Strona główna/FELIETON. Sceny szpitalne. Podwójność

FELIETON. Sceny szpitalne. Podwójność

Dichtung und Wahrheit. Sezon drugi

Wstawszy rano z łóżka we własnym domu, żeby za chwilę położyć się na łóżku w szpitalu, wychodząc chwyciłem ze sterty niemieszczących się na półkach książek powieść Julii Fiedorczuk Nieważkość, a już na miejscu w kiosku Ruchu kupiłem „Gazetę Wyborczą”. Jej szef tego dnia kończył 70 lat, a dodatek „Duży Format” wracał z czwartkowego do poniedziałkowego wydania. Na piątym piętrze puławskiego szpitala mieszczą się trzy jego oddziały – wewnętrzny, reumatologiczny i laryngologiczny, ze sobą sąsiadując, a nawet jakby – laryngologia i reumatologia – przenikając się. Szpital po remoncie – korytarze pomalowane na biało i niebiesko, łóżka lśniące chromem, pościel nie sprana, jakby uszyto ją wczoraj, podłoga zachowująca nienaganny połysk, żadnego zapachu środków dezynfekujących. Bezszelestnie zamykające się drzwi z dużą taflą mlecznego szkła, do którego, przytwierdzona na górnym brzegu taśmą klejącą od strony korytarza, kartka z napisem „Sala numer trzy”, unosi się, kiedy ktoś idzie korytarzem. W tym wszystkim w rogu stara szafa, na niej brązowe, też stare, tekturowe pudło i na poręczach łóżek karty chorobowe pacjentów w żelaznych ramkach pomalowanych białą olejną farbą, która tu i ówdzie starła się lub złuszczyła. To z czasów Gierka, a może Gomułki, tak jak toalety i łazienka po drugiej stronie korytarza, okna bez klamek, kartka „Zakaz palenia”. Od nowoczesnego wystroju pokoju odstaje jeszcze wisząca w pobliżu szafy plansza, ukazująca patologię kręgosłupa – trudno jej obecności nie uważać za ironiczny zbieg okoliczności – właśnie trafiliśmy jednocześnie z Darkiem F. do dwóch różnych szpitali, ja w Puławach, on w Grodzisku, on expressowo z dnia na dzień – tomograf, rezonans – wylądował na stole operacyjnym, gdyż stan odcinka szyjnego jego kręgosłupa groził paraliżem. Planszę mam na wprost oczu, co na nią spojrzę, to mi przypomina Darka. A z gazety dowiedziałem się właśnie z parodniowym opóźnieniem, że zmarł Dario Fo. Co oczywiście wzmaga niepokój, gdy się pamięta, że nieszczęścia chodzą parami.

