Strona główna/FILOZOFIA. Czy pamiętamy własną tożsamość?

FILOZOFIA. Czy pamiętamy własną tożsamość?

FILOZOFIA (ESEJ). Czy pamiętamy własną tożsamość?
Maciej Wodziński

Czym jest tożsamość? Na nasze potrzeby można stwierdzić, że toż-samość (to-samo-ść) to coś, co w przemijającym czasie zachowuje swoją ciągłość, jakąś nie zawsze dookreśloną i  pojęciowo ujmowalną jedność. W odniesieniu do nas samych, można powiedzieć, że jest to poczucie ciągłości naszej własnej osoby. Jeżeli gdzieś warto upatrywać roli i zadania dla filozofii, to z pewnością można to robić w komplikowaniu i problematyzowaniu kwestii pozornie oczywistych. Jedną z takich kwestii, wyrażonych w tytułowym pytaniu, nad którymi nie zastanawiamy się zupełnie na co dzień, jest nasza własna tożsamość.

Stając przed lustrem, rzadko kiedy zadajemy sobie pytania: czy ja to faktycznie ja? co sprawia, że ja to ja? albo co to w ogóle znaczy „ja”? Odpowiedzi na te i tym podobne pytania nie spędzają nam snu z powiek, lecz gdy głębiej się nad nimi zastanowić, poświęcić im trochę czasu i zepchnąć z piedestału nasze własne niezachwiane przekonania, może okazać się, że jak dobrze poszukamy, to wśród potłuczonych skorupek, odnajdziemy coś wartościowego i przekonamy się, że niekoniecznie są to sprawy tak oczywiste.

Moją ambicją nie jest całościowe omówienie kwestii tożsamości i podmiotowości (znanemu kanadyjskiemu filozofowi Charlesowi Taylorowi zajęło to bagatela tysiąc stron), ale wskazanie słabych punktów naszych pewnych i niezachwianych przekonań – nawet jeżeli miałoby to posłużyć wyłącznie swoistemu myślowemu eksperymentowi, warto to, moim zdaniem, zrobić.

Przez większą część swojej historii, filozofia nie zajmowała się tym problemem. Nawet jeżeli pojawiał się on w rozważaniach niektórych filozofów, to raczej jedynie na peryferiach ich myślenia. Do wieku XVII niewielu z nich pytało: co właściwie mówię, gdy mówię „ja”? Punktem zwrotnym w tej kwestii okazał się Kartezjusz, który jako pierwszy skupił swoją uwagę na poszukiwaniu jakiejś jasno i wyraźnie określonej podstawy naszej podmiotowości. Mimo iż chyba całkowicie się w tej kwestii mylił, to stał się punktem, od którego analizy i  krytyki rozpoczynały się wszelkie dalsze rozwiązania tego problemu. W niniejszych rozważaniach pokażę, dlaczego problem tożsamości, pomimo wieków namysłu, dalej jest tak zajmujący dla współczesnych nauk oraz filozofii (w tym miejscu wielu filozofów, którzy uważają się za naukowców zapała świętym oburzeniem – czy filozofia nie jest nauką? – no cóż, trudno, bez herezji nie ma postępu).

Czym jest w ogóle tożsamość? Odpowiedź będzie wymagała kolejnego pytania, czym jest podmiot – czym jest owo osławione „ja”. Odpowiedzi otrzymamy niezwykle dużo, zarówno mówiących nam, że podmioty są jednostkowe (poszczególne osoby), jak i zbiorowe (naród, duch świata itp.). W XX wieku pojawiły się nawet teorie socjologiczne, mówiące, że podmiotem w skomplikowanej sieci relacji są nie tylko osoby, ale też wszelkie przedmioty, z  jakimi wchodzą w interakcję te osoby. Nie wgryzając się jednak dalej w ten temat, poprzestańmy na ogólnym określeniu, że podmiotem jest pewna jednostka, osoba będąca sprawcą swoich czynów oraz obiektem różnorodnych oddziaływań z zewnątrz – a więc wchodząca w aktywną interakcję z otoczeniem. My, ludzie, wszyscy jesteśmy podmiotami (znowu nie wchodząc w szczegóły, nie będziemy tu rozważać przypadków osób pozbawionych możliwości takiej interakcji, np. w śpiączce) – uznamy, że wszyscy jesteśmy podmiotami.

