Strona główna/FELIETON. Donos i wykon

FELIETON. Donos i wykon

Znalazłem  w  poczcie elektronicznej wiadomość od swojego wydawcy – Biura Literackiego. Temat tej wiadomości postawił mnie na baczność, brzmiał bowiem ni mniej, ni więcej: „Hejtowanie Biura Literackiego”. Zaczęło się, pomyślałem. Tsunami nienawiści pędzi swoje brudne wody, zalewając wszystko, co na drodze. Taki mail to jak wołanie o pomoc, wołanie o solidarność.  Ale za co można wydawnictwo nienawidzić? Za autorów. Więc może to nie wołanie o pomoc, ale informacja? Przygotowany na najgorsze, zjeżony już wewnętrznie, z formułą „i tobie też” na końcu języka, otworzyłem. A tam prośba o… wypełnienie ankiety na temat działalności Biura Literackiego.

„Skoro to czytasz, to pewnie nas (choć trochę) lubisz. Twoje opinie, także te negatywne, są dla nas bardzo cenne. Znajdź chwilkę i wypełnij anonimową ankietę. Napisz, co o nas myślisz i miej swój udział w zmianach, jakie od kilku miesięcy wprowadzamy w Biurze Literackim. Z góry dziękujemy!”. O, przepraszam bardzo. Nie chcę mieć udziału w zmianach wprowadzanych w BL od kilku miesięcy. Fraza „dobra zmiana” świeci dla mnie jak grzyb po czarnobylu w lesie pod Czarnobylem (właśnie za miesiąc minie 30 lat od tej katastrofy – może w duchu nowej poprawności politycznej należałoby napisać zamachu?– byłem wtedy w Szigligecie nad Balatonem, dziś na Węgry jeżdżą kluby „Gazety Polskiej”, szczęść Boże!). Pewnie minie kilkadziesiąt lat, zanim wyrażenia „dobra zmiana” i „damy radę” wrócą do normalnego języka. Nie ze mną takie numery, drogie Biuro. Jak nazwać to, co robisz?  To manipulacja. Wiem, że Biuro się zmienia, i to nie od paru miesięcy, ale pewnie od samego początku, bo nie zmieniać się, to stać w miejscu, a stać w miejscu, to się cofać. Biuro wcześniej niż obecny minister kultury wiedziało, że walka z kulturą masową jest bez sensu, że należy tę kulturę  masową tylko podnosić na wyższy poziom, nasycać ją pierwiastkami kultury zwanej wysoką (albo odwrotnie). Stąd te komiksy wierszem lub raczej wiersze komiksem, stąd wizualizacje i didżeje na poetyckich festiwalach, klipy poetyckie, akcje „nakręć wiersz”, stąd te muzyki do wierszy. Bo stawiamy na młodzież. Te wszystkie − dla starego człowieka − nowinki, te strony internetowe, facebooki, blogi, twittery same w sobie pewnie są w porządku. Lajki i fejki i co  tam jeszcze? Jeszcze, rzecz jasna, „beka”, która ma tyle wdzięku, co przysłówek „zajebiście”, którym ślubowałem sobie nie pokalać ust i dotrzymuję tego postanowienia od kilku dekad. Jak to się wszystko dopełnia, jak się w jedną całość składa. Reporter TVN, który z miejsca wypadku donosi, że wszyscy, z którymi rozmawiał, twierdzą, że pijany kierowca bmw, który wjechał w ogrodzenie, „miał więcej szczęścia i rozumu”, PAD − co za  wspaniały subtelny skrót od „Prezydent Andrzej Duda”, przeciw któremu sam zainteresowany chyba nic nie ma – który, apelując, żeby jego zwolennicy zachowali umiar w sprawie zniszczonej opony, ćwierka po angielsku „please”, jakby nie było polskiego „proszę”, a w ostateczności bardziej egzaltowanego „błagam”, ktoś, kto − relacjonując Halowe Mistrzostwa Świata w lekkoatletyce − upodobał sobie czasownik „zgarnąć”; w krótkim tekście Polki „zgarnęły” dwa medale, sztafeta kobieca 4 x 400 metrów „zgarnęła” srebrne medale, Kamila Lićwinko „zgarnęła” medal brązowy. (Taki to teraz, widać, sport, w którym się zgarnia). I jeszcze donos, który wcale nie znaczy tego, co znaczył dla mojego pokolenia, czyli nagannego moralnie, anonimowego podkablowania na kogoś do władz, on doniesienie zastępuje. I donos nie jest samotny, bo oto po eliminacjach do Eurowizji Edyta Górniak jest niezadowolona ze swojego „wykonu”. I jeszcze to, też z poczty elektronicznej: „Przygotowana dla Pana rezerwacja monety w preferencyjnej cenie tylko 49 zł oczekuje na potwierdzenie na stronie www.jezus-milosierny.pl Zważywszy na olbrzymie zainteresowanie warto potwierdzić już teraz!”. Och, Skarbnico Narodowa, miłosierny to miłosierny, ale przekupniów ze świątyni pogonił. Nie boisz się, nie wstyd ci?

