Strona główna/Jesteśmy tylko kurzem

Jesteśmy tylko kurzem

Antoni Pacuk Radczenko: Czy w ogóle sam termin „poganie” jest dla was do przyjęcia?

Jonas Trinkus: Nie używamy tej nazwy. Nie używamy dlatego, że ma pewną negatywną wymowę. Chociaż w samym słowie niczego złego nie ma. Po łacinie ono oznacza „wieśniaka”, „człowieka ze wsi” – bo w rzymskich czasach to właśnie wieśniacy trzymali się starych wierzeń. Chrześcijaństwo na wsi było przyjmowane z oporami. Dlatego ich nazywano „poganami”, czyli ciemnymi i niewykształconymi.

To jak mam do was się zwracać?

JT: Jesteśmy wyznawcami dawnej litewskiej lub dawnej bałtyckiej religii.

Inija Trinkuniene: Można mówić również „Romuva”, ponieważ nasz ruch jest związany z tą nazwą.

JT: „Romuvą” nazywała się starożytna świątynia pogańska. Wszędzie jednak piszemy, że nazywamy się dawną litewską religią.

Odrodzenie pogaństwa na Litwie rozpoczęło się w 1905 r. wraz z ogłoszeniem przez cara manifestu od 17 października, który gwarantował wolność wyznania. Wtedy Berzanskis zwrócił się do władz carskich, aby uznano go za „wyznawcę dawnej litewskiej religii”…

JT: Odrodzenie rozpoczęło się na dużo wcześniej. W XIX wieku. Żył wtedy niejaki Audrius Vistelis, który po przegranej powstania styczniowego osiedlił się w Polsce pod Poznaniem, gdzie pracował jako leśnik. Tam wzniósł świątynię, miał tam specjalny ołtarz, wymyślił modlitwy. I nazywał siebie poganinem. A Gediminas Berzanskis był żmudzkim szlachcicem, który dowodził nawet, że pochodzi z rodu Giedyminowiczów. W swej biografii pisze, że od samego dzieciństwa uważał siebie za wyznawcę starożytnej religii. A gdy w roku 1905 car wydał swój słynny manifest, który dawał również wolność religijną obywatelom Berzanskis napisał specjalne podanie do ministerstwa, aby go uznano za wyznawcę starożytnej litewskiej religii. Proces trwał 10 lat. Początkowo ministerstwo odmówiło, ale później zgodziło się uznać go za wyznawcę dawnej religii Litwinów. W 30 – latach pojawił się niejaki Šidlauskas, który założył „Romuvę”, opublikował wiele tekstów poświęconych sprawom religii. Miał mnóstwo wyznawców. Zwracał się nawet do prezydenta Antanasa Smetony prosząc, aby ich religia była zalegalizowana i uznana przez państwo. Smetona mu odpowiedział, że na razie nie ma odpowiedniej ustawy, jak będzie ustawa to zostaną uznani. Nadeszła jednak wojna i wszystko się skończyło. Šidlauskas zmarł chyba w roku 1943. Część wyznawców znalazła się w stalinowskich łagrach, domagali się, aby ich uznano za wspólnotę religijną. Sowieci nie pozwolili. Byli prześladowani również po powrocie do domu. Zabroniono im nawet wspominać o „Romuvie”. My jednak dowiedzieliśmy się o tym później. Swą działalność rozpoczęliśmy w latach 60-tych. Jeździliśmy po kraju, zbieraliśmy ludowe piosenki, spisywaliśmy ludowe tradycje i obyczaje. Zrozumieliśmy, że stara litewska wiara jest nadal żywa. Postanowiliśmy ją odrodzić. Pierwszym naszym posunięciem było zorganizowanie w 1967 r. święta Rasos (Noc Świętojańska, Sobótka – przyp. aut.) w Kernawe. Później zaczęliśmy organizować inne święta. Przychodziło do nas mnóstwo młodzieży. Jednak w 1973 r. Sowieci zabronili nam naszej działalności.

Czy to znaczy, że Romuva za Sowietów była zarejestrowana jako wspólnota religijna?