Natomiast tożsamość – również w uproszczeniu – tak jak już wyżej wspominałem, możemy określić jako pewną ciągłość danego podmiotu. Jako to, co sprawia, że podmiot uważa się za ten sam dzień po dniu, jako toż-samy ze sobą samym, a więc taki sam i ten sam pomimo upływu czasu. Konstrukt nazywany przez nas tożsamością ma ogromne znaczenie w  naszym życiu, choćby dlatego, że pozwala nam podejmować decyzje, planować przyszłość czy brać i  przypisywać innym odpowiedzialność za popełnione czyny.

Na początek zaproponuję coś, co filozofowie lubią niezmiernie – eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że stajemy przed lustrem i widzimy w nim twarz. Na chwilę pójdźmy śladami Edmunda Husserla i weźmy w nawias (zawieśmy) całą naszą dotychczasową wiedzę o świecie, jaki jawi nam się przed oczami. Na moment wyobraźmy sobie, że nie wiemy czyja twarz odbija się w lustrze, przed którym stoimy. I postarajmy sobie teraz odpowiedzieć na pytanie: co sprawia, że ja to ja?

Jeżeli pójdziemy za głosem zdrowego rozsądku i odpowiemy sobie, że przecież to moja własna twarz, że to jej widok sprawia, iż wiem, kim jestem – to wchodzimy na dość niepewny grunt. Wystarczy bowiem wyobrazić sobie hipotetyczną sytuację, gdy na umówione z nami spotkanie przychodzi nasz znajomy, który – ku naszemu zdziwieniu – wygląda zupełnie inaczej niż zwykle. Zamiast łysego jegomościa z wielkim nosem przychodzi krzaczasto zarośnięty ktoś, o idealnie proporcjonalnych rysach twarzy. I poza tą jedną cechą ten ktoś mówi dokładnie w ten sam sposób, akcentując tak samo wypowiadane wyrazy, wykonuje charakterystyczne dla naszego znajomego gesty, sensownie odpowiada na wszystkie pytania, które mogłyby sprawdzać jego tożsamość. Czy w takiej sytuacji moglibyśmy wyłącznie na podstawie wyglądu odmówić mu tożsamości naszego przyjaciela?
Albo wyobraźmy sobie sytuację odwrotną: na ulicy spotykamy kogoś, kto wygląda dokładnie jak nasz dobry znajomy, ale nie przejawia żadnej z powyższych charakterystycznych dla niego cech. W tej sytuacji będziemy skłonni uznać, że spotkaliśmy sobowtóra, który po prostu naszym znajomym nie jest, niż że znajomy przed nami udaje. Dlaczego tak się dzieje? Wydaje się, że z dość prostego powodu: mało kto z nas – nawet jeśli podświadomie – chciałby dać się zredukować wyłącznie do roli cielesnej maszyny, o której wyjątkowości decydują tylko cechy fizyczne – a nie nasz charakter, uczucia, emocje czy – co tutaj bardzo ważne i do czego jeszcze za chwilę powrócimy – nasze wspomnienia.

Znowu wyobraźmy sobie, że nawet jeżeli pozwolilibyśmy się sklonować, o naszej unikatowości, a więc i odmienności od naszego klona świadczyć będzie nabyte w  trakcie życia doświadczenie, to co utrwaliła nasza pamięć, czego nasz klon nigdy nie miał okazji doświadczyć („zmagazynować”). Biologiczna identyczność nie będzie więc stanowiła o  tożsamości „oryginału” i jego klona.

Często podnoszonym argumentem przeciwko tak naturalistycznemu (biologicystycznemu) nastawieniu jest również proces wymiany komórek naszego ciała. Około 98 proc. komórek naszego ciała – na które składa się jakieś 7 oktylionów atomów (10 i 48 zer…] – ulega w naszym życiu ciągłej wymianie. Niektóre nasze „elementy” wymieniają się co kilka tygodni, inne co kilka lat. Pod względem biologicznym w nas z dzisiaj, niemal zupełnie nie ma „nas” sprzed 10 lat. A mimo to wciąż chyba pozostajemy tym, kim wcześniej byliśmy. Jak to możliwe? Jeżeli odrzucimy wytłumaczenie polegające na wskazywaniu, za Kartezjuszem, jakiegoś „siedzącego nam w głowie”, niematerialnego centrum czy źródła naszego „ja”, dojdziemy do jednaj z najczęściej udzielanych w tej kwestii odpowiedzi – czyli pamięci.