W trzyosobowym pokoju jest nas dwóch. Mój towarzysz zaokrętował się przede mną. Rozpakowuję się, siadam na łóżku i mówię, że przepraszam, że pytam, ale takie teraz czasy, że wolę się upewnić, czy to, co czytam, nie budzi jego agresji. Nie, nie budzi. No to chwała Bogu. Wiedziałem, że pan Henryk jest szefem rady nadzorczej jednego z miejskich przedsiębiorstw, ale nie znałem jego poglądów. Czasy takie, powiada, że trzeba szczególnej elastyczności. Kiedy pielęgniarka zostawi nam kartkę z prawami i obowiązkami pacjenta, których znajomość już wcześniej potwierdziliśmy swoimi podpisami, zaryzykuję, badając tę elastyczność. W punkcie szóstym jest mowa o prawie pacjenta do spokojnego i godnego umierania, w punkcie dziewiątym o prawie do opieki duszpasterskiej. Mówię, że te dwa prawa czasami mogą być w konflikcie. Nie schładza to jakoś atmosfery na sali. Wygląda na to, że jesteśmy obaj kulturalnymi ludźmi, on siedem lat młodszy ode mnie. Gdy wrócę z toalety, przekaże mi pozdrowienia od pana prezydenta (miasta). „Kiedy powiedziałem, że leżę z panem, powiedział, że mi zazdrości”. No, no. Pan Henryk wie, kim jestem. Pielęgniarka rzuciwszy okiem na mój adres w jakichś papierach, powiedziała, że często bywa w moim bloku, bo od niedawna mieszka tam jej siostra, a odnosi takie wrażenie, że mnie zna z Kazimierza. Już chciałem ochoczo podsunąć – a to pewnie z czasów, kiedy tam pracowałem w muzeum – ale nagle sobie uświadomiłem, że to było ze czterdzieści lat temu, kiedy jej jeszcze może nie było na świecie. No, nieważne. W opisie sali pominąłem telewizor, duży płaski, wiszący nad drzwiami i metalową skrzynkę, z urządzeniem, które po wrzuceniu monet ten telewizor uruchamia. Za dwa złote godzina oglądania. Pierwszego dnia, w poniedziałek, telewizor nie budził naszego zainteresowania, ale we wtorek Legia Warszawa grała z Realem Madryt. Nawet wiedziałem, dzięki internetowi w komórce, że policja hiszpańska już aresztowała grupkę naszych bohaterów XXI wieku, patriotów, żarliwie miłujących nie tylko swój klub, ale i ojczyznę. Pan Henryk wrzuca monety do automatu, automat jakby miał ostrą postać biegunki, co wleci jednym końcem, to drugim wylatuje. – Ma pan może 50 groszy? – pyta, bo pięćdziesięciogroszówki jeszcze nie wypróbował. Wyciągam z szuflady szafki przy łóżku czerwone pudełko w kształcie serca. – W takim pudełku to powinien Pan zdjęcie żony trzymać, a nie pieniądze. – To właśnie żona zapakowała mi do tego pudełeczka bilon. Potem pan Henryk rozmawia z siostrą oddziałową, a następnie dzwoni pod numer nabazgrany długopisem na automacie – macher przyjdzie, ale następnego dnia, bo teraz jest 100 kilometrów od Puław, pielęgniarka pokazuje salę przy końcu korytarza, w której nikt nie leży, a telewizor działa. Na drzwiach napis: Sala Intensywnej Opieki Medycznej. Poza doprowadzonym tlenem i parawanem, którym można oddzielić każde z dwóch łóżek, niczym nie różni się od zwykłych sal, żadnej aparatury monitorującej. Ja wzbogacałem kolację serkiem topionym (homeopatyczną dawką masła nie da się posmarować trzech kromek chleba) i wędliną, pan Henryk teraz zabrał ze sobą banany i ciasteczka Belvita, produkowane z myślą o śniadaniu. Kolacja była o 16.30. Proponuję, byśmy zjedzeniem banana uczcili pierwszą bramkę, jaka padnie w tym meczu. – Dla Legii? – pyta pan Henryk i się śmiejemy obaj. Ronaldo brakuje pięciu goli do 100 strzelonych w Lidze Mistrzów i bodaj dwóch do stu w rozgrywkach pucharowych w ogóle. Jeśli Legia przegra mniej niż 10:0, będzie dobrze. Obaj nie darzymy Cristiano Ronaldo sympatią, jego min,  i fryzury. Jest świetnie, Legia gra zaskakująco dobrze, choć marnuje okazje, które stwarza. Zdobywa pierwszą bramkę na 1:2, do przerwy jest tylko 1:3, nerwowa końcówka. Nie wiem czemu, wydaje mi się, że jest istotna różnica między przegraną 1:5, a 1:6. Legii udaje się obronić przed tą szóstą bramką. A Ronaldo nie strzela w tym meczu ani jednego gola. Zasypiamy. W półmroku kręgosłup na planszy przypomina kształtem ślimaka na kapeluszu grzyba lub dżdżownicę. W dzień przy zamkniętych oczach sygnał towarzyszący otwierającym się drzwiom windy jest jak buczenie syreny statku we mgle, przez tę mgłę przebija się staccato kobiecych szpilek, z korytarza dobiegają odgłosy rozmów, wszystko to w półśnie jak ścieżka dźwiękowa jakiegoś filmu w niezrozumiałym języku. Temu, co akurat rozumiem, nie wierzę, bo oto słyszę ofertę kupna perfum, pościeli, garnków – otwieram oczy i widzę grubą Cygankę – zbiera zamówienia, czy cały towar upchnęła między fałdami swych spódnic? Sięgam po Nieważkość – dopiero tutaj przypomniałem sobie, że to książka z zawstydzającą teraz dedykacją „Kochanemu B., na samym początku wiosny, z serdecznymi uściskami, Julia. Marzec 2015”. Myślałem, że przeczytałem, a przeczytałem poprzednią – Białą Ofelię. Kiedy czytam na leżąco, po kilkunastu stronach gubię wątek, zapadam w półsen. Kiedy siadam, powieki mi nie opadają. To bardzo dobra powieść. Kiedy skończę, zadzwonię do Julii. Zacznę od zdania: „Spędziłem z tobą dwa dni w łóżku. Szpitalnym”. Pan Henryk też ma jedną książkę, kiedy wychodzi, podglądam, jaką. Takie już mam zboczenie, że gdy ktoś gdziekolwiek coś czyta, korci mnie, by podejrzeć autora i tytuł. To Rozmowy z Bogiem Neale’a Donalda Walscha.

