Karbid

Fragment najnowszej nietłumaczonej na język polski powieści Andrija Lubki

W Niedźwiedziowie Ikar był osobą rozpoznawalną i cieszącą się autorytetem. Z Cisem znali się, a nawet przyjaźnili (na początku bardziej Ikar z Cisem, a teraz na odwrót) już od szkolnej ławki, w której posadziła ich razem wychowawczyni Liza Pawliwna. W szkole czuli się dobrze: byli siebie warci, lubili wycinać numery, razem chodzić na wagary, spuszczać kolegom powietrze z kół lub sikać do kwiatków w klasie obok. Życie chyba nieprzypadkowo ich ze sobą zetknęło, bo Ikar i Cis wzajemnie się uzupełniali: w szkole Ikar – albo Stepan, jak go też nazywano, a ponieważ pochodził z węgierskiej rodziny, to i István – spisywał od Cisa, któremu nauka szła lepiej. Po egzaminach ich drogi się rozeszły: István poszedł do miejscowej zawodówki na mechanika samochodowego, a Cis – na studia historyczne na Uniwersytecie Użhorodzkim. Po uzyskaniu dyplomu Cis wrócił do szkoły w Niedźwiedziowie jako nauczyciel. W ten sposób dał Ikarowi możliwość odwdzięczenia się za spisywane prace domowe i sprawdziany. Ikar został biznesmenem (jak nazywali go z dumą sąsiedzi i rodzina) lub też przemytnikiem (jak nazywały go miejscowa gazeta i milicja), dlatego w trudnych i biednych latach dziewięćdziesiątych nie brakowało mu żywej gotówki, którą od czasu do czasu pożyczał Cisowi, wiedząc, rzecz jasna, że nauczyciel nigdy nie da rady jej zwrócić, a nawet o tym nie pomyśli.

Biznes Ikara zaczął się w dniu, w którym skończył osiemnaście lat i mógł dostać paszport. Uczył się wtedy jeszcze w zawodówce, ale dorabiał już sobie w miejscowym warsztacie. Pewnego wieczoru został po pracy, a gdy starszy mechanik poszedł do domu, wziął furę, w której nazajutrz za pomocą spawarki i kompresora mieli rozszerzać bak. Rozgrzewając metal, mechanicy zwiększali pojemność sześćdziesięciolitrowego zbiornika starego, przedpotopowego audi do niemal stu litrów. Było to korzystne dla właściciela, ponieważ mógł wywozić za granicę, na Węgry, o połowę więcej ropy, która była tam trzykrotnie droższa. Zaradny chłopak spuszczał paliwo – jak mawiało się w Niedźwiedziowie – na Madziarach, sprzedawał je tamtejszym kierowcom, a sam na oparach wracał na Zakarpacie. Oczywiście utargiem z takiego kursu trzeba się było dzielić z celnikami, którzy zdzierali po hrywnie z każdego litra, ale cały trik polegał na tym, że celnicy byli przekonani, iż bak audi ma standardową pojemność, dlatego brali od przemytnika pięćdziesiąt osiem hrywien (po litrze wychodziło na drogę tam i z powrotem). To od właściciela tego audi Ikar nauczył się powiedzenia, które w przyszłości stało się jego życiowym credo: w chuja nie zrobisz, to nie zarobisz.

I oto w dzień swoich osiemnastych urodzin Ikar został po pracy w warsztacie, siadł za kierownicą audi, wrzucił pięć butelek wódki i dwa kartony papierosów, zatankował i pojechał na Węgry. Tam spuścił ropę, wódkę i papierosy sprzedał dwa razy drożej, a na powrót nakupił mandarynek, które wtedy na Ukrainie były towarem deficytowym oraz czekoladek i gum do żucia z zagranicznymi etykietami, o które dzieciaki mogły męczyć rodziców dzień i noc. Zyskiem z ropy Ikar podzielił się z celnikami, a mandarynki i słodycze sprzedał od razu po przekroczeniu granicy miejscowym handlarzom. Odprowadził samochód do warsztatu i o czwartej rano był już w swoim łóżku. W ciągu jednej nocy zarobił czterdzieści pięć dolarów – miesięczną pensję kilku ukraińskich nauczycieli.