JT: Nie. W 1967 r. zorganizowaliśmy święto. Później zaczął kształtować się ruch. Jednak w tamtych czasach o religii mówić nie można było. Dotyczyło to każdej religii. Dlatego nazwaliśmy się nie „Romuva”, a „Ramuva”. „Ramuva” – to było takie stowarzyszenie kulturalno – społeczne czy klub. Komuniści szybko zrozumieli, że taki ruch im nie odpowiada i w 1971 r. „Ramuva” została zamknięta. Później przez pewien czas pracowałem na uniwersytecie, jednak za swoją działalność w roku 1973 zostałem z niego wyrzucony. W zasadzie nie pozwolono mi pracować w zawodzie do samego odzyskania przez Litwę niepodległości…

W 1992 r. zarejestrowaliście swoją wspólnotę. Czy mieliście jakieś problemy z rejestracją?

JT: Nie, to były takie lata, kiedy mogłeś robić, co tylko chcesz. Poszliśmy z podaniem do samorządu i od razu nam wydali pozwolenie. Powiedzieli: „Jest OK, działajcie sobie”. Później tylko Kościół trochę zaczął protestować.

IT: Kiedy został przyjęta ustawa o wspólnotach religijnych powstał pomysł, aby podzielić religie na tradycyjne i nietradycyjne. Była dyskusja czy nas zaliczyć do tradycyjnych wierzeń czy do nietradycyjnych. Ostatecznie zdecydowano, że nie jesteśmy tradycyjną litewską religią.

JT: Kościół zaprotestował. Przedstawiciele Kościoła powiedzieli nam: nie jesteście żadną religią, to jest etnografia.

IT: Tu powstaje pewien paradoks. Z jednej strony, aby podkreślić naszą tradycyjność, musimy akcentować nasz związek z etnografią, z folklorem, z historią… Kiedy to akcentujemy, wówczas mówią nam, że nie mamy nic wspólnego z religią. Z drugiej strony nie można zabronić człowiekowi wierzyć w cokolwiek. Takie zakazy są bezpodstawne…

Jak liczna jest „Romuva”?

IT: Szczerze mówiąc nie liczymy ilu mamy członków, podobnie zresztą jak Kościół Katolicki. Tu nie ma jakiegoś konkretnego członkostwa. Sądzimy, że na Litwie mamy kilka tysięcy naszych wyznawców.

JT: O liczebności członków sądzimy po świętach. Ilu ludzi na nie uczęszcza. Mamy 20 oddziałów (Romowów) – i oni organizują święta. Mówimy tak: każdy Litwin, których jest około 3 miliony, należy do naszej wiary. On żyje na tej ziemi, w tej tradycji, rozmawia w tej mowie – i to są najważniejsze kwestie, które czynią z niego członka naszej wspólnoty. Czym jednak te trzy miliony różnią się od tych kilku tysięcy. Te kilka tysięcy rozumieją, że ta tradycja jest bardzo stara, a chrześcijaństwo przyszło na te ziemie z zewnątrz. Tu jest cała różnica między nami i chrześcijaństwem. Chrześcijaństwo wpaja się przez katechizmy, kazania czy sakramenty. Nam tego wszystkiego nie trzeba. Wystarczy nam świadomość. Nasz kalendarz jest taki sam jak u wszystkich Litwinów. Tylko dla katolika 25 grudnia to dzień urodzin Chrystusa, a dla nas to dzień narodzin Słońca. Dlatego czasami na pytanie: ilu was jest? Odpowiadam: Trzy miliony, ale nie wszyscy to rozumieją. Nie wszyscy mają tę świadomość.

Może trochę o samej strukturze „Romuvy”. Z tego, co rozumiem jest Kriwis – czyli wódz naczelny, oraz wajdeloci – regionalni przywódcy.

JT: Zacznijmy od wajdeloty. Każda „Romuva” ma swego wajdelotę – człowieka, który zna tradycje i obrzędy. Nie ma specjalnego rytuału wyświęcenia wajdeloty. Jest to po prostu człowiek, który organizuje życie „Romuvy”. Zresztą ich liczba nie jest określona. Jedna „Romuva” może mieć dwóch lub trzech wajdelotów. Wajdelotem może być również kobieta. Czasami wajdeloci mają specjalne spotkania, zwane kręgiem wajdelockim. W czasie kręgu zostają podejmowane specjalne postanowienia. Przed 10 laty została podjęta decyzja, że jest potrzebny jeden człowiek, który reprezentowałby wspólnotę na zewnątrz. Tak zostałem wybrany na kriwisa.

Jakie są funkcje kriwisa?

JT: Reprezentuję „Romuvę” na zewnątrz, w razie potrzeby idę do instytucji, załatwiam jakieś sprawy. Nie mam jednak żadnej władzy sakralnej. Pełnię funkcję administratora.