W poniedziałek było bardzo słonecznie. Okna naszej sali wychodzą na wschód, są czyste, podobnie jak firanki, a zasłony tak cienkie, że nie zatrzymują światła. Powiedziałem, że słońce nie da nam rano pospać. Obudziłem się, w sali było jasno. Zdziwiłem się, że nie mierzyli jeszcze temperatury i ciśnienia. Sięgnąłem po zegarek – druga. Pomyślałem, że się zepsuł. Przyłożyłem go do ucha, usłyszałem tykanie. Dezorientacja – potem olśnienie, że przez całą noc pali się światło na korytarzu, a drzwi są przecież oszklone. Od szóstej trzydzieści do ósmej trzydzieści mam łyknąć dwie tabletki Espumisanu i pić wodę – mineralną niegazowaną, ewentualnie gotowaną, żadnej herbaty, kawy, soków – nie jeść śniadania, zaprowadzą mnie na USG jamy brzusznej. O ósmej wiem już, że za wcześnie zacząłem to picie i jest problem. Zwierzam się panu Henrykowi, on mówi, żebym się nie obraził, ale powinienem zacząć myśleć o seksie. To podobno pomaga. Nie pomaga. Mówię siostrze Małgorzacie, że jest kłopot. Ona radzi, żebym to zrobił, ale nie do końca. Łatwo zacząć, trudniej przestać. Potem tłumaczy, że pęcherz to jest przecież mięsień i pierwszą szklankę można wypić duszkiem, ale później to już trzeba popijać małymi łyczkami, tak by się stopniowo rozciągał. Nie mogła mi tego powiedzieć wieczorem?

Macher od telewizora zjawia się po południu. Ksiądz, który poprzedniego dnia zaglądał i pytał, czy ktoś z panów do komunii, tym razem zagląda i wita się z nim. – Pochwalony. – Co tu robisz? – Naprawiam telewizor.  – Te telewizory to najlepiej byłoby wyrzucić – powiada kapelan i odchodzi. Pan Henryk  pyta: ciekawe, czy swój już wyrzucił?