„Biznes” spodobał się Ikarowi, dlatego dalej pracował w warsztacie za marne grosze, a w nocy jeździł cudzymi samochodami na kontrabandę. Trzeba zaznaczyć, że był osobą niezłomną w dążeniu do celu, dlatego żadnej kopiejki z zarobionych pieniędzy nie wydawał – zbierał je, planując kupno własnego samochodu w przyszłym roku, co miało położyć kres jego pseudopracy w warsztacie. Niezłomność była główną cechą charakteru Ikara: gdy brał się za jakąś sprawę, to spokojny stawał się dopiero wówczas, gdy doprowadzał ją do końca. Dlatego też bardzo szybko, już jako dwudziestolatek, stał się osobą poważaną w Niedźwiedziowie i na najbliższych przejściach granicznych. W wieku dwudziestu pięciu lat mógł się pochwalić niemałymi dochodami, kilkoma samochodami (każdy z bakiem jak w łodzi podwodnej), żoną i mandatem radnego miejskiego w Niedźwiedziowie.

Po piętnastu latach, które minęły od tego czasu, trik z przewożeniem paliwa przestał się opłacać. Węgry wstąpiły do Unii Europejskiej i ceny na benzynę i ropę się uśredniły – jak w całej Europie. Jakaś różnica co prawda została, ale można było za to nakarmić co najwyżej jedną osobę – podrzędnego przemytnika. Teraz celnicy zapisywali wskaźnik paliwa i notowali przebieg samochodu, więc gdy człowiek wracał na granicę z pustym bakiem i trzema przejechanymi kilometrami, czekał na niego spory mandat. Dlatego też kierowcy jechali z pełnym zbiornikiem, sprzedawali paliwo za granicą, po czym zatrzymywali się na jakimś parkingu i stali tam po pięć lub sześć godzin. Przebieg zwiększali specjalnym przyrządem, przypominającym maszynkę do mięsa: przykładało się to do licznika, kręciło korbką i po paru minutach było już odpowiednie wskazanie. Po tym wszystkim wracało się na granicę, celnik widział, że byłeś tu siedem godzin temu, ale przez ten czas zdążyłeś przejechać niemal siedemset kilometrów, zatem nie dziwota, że bak jest pusty. W ten sposób kierowcy unikali mandatów, ale też zarabiali mało – jakieś dwadzieścia dolarów za kurs, który trwał nawet dziesięć godzin.

Rzecz jasna Ikara, który był już wtedy magnatem i królem granicy, taki drobny „biznes” nie interesował. Do tego miał przecież – choć zawodowe – ale jednak wykształcenie, które pozwalało mu na przerabianie środków transportu tak, aby były najbardziej efektywne i wygodne do przemytu.

Jego park samochodowy powiększał się z roku na rok i stawał się coraz bardziej niezwykły. Pierwszym zakupionym autem był stary opel, ale Ikar na tym nie spoczął, kupując i naprawiając kolejne samochody, których miejsce już dawno było na złomowisku, lecz on przerabiał je na demony kontrabandy. W ten sposób trafiła do niego stara niva, której bak mieścił niemal dwieście litrów i przypominał wielką poduszkę pod nadwoziem. Potem Ikar kupił ikarusa i pozorował międzynarodowe kursy pasażerskie. W rzeczywistości przewoził, udającą turystów, rodzinę, za to pod spodem schowany był bak niemający sobie równych na całej zachodniej granicy Ukrainy – niemal na pięćset litrów. Jednak to nie przez ikarusa przezwano go w Niedźwiedziowie Ikarem.

