Strona główna/Jaka kultura się liczy?

Jaka kultura się liczy?

Przekonanie o tym, że kultura się liczy, zjednoczyło polską scenę polityczną. Zarazem coraz więcej mówi się o tym, jak ważne jest obecnie inwestowanie w człowieka, zwłaszcza zaś w jego rozwój kulturalny i edukację. Deklaracje te z trudem znoszą jednak zderzenia z rzeczywistością, w praktyce bowiem sprawy mają się źle, bądź jeszcze gorzej. Świadczyć o tym może żenująco niski poziom finansowania kultury i edukacji w Polsce, jak i sposób dystrybuowania tych skromnych środków.

Pieniądze na kulturę, czyli pieniądze na co?

Być może ważniejsza od szokujących danych procentowych i ubolewania nad kondycją finansową resortu kultury powinna być refleksja nad tym, na co konkretnie przeznacza się istniejące środki finansowe. Ich dystrybucja bowiem bezpośrednio zależy od fundamentalnego i niebanalnego pytania: co to w ogóle jest kultura? Dla przeciętnego nadwiślańskiego neoliberała zasiadającego w parlamentarnych ławach kultura ma wartość o tyle tylko, o ile może posłużyć do urozmaicenia czasu wolnego i rozwijania hobby bądź da się zaprząc ją do zwiększania PKB. Zarazem rzadko kiedy bywa on na tyle pojętny, by podpatrzyć, jak tak rozumianą kulturę faktycznie i skutecznie wykorzystuje się w roli wolnorynkowego narzędzia w Wielkiej Brytanii. Z kolei dla zapiekłego konserwatysty kultura liczy się na tyle, na ile realizuje cele głoszone przez religijny fundamentalizm, czy też wpisuje się w podszytą resentymentem walkę o restaurację dyskretnego uroku życia starej burżuazji.

Słuszność postulatu Obywateli Kultury, by na kulturę przeznaczać co najmniej 1% budżetu, bezpośrednio wiąże się z odpowiedzią na to zasadnicze pytanie. By posłużyć się przykładem bardziej namacalnym: jeśli dziesiątą część owego mitycznego 1% na kulturę zdecydowanoby się przeznaczyć na pielęgnację ksenofobicznych wartości narodowych – co znakomicie wpisywałoby się w określoną wizję kultury – to może jednak lepiej byłoby na kulturę przeznaczyć 0,9% budżetu, a zaoszczędzony promil wydać na służbę zdrowia. Tak więc, za sprawą tych i innych koncyliacyjnych działań wokół debaty dotyczącej finansowania kultury, narasta wiele głębokich nieporozumień wynikających w istotnym stopniu z fałszywego przekonania, że mówiąc o ”kulturze” wszyscy mamy na myśli to samo.

Od tej dyskusji przemyślnie się jednak ucieka, inaczej bowiem fasadowe przymierza na rzecz lepszego świata rozsypałyby się jak zamek z piasku. W rzeczywistości natomiast nie tak trudno przewidzieć, że dystrybucja owego potencjalnego 1% na kulturę przypadłaby ludziom zaufanym, których poglądy, sympatie polityczne, jak i wizje kultury dobrze znamy. Skądinąd wiadomo także, że dzięki umiejętnej żonglerce nazwami i rozporządzeniami, w ferworze administracyjnej dialektyki, szereg działań niewiele mających wspólnego z nawet luźno rozumianą kulturą, można będzie zręcznie pod cele kulturalne podpiąć.

Nie sposób oczywiście w ramach tego tekstu odpowiedzieć, czym i jaka ma być kultura. Można natomiast podjąć nieśmiałą próbę wskazania kilku sposobów myślenia o kulturze, które w oficjalnym dyskursie nie są szeroko reprezentowane. Ma to, jak się wydaje, znaczenie zwłaszcza w państwie, w którym parlamentarny wachlarz opcji politycznych wyczerpuje się w formule neoliberalnej oraz liberalnokonserwatywnej.