Mnie trochę wstyd, że nie myślę pozytywnie, że skłonny jestem wprowadzić do swojego słownika  słowo pojawiające się często  w internetowych komentarzach, którego znaczenia tylko się domyślam, mianowicie słowo „gimbaza”, i gotów jestem uznać, że gimbaza rządzi. Wszystkim. Przed miesiącem opisałem mój wyjazd do Mińska. Nigdy nie pisałem o wyjeździe do Moskwy, najwyższa pora, póki jeszcze coś pamiętam. Styczeń 2014, dziewięć miesięcy po zawale, perspektywa dwudziestostopniowego mrozu. Projekt Biura Literackiego – nagadałem trochę na Biuro, ale to z emocji, samo się tym hejtowaniem prosiło − „Ambasadorzy poezji”: przez rok poeci rosyjscy przyjeżdżają do Polski, do „małej Moskwy”, jak nazywano Legnicę, poeci polscy jadą do Moskwy, potem do Moskwy i Petersburga; zwieńczeniem projektu mają być antologie − pierwsza Radio Swoboda Współczesna poezja rosyjska wyszła pod koniec zeszłego roku w wyborze, przekładzie i opracowaniu Zbigniewa Dmitrocy, opatrzona też jego posłowiem. Ja lecę z Wojciechem Bonowiczem. Bardzo to miłe towarzystwo, jedyna rozbieżność między nami polegała na tym, że Wojtek chciał wpaść do mauzoleum, a ja jakoś wyjątkowo nie miałem ochoty na oglądanie trupa Włodzimierza Iljicza (stanęło na moim). Pierwszy raz w życiu przechodziłem – niezapowiedzianą – procedurę odlodzenia, dość surrealistyczną we mgle. Pierwszy raz leciałem samolotem zimą i nocą, no, nie nocą, ale po ciemku.  Ziemia widziana z okna samolotu wyglądała jak dno gabloty jubilerskiego sklepu, wyścielone granatowym aksamitem, na którym lśniły precjoza: miasta(?), jeziora, lasy w szadzi? Szeremietiewo, którym szliśmy do stacji szybkiej kolei jeżdżącej do Dworca Białoruskiego, zdawało się ciągnąć kilometrami. I lotnisko, zaczynając od uśmiechniętych ładnych dziewcząt w budkach kontroli paszportowej, i ten szybki pociąg, lśniący, czysty, z nowoczesnym designem − kazały mi pomyśleć z pewnym smutkiem, że jednak cywilizacyjnie Moskwa stoi wyżej niż Kijów. Dwudziestostopniowego mrozu też się nie czuło ani tego pierwszego wieczoru, ani później, kiedy całymi godzinami chodziliśmy po mieście. Patriarsze Prudy i Arbat − miejsca Bułhakowskie, a także pomnik Bułata Okudżawy („Ах, Арбат, мой Арбат, / ты − мое призвание. / Ты − и радость моя, и моя беда”), z którym robimy sobie z Wojtkiem zdjęcia. I moje zdumienie, kiedy na jakimś domu widzę tabliczkę redakcji „Junosti”, pisma, które kupowałem w Puławach ponad pół wieku wcześniej. Plac Czerwony. To tu w 1987 roku − w dzień obrony przeciwlotniczej − wylądował cessną Matias Rust, dziewiętnastolatek z Niemiec, to tu stoi GUM – niegdyś słynny dom towarowy, dziś ekskluzywna galeria handlowa, w której w sklepach sportowych widać zbliżającą się olimpiadę w Soczi, a na jednym z pięter znajduje się samoobsługowa restauracja stylizowana na dawny zakład zbiorowego żywienia. Pierwszego dnia po przyjeździe bierzemy udział w dyskusji w radiu Swoboda o poetach jako ambasadorach; nie do wiary, jak duże fragmenty „Eugeniusza Oniegina” w oryginale przetrwały w mojej pamięci, i cały wiersz „Borodino”. Ta rozmowa do dziś wisi gdzieś w internecie. Prowadziła ją rosyjska poetka Jelena