Strona główna/FELIETON. Chichot idiomu

FELIETON. Chichot idiomu

Na jednym z portali internetowych – nie, nie będzie lokowania produktu – obok zdjęcia młodej ładnej kobiecej twarzy, przeczytałem tytuł materiału, który temu zdjęciu towarzyszył: „Tragiczna śmierć świeżo upieczonej matki. Winda przecięła ją na pół”. Zamiast natychmiast kliknąć i zaspokoić niezdrową ciekawość, gdzie i w jakich okolicznościach doszło do takiego nieszczęścia, nieszczęścia piętrowego, nieszczęścia do kwadratu, zacząłem się zastanawiać nad tym, jaka jest różnica między idiomem a frazeologizmem, i z pokorą uznałem, że właściwie to nie wiem. Przypomniałem sobie inne konteksty, w których wcześniej spotykałem się z tym zwrotem, takim jak „świeżo upieczony magister” czy „świeżo upieczony żonkoś”, nie budzące mojego entuzjazmu, ale i nie wywołujące jakiejś głupkowatej niestosownej wesołości i czegoś w rodzaju litości dla człowieka, który ten tytuł wymyślił i był zapewne z niego, i z siebie dumny. Frazeologizm jest terminem nadrzędnym wobec idiomu – przeczytałem w Poradni językowej PWN,  co jednak nie rozstrzygnęło mi kwestii, czy „świeżo upieczona matka” jest idiomem czy frazeologizmem. Po chwili równie bezowocnego zastanawiania się nad problemem, jak skonstruowana jest winda, która potrafi przeciąć człowieka, nie zmiażdżyć, a przeciąć na pół i nie wiadomo -– w poprzek czy wzdłuż – przypomniałem sobie świeżo upieczoną nie matkę, a córkę czy może raczej siostrę, ośmioletnią dziewczynkę imieniem Rozalia i wiedziony jakimś dziwnym imperatywem postanowiłem przeczytać po raz drugi w życiu nowelkę Bolesława Prusa Antek. Przyszło mi do głowy, że taka ponowna lektura po jakichś sześćdziesięciu latach to wystarczający  dowód, że człowiek po siedemdziesiątce zdolny jest jeszcze do szaleństw i nie musi wieść nudnego, pozbawionego fantazji życia. Teraz w programie podstawówki wśród lektury  tego autora  są chyba KatarynkaKamizelka, lecz Antka już nie ma, czemu specjalnie się nie dziwię, wyobrażając sobie radość dziatwy, gdy czyta modlitwę „O, Boże święty, Ojcze nasz, któryś naród swój wyprowadził z ziemi egipskiej i z domu niewoli, który każdemu stworzeniu, co się rucha, dajesz pokarm”, i zakłopotanie nauczycieli, gdyby przyszło im omawiać sceny, kiedy to tytułowy bohater w kościele  rozmyśla bardziej o pięknej żonie wójta niż o Bogu. Szczerze mówiąc, z pewnością jako dziecko nie potrafiłem docenić urody takiego zdania: „A po kątach szkoły siedział biały mróz i wytrzeszczał na wszystko iskrzące ślepie”. Mówiąc zupełnie serio, Prus w Antku porusza dwa problemy, które są aktualne do dziś: ochrona zdrowia i edukacja. Pocytuję troszeczkę:

„Wtedy wdowa przetrząsnąwszy szmaty, jakie tylko były w skrzyni i w komorze, wybrała sześć groszy i wezwała na ratunek Grzegorzową, wielką znachorkę.
Mądra baba obejrzała chorą uważnie, opluła koło niej podłogę jak należy, posmarowała ją nawet sadłem, ale — i to nie pomogło.
Wtedy rzekła do matki:
— Napalcie, kumo, w piecu do chleba. Trza dziewczynie zadać na dobre poty, to ją odejdzie.
Wdowa napaliła w piecu jak się patrzy i wygarnęła węgle czekając dalszych rozkazów.
— No, teraz — rzekła znachorka — położyć dziewuchę na sosnowej desce i wsadzić ją w piec na trzy zdrowaśki. Ozdrowieje wnet, jakby kto ręką odjął!
Istotnie, położono Rozalię na sosnowej desce (Antek patrzył na to z rogu izby) i wsadzono ją, nogami naprzód, do pieca.
Dziewczyna, gdy ją gorąco owiało, ocknęła się.
— Matulu, co wy ze mną robicie? — zawołała.
— Cicho, głupia, to ci przecie wyjdzie na zdrowie.
Już ją wsunęły baby do połowy; dziewczyna poczęła się rzucać jak ryba w sieci. Uderzyła znachorkę, schwyciła matkę obu rękami za szyję i wniebogłosy krzyczała:
— A dyć wy mnie spalicie, matulu!…
Już ją całkiem wsunięto, piec założono deską i baby poczęły odmawiać trzy zdrowaśki…
— Zdrowaś, Panno Mario, łaski pełna…
— Matulu! matulu moja!… — jęczała nieszczęśliwa dziewczyna. — O matulu!…
— Pan z tobą, błogosławionaś ty między niewiastami…
Teraz Antek podbiegł do pieca i schwycił matkę za spódnicę.
— Matulu! — zawołał z płaczem — a dyć ją tam na śmierć zaboli!…
Ale tyle tylko zyskał, że dostał w łeb, ażeby nie przeszkadzał odmawiać zdrowasiek. Jakoś i chora przestała bić w deskę, rzucać się i krzyczeć. Trzy zdrowaśki odmówiono, deskę odstawiono.
W głębi pieca leżał trup ze skórą czerwoną, gdzieniegdzie oblazłą.
— Jezu! — krzyknęła matka ujrzawszy dziewczynę niepodobną do ludzi.
I taki ogarnął ją żal za dzieckiem, że ledwie pomogła znachorce przenieść zwłoki na tapczan. Potem uklękła na środku izby i, bijąc głową w klepisko, wołała:
— Oj, Grzegorzowa!… A cóż wyście najlepszego zrobili!…
Znachorka była markotna.
—Et!… Cicho byście lepiej byli… Wy może myślicie, że dziewuszysko od gorąca tak sczerwieniało? To tak z niej choroba wylazła, ino że trochę za prędko, więc i umorzyła niebogę. To wszystko przecie z mocy boskiej”.

„— A dobry też z niego profesor?
— No, niczego!… On niby, jak z nim gadać, to taki jest trochę głupowaty, ale uczy — jak wypada. Mój przecie chłopak chodzi do niego dopiero trzeci rok i już zna całe abecadło — z góry na dół i z dołu do góry.
— E! Cóż to znaczy abecadło — odezwał się drugi gospodarz.
— Jużci, że znaczy — rzekł pierwszy. — Nibyście to nie słyszeli, co nieraz nasz wójt powiadają: «Żebym ja choć umiał abecadło, to bym z takiej gminy miał dochodu więcej niż tysiąc rubli, tyle co pisarz!»”

„— Patrzcie, dzieci — mówił pisząc na tablicy wyraz dom — jaka to mądra rzecz pisanie. Te trzy znaczki takie małe i tak niewiele miejsca zajmują, a jednak oznaczają — dom. Jak tylko na ten wyraz popatrzysz, to zaraz widzisz przed oczami cały budynek, drzwi, okna, sień, izby, piece, ławy, obrazy na ścianach, krótko mówiąc — widzisz dom ze wszystkim, co się w nim znajduje.
Antek przecierał oczy, wychylał się, oglądał napisany na tablicy wyraz, ale domu żadnym sposobem zobaczyć nie mógł. Wreszcie trącił swego sąsiada i spytał:
— Widzisz ty tę chałupę, co o niej profesor gadają?
— Nie widzę — odparł sąsiad.
— Musi to chyba być łgarstwo! — zakonkludował Antek.
Ostatnie zdanie usłyszał nauczyciel i krzyknął:
— Jakie łgarstwo? Co łgarstwo?
— A to, że na tablicy jest dom. Przecie tam jest ino trochę kredy, ale domu nie widno — odparł naiwnie Antek.
Nauczyciel porwał go za ucho i wyciągnął na środek szkoły.
— Na rozgrzewkę go! — zawołał i znowu powtórzyła się z najdrobniejszymi szczegółami dobrze już chłopakowi znana ceremonia.
Gdy Antek wrócił do domu czerwony, spłakany i jakoś nie mogący znaleźć miejsca, matka znowu go zapytała:
— Dostałeś?
— A może matula myślą, że nie? — stęknął chłopiec.
— Za naukę?
— Nie za naukę, ino na rozgrzewkę!”

***
6 października jechałem na festiwal Meridian Lutsk, czyli jak sama nazwa wskazuje do Łucka. Pierwszy raz byłem tam w kwietniu 2013 roku, jako juror międzynarodowego konkursu recytatorskiego Mistrzowie słowa, w trakcie którego  młodzież z Polski prezentowała literaturę ukraińską, a z Ukrainy polską,  na chwilę – niespełna dwa tygodnie – przed zawałem. Ponieważ wierzę w prawo serii, a Julia Hartwig zmarła w Stanach, zaś Janusz Głowacki w Egipcie, trochę bałem się jechać na Ukrainę. To znaczy bałem się powrotu. Wojciech Pestka wracał stamtąd niedawno kursowym autobusem i spędził na granicy 16 godzin, czekając nie na wyjazd z Ukrainy, ale na wjazd do Polski. Na tej ziemi niczyjej nie można było nic kupić do jedzenia i picia, dostępna była tylko toaleta w cenie dwóch złotych, do której kolejka podobno przypominała kolejki po papier toaletowy w PRL-u.

