Strona główna/FELIETON. Pożegnanie z „tradycją”

FELIETON. Pożegnanie z „tradycją”

FELIETON. Pożegnanie z „tradycją”

Mykoła Riabczuk

W dniu 16 listopada 2017 roku ukraiński parlament ustanowił nowe ogólnonarodowe święto – Boże Narodzenie według kalendarza gregoriańskiego (25 grudnia), obok już istniejącego święta Bożego Narodzenia według kalendarza juliańskiego (7 stycznia). Oficjalnie decyzję tę zaprezentowano jako znak szacunku dla mniejszości rzymskokatolickiej i protestanckiej w kraju przeważnie prawosławnym, chociaż ogólny udział tej mniejszości nie przekracza 3 proc. mieszkańców. Nawet w przypadku hipotetycznego przejścia na kalendarz gregoriański ukraińskich grekokatolików mniejszość ta będzie stanowiła nie więcej niż 9 proc. ludności. Nawiasem mówiąc, na Białorusi, gdzie święta oficjalnie obchodzi się według obu kalendarzy, mniejszość katolicka stanowi 12 proc. mieszkańców.

Dominująca w obu przypadkach narracja o dwóch oficjalnych świętach Bożego Narodzenia jako przejawie wielokulturowości i tolerancji wyznaniowej w realiach ukraińskich jest ponadto dopełniana kładzeniem nacisku na „europeizację” ukraińskiego kalendarza i związanych z nim praktyk kommemoratywnych. Jako przykład przytacza się także oficjalne ustanowienie 8 maja Dniem Pamięci i Pojednania – nie zamiast, tylko obok tradycyjnego sowieckiego Dnia Zwycięstwa 9 maja.

Oba argumenty na rzecz podwójnych obchodów świąt – zarówno wewnętrzno-tolerancyjny, jak i zewnętrzno-integracyjny – są na swój sposób słuszne, z tym że z jakiegoś powodu prawie nie jest słyszalny argument trzeci, najprostszy i, prawdę mówiąc, najmocniejszy: astronomiczny. Niemal nikt nie wspomina o tym, że kalendarz gregoriański (wprowadzony przez papieża Grzegorza ХІІІ) jest nie tylko kalendarzem powszechnie przyjętym, według którego żyje teraz Europa, świat i zresztą sama Ukraina. Jest to także jedyny poprawny kalendarz, który – w odróżnieniu od juliańskiego (wywodzącego się od Juliusza Cezara) – w pełni uwzględnia zjawiska astronomiczne, m.in. ten naukowo udowodniony fakt, że rok ziemski, czyli pełny obrót planety wokół Słońca, nie trwa dokładnie 365 dni i 6 godzin (jak uważali twórcy kalendarza juliańskiego), tylko 365 dni, 5 godzin, 49 minut i 12 sekund. Ta na pozór drobna różnica (jakieś 10 minut i 48 sekund) w wymiarze 128 lat zwiększa rozbieżność między obu kalendarzami o jeden dzień. A zatem w chwili wprowadzenia kalendarza gregoriańskiego (skorygowanego pod względem astronomicznym) w 1582 roku takich dni zebrało się aż dziesięć, w ХІХ i ХХ wieku ich liczba wzrosła do 13, w kolejnym zaś wieku ХХІІ będzie ich 14.

Innymi słowy, według kalendarza juliańskiego im dalej w przyszłość, tym bliżej wiosny i dalej od przesilenia zimowego będzie święto Bożego Narodzenia. To zaś jest sprzeczne nie tylko z literą astronomii, lecz także z sakralnym duchem święta: przecież Boże Narodzenie powinno przypadać na przełomowy moment roku kalendarzowego, sankcjonując sukcesywne kurczenie się nocnej ciemności i wydłużenie jasnej pory doby. Kalendarz juliański nie jest zatem po prostu ignorancki і zacofany z punktu widzenia naukowego – jest także obskurancki z perspektywy religijnej. Godne uwagi jest to, że większość bardziej oświeconych Kościołów prawosławnych zrezygnowała już z tej archaiki i świętuje Boże Narodzenie według współczesnego kalendarza. Fałszywej „tradycji” średniowiecznej trzyma się przede wszystkim Kościół rosyjski, a w ślad za nim również Kościoły satelickie,  niemające odwagi wyjaśnić swoim wiernym błędnego charakteru tej pseudotradycji, a zarazem także ogólnego zakłamania moskiewskiego „tradycjonalizmu”.

Tymczasem retoryka „tradycjonalistyczna” w wydaniu moskiewskim jest przejawem nie tyle konserwatyzmu religijnego (na ogół charakterystycznego dla wielu sekt), ile stricte politycznego obskurantyzmu. Nie tylko artykułuje wprost, lecz także uprawomocnia systemową konfrontację putinowskiej Rosji z tak zwaną „Gayropą”, Zachodem oraz uosabianymi przez nie liberalno-demokratycznymi, antropocentrycznymi wartościami. „Tradycja” w oficjalnym dyskursie moskiewskim jest swoistą pałą, kijem bejsbolowym do bicia przeciwników politycznych – zarówno w kraju, jak i za granicą.

