Strona główna/DZIAŁ WSCHODNI. Imiona wojny

DZIAŁ WSCHODNI. Imiona wojny

Ihor

Pamiętam go świetnie. Codziennie przychodził do nas, spotykał się bowiem z dziewczyną z naszego podwórka. Ona była wysoka, ładna i o głowę od niego wyższa. On był kulturystą – twardy jak wieża, ale życzliwy. Cały czas żartował i głośno rechotał, był duszą towarzystwa. Trumnę z Ihorem przywieźli w pierwszych dniach wojny. Całe miasto wyszło na plac, żeby się pożegnać. Dzieci i starzy, mężczyźni i kobiety – wszyscy klękali przed trumną żołnierza. Była orkiestra, kompania honorowa i ten sam co zwykle karawan; miasteczko jest małe i karawan jest jeden, tylko trumny się zmieniają. Przemówienia nad grobem też były; wydaje się, też są zawsze takie same.

Przygotowując ten tekst, przed każdą rozmową z kolejnym żołnierzem wspominałem Ihora.  Był moim pierwszym znajomym, który zginął na wojnie. Nigdy bym nie uwierzył, że ludzie z mojego pokolenia będą umierać na polu walki.

Na prośbę żołnierzy niektóre imiona zostały zmienione. Niestety, nie mogę również opowiedzieć wszystkiego, co usłyszałem.

Wowa

Mój przyjaciel ma około dwudziestu pięciu lat. To „złota rączka”. Potrafi naprawić każdy sprzęt. Wesoły chłopak z niego. Przynajmniej kiedyś taki był. Poszedł na wojnę jako ochotnik, a gdy jego batalion został rozformowany, przeszedł do wojska regularnego.

Umawiamy się w barze. Wybiera ciemniejszy kąt, cały czas obraca w rękach niedopałek papierosa. Widać, że jest zdenerwowany i trochę skrępowany. Mówi, że lepiej byłoby porozmawiać z kimś ze starszych kolegów. Oni mają odznaczenia, widzieli więcej. Wowa jest ubrany po cywilnemu. Zdjął mundur na 10 dni – tyle dostał przepustki. Zamawia wodę niegazowaną. Alkoholu już w ogóle nie pije. Od tego zaczynamy rozmowę.

– Na wojnie pijany ginie jako pierwszy – mówi. – Zatraca się instynkt przetrwania, spowalniają się reakcje. Widziałem, jak jeden naszych nie wytrzymał. Upił się i sam ruszył na separów[i] z automatem. Nie zdążyliśmy go złapać. Snajper zdjął go w jednej chwili. Wiesz, jak na froncie nazywają pijaka?

– Jak? – pytam.

– Awatar – Wowa śmieje się, dopijając wodę.

Następnie dużo opowiadał o tym, jak pomagają wolontariusze i że tam na wschodzie wszystko wygląda inaczej niż pokazują to w telewizji. Nie ma żadnego zawieszenia broni. Cały czas padają strzały.

– A jak traktują was miejscowi?

– Dwadzieścia pięć procent ludzi wspiera nas. Kolejne dwadzieścia pięć procent jest przeciwko nam. A dla pozostałych pięćdziesięciu procent?… Reszcie jest wszystko jedno, czy w Donbasie będzie Ukraina, Rosja, czy samozwańcze republiki.

– A co czujesz, kiedy ginie żołnierz, z którym ty…

Wowa od razu przerywa:

– Na początku nawet płaczesz, myślisz o jego rodzinie, o żonie, dzieciakach. Zastanawiasz się, jak sobie poradzą? Potem, gdy się oswoisz ze śmiercią, pozostaje w głowie tylko jedno – pech, niefart, przykro. I tyle. Do śmierci się przyzwyczajasz, bo widzisz ją na co dzień. Ja, na przykład, gdy po raz pierwszy „pracowałem” z karabinem maszynowym, otrzymałem rozkaz ostrzelania pozycji bojówkarzy. Strzelałem przez około 20 minut. Potem ręce mi się trzęsły, ale nie z nerwów, tylko przez wibrację i odrzut karabinu. O ludziach po drugiej stronie nie myślałem. Na front ciągną ci, którzy nie boją się grzechu. Widziałem różnych ludzi, niektórzy już nigdy nie wrócą do normalności.

Wowa też płaci cenę za udział w wojnie. Został ranny w walce. Przez kilka tygodni leżał w szpitalu w Dniepropietrowsku, tam postawili go na nogi. Mówi, że ze zdrowiem już wszystko w porządku, poza tym, że reaguje na zmiany pogody, przed deszczem cierpi na nieprzerwane szumy w uszach. Na pożegnanie Wowa kilka razy powtarza:

– Miej się na baczności, bądź ostrożny, uważaj na siebie.

Dopiero kiedy się żegnaliśmy, zauważyłem, że nosi na szyi kilka krzyżyków. Przed wojną nie był nazbyt religijny.

Bodia i Witia

Młodzi chłopcy – Bodia ma 19, Witia 21 lat. Obaj są z Prawego Sektora. Zaciągnęli się do batalionu ochotniczego na początku lata 2015 roku. Spotykamy się w szpitalu. Leżą na różnych oddziałach, ale często się odwiedzają w salach. Bodia zaczyna rozmowę:

– Kamizelkę przebiły, cholera, połamały żebra, dobrze, że odłamki nie weszły w płuca.

Bodia śmieje się. Pokazuje mi w komórce zdjęcie z pokiereszowaną kamizelką kuloodporną. Szybko przewija fotki w aparacie i dzieli się świeżymi jeszcze wrażeniami z momentu zranienia. Jakby opowiadał o grze komputerowej: tu coś wybuchło, tam gruzy budynków, ranni ludzie… Obrazy są nierzeczywiste…

Bodia ma twarz szczupłą jak dziecko, do tego osełedec na czubku głowy i duży tatuaż z logo Prawego Sektora na ręce. Nie zdejmuje munduru nawet w szpitalu, podobnie zresztą jak Witia.

Najpierw rozmawiamy trochę o piłce nożnej, o młodziutkich pielęgniarkach, potem o lokalnych wyborach. Chłopcy mówią, że zmiany są potrzebne i trzeba przejąć inicjatywę, bo za chwilę będzie za późno. Wreszcie zaczynają wspominać.

– Na początku nie chcieli nam dać broni do rąk – Bodia znowu odzywa się jako pierwszy. – Mówili, że nie puszczą nas na pierwszą linię, bo jesteśmy za młodzi i nie umiemy obchodzić się z bronią. Ale na froncie człowiek uczy się wszystkiego bardzo szybko − Bodia uśmiecha się znacząco. Tak więc na początku tylko nosiliśmy amunicję i asystowaliśmy dowódcom, ale kiedy do terrorystów po raz kolejny przyjechał „konwój humanitarny” z Rosji, od razu zrobiło się gorąco. Zaczęli do nas ostro strzelać i wtedy dostaliśmy karabiny, żeby się bronić. Inaczej nie mielibyśmy szans.

Witia na razie milczy. Przygląda mi się uważnie. Jest wysoki, również szczupły i trochę przygarbiony. Zwykły student pierwszego roku. Nie umiem go sobie wyobrazić z karabinem w ręku. Staram się wciągnąć go do rozmowy.

– A ty gdzie zostałeś ranny?

– Przeziębiłem nerki. Mam problemy z nerkami od dziecka, a tam, w okopach, jest wilgotno i  czasami przez dobę siedzi się w mokrym ubraniu. Choroby przewlekłe wyłażą w mig.

Pytam chłopaków, czy się boją.

− Nie boi się tylko idiota – odpowiada Bodia. Wiadomo, że jest strasznie, kiedy padają strzały, ale najważniejsze to nie panikować. Jeśli wpadniesz w panikę, już jesteś trupem. Na wojnie zaczynasz bardzo uważać na wszystko co robisz i mówisz.

− W pierwszych dniach było strasznie – dodaje Witia − ale potem człowiek się przyzwyczaja i uczy… Uczy się rozpoznawać po odgłosach, z czego do nas strzelają i czy daleko spadnie pocisk. Najważniejsze, to nie dostać się do niewoli. To jest to samo co zginąć.

– Dlaczego?

– Naszych[ii] nie pozostawiają przy życiu i nie chcą ich wymieniać na swoich. Naszych torturują, a potem zabijają – dopowiada Witia.

Bodia i Witia opowiadają o przyjaciołach na froncie. Prawie wszyscy mają podobną historię. Większość ochotników zna się jeszcze z Majdanu. Z reguły służyli razem w oddziałach samoobrony, a gdy zaczęły się pierwsze potyczki zbrojne na wschodzie Ukrainy, zaciągali się do batalionów ochotniczych. Chłopcy mówią, że nie wrócą, zanim na wschodzie nie zapanuje spokój. Niedługo zaciągną się do wojska regularnego, podpiszą kontrakt.

Naszą rozmowę przerywa lekarz psycholog. Od niedawna obowiązkowym elementem rehabilitacji rannych żołnierzy jest, oprócz standardowych procedur leczniczych, pomoc psychologiczna. Żegnam się z Bodią i Witią. Odprowadzają mnie do wyjścia. Na pożegnanie mocno ściskają mi dłoń. W drodze powrotnej ze szpitala odtwarzam w głowie całą rozmowę z chłopakami z Prawego Sektora. Czy rzeczywiście postrzegają wojnę jak grę komputerową? Jak się odnajdą po wojnie? I szkoda, że nie mogę pokazać ich twarzy.

Nika i Żenia

Ich historia różni się od wszystkich poprzednich. Oni też jako jedyni zgodzili się pokazać swoje twarze.

Nika jest z Drohobycza. Studiowała medycynę, gdy zaczęła się wojna, więc zaciągnęła się do jednego z batalionów jako pielęgniarka. Tam spotkała Żenię. Żenia pochodził z Krymu. Kiedy Rosjanie wkroczyli na Krym, a w Donbasie zaczęły się potyczki zbrojne, Żenia poszedł na ochotnika do wojska. Trafił do tego samego batalionu co Nika. Ich historia nie jest prosta, tak jak nie jest proste być ze sobą na wojnie.

Rozmawiałem z Niką i Żenią, kiedy byli na krótkiej przepustce. Spotkaliśmy się w barze i na ulicy, a po raz ostatni widziałem się z nimi w jednym z punktów charytatywnych w Drohobyczu, w którym zbiera się ubrania i leki dla ofiar wojny. Nika i Żenia wybierali się na wschód Ukrainy i sortowali ciepłe ubrania dla tamtejszych mieszkańców.

„Ci wariaci niczego się nie boją” – myślałem, kiedy opowiadali o tym, jak jeździli latem na Krym, żeby odwiedzić rodzinę Żeni.

– Przecież mogli was tam schwytać i zrobić z wami wszystko – mówiłem im.

– Coś ty, nic nam nie groziło – śmiała się Nika. Przejechaliśmy bez problemów.

– Jak dziś ludzie żyją na Krymie?

– Różnie. Ci, którzy są bliżej władz, albo wojskowi − całkiem normalnie, a pozostali narzekają, że ceny są wysokie, turystów niewielu, kolejki na przejściach z Ukrainy lądowej na Krym olbrzymie… Wszystko to potęguje korupcję. Zresztą, byliśmy na Krymie krótko, ale wrażeń pozostało mnóstwo, zwłaszcza z przekroczenia dwóch punktów kontrolnych między Ukrainą i okupantami.

– Tam jest taki korytarz – wspomina Nika – coś jakby strefa neutralna. Ciągnie się przez kilka kilometrów. I tam zawsze stoją tiry; po kilka dób w kolejce, zanim zostaną wpuszczone na Krym. Bywa, że wiozą mięso lub inne szybko psujące się produkty. Chłodnie nie wytrzymują upałów, więc smród jest niemiłosierny, a w rowach leżą zepsute towary. W strefie neutralnej kursują busy i taksówkarze. Przewożą podróżnych przez ten smród. Taki kurs kosztuje o wiele drożej niż zwykła taksówka. Wszędzie obdzierają jak tylko się da.

Nika i Żenia opowiadają o zwykłym życiu na wojnie: o braku leków, opatrunków, o zawieszeniu broni, które obowiązuje tylko w mediach, bo gdy nastaje zmrok, ostrzał trwa prawie nieprzerwanie.

Pytam, jak było na pierwszej linii frontu, a Nika wspomina „Pioniera”. To właśnie on pokazał nowicjuszce wszystkie bezpieczne pozycje, bezpieczne przejścia i gdzie należy się ukryć w razie niebezpieczeństwa. Cały czas powtarzał, że nie ma się czego bać.

– Tego wieczoru „Pionier” był w polowym punkcie medycznym i kiedy wyszedł, usłyszałam krzyk żołnierzy, że ktoś został ranny – opowiada Nika. – Poświecili latarką, okazało się, że to „Pionier”. Badam puls: na nadgarstku brak, na szyi również. Patrzę na oczy: źrenice rozszerzone. Odszedł. Ale najstraszniej było pewnego wieczoru, gdy żołnierze przyszli zmienić opatrunek. Ostrożnie poświeciłam latarką, a potem przypadkiem wypuściłam ją z ręki. Błysk światła trafił w niebo. Natychmiast zaczął nas ostrzeliwać snajper, musieliśmy uciekać – wzdycha Nika.

Żenia niechętnie opowiada o wojnie:

– Najważniejsze, żeby skończyła się jak najszybciej. A dopóki w domu nie ma co robić, znowu pojedziemy do Donbasu.

Kiedy kończyłem tekst, Nika i Żenia byli już na wschodzie, w Donbasie. To zdjęcie, na którym Nika trzyma zabawkę, zostało zrobione kilka dni temu.

Mógłbym opowiedzieć wiele takich historii o moich znajomych, na przykład  o Miszy z batalionu „Donbas”, który sam przez dwa tygodnie próbował się wydostać z kotła pod  Iłowajskiem i który wyniósł stamtąd ukraińską flagę, albo o Wołodii, który cudem przetrwał walki o ługańskie lotnisko, albo o żołnierzu, który kiedy „powstał z martwych” i wrócił do rodziny do Drohobycza, długo musiał walczyć z urzędnikami o przyznanie mu należnych świadczeń, tylko dlatego, że wcześniej znalazł się omyłkowo na liście poległych. W ich historiach najważniejsze jest to, że oni wrócili.

Wierzę, że również Nika, Żenia, Wowa, Bodia i Witia wrócą żywi i zdrowi. I jak każdy z nich chcę, aby cały ten horror na naszej ziemi skończył się jak najszybciej.

Andrij Jurkewycz

Tłumaczył z języka ukraińskiego Andrij Saweneć

[i] Z ukr. separatyści.

[ii] Tj. z Prawego Sektora.

Nika i "Tuszonka". Psa już nie ma - wojna zbiera żniwo nie tylko wśród ludzi. Fot. (i wszystkie poniżej) dzięki uprzejmości Andrija Jurkewycza

Nika i "Tuszonka". Psa już nie ma - wojna zbiera żniwo nie tylko wśród ludzi. Fot. (i wszystkie poniżej) dzięki uprzejmości Andrija Jurkewycza

Lato 2015 w Donbasie; 3. od lewej Żenia

Lato 2015 w Donbasie; 3. od lewej Żenia

Batalion Sicz Karpacka; 1. z lewej kombat batalionu, 1. z prawej Nika

Batalion Sicz Karpacka; 1. z lewej kombat batalionu, 1. z prawej Nika

Żenia na posterunku

Żenia na posterunku

Żenia - odpoczynek w okopie

Żenia - odpoczynek w okopie

Żenia - selfie ekstremalne

Żenia - selfie ekstremalne

Nika i Żenia plus zabawki dla dorosłych

Nika i Żenia plus zabawki dla dorosłych

Nika plus zabawki dla dzieci

Nika plus zabawki dla dzieci

Nika plus zwierzęta

Nika plus zwierzęta

Nika plus Morze Azowskie w okolicy miasta Szyrokino.

Nika plus Morze Azowskie w okolicy miasta Szyrokino.

Nika plus Żenia na Krymie

Nika plus Żenia na Krymie

A jeszcze tak niedawno... Nika przed wojną

A jeszcze tak niedawno... Nika przed wojną