Jeśli przeprowadzimy analogie z innymi wyznaniami: księdzem zostaje się przez powołanie, czyli jest to człowiek w pewien sposób wybrany przez Boga; natomiast rabin czy mułła nie jest wybrańcem Bożym, tylko człowiekiem znającym Pismo, najmądrzejszym w danej wspólnocie…

JT: No tak, jestem bardziej rabinem (śmiech).

Pogaństwo jest religią politeistyczną, czyli jest wielu bogów. A ile u was jest bogów?

JT: Są najwyżsi bogowie, są mniejsi oraz mali bożkowie. Dla nas najważniejszych jest kilku bogów. Ci, którzy są myśliwymi składają ofiary i modlą się bożkom patronującym myśliwym. Nie jestem myśliwy, więc nie modlę się do nich. Dla mnie ważniejszy jest Perkun, bóg przyrody i sprawiedliwości, bogini ziemi Žemyna oraz bogini Laima, która chroni każdego człowieka. Laima jest czymś w rodzaju chrześcijańskiego Anioła Stróża. Poza tym ważna jest Gabija – bogini ognia. Spis Bogów jest duży, ale jak już mówiłem, nie wszyscy są ważni. To znaczy dla jednego jest ważny jeden bóg, dla drugiego inny.

Dajmy na to Słowianie mają swoich bogów, inne narody mają swoich. Do tego dochodzą Bogowie z monoteistycznych religii: Chrystus, Budda i inni. Czy wy ich uznajecie? Oni wszyscy egzystują?

JT: Oni egzystują dla tych tym, którzy w nich wierzą. Przykładowo chrześcijanin, jeśli czuje świętość jakiegoś miejsca to może w tym miejscu zobaczyć Matkę Boską czy Chrystusa. Gdy człowiek w coś wierzy, to projektuje przestrzeń duchową, w której żyje. My natomiast wierzymy w Perkuna lub innych, więc dla nas oni egzystują…

Czy można zatem powiedzieć, że my sami tworzymy swoich bogów?

JT: Nie. Tu musi być związek dwustronny. Boskość jest kultywowana wewnątrz człowieka po przez więź z innym światem. Bogowie należą zarówno do naszego świata oraz do tamtego. Boskie elementy na tym świecie – jak dąb czy ogień – wiążą się z konkretnym człowiekiem. Przez te kanały człowiek ma kontakt z tamtym światem. Więc to nie ja wymyśliłem bogów, tylko oni dla mnie egzystują pod konkretną postacią. Chrześcijanie malują lub robią posągi Chrystusa, ale ani obraz, ani posąg Chrystusem nie jest…

Jest taka koncepcja, że jest tylko pewien absolut, który jest „początkiem i końcem”, a ludzie nadają mu tylko różne nazwy…

JT: Dokładnie. Byliśmy niedawno w Indiach, gdzie bogów jest wielu. Najwyższym bóstwem jest Brahma – bóg stworzyciel. Spytałem więc u miejscowych: czy w Indiach jest świątynia Brahmy. Odpowiedzieli, że w całych Indiach można znaleźć najwyżej dwie świątynie. Najwyższe bóstwo nie ma ani obrzędów, ani wizerunku czy postaci. Jest to taka kosmiczna siła, dla której my jesteśmy tylko kurzem. Dlatego śmieję się, kiedy ludzie zaczynają biadolić: „Boże mój, Boże, pomóż mi w takiej a takiej sprawie”. Co to znaczy, że kosmos ci pomoże? Są bardziej realne więzi, które są tobie w stanie pomóc. Bożkowie, którzy są wokół ciebie. Zresztą katolicy zachowują się tak jak poganie, bo zwracają się w konkretnej sprawie nie wprost do Boga, a do konkretnego świętego. Święty Antoni był tym, który pomagał odnaleźć stracone rzeczy. Być może święty Antoni mógł pomóc, ale to nie jest Brahma, to nie jest kosmos. My również mamy takiego Boga – Sutwarasa, czyli boga stwórcę, ale w obrzędach on nie funkcjonuje. W tym tkwi cała różnica.

Podkreślacie swoją litewskość. Czy członkiem „Romuvy” może być tylko Litwin?

JT: Wcale nie, nigdy nikogo nie pytamy o narodowość. W naszych świętach uczestniczy ten, kto chce uczestniczyć.

Antoni Pacuk Radczenko

Kultura Enter
2009/05 nr 10

10dw011