Istotę tego „tradycjonalizmu” nie tak dawno temu wyjaśnił sam zwierzchnik RKP, patriarcha Cyryl (vel agent KGB „Michajłow”), ogłosiwszy, że humanizm i związane z nim prawa człowieka to „globalna herezja”. „Jeżeli bezwzględnym miernikiem prawdy uczyni się człowieka, żadnej prawdy nie będzie, ponieważ ilu ludzi, tyle zdań”, oświadczył[1]. Uznanie człowieka i jego praw za uniwersalne kryterium prawdy w dobie nowożytnej spowodowało, jego zdaniem, „rewolucyjne wypędzenie Boga z ludzkiego życia, z życia społeczeństwa”. Tymczasem „istnieją wartości nie mniej ważne niż prawa człowieka. Są to: wiara, etyka, sakramenty, Ojczyzna”[2].

W rozumieniu czekistowskiego patriarchy obrona „prawdziwej”, czyli prawosławnej wiary jest zatem nieodłączna od zwalczania antropocentryzmu: „Dzisiaj mówimy o globalnej herezji człowiekochwalstwa, nowego bałwochwalstwa, wyrywającego Boga z życia ludzkiego. Niczego podobnego w skali globalnej nigdy jeszcze nie było. To właśnie na pokonanie tej herezji współczesności, której konsekwencjami mogą być wydarzenia apokaliptyczne, Kościół powinien kierować moc swej obrony, swego słowa, swej myśli. Powinniśmy bronić prawosławia”[3].

To, jak w praktyce wygląda owa „obrona prawosławia” i związanych z nim „wartości tradycyjnych”, możemy zaobserwować na przykładzie regularnych ataków rozpasanych czarnosecińców na „bluźniercze”, ich zdaniem, imprezy artystyczne, nie mniej regularnych represji FSB przeciwko organizacjom ochrony praw człowieka i aktywistom, a także złowrogiego nakręcania antyzachodniej, antyliberalnej histerii przez władze kremlowskie. Tendencja ta,  od zawsze istniejąca w Rosji co najmniej w postaci ukrytej, pod rządami Putina stała się coraz bardziej wyraźna, wkraczając w fazę zaostrzenia w 2014 roku – po Euromajdanie, okupacji Krymu i początku niewypowiedzianej wojny w Donbasie.

„W ciągu ostatniego roku – stwierdził na początku 2015 roku rosyjski publicysta Artiom Troicki – wyrazy »Europa«, »europejski« jeszcze nie stały się u nas obelżywe (do Ameryki jest jeszcze daleko), niemniej wyraźnie pogardliwe i lekceważące. O ile wcześniej pojęcie »europejski« kojarzyło się z komplementami w rodzaju »wykwintny«, »wykształcony«, »dobrej jakości«, o tyle obecnie ludowy słowniczek synonimów zaproponuje raczej odpowiedniki takich słów, jak: »zboczeńcy«, »słabeusze«, »rozpustnicy«, »zwyrodnialcy«… Przy czym, podkreślę, aktywny antyeuropeizm nie jest  nawet deklarowany »z góry« (tam na razie preferują zwroty dyplomatyczne) – napiera od dołu”[4].

Niezwykle znamienna, zdaniem autora, była reakcja społeczeństwa rosyjskiego na krwawy dramat w Paryżu – atak islamskich terrorystów na redakcję tygodnika satyrycznego „Charlie Hebdo”. Nieskrywana złośliwa radość (dobrze im tak, tym bluźniercom!) emanowała nie tylko z prawosławnych fundamentalistów, lecz także całkiem, wydawałoby się, „cywilizowanych” działaczy kultury, dziennikarzy, polityków, deputowanych. I podczas gdy reakcję Rosjan na wydarzenia ukraińskie jeszcze da się wyjaśnić propagandą telewizyjną i niestłumionymi rewanżystowskimi urazami, to zrozumieć otwartą niechęć, ba, wręcz nienawiść wobec zachodnich liberałów jest o wiele trudniej.

Chodzi przecież o to, że – jak pisze Troicki – „w dramacie »Charlie Hebdo« nie naruszono żadnych narodowych, politycznych, historycznych czy geograficznych interesów Rosji. Mało tego, większość mieszkańców kraju wcale nie darzy islamu szczególną sympatią ani nie odznacza się pietyzmem wobec Mahometa. Niemniej jednak… rosyjska opinia publiczna zadziałała tak, jak gdybyśmy byli krajem muzułmańskim – mimo że państwo jest świeckie, a jego mieszkańcy w większej części są bezbożnikami (chociaż lubią udawać prawosławnych)… W mocnych słowach ująłbym to tak: wstręt większości Rosjan do tak zwanych wartości europejskich jest silniejszy niż niechęć wobec islamistów i nienawiść do terrorystów… Dzisiejsze pozycjonowanie się Rosji wobec Europy nie jest tożsame, ale podobne do tego charakterystycznego dla państw Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej: cechuje je bliskość geograficzna z Europą, ścisłe więzi gospodarcze, a do tego rozsiana od Finlandii po Hiszpanię diaspora. Jednocześnie mamy całkowitą alienację, jeżeli chodzi o orientacje w sferze wartości, priorytetów moralnych i innych pojęć humanitarnych”.