Widzisz w lustrze tę samą twarz, znaczy to, że dzień po dniu, rok po roku jesteś w dalszym ciągu sobą. Pamiętamy kogo nazywaliśmy żoną czy synem i z kim widzieliśmy się w pracy czy na uczelni. Pamiętamy też, że tydzień temu rozpoczął się remont drogi i pamiętamy rozkład ulic, co pozwala nam uniknąć porannego korka. Pamięć jest potężnym narzędziem, spajającym miliony skrawków informacji w jedną spójną całość, które składają się na naszą tożsamość.

Czy jednak faktycznie jest to coś, czemu powierzyć możemy tak fundamentalną dla każdego człowieka sprawę, jak utrzymanie tożsamości? Tak poważne zadanie powinno być wszak realizowane przez instrument absolutnie niezawodny. Czy tak w istocie jest?

Spróbujmy kolejnego eksperymentu myślowego. Postarajmy się sobie przypomnieć, co robiliśmy 12 lipca 2007 roku. Albo żeby data była bardziej znacząca – jak spędzaliśmy własne urodziny na przykład 5, 9 i 13 lat temu? Tutaj pamięć zawodzi. Sięgnijmy do rodzinnych albumów i sprawdźmy ile sytuacji, które są tam przedstawione faktycznie pamiętamy, kiedy i gdzie się one wydarzyły, o czym wtedy rozmawialiśmy, kto jeszcze tam był obecny, a kogo akurat nie widać na fotografii? W przypadku wydarzeń sprzed wielu lat pamięć nas zawodzi, próby przywołania wielu zdarzeń okażą się daremne, a w przypadku innych nasze wspomnienia – w konfrontacji z relacjami świadków tamtych wydarzeń – mogą okazać się zupełnie nierealne i daleko odbiegające od prawdy. Tak jakbyśmy pamiętali coś, co nigdy się nie wydarzyło.

Czy w takim przypadku, gdy nasza pamięć zawodzi, z czystym sumieniem możemy powiedzieć, że jesteśmy dokładnie tą samą osobą, co 15 czy 20 lat temu – ponieważ pamiętamy? Pamięć jest rzeczą ulotną, podatną na błędy i manipulacje. Z tym faktem musimy się niestety pogodzić. Wystarczy, że odpowiednia część naszego mózgu ulegnie uszkodzeniu i  może się okazać, że wszystko, co stanowiło o naszej wyjątkowości w otaczającym nas świecie – przestanie istnieć. Przynajmniej dla nas samych. W przypadku uszkodzenia pamięci cała nasza, budowana latami, tożsamość runie niczym domek z kart. „Ja” przestanie być dla nas czymś wyróżnionym i wyjątkowym, a stanie się białą kartą, którą trzeba będzie zapisywać od nowa.

O ile „zapominanie”, którego doświadczyć możemy podczas takich „domowych” eksperymentów nieznacznie narusza fundament naszej tożsamościowej podstawy, to współczesne badania psychologów zdają się zadawać jej o wiele mocniejszy cios, choć z  zupełnie innymi intencjami. Co najmniej od lat 70. ubiegłego wieku naukowcy starają się odkryć sposoby, za pomocą których naszą pamięcią można manipulować oraz to jakim zewnętrznym oraz wewnętrznym wpływom ona podlega.

W jednym z eksperymentów pewnej grupie studentów pokazano nagranie jadącego białego samochodu sportowego, po czym części z nich zadano pytanie: „Jak szybko jechał biały sportowy samochód, kiedy mijał stodołę?”. Drugą część zapytano: „Jak szybko jechał biały sportowy samochód?”. Po pewnym czasie te same grupy zapytano, czy widziały na nagraniu stodołę? 20% osób z grupy zapytanej o nią za pierwszym razem potwierdziło, że ją widziało – a oczywiście na filmie takiego budynku wcale nie było.