Pierwotnie miałem w Łucku występować wspólnie z Andrijem Lubką, ja miałem czytać wiersze, on miał promować swoją nową książkę Saudade, złożoną z felietonów, esejów, małych próz. Kiedy organizatorzy zapytali mnie mailowo, czy przypadkiem jej nie tłumaczyłem, przysiadłem i przełożyłem kilka kawałków. Potem program się zmienił, Andrij zamiast do Łucka pojechał do Stanów i Kanady, na tournée z  Karbidem, mnie się ubzdurało, że jedzie tam nie ze swoją powieścią, a z wrocławskim zespołem „Karbido”, z którym od lat współpracuje Jurij Andruchowycz. Czytałem więc nie z Lubką, a z Anetą Kamińską, moderator został ten sam – Ołeksandr Bojczenko. Anetę w tej roli słyszałem pierwszy raz, publiczność była nią zachwycona. Skoro napisałem takie zdanie, to czyżby ja niekoniecznie? Chodzi o co innego – chodzi o granice wiersza, o jego autonomię. Kto widział i słyszał kiedyś Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, będzie wiedział, z czym mam problem. Ano z tym, że trudno tu mówić o czytaniu, to raczej spektakl, wiersz  staje się zaledwie partyturą, półfabrykatem, z którego buduje się coś innego, buduje się monodram, zatrudniając nie tylko głos, w najróżniejszych jego rejestrach, od szeptu po krzyk, ale i ruch. To się ogląda i tego się słucha, ale co się nam tak naprawdę podoba? Czy przypadkiem jednak nie aktorstwo? Pomyślałem o tym samym na gali Angelusa we Wrocławiu, gdzie siedem książek, które weszły do finału, prezentowano w postaci zbudowanego z siedmiu scen  spektaklu. Świetne sceniczne pomysły, zachwycająca choreografia, fragment Karbida Lubki zaparł mi dech w piersiach, zdumiałem się, co można z tej prozy zrobić, ale potem pomyślałem sobie, że kto nie czytał tej powieści, po obejrzeniu adaptacji fragmentu niewielkie będzie miał o niej pojęcie. I że dotyczy to pozostałych sześciu książek.

Wracając do Łucka, to spotkałem tam wielu starych znajomych – Andruchowycz, Serhij Żadana, Oksana Zabużko, Ołeksandr i Oksana Bojczenkowie, Marianna Kijanowska, Sława Pomerancew – prezydent festiwalu Meridian Czernowitz, z którego Meridian Łuck wypączkował, i poznałem kilka nowych osób, które chciałbym, by przeszły do tej pierwszej kategorii. Pełne sale, sympatyczne organizatorki z dyrektorką festiwalu Elwirą Jacutą,  wolontariuszkami i wolontariuszami.
Pewnie chciałbym, żeby w przyszłym roku na festiwalu Czas poetów w Lublinie pojawiła się ukraińska poetka Iryna Ciłyk, której wiersze zrobiły na mnie ogromne wrażenie, Estończyk Jürgen Rooste czy poeta z Izraela Adi Asis, dzięki któremu  przekonałem się, że jak trzeba, to jestem jeszcze w stanie pogadać po angielsku. Dwóch wspaniałych Litwinów, Eugeniusz Aliszanka i Herkus Konczius, którzy zechcieli podrzucić mnie najpierw do Chełma, potem do Lublina, a ostatecznie przywieźli do samych Puław. Ponieważ dzięki wstawiennictwu polskiego konsulatu przepuszczono nas przez granicę szybko, cała ta podróż trwała tylko trzy godziny.

To był początek października. Zrobił się początek listopada. Rozsypuje mi się ten felieton, więc do następnego razu.

Festiwal Meridian Łuck. Od lewej: Petro Korbczuk, Iryna Ciłyk, Ołena Kycan Paszuk, Bohdan Zadura, Pawło Korobczuk. Z materiałów organizatorów Festiwalu.

Festiwal Meridian Łuck. Od lewej: Petro Korbczuk, Iryna Ciłyk, Ołena Kycan Paszuk, Bohdan Zadura, Pawło Korobczuk. Z materiałów organizatorów Festiwalu.