Przytoczone tu zestawienie Talibanu muzułmańskiego i prawosławnego nie powinno nas dziwić, gdyż sami prawosławni fundamentaliści nie stronią od tej bliskości duchowej i pokrewnego nastawienia antyzachodniego. I tak oto jeden z putinowskich ideologów, neofaszystowski filozof Aleksandr Dugin, niejednokrotnie oświadczał: „w tradycji islamskiej i prawosławnej prawie wszystko ze sobą koresponduje. Tak samo odrzucamy specyficzne aspekty laickiej, zachodniej, europejskiej, indywidualistycznej koncepcji praw człowieka”[5].

„Rosja – sarkastycznie podsumowuje ewolucję reżimu putinowskiego Artiom Troicki (który przezornie wyemigrował do Estonii) – podniosła się nieco z kolan (blichtr europejski opadł) i na haju wykoziołkowała do swojej odwiecznej domeny feudalnej, po wielekroć opisanej przez rusofilów i rusofobów wszystkich epok i wszelkich maści. Można to potraktować jako triumf »ludowości« (z tejże triady uwarowskiej): szare-ale-mądre masy odrzuciły narzucone z zewnątrz obce wartości. Niezły numer! Niepokoją jednak dwie rzeczy: (1) ideologia »nowego średniowiecza« spisana jest wyjątkowo mętnie (mogliby nauczyć się czegoś od Sorokina, albo kogoś innego…) i przekonuje chyba tylko na poziomie emocjonalnym; (2) zwycięski światopogląd – nazwę go, dajmy na to, przedburżuazyjnym i przedhumanistycznym – był aktualny w wieku XIV, zaczął się szybko starzeć w wieku XVII, w XXI zaś wygląda na złą karykaturę”[6].

Ukraina, ustanawiając Boże Narodzenie według kalendarza gregoriańskiego oficjalnym świętem, zrobiła kolejny mały krok w kierunku odejścia od tej „złej karykatury” zwanej „rosyjskim światem”. Powinniśmy jednak uczciwie przyznać, że ta droga do Europy i do rzeczywistego przyswojenia jej wartości prawnych, politycznych i moralno-etycznych, którą Ukraina jeszcze powinna przejść, jest o wiele dłuższa niż ta, którą już pokonała i nadal pokonuje, pozostawiając na koślawych rękach prezydenta Putina i patriarchy Cyryla skórę zbroczoną krwią.

Mykoła Riabczuk

Z ukraińskiego tłumaczył Andrij Saweneć

Mykoła Riabczuk –  ur. 1953 r. w Łucku, ukraiński krytyk literacki, eseista i publicysta, poeta, tłumacz polskiej literatury. W latach 90. był gościnnym profesorem na kilku uniwersytetach amerykańskich. Założyciel opiniotwórczego kijowskiego miesięcznika „Krytyka”. Współpracownik Centrum Studiów Europejskich Uniwersytetu Akademia Kijowsko-Mohylańska. Jego teksty publikowano w Polsce m.in. na łamach „Więzi”, „Tygodnika Powszechnego”, „Akcentu”, „Dekady Literackiej”. Wyróżniony nagroda Polcul Foundation za działanie na rzecz dobrych stosunków polsko-ukraińskich, w 2002 r. laureat polsko-ukraińskiej Nagrody Pojednania Polsko-Ukraińskiego. Od 2014 r. jest przewodniczącym jury Nagrody Literackiej Europy Środkowej „Angelus”.

[1]http://www.interfax.ru/russia/500887
[2]Cyt. wg: http://www.rferl.org/content/Russian_Conservatives_Challenge_Notion_Of_Universal_Values/1358106.html
[3]http://www.interfax.ru/russia/499346
[4]https://www.novayagazeta.ru/articles/2015/01/13/62608-rossiya-151-evropa-vozvrat-bileta
[5] Cyt. wg:  http://www.rferl.org/content/Russian_Conservatives_Challenge_Notion_Of_Universal_Values/1358106.html
[6]https://www.novayagazeta.ru/articles/2015/01/13/62608-rossiya-151-evropa-vozvrat-bileta

 

Mykoła Riabczuk w Łazienkach Królewskich, 2016, fot. Paweł Czarnecki. Źródło: www.lazienki-krolewskie.pl.

Mykoła Riabczuk w Łazienkach Królewskich, 2016, fot. Paweł Czarnecki. Źródło: www.lazienki-krolewskie.pl.