Czy więc kulturę postrzegać należy jako monadę, jako izolowaną sferę życia społecznego? Obok wąskich sposobów rozumienia kultury jako ogółu sztuk czy też jako zbioru tradycji i wartości narodowo-chrześcijańskich, istnieją także inne punkty widzenia. Przykładowo, kultura pojęta szeroko, to w klasycznym rozumieniu Edwarda Tylora, złożona całość, obejmującą wiedzę, wierzenia, sztukę, moralność, prawa, obyczaje oraz inne zdolności i nawyki nabyte przez ludzi jako członków społeczeństwa, a także materialne osiągnięcia twórczego wysiłku człowieka. Z tego punktu widzenia kultura przenika wszystkie sfery życia społecznego, w tym ekonomię, politykę, ekologię czy edukację. W tym też rozumieniu kultura swego znaczenia nabiera także w życiu codziennym: w rozmowach i spotkaniach, w formach międzyludzkich interakcji oraz obywatelskich aktywnościach.

Stąd pytanie kolejne: rozwojowi kultury, w jakim rozumieniu sprzyja polski system administracyjny? Jeśli przyjrzeć się zasadom funkcjonowania Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, jego odpowiedzialnościom oraz działaniom, trudno byłoby dopatrzyć się na tym najwyższym szczeblu administracyjnym polityk kulturalnych promujących szerokie rozumienie kultury. Główne cele ministerstwa, w sensie formalnym, finansowym oraz faktycznym, obejmują wspieranie sztuk oraz pielęgnację dziedzictwa narodowego, jak również promocję tychże. Można z kolei zapytać, czy istnieje może jakieś inne ministerstwo, którego nadrzędnym zadaniem byłaby dbałość o świadomość polityczną mieszkańców, o szerzenie postaw obywatelskich, o dobrą kondycję demokracji i inne często

przywoływane przez polityków wszystkich orientacji cnoty społeczne? Może Ministerstwo Edukacji i Szkolnictwa Wyższego? A może Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej? Nie, niestety, żadne z nich. Być może więc kwestie te należy pozostawić samym sobie, by żyły własnym życiem, pozainstytucjonalnie, wolnorynkowo, karmiąc się peanami na rzecz rozwoju społeczeństwa obywatelskiego? Być może.

Czy wsparcie ich można wyobrazić sobie jednak na jeszcze inny sposób, w oparciu o międzysektorową współpracę wielu resortów koordynowaną dzięki stworzeniu odpowiednich procedur, wytycznych, wyznaczeniu odpowiedzialności oraz przekazaniu na cel ten odpowiednich środków finansowych? Tak, w ogólnym zarysie można sobie rozwiązanie takie wyobrazić, jednak doprecyzowanie tej wizji oraz wypracowanie niezbędnych do jej wdrożenia elementów administracyjnych, operacyjnych i finansowych to zadanie wymagające woli politycznej i znacznej determinacji. Tym samym i w tym wypadku wszystko, na co moglibyśmy liczyć, to populistyczne deklaracje. Czy jest więc nadzieja na jakiekolwiek systemowe i systematyczne wsparcie ze strony podmiotów administracji publicznej dla drobnych, organicznych działań na polu kultury?

Kultura małych spraw

W czasach płynnej nowoczesności, czasach wielkich spraw, w świecie będącym areną starć gigantycznych korporacji oraz grubych ryb dobijających grubych targów, niewiele zostaje miejsca na codzienne życie zwykłych ludzi. W zglobalizowanym świecie wszechwładnych mediów dystrybuujących informacje, małe problemy powszedniego życia wydają się niemal nieistniejące. W coraz większym stopniu to informacja decyduje o istnieniu. W tym też sensie wielkie sprawy są wielkie, ponieważ dotyczą możnych tego świata, odzwierciedlając zaś strukturę – tak dobrze opisanych przez C. W. Millsa – elit władzy, zyskują sobie uwagę mediów, które w konsekwencji czynią je wielkimi.