Właściwie lepiej by do niego pasowało jakieś inne przezwisko, na przykład Ichtiander albo chociaż Amfibia. Przez jakiś czas miejscowi nazywali go Kurskiem, ponieważ opisane tu wydarzenia miały miejsce w pierwszych latach nowego millenium, kiedy zatonął rosyjski okręt podwodny o tej nazwie. A wszystko przez to, że mniej więcej na przełomie tysiąclecia ukraińskie paliwo było niewiele tańsze niż to na Węgrzech, Słowacji albo w Rumunii, dlatego przewożenie go nie przynosiło już takich korzyści. Benzyna i ropa ustąpiły więc papierosom, na które w Unii była niemal dziesięciokrotnie wyższa akcyza niż na Ukrainie. Dlatego też Ikar, zauważywszy, że zmieniły się czasy, powoli przekwalifikowywał się na przede wszystkim tytoniową kontrabandę. Na granicy obowiązywały jednak poważne obostrzenia: jeden człowiek nie miał prawa przewozić więcej niż karton papierosów, a za kilka lat limit zmniejszono do dwóch paczek na głowę. Czas przekwalifikowania swojego biznesu Ikar przeżył, dalej jeżdżąc ikarusem. Zarabiał grosze na benzynie, za to w autobusie woził teraz komplet pasażerów – sześćdziesiąt pięć osób – z których każdy przewoził dopuszczalny zestaw tytoniowo-alkoholowy. W ten sposób można było nieźle prosperować jeszcze przez jakiś czas, ale wszyscy zaczynali rozumieć, że niedługo przyjdzie zwijać interes.

Trzeba Ikarowi przyznać, że nie pogubił się w warunkach, które przyniosły nowe czasy. Przeciwnie, przypomniał sobie podstawy swojego zawodu i zaczął kreślić plany na przyszłość. Jego pomysł zasadzał się na tym, że po pierwsze, z każdym rokiem przez granicę będzie można przewozić coraz mniej towaru, a przez to w krótkim czasie jego „biznes” szlag trafi. Po drugie, nie zanosiło się, żeby w przewidywalnej przyszłości Ukraina miała dołączyć do rodziny narodów europejskich, a co za tym idzie, różnica w cenach z Unią Europejską, przez akcyzy i podatki, utrzyma się jeszcze kupę lat i będzie mógł na tym długo i nieźle zarabiać. Tylko jak przewieźć towar, ale uniknąć cła? Najprostsza droga wiodła przez las, który przecinała raczej teoretyczna granica, czyli dwumetrowej wysokości siatka. Łatwo w niej było narobić dziur i spokojnie przechodzić na drugą stronę. Przez taką dziurę, jak przez ucho igielne, Ikar mógłby wywieźć z Ukrainy całe Karpaty i calutki obwód zakarpacki, ale nie on jeden był taki cwany. W obwodzie, Użhorodzie i Mukaczewie łamały sobie nad tym głowy dużo grubsze ryby, które pierwsze puściły swoje karawany przez las. Tymi nowymi „eksporterami” zostali miejscowi politycy i celnicy, a z czasem, zwąchawszy dochodowość i potencjał biznesu, dołączyli do nich kijowscy bossowie. W tym celu utworzyli w parlamencie nadzwyczajną komisję do spraw walki z kontrabandą, po czym przyjeżdżali na Zakarpacie i grozili miejscowym politykom oraz celnikom ukaraniem z całą surowością prawa. Ci drudzy w ramach przeciwdziałania kontrabandzie po prostu zgadzali się podzielić zyskami z górą – i interes się kręcił. Mówiąc krótko, po zakarpackich lasach grasowały takie wilki, jakim Ikar nie miał zamiaru wchodzić w drogę.

Jednak nie załamywał rąk. W jego głowie kombinatora zrodziła się jeszcze bardziej błyskotliwa myśl: towary można przemycać wodą! Przecież Cisa płynie z Zakarpacia na Węgry, czyli do Unii Europejskiej! Trzeba po prostu hermetycznie zapakować papierosy i puszczać na wodę, a wspólnicy będą je wyławiać po drugiej stronie granicy. Ikar przeprowadził kilka prób i zrozumiał, że przemycanie towaru w małych paczkach jest bezsensowne: do miejsca przeznaczenia