Monter rozbiera tę skrzynkę, ona nie jest złączona śrubami, tylko nitami. Doprowadza do stanu, w którym automat przyjmuje monety, ale nie programuje czasu. Przekładając na bardziej zrozumiały język – poprzednio wypluwał monety, teraz kradnie. Pan nie ma jakiejś części zamiennej, obiecuje, że ją zamówi i jeśli dostanie, to przyjdzie następnego dnia. Na otarcie łez zostawia nam grający telewizor, godzinę pogra gratis. TVP 1 – patrzę i mówię, że już jest jasne, czemu ksiądz chciał wyrzucać telewizor – kwestia konkurencji, bo na ekranie też ksiądz, ojciec Mateusz. Kiedy po godzinie ekran gaśnie, wrzucam dwuzłotową monetę, a potem – kiedy nic się nie dzieje – naciskam przycisk wymuszający jej zwrot. Co prawda moneta nie wypada, ale włącza się telewizor. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz oglądałem Jedynkę, z tak zwanej telewizji publicznej mój wzrok się zatrzymuje jedynie na kobiecym tenisie w TVP Sport. A tu Teleexpress, sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało, odżywają wspomnienia – oglądanie Teleexpressu to był stały punkt w codziennym rytuale innego Henryka – Henryka B., dziwne jak niewielu Henryków znałem – poza lekarzem z Kazimierza szpitalny współmieszkaniec jest trzeci – i nagle zaskoczenie – patrzę i oczom nie wierzę – Krzysztof V. osobiście reklamuje swoją najnowszą powieść Langosz w jurcie. Wczoraj rano w „Dużym Formacie” czytałem jego felieton o filmie Mariana Cohna i Gastóna Duprata Honorowy obywatel i dłuższą chwilę zatrzymałem się przy zdaniu: „Jak wiadomo otrzymanie tytułu honorowego obywatela oznacza w konsekwencji, że zostanie się znienawidzonym przez lokalną społeczność”. Dźwigam takie brzemię od sześciu lat i tymczasem ta reguła jakoś się nie sprawdza. Etienne Grzesiak, Marian Opania, Alina Aleksandrowicz-Urlich, Lech Wałęsa, ks. Ryszard Gołda, ks. Grzegorz Pawłowski, Jerzy Buzek, Tadeusz Wijaszka, Jan Krzysztof Podgórski, Barbara Czartoryska. Poza pierwszym na tej liście wicemerem francuskiego Douai, braterskiego miasta Puław, który zmarł w 2013 roku, jest na niej jeden aktor, jedna literaturoznawczyni, dwóch księży, dwóch polityków, jeden przedstawiciel nauk weterynaryjnych, jeden neurochirurg, jedna księżniczka. W moim mieście do honorowego obywatelstwa nie jest dołączone nawet prawo do bezpłatnych przejazdów komunikacją miejską, z tym obywatelstwem się nie obnoszę, jeśli się nim chwalę, to za granicą, moich wierszy ci, którzy mają gen bezinteresownej zawiści i nienawiści, chyba nie czytają. Jeśli mam jakieś problemy, to raczej wewnętrzne, ze sobą. Dostaję na przykład życzenia przed świętami Bożego Narodzenia i przed Wielkanocą, podpisane przez Prezydenta Miasta i Przewodniczącego Rady Miasta, w których nic by mnie nie dziwiło, gdyby był pod nimi podpisany ksiądz proboszcz i przewodniczący rady parafialnej. Jak władza samorządowa podejmuje kwestie soteriologiczne i eschatologiczne, to wydaje mi się to cokolwiek śmieszne, ale takie są pewnie konsekwencje obrania za patrona miasta błogosławionego, a potem świętego. Wtedy nie ma się co dziwić, że pani wiceprezydent stawia na dywaniku przedszkolanki z miejskiego przedszkola, które na przedszkolnym FB zamieściły swoje zdjęcie w czarnych strojach. Ja prywatnie panią wiceprezydent bardzo lubię, ona co do zasady może nawet ma rację, o FB jej chodzi, nie o kolor sukienek, ale z tego, jak tłumaczy dziennikarzowi, że trzeba dać przecież przedszkolankom szansę na wytłumaczenie się, wynika, że ona się tłumaczy raczej nie z wszczęcia sprawy, a z tego, że tych przedszkolanek jeszcze nie wychrzaniła z roboty i że za to ją ktoś może na dywanik wezwać, postawić do kąta, kazać klęczeć na grochu. Latem w Tarnowskich Górach dopadł mnie telefon od Czesi B. – w związku ze swoim 110-leciem miasto zamówiło w radiu reportaż o mnie, czy się zgodzę? Panią redaktor lubię, cenię, parę kieliszków wódki razem dawno temu wypiliśmy. Tylko że radio już inne, nazywa się tak samo, ale inne. Po co mi ta audycja, czego się dowiem o sobie z tego reportażu? Mam coś do powiedzenia, czego jeszcze nie powiedziałem? Ze dwa dni pójdzie się rzeźbić, za friko – za udział w czymś takich nie płacą, podobnie jak za rozmowy (to dla tych z genami zawiści). Ale mam dać kosza panu prezydentowi i mam dać kosza Czesi? W przeciwieństwie do PADa nigdy nikomu nie mówiłem, że jestem niezłomny. Więc tym razem się złamię. Jak już mamy w sali grający telewizor, to wrzucamy monety, to znaczy ja wrzucam, wczorajszy mecz sponsorował pan Henryk. On nie robi min, kiedy czytam tę gazetę, którą czytam, więc ja postaram się powstrzymać od demonstracji podczas Wiadomości TVP. Łatwo powiedzieć, wytrzymuję kilka minut, potem rzucam jakby do siebie, o, zapomniałem, biorę do ręki komórkę, wybieram numer i wychodzę na korytarz i z korytarza na jeszcze jeden korytarz, pod windy, które buczą jak statki we mgle na morzu. Kiedy patrzy się z góry, wszystko jest bliżej, kominy Zakładów Azotowych na wyciągnięcie ręki, tuż za lasem w żółciach i brązach. Stadion niemal pod stopami. Ale to za dnia.