Ta sama badaczka wykazała, że odpowiedni sposób sformułowania pytania (w tym przypadku o film przedstawiający wypadek z udziałem dwóch pojazdów) potrafi wywołać wspomnienia, których nigdy nie byliśmy świadkami. Sugestywne pytanie tak modyfikowało pamięć badanych, że „dopowiadała” ona sobie odpowiedź na podstawie różnych wcześniejszych, zupełnie innych wspomnień, „sklejając” je w jedną spójną opowieść.
Co gorsza, badania psychologów pokazały nam również, że do naszej pamięci można wprowadzić bardzo konkretne i szczegółowe informacje, zwłaszcza dotyczące różnych traumatycznych doświadczeń. Wiemy już też jak sprawić, żeby ktoś „pamiętał” nieistniejące w rzeczywistości szczegóły różnych zdarzeń, albo jak odpowiednio ukierunkować świadka przestępstwa tak, żeby rozpoznał podczas okazania akurat tę osobę, na rozpoznaniu której nam zależy i żeby „zobaczył” ją w miejscu przestępstwa.

Ostatnim przykładem, ale dla naszych rozważań niezwykle istotnym, będzie bardzo ciekawe doświadczenie, które przeprowadziła młoda psycholożka z SWPS. W jego trakcie zmienione zostały wspomnienia badanych, dotyczące emocjonalnego stosunku do pamiętanej rzeczy – a dokładnie do… szpinaku. Grupie osób, które deklarowały na początku eksperymentu, iż od dzieciństwa nie cierpią tej potrawy, pokazywano przerobione komputerowo zdjęcia z ich okresu wczesnej młodości, na których wyraźnie radośni siedzą koło talerza ze szpinakiem. Najciekawsze było to, że po obejrzeniu tak spreparowanych /zmontowanych zdjęć wielu z uczestników badania zmieniało swoje początkowe deklaracje, twierdząc teraz, że jednak szpinak w przeszłości bardzo lubili i może jednak nie jest on ostatecznie taki zły. Badanie udowodniło, że nawet kwestia budząca w wielu z nas tak wielkie, negatywne emocje jak stosunek do znienawidzonego jeszcze w przedszkolu szpinaku (każdy kto ma taki problem, wie, że to poważna sprawa), może zostać zmanipulowana, a nasza pamięć odpowiednio zmodyfikowana.

Podobnym manipulacjom nasze mózgi ulegają na co dzień bez naszej wiedzy w sposób naturalny, a my nie mamy żadnego absolutnie pewnego sposobu, żeby przekonać się, które wspomnienie jest prawdziwe. Skoro więc o tym, kim jesteśmy, o tym, co oznacza nasze „ja”, decyduje w znaczącej większości nasza pamięć – a jak mogliśmy się przekonać jest ona w bardzo wielu momentach naszego życia „łatana” i konstruowana z różnych skrawków niepowiązanych ze sobą informacji – czy można dalej ze spokojem twierdzić, że z pewnością pamiętamy kim byliśmy 5 lat temu? Jeżeli nie, to czy równie pewnie możemy powiedzieć, że wiemy, kim byliśmy tydzień temu? Prawdopodobnie rozważania te nie wywrócą naszego życia do góry nogami, lecz jeżeli taką pojawiającą się wątpliwość, w kwestii tak fundamentalnej jak nasza własna tożsamość, postaramy się potraktować jako swego rodzaju ćwiczenie umysłu, z pewnością tylko na tym skorzystamy. Przemyśliwanie na nowo kwestii pozornie oczywistych może nas nierzadko zaprowadzić w takie rejony naszej własnej osobowości i psychiki, których istnienia nawet nie podejrzewamy…

Ważną, moim zdaniem, sprawą, którą tu powinniśmy jeszcze poruszyć jest – być może nieoczywisty – związek pomiędzy pamięcią a tożsamością ponadjednostkową. Z wszelkich kolektywnych tworów tożsamościowych, których może być naprawdę niezliczona ilość, tym najbardziej dającym o sobie znać w przypadku Polaków jest chyba właśnie tożsamość narodowa. Niezależnie od tego, czy jej narodziny przypiszemy Mickiewiczowskiej martyrologii czy trudnym, wojennym doświadczeniom albo uznamy za jeszcze późniejszą około-polityczną narośl, nie sposób chyba kwestionować roli, jaką dla wielu Polaków stanowi psychiczny stan bycia Polakiem.