Można także spojrzeć na sprawy wielkie jako na miriady drobnych spraw, zdarzeń, wartości, a także spotkań w kuluarach i uścisków dłoni, które właśnie ze względu na specyficzne konstelacje, jakie tworzą, kształtują świat wielkiej polityki. W ten sposób wielkie decyzje zrozumieć można jako efekt wielkiej liczby codziennych działań ludzi, którzy dokonują wyborów i są wybierani, reprezentują innych i są reprezentowani. Dlaczego więc małe sprawy postrzegane są jako małe? Ponieważ w swej masie i różnorodności zbyt są złożone, by ktokolwiek dostrzegł jakikolwiek wspólny im rdzeń. Wyjątki się oczywiście zdarzają – w chwilach, gdy zwroty i pędy tych drobnych ludzkich działań nagle się zgodzą, jak miało to miejsce trzy dekady temu w przypadku Solidarności. Perspektywa ta pozwala nam rozpoznać moment iluzji: małe sprawy wydają się małe, ponieważ nie umiemy skonceptualizować konsekwencji, do których w swej masie prowadzą. Co więcej, gdy elementów układanki jest zbyt wiele, zwykle dostrzegamy wyłącznie wąski jej wycinek, wtedy zaś łatwo nam przeoczyć głębszy sens i przejść obojętnie obok całości.

W obliczu tych społecznych zjawisk amerykański socjolog Jeffrey Goldfarb mówi o polityce małych spraw, której siła opiera się na codziennych rozmowach, jakie prowadzimy z naszymi rodzinami przy kuchennych stołach, na naszych spotkaniach z przyjaciółmi, a także na tym, że nawet jeśli tego nie dostrzegamy, to jako zwykli ludzie często borykamy się dokładnie z tymi samymi problemami co inni, niezależnie od szerokości geograficznej, wyznania, czy koloru skóry. Jeśli tylko udałoby się zglobalizować świadomość tej wspólnoty interesów i skoordynować działania, powstać mógłby wspólny front walki o lepszy świat, w którym ubodzy nie musieliby wypierać bogatych, a kultura byłaby dobrem powszechnym, w pełni zintegrowanym z kondycją ludzką. Jeśli tylko.

Podobnie, zjawiska zachodzące w sferze kultury, w ich zwykłym i codziennym wymiarze, skonceptualizować można jako kulturę małych spraw. Byłaby to kultura ludzkich spotkań, sztuka wyzwalana w efemerycznych relacjach, ulotne piękna i powszednie brzydoty. Byłaby to także pewna wizja polityki kulturalnej, która pyta, jak to się dzieje, że choć kultura finansowana jest z podatków płaconych przez nas wszystkich, tylko niewielka część z nas ma możliwość korzystania z jej dobrodziejstw. Pyta, dlaczego nasze pieniądze na kulturę przekierowuje się na budowę gigantycznych obiektów kulturalnych, które następnie odwiedza 1% z nas? Dlaczego główny strumień publicznych pieniędzy na kulturę służy organizacji widowisk tak zwanej kultury wysokiej, podczas gdy początkujący artyści walczą o rzucane im ochłapy? Dlaczego, zamiast warsztatów dla dzieci, kształcących twórcze postawy, opłaca się niesmacznie drogie występy gwiazd wypromowanych przez mass media? W odpowiedzi słyszymy zazwyczaj, że to społeczeństwo nie dojrzało do bardziej ambitnej kultury, że brak mu elementarnego przygotowania merytorycznego, koniecznego by obcować z dziełami prawdziwej sztuki, że jest zbyt ociężałe, by choćby próbować samodzielnie tworzyć. Należy więc może zapytać, dlaczego w takim razie tych pieniędzy, które obecnie wpompowuje się w kulturę utożsamioną ze spektaklem, nie wydaje się na edukację kulturalną i obywatelską, by czym prędzej owe zaległości nadrobić? Dlaczego tak mało jest środków na rozwój kultury małych spraw?