Fanajłowa, pracująca w tym radiu; brał w niej udział również Lew Oborin. Ludzie, z którymi się stykaliśmy, byli szalenie sympatyczni, i ci z Instytutu Polskiego, i ci z moskiewskiego Instytutu Książki, w którym poza szefem pracują same młode, piękne i eleganckie dziewczyny. A jeśli chodzi o Jelenę Fanajłową (urodziła się w roku, w którym zdawałem maturę), to od pierwszych zamienionych z nią słów miałem wrażenie, że znam ją od zawsze. Idziemy z Wojtkiem, Poliną z Instytutu Polskiego i Wierą z moskiewskiego Instytutu Książki brzegiem skutej mrozem Moskwy, po której przepływa, roztrącając krę, turystyczny poduszkowiec. Zaszło niedawno czerwone słońce i teraz czuje się chłód. Wstępujemy do jakiegoś lokalu na francuską modłę − piekarnia i winiarnia w jednym − na grzane wino. Podłoga z desek, odsuwając krzesło, widzę na niej kartkę, podnoszę, wizytówka, po rosyjsku z jednej, po angielsku z drugiej strony. Wizytówka kogoś, kto pracuje w Bibliotece im. Turgieniewa, gdzie następnego dnia mamy z Wojtkiem i moskiewskimi kolegami czytać wiersze. Następnego dnia wita nas w tej bibliotece zastępczyni dyrektora Aleksandra Leonidowna Wachruszczewa i daje każdemu swoją wizytówkę. Gdy przychodzi kolej na mnie, mówię: „Dziękuję, już mam”. To nie koniec dziwności. Czytanie przy nabitej sali, wypełnionej przeważnie młodzieżą o inteligentnych twarzach, która świetnie słucha. Potem podchodzi do mnie starsza pani i pyta, czy mogłaby podarować mi książkę, wspomnienia Matki Róży Czapskiej z Lasek, którą przetłumaczyła na rosyjski. Pomyślałem, że trzeba się zrewanżować, miałem wznowione niedawno przez Towarzystwo Przyjaciół Puław Lata spokojnego słońca. Pani pisała dedykację, ja pisałem dedykację, spytałem o nazwisko, pani pokazała mi palcem nazwisko na okładce książki, nie myśląc wiele – przepisałem. Wymieniamy książki, ona mówi, że Czapska to autorka, którą ona tłumaczyła, ja, czytając jej dedykację dla… Wojciecha Bonowicza, mówię, że nie jestem Wojciechem Bonowiczem. Ona mnie przeprasza i pyta, czy jednak mógłbym panu Bonowiczowi przekazać tę książkę, ja mówię, że oczywiście, jemu Laski bliższe niż mnie − to on jest związany z „Tygodnikiem Powszechnym”. Ja poprawiam dedykację, wpisując już właściwe nazwisko. Po spotkaniu z organizatorami idziemy na kolację do knajpy Ex Libris, mieszczącej się w tym samym budynku. Gospodarze wznoszą toast za toastem, Wojtek mówi, że powinienem w naszym imieniu odpowiedzieć. Zawał zawałem, ale być w Moskwie i nie wypić kieliszka? Wstaję więc i mówię, że jeśli krótko, to dam radę, ale jeśli miałbym mówić tyle, ile trwały w sumie poprzednie toasty, to będę musi kogoś poprosić o pomoc. Zaczynam i pod koniec proponuję, żeby wypić również zdrowie tego, którego z nami nie ma, a który tłumaczy wiersze rosyjskich poetów na polski, i że robię to z tym większą ochotą, że Zbyszka Dmitrocę cenię i lubię, bo znam go ze swoich lubelskich czasów. Ledwie wypiliśmy i usiadłem, podbiegła do mnie Aleksandra Leonidowna, poruszona, cała w pąsach i mówi: „Przecież pan nie mógł o tym wiedzieć, no bo skąd. Mój ojciec ma na nazwisko Dmitroca i urodził się w Lublinie w 1942 roku”.