W zasadzie nie da się dziś przeżyć w Polsce jednego dnia bez zetknięcia się z  wszechobecną frazą „pamiętamy…”, uzupełnioną o dowolny dalszy człon. Niezależnie od tego, czy dotyczy ona żołnierzy wyklętych, prezydenta Gdańska czy katastrofy smoleńskiej. Żeby jednak zrozumieć specyficzną wartość i znaczenie tej frazy, warto zadać dwa fundamentalne pytania: „co” pamiętamy? i kim są ci „my”, którzy pamiętają?

Owi „my” to, rzecz jasna, pewna grupa osób, tworząca zbiorowość w oparciu o silnie spajający (zwłaszcza w przypadku tożsamości narodowej) zbiór wartości o charakterze głównie historycznym. Historyczność tych wartości jest tu jednak elementem tyleż jednoczącym, co problematycznym, bo wykorzystywanym, nawet jeżeli nie zawsze świadomie, nie do kolektywizacji, a do stygmatyzacji, pociągającej za sobą wykluczenie jednostek ideologicznie obcych naszemu kolektywowi. Dlaczego jest to sytuacja warta namysłu? Ano dlatego, że to „co pamiętamy” jest w tym przypadku jeszcze bardziej dyskusyjne, niejednoznaczne, a wręcz płynne, niż w przypadku pamięci jednostkowej. Jest takie, ponieważ niezbywalną cechą historyczności jest jej radykalna niedookreśloność, a co za tym idzie, niemożność rozstrzygnięcia sporów. To jest taka sfera naszej rzeczywistości, w  której z tą rodzącą rozbieżności niedookreślonością winniśmy się pogodzić, a nie absolutyzować ją do rangi czynnika antagonizującego różne społeczności. O ile w przypadku pamięci jednostkowej borykamy się z problemem niedoskonałości naszej pamięci, o tyle w  tym przypadku musimy sobie radzić z faktem, wynikającej z kolektywnego jej charakteru, dualności naszej pamięci.

Przechodząc teraz do ważniejszego pytania: „co” owi „my” pamiętają? Tu ujawnia się bowiem cała problematyczność tożsamości narodowej. Budujemy dziś wielkie ideologie, jednych ludzi do naszych kolektywów włączamy, innych z nich usuwamy. Budujemy mury i podziały trwalsze i bardziej radykalne niż Mur Berliński. A wszystko to, bo coś „pamiętamy”.

Mało kto z nas faktycznie pamięta sytuację żołnierzy wyklętych, nikogo z nas nie było w Smoleńsku. A jednak „pamiętamy”. Pamiętamy niestety nie fakty, a przekazy ich dotyczące. Przekazy, które, jak w wielu innych przypadkach, potrafią skrajnie różnić się od siebie, nierzadko stojąc ze sobą w sprzeczności. Mówiąc, że o nich pamiętamy, wierząc, że to robimy, internalizujemy wartości reprezentowane przez osoby, o których pamięć staramy się kultywować. To, o czym chcemy pamiętać, staje się niczym nasze własne, wrasta w naszą wewnętrzną strukturę i zaczyna budować naszą tożsamość. Czy jednak warto ją budować na gruncie tak niepewnym i podatnym na manipulacje jak przekazy historyczne? Osobiście wydaje mi się to wątpliwe, a skutki jakie może rodzić, nie są warte nacjonalistycznego ryzyka, z jakim są one związane.

Co gorsza, coraz częściej nasza narodowa tożsamość buduje się nie tyle na określonym zestawie informacji historycznych, co na samych sprzecznościach, jakie w tej sferze dostrzegamy i sami podsycamy. To sprawia, że coraz więcej dookoła nas „zdrajców narodu”, tych którzy nie są „prawdziwymi Polakami”, którzy nie zasługują na życie w „naszym” kraju. Dopóki dopuszczamy dualizm poglądów, nasza tożsamość narodowa może i jest mniej wyrazista, mniej inkluzywna i nieco „rozwodniona”, ale z całą pewnością jest też mniej ostracyzująca, wykluczająca czy  stygmatyzująca. I zdecydowanie w tym kierunku powinniśmy zmierzać.

Maciej Wodziński

Maciej Wodziński  – student czwartego roku filozofii UMCS. Sam określa się jako emerytowany maszer, samozwańczy stolarz genetycznie obciążony skłonnością do filozofowania z dążnością do tracenia życia na remontowanie starych wiejskich chałup.

Kultura Enter, 2019/03 nr 89

Fot. Maria Hoin, Lwów.

Fot. Maria Hoin, Lwów.