Działaj lokalnie, ale w sieci!

Podczas konferencji zorganizowanej w małym portugalskim mieście Guimarães pod hasłem Re-imagining the possiblity of the smaller city, slogan „myśl globalnie, działaj lokalnie” uzupełniony został o trzeci człon: „myśl globalnie, działaj lokalnie i sieciuj” [ang. think globally, act locally and network]. Podobną myśl konotuje jeden z ulubionych brukselskich terminów: ‘synergia’. „Sieciowanie” wydaje się być zarazem jednym z kluczowych czynników umożliwiających przekształcanie chaotycznych rojów małych spraw i działań w konstelacje mające siłę oddziaływania na sprawy wielkie.

Ze względu na skalę i trudność zadania, jakim jest walka o przestrzeń dla rozwoju kultury małych spraw, musi stać się ona udziałem wszystkich aktorów lokalnego życia kulturalnego, w tym instytucji, artystów, działaczy oraz mieszkańców. Jest to zarazem proces wymagający budowy projektów parasolowych, partnerstw wzmacniających istniejący potencjał, tworzenia nowych inicjatyw, które pobudzałyby uczestnictwo i zaangażowanie mieszkańców, a więc także szeroko rozumianej edukacji kulturalnej i społecznej. Wszystkie te działania zakładają również długie trwanie, otwartość oraz procesualny – w opozycji do galopującej festiwalizacji kultury – charakter. Jeszcze innymi słowy: to długofalowy proces integracji i tworzenia wewnętrznych synergii pomiędzy zatomizowanymi podmiotami lokalnymi. Jego fundamentem musi być komunikacja umożliwiająca działanie w sieci.

Pozostaje także kwestia tworzenia nowych przestrzeni dla kultury, małych przestrzeni dla małej, codziennej kultury. Bardzo brakuje miejsc otwartych dla mieszkańców, miejsc promujących ich obywatelskie zaangażowanie i będących przestrzenią dla ich nieograniczonej twórczej ekspresji, miejsc sprzyjających niezobowiązującym i nie stymulowanym sztucznie spotkaniom, rozmowom i refleksjom.

Obiecującym punktem wyjścia do ich tworzenia wydaje się stara, dziś karykaturalna, koncepcja miejskich domów kultury. Obecnie funkcjonujące ośrodki nie spełniają swojej roli nie dlatego, że domów kultury nie potrzebujemy i lepiej spędzamy czas w hipermarketach, ale dlatego, że miejsca te stały się polem działalności ich zarządców (ściśle podporządkowujących je swoim subiektywnym perspektywom). Chroma jest więc sama forma ich funkcjonowania jako placówek otrzymujących dotacje samorządowe na zorganizowanie ludziom życia kulturalnego. Być może warto zwrócić tu uwagę na pewien ogólny czynnik warunkujący funkcjonowanie podmiotów kultury: o tyle tylko mogą one liczyć na stałe wsparcie finansowe, o ile ich aktywność nie wchodzi w konflikt z działalnością dysponentów tych środków. To oczywiście stary, sprawdzony mechanizm cenzury, spleciony współcześnie z postępującymi procesami komodyfikacji. Zarazem mechanizm, który, przynajmniej w oparciu o teoretyczne podstawy i deklaracje, liberalna demokracja winna rugować. Tymczasem praktyka życia politycznego jasno pokazuje, że krytyka względem establishmentu dopuszczalna jest tylko wtedy, gdy jest bezzębna, jałowa i pozbawiona praktycznych konsekwencji. Można wręcz powiedzieć, że jako kanalizator społecznego gniewu jest nawet mile widziana.

