrzucenie go do instytucjonalnej „maszynki” unijnej. Okazało się, że to nie tak działa, i że do tego trzeba jednak silnych moderatorów, konkretnie działających instytucji, ściśle nakreślonych programów partnerskich, konkretnego budżetu. Wyobrażałem sobie, że rolę moderatorów przejmą organizacje pozarządowe – nie tylko polskie, ale także czeskie, litewskie. Te ze wschodniej części Unii Europejskiej, które mają bliższe doświadczenia z Ukrainą, Białorusią czy krajami Kaukazu. Jestem rozczarowany, bo chyba zabrakło impulsu, pomysłu a może i odwagi, aby oddać Wschodnie Partnerstwo w ręce takich moderatorów, którzy mogliby to udźwignąć i pracować za instytucje państwowe oraz unijne. Tymczasem słychać, że wiele organizacji pozarządowych narzeka na brak szczegółowych informacji, że instytucje państwowe nie dają im potrzebnych instrumentów.

P.L.: Jakie widziałby Pan dalsze kroki ze strony Polski i Unii Europejskiej, które pomogłyby tę sytuację polepszyć?

M.M.: Myślę, że nacisk ze strony NGO­‑osów na polskie i unijne instytucje państwowe powinien być silniejszy. Instytucje odpowiedzialne za Partnerstwo Wschodnie powinny wskazać narzędzia i metody pomocne w realizacji ogólnych założeń Partnerstwa, stworzyć mechanizmy, dzięki którym również Białorusini mogliby korzystać ze środków zewnętrznych. Póki co mamy do czynienia z czymś, co jeden z działaczy pozarządowych określił jako „angelologię”, gdzie rozmawiamy o „sferach niebieskich”, o wielkiej polityce, ale bez konkretów.

Jeśli chodzi o polskie instytucje to aktywność wspierająca białoruską kulturę może polegać głównie na samorządach i w mniejszym stopniu instytucjach pozapaństwowych. To, co może być pomocną dłonią, z zewnątrz, dla białoruskich artystów, to współudział w różnego rodzaju projektach z Polską, Litwą, Czechami czy z innymi krajami Unii Europejskiej. Powinniśmy jednak w miarę możliwości sami generować te wydarzenia i wciągać w nie białoruskich artystów. Dla nich znaczy to bardzo wiele, to próba wyjścia na zewnątrz, poza ich środowisko i skonfrontowanie tego, co robią u siebie z tym, co dzieje się w Europie.

Ze strony Unii Europejskiej jest to problem trochę szerszy. Unia ma dzisiaj sama ze sobą problemy – nie tylko w kontekście kryzysu finansowego, ale głównie ze swoim rozwojem. Dlatego gdy się patrzy na Brukselę, jako centrum jednoczącej się Europy, to powstaje wrażenie, że skupiamy się tylko na sobie. Mówi się o konieczności rozwiązywania wewnętrznych problemów UE i o tym, że coraz mniej środków jest na to, aby wychodzić na zewnątrz. W Polsce patrzymy na Białoruś, Ukrainę czy Mołdawię jak na potencjalnych członków Unii, jak na państwa z obrzeża, które będą coraz silniej wciągane w obszar zjednoczonej Europy (gospodarczo i politycznie). Natomiast dla wielu Niemców, Francuzów, Hiszpanów czy Włochów to jest abstrakcja, raczej obciążenie niż wartość dodana. Spotkałem się z tym na przykład podczas zabiegania o pieniądze dla projektu telewizji Biełsat. Chodząc po różnego rodzaju instytucjach europejskich, od drzwi do drzwi, z prośbą o wsparcie wolnych mediów w Białorusi, słyszałem często w nieoficjalnych rozmowach pytania, na które trudno odpowiadać: „A po co to w ogóle? Niech oni sobie żyją tak jak chcą? Chcą Łukaszenki – ich sprawa. Chcą do Rosji – ich problem. Jakie to ma znaczenie, czy będą mieli tożsamość europejską czy nie?”. Tak jakby Białorusini rzeczywiście mogli o tym decydować; a przecież od wielu lat nie mogą, bo odebrano im instytucję wolnych wyborów. Z odległej perspektywy zachodniej części UE to wszystko jest rzeczywiście mniej istotne. Unia boryka się z masą własnych problemów, a na Białoruś i Ukrainę patrzy tak jak na Maroko, Algierię czy Libię. Z polskiej perspektywy mówimy jednak: „Nie, to są kraje z dziedzictwem europejskim, osadzone w naszym kontekście. To nie są sąsiedzi Europy, ale państwa europejskie i dlatego należy im się więcej europejskiej solidarności”.

Mariusz Maszkiewicz, Paweł Laufer


.

[1] W sierpniu 2011 r. polska prokuratura przekazała białoruskim śledczym dane o kontach białoruskich opozycjonistów, co wywołało kolejną falę represji.