Pani od qui pro quo z Bonowiczem znalazła moją stronę na FB, którą ktoś założył bez mojej wiedzy i zgody, i tam wysłała mi list. Trafiłem na ten mail parę tygodni później. Pisała, że przeczytała powieść, że przy całej odmienności naszego dzieciństwa – jej w wielkim mieście, w świecie bez Boga – odczuła takie pokrewieństwo i wspólnotę doświadczeń, że chciałaby tę książeczkę przetłumaczyć na rosyjski. Na Ukrainie już trwała wojna, odpisałem, przeprosiłem za brak odpowiedzi, ona myślała, że nie odpowiadam właśnie ze względu na Ukrainę.  I tak to było z tą Moskwą, zobaczoną w ostatniej chwili, z dobrymi wrażeniami, które potem diabli wzięli. Ci, którzy chcą urządzać nam życie, więcej dobrych wrażeń nam zabierają niż dostarczają.

Bohdan Zadura

Bohdan Zadura i Iwan Turgieniew (w tle, obraz autorstwa Ilii Riepina, 1874) w Bibliotece im. I. Turgieniewa w Moskwie, październik 2014. Fot. za: http://bookinstitute.ru

Bohdan Zadura i Iwan Turgieniew (w tle, obraz autorstwa Ilii Riepina, 1874) w Bibliotece im. I. Turgieniewa w Moskwie, październik 2014. Fot. [za: http://bookinstitute.ru]

Plakat projektu Ambasadorzy Poezji. 1. Polsko-Rosyjskie Spotkania Poetów. Pomysłodawcą imprezy było Biuro Literackie, realizację wsparły władze Legnicy, miasta nazywanego Małą Moskwą.

Plakat projektu Ambasadorzy Poezji. 1. Polsko-Rosyjskie Spotkania Poetów. Pomysłodawcą imprezy było Biuro Literackie, realizację wsparły władze Legnicy, miasta nazywanego Małą Moskwą.

Partnerem projektu po stronie rosyjskiej były Rosyjski Instytut Książki oraz Instytut Polski w Moskwie.

Partnerem projektu po stronie rosyjskiej były Rosyjski Instytut Książki oraz Instytut Polski w Moskwie.

Ambasadorzy poezji w Moskwie: (od prawej) Wojciech Bonowicz, Bohdan Zadura, Wiera Połozkowa i Lew Oborin; 22 stycznia 2014. Fot. Oleg Dmitriev za: http://bookinstitute.ru

Ambasadorzy poezji w Moskwie: (od prawej) Wojciech Bonowicz, Bohdan Zadura, Wiera Połozkowa i Lew Oborin; 22 stycznia 2014. Fot. Oleg Dmitriev [za: http://bookinstitute.ru]

Bohdan Zadura w Moskwie, październik 2014. Fot. Oleg Dmitriev za: http://bookinstitute.ru

Bohdan Zadura w Moskwie, październik 2014. Fot. Oleg Dmitriev [za: http://bookinstitute.ru]