Tak czy inaczej, uwikłania ekonomiczne i polityczne instytucji kultury, a domów i centrów kultury w szczególności, są częstym źródłem ich impotencji. Ich działalność jest finansowana dopóty, dopóki jest wystarczająco spektakularna, by zadowolić elity władzy. Na małe działania pieniędzy pozostaje mało, czyli zwykle nic. Uwikłanie to przejawia się także w oczywisty sposób w wymiarze personalnym, bowiem mimo wygodnych pozorów otwartości konkursów na stanowiska dyrektorskie, ich wynik niejednokrotnie jest z góry do przewidzenia. Znamy to zresztą wszyscy bardzo dobrze i nadto dobrze wiemy, że do ustawienia konkursu nie potrzeba żadnych korupcyjnych chwytów, w twardym tego słowa znaczeniu. Na ogół w pełni wystarcza pewna doza prawno-administracyjnej kreatywności.

By zilustrować, jak to się robi, wystarczy przytoczyć jedną z niezliczonych historii autentycznych. Pierwszy krok to odpowiednie wyszykowanie faworyzowanego kandydata. Choć nie można szczególnie liczyć na jego kompetencje, trzeba przynajmniej jasno mu wyjaśnić, co absolutnie wiedzieć musi i jakich odpowiedzi na rozmowie kwalifikacyjnej ma udzielić. Wszystko oczywiście po cichu i w dobrej wierze, po przyjacielsku, po co bowiem wywoływać publiczne zgorszenie. Następnie trzeba także podkoloryzować biografię: wzmiankować studia na angielskiej uczelni, nawet jeśli szykowany faworyt po angielsku nie mówi, rozświetlić zrealizowane projekty, nawet jeśli powszechnie wiadomo, że były organizacyjną klapą bądź ocierały się o malwersacje finansowe. Ogólniej: porażki wyciszyć, sukcesy nagłośnić. Drugi krok polega na umiejętnym sformułowaniu warunków konkursu. Nie można dopuścić do sytuacji, w której zgłosi się zbyt wielu trudnych konkurentów. Toteż kryteria winny być nieco wyśrubowane, skrojone jak gdyby na miarę faworyta. Nie ma też co konkursu zbyt nachalnie reklamować. A pewnie i nie zaszkodzi parę plotek zniechęcających do udziału. I krok najważniejszy: dobór członków komisji selekcyjnej. W obliczu odwiecznego problemu – ale jaka komisja selekcyjna ma wybrać skład komisji selekcyjnej? – należy sprawę rozstrzygnąć w najprostszy możliwy sposób: arbitralnie dobierając zaufanych ludzi. Po przeprowadzeniu tych działań przygotowawczych, pozostaje już tylko prywatnie założyć się z kolegami o wynik konkursu. Ta recepta działała zawsze i działać będzie nadal.

Dlaczego? Dlatego, że mało kto wierzy, że w jakikolwiek sposób można tym procesom się przeciwstawić. W atmosferze kompletnej niemocy po stronie obywateli, impertynencja władz gminnych nie ma umiaru, a mieniem publicznym dysponuje się bez jakichkolwiek hamulców moralnych. A dlaczego mało kto wierzy w możliwość zmiany? Właśnie dlatego, że na kształcenie postaw obywatelskich, aktywizację społeczną oraz edukację kulturalną i polityczną ciągle brakuje środków – historia zatacza koło.

W Diagnozie społecznej 2011 pod redakcją Janusza Czapińskiego i Tomasza Panka czytamy, że jedynie 19% Polaków zadeklarowało, że darzy zaufaniem innych ludzi. Podobnie, zaledwie 13% respondentów zgodziło się ze stwierdzeniem, że generalnie ludzie starają się sobie nawzajem pomagać. Zarazem 2,6% badanych deklarowało zaangażowanie w jakąkolwiek działalność partyjną lub działalność w ruchach społecznych. Z kolei indeks aktywności obywatelskiej w roku 2007 kształtował się na poziomie 13 punktów na szarym końcu światowej stawki, podczas gdy na przykład w Wielkiej Brytanii, Szwecji, czy Holandii przekraczał 50 punktów, a nawet w Stanach Zjednoczonych wynosił 36. Nie idzie przy tym o to, by nad tym stanem rzeczy załamywać ręce, ale by zilustrować, do czego prowadzi poruszanie się w sferze fasadowych deklaracji, za którymi nie idą żadne praktyczne działania. To chroniczne schorzenie toczące społeczeństwo polskie samo przez się najlepiej służy reprodukcji postaw nieufnych, niezaangażowanych oraz wyzutych z poczucia obywatelskiej odpowiedzialności i sprawczości.