Kiedy wracam, znowu pewnie misyjny, ale rozrywkowy z założenia, program „Hit, hit, hurra!”. O Matko Boska! – jak mawiał Henryk B. O matko i córko! – jak mawia Aneta W. Kto nie zna powiedzenia „stara maleńka”, niech to obejrzy. Co oni robią z dzieci, jak ci jurorzy z tymi gwiazdami dziecięcego show-biznesu rozmawiają. Jak te dzieci są wyuczone niby papugi. Komplement jednego z jurorów pod adresem nastoletniej wykonawczyni: „Wiesz, ciara!”.

Uciekam w smartfonowy internet, kibice wydali oświadczenie: „Jako Stowarzyszenie Kibiców Legii Warszawa i Grupy Kibicowskie wyrażamy zdziwienie obarczeniem odpowiedzialnością za wydarzenia z Madrytu nas, kibiców. Już na miejscu zbiórki, wybranym przez nas zgodnie z sugestiami organizatorów, zachowanie policji było bardzo agresywne, prowokacyjne i miało swój dalszy ciąg podczas przemarszu na stadion, jak i przed samym stadionem. Kibice, w tym także kobiety i dzieci, byli w czasie drogi bez powodu atakowani, bici, wyciągani z tłumu, co w rezultacie powodowało wzrost napięcia i nerwowość wśród naszych fanów. Osoby ze Stowarzyszenia, które starały się zapobiec eskalacji wydarzeń, również były traktowane przez policję agresywnie”.

Raz jeszcze czytam zdanie: „Kibice, w tym także kobiety i dzieci, byli w czasie drogi bez powodu atakowani, bici, wyciągani z tłumu” – ci hiszpańscy policjanci to jak hitlerowcy, konwojujący jeńców, nawet gorsi, bo tamci bili, jak ktoś odstawał lub uciekał, a ci bez powodu. Wyciągali z tłumu dzieci, czyżby po to, żeby roztrzaskać ich główki o bruk?

Ten pobyt w szpitalu był bardzo krótki, a felieton jest bardzo długi, więcej niż podwójnej objętości. Dylemat – żyć czy opisywać. Żeby dokładnie opisać jeden dzień, trzeba by miesiąca. Kto by to przeczytał? W czwartek telefon od Ewy H. – wie, że będę w sobotę w Lublinie. Zaprasza mnie do programu, myślę, że to w związku z festiwalem „Czas Poetów”. Tarnogórskie déjà vu – tylko telewizja zamiast radia, zamiast rodzinnego miasta festiwal, wódki z Ewą H. nie piłem. No dobrze, mówię, choć w mej głowie rozbrzmiewa pytanie, czy wypada się pokazywać w czymś, czego z zasady się nie ogląda. Powiedzmy, że ten program kulturalny to jak kobiecy tenis, tylko że podczas jego emisji na pasku leci serwis informacyjny, tak się uchytrzyli, żeby nie marnować czasu.

24 października wieczorem na pasku innej telewizji wiadomość, że PAD mianował pułkownika Ryszarda Kuklińskiego na stopień generała brygady. Nie czepiam się już tego „mianował” – choć lepsze byłoby „awansował” (bo mianował chodzi w parze z odwołał, a ze stopnia odwołać nie można), uważam jednak, że ta informacja powinna się zaczynać od słów: „W związku ze zbliżającym się Dniem Wszystkich Świętych…”. To by zapowiadało narodziny nowej świeckiej świętej tradycji, dzięki której polska armia będzie rosła kadrowo w siłę, a ludzie z każdym rokiem będą żyli bezpieczniej. Moim zdaniem następną osobą, która w tym trybie powinna otrzymać szlify generalskie, jest pułkownik Emilia Plater (tak o niej napisał Adam Mickiewicz w wierszu Śmierć pułkownika, mniejsza z tym, w jakim znaczeniu tego słowa używał). Ponieważ była kobietą, taka decyzja wpłynęłaby na ocieplenie wizerunku PADa, a ponieważ jest bohaterką narodową również Litwy i Białorusi, sprzyjałoby to wzrostowi międzynarodowego znaczenia naszego kraju, a również wzmacniało tradycyjną przyjaźń litewsko-polską. Tak jak jestem przekonany, że decyzja prokuratury o ekshumacji ofiar katastrofy pod Smoleńskiem będzie sprzyjała przyrostowi kremacji wobec pochówków w ziemi. Kongregacja Nauki Wiary jakby właśnie z tej okazji wydała instrukcję o nazwie „Aby zmartwychwstać z Chrystusem” ze wskazówkami odnośnie pochówku ciał i przechowywania prochów. Nie wszystko w niej dla mnie jest jasne, ale to może wina tego, który przedstawia  ją w internecie. „Jeśli zmarły żądał przed śmiercią kremacji z powodów sprzecznych z wiarą chrześcijańską, Kościół ma prawo odmówić katolickiego pochówku” – staram sobie wyobrazić bodaj jeden taki powód i słabo mi idzie, ale to bez znaczenia. Najważniejsze: „Instrukcja przypomina, że Kościół zaleca zachowanie zwyczaju grzebania ciał. Jednocześnie nie zabrania kremacji”. Kto skremowany, temu żadna ekshumacja nie grozi. Swoją drogą nieoficjalne wiadomości o tym, że ekshumacje mają rozpocząć się w nocy z 14 na 15 listopada, mogą sugerować, że prokuraturze chodzi nie tylko o sekcje zwłok, ale i o wywoływanie duchów, a jeśli się to uda, również o ich przesłuchanie.

Bohdan Zadura

Bohdan Zadura – poeta, prozaik, felietonista, krytyk literacki i tłumacz (m.in. z ukraińskiego, węgierskiego, angielskiego), redaktor naczelny „Twórczości”, wieloletni redaktor i współzałożyciel kwartalnika literackiego „Akcent”. Za tom Nocne życie uhonorowany Wrocławską Nagrodą Poetycką „Silesius” (2011). Laureat m.in. Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Hryhorija Skoworody (2014 ) oraz  Nagrody im. C.K. Norwida (2015).  Został wyróżniony tytułem Honorowego Obywatela Miasta Puławy w 2010 r. i do tego faktu nawiązuje w powyższym felietonie.

Bohdan Zadura w majowym ogrodzie. Fot. Marek Zadura.

Bohdan Zadura w majowym ogrodzie. Fot. Marek Zadura.