W tym kontekście wizja kultury jako pewnej izolowanej sfery jeszcze mocniej ujawnia się lokalnie. Miejskie i regionalne departamenty kultury rzadko kiedy troszczą się o cokolwiek ponad tradycyjnie uprzywilejowane sztuki, jak muzyka i teatr oraz – w dobie dominacji ideologii konserwatywno-liberalnej – pielęgnacja i promocja dziedzictwa narodowego. Oczywistym jest zarazem, że budowa silnego społeczeństwa obywatelskiego nie leży w interesie lokalnych watażków, którzy obywatelskość lubią o tyle tylko, o ile funkcjonuje jako leitmotiv ich publicznych prelekcji. Większość lokalnie dystrybuowanych środków na kulturę przeznacza się na megaprodukcje, koncerty gwiazd oraz rozwój infrastruktury kulturalnej – podstawowym kryterium jest przy tym zapewnienie rozpoznawalności łożącemu na dany cel decydentowi, który przywykł mieniem publicznym rozporządzać niczym prywatnymi zasobami. Okruchy, które zostają na stole po podziale tortu, trafiają do cierpiących na grantozę organizacji pozarządowych. A choć są to środki nad wyraz skąpe, dla wycieńczonych wiązaniem końca z końcem aktywistów, okazują się być prawdziwym błogosławieństwem. Ostatecznie wszyscy, czy to „niezależni” działacze pozostający na garnuszku gminy, czy to dyrektorzy publicznych instytucji, siedzą cicho, by nie nadwyrężyć gałęzi, na którą z takim mozołem się wdrapywali.

Z drugiej strony nierzadko zasadniczym problem okazuje się nie tyle brak pieniędzy, co brak wizji i zrozumienia autentycznych społecznych potrzeb, jak również nieumiejętność w zakresie doboru kanałów i sposobów komunikacji. W efekcie działania podejmowane w dobrej wierze ostatecznie chybiają celu. Debaty są organizowane, ale ponieważ dotyczą tematów zupełnie oderwanych od rzeczywistości, nie zyskują zainteresowania mieszkańców. Warsztaty się odbywają, ale ich uczestnicy niewiele z nich wynoszą. Konsultacje społeczne są przeprowadzane, tylko po cóż brać w nich udział, skoro wyrażone opinie trafiają do szuflady i nic w praktyce z nich nie wynika. Gale czy festyny osiedlowe gromadzą lokalną społeczność, ponieważ jednak nie stoi za nimi żadna myśl organiczna, ich socjalizacyjny i kulturotwórczy potencjał pozostaje w znacznej mierze niewykorzystany. Również w ten sposób widać, że nawet zapewnienie odpowiedniego poziomu finansowania nie musi przełożyć się na sukces.

W tym kontekście warto zwrócić jeszcze uwagę na powszechną niechęć, z jaką wśród lokalnych polityków, piewców obywatelskości, spotyka się idea budżetu partycypacyjnego, także w ograniczonym wymiarze budżetu na kulturę. Głównym ostrzem krytyki z ich strony jest argument, że mieszkańcy nie mają przygotowania, by o inwestycjach gminnych współdecydować. Można dodać: oczywiście, że nie mają, jeśli od lat dba się o to, by nie mieli. W konsekwencji działalność wielu lokalnych instytucji kulturalnych koncentruje się na zaspokajaniu doraźnej potrzeby igrzysk, do której potrzeby kulturalne usilnie się sprowadza. Instytucje tkwią w marazmie i trwają, by trwać i nie generować zbyt wielkich strat. Nic dziwnego, że w tych okolicznościach agorafobia publiczna i obywatelski paraliż mają się coraz lepiej.

Przekleństwo złotoustwa

Zasadniczo przekleństwo złotoustwa polega na tym, że każdy dziś dobrze wie, co i jak należy mówić. Prawi się więc o niestworzonych rzeczach, jeśli tylko wychodzi to naprzeciw publicznym oczekiwaniom. Problem w tym, że w tej nawałnicy samych słusznych głosów, ginie głos tych, którzy oprócz słów oferują również autentyczne działania. Tak więc wszyscy są dziś stronnikami demokracji, wolności i równości. Od lewej do prawej strony sceny politycznej, niemal każdy jest obecnie za rozwojem edukacji i kreatywności, szukaniem alternatyw dla drapieżnego, nieludzkiego kapitalizmu, za inwestycją w człowieka. Każdy jest za obywatelskością i partycypacją, za demokracją i wolnością, za ekologią i zrównoważonym rozwojem oraz przeciw przemocy motywowanej nienawiścią. Każdy jest za inwestowaniem w kulturę. Ależ oczywiście. A im kto bardziej złotousty, tym jest bardziej za i tym trudniej się zorientować, że są to deklaracje bez pokrycia.

Tworzy się więc dziś wszelkiej maści platformy obywatelskie. Ciągnie się unijne fundusze na proobywatelskie inicjatywy. Wszystkie gładkie, spójne i homogeniczne. Kongresom, debatom i konwentom nie ma końca. Wszyscy prelegenci są co do jednego zgodni: więcej kultury. Mówi się też, że dzięki Europejskiej Stolicy Kultury we Wrocławiu, udział mieszkańców w kulturze wzrośnie z 7 do 14 procent. Jak to jednak jest możliwe, skoro wszyscy w kulturze zanurzeni jesteśmy w 100 procentach? Jak to także jest możliwe, że w przyszłej wielokulturowej, otwartej Europejskiej Stolicy Kultury, ba, mieście spotkania, za jakie uchodzi Wrocław, 11 listopada ponad setka uzbrojonych zbirów z paramilitarnych ugrupowań prawicowych tłucze kilkanaście osób, jedną zaś katuje niemal na śmierć? Możliwe jest to wszystko dlatego, że jasno i wyraźnie zostało powiedziane, że Wrocław to miasto, w którym ksenofobię się potępia, a na kulturę się stawia. A powiedzenie tego w sposób przekonywujący w politycznej praktyce okazuje się alibi dostatecznie dobrym, by nie musieć podejmować jakichkolwiek działań praktycznych.

Historia nieraz pokazała, że świat faktycznie można zmienić poprzez opisywanie go. Wcale jednak nie oznacza to, że im piękniej się o czymś opowiada, im bardziej wyrafinowanych metafor używa i im bardziej przekonywujące narracje buduje, tym większe są szanse, że świat zmieni się na lepsze. Można mieć wręcz obawy, czy aby piękniejsza narracja i retoryka, nie zahipnotyzują słuchaczy do tego stopnia, że nie będą już widzieć potrzeby praktycznego działania. Można także odnieść wrażenie, że się już tyle nagadaliśmy o tym, jaka kultura ma być, jak mądra, dojrzała i otwarta, zróżnicowana i autentyczna, że może złotosłowia tego już wystarczy, bo coraz to bardziej wymyślne narracje i chwytliwe hasła nie zmienią jej kondycji na lepsze. Wydaje się również, że powtórzenie po raz tysięczny, że potrzebujemy silnego społeczeństwa obywatelskiego i kultury zaangażowanej, nie poprawi sytuacji. Być może jednak warto, by cele te zaczęto jakkolwiek realizować w praktyce w sposób systemowy, który wykracza poza szczytne inicjatywy grupek zapalonych idealistów.

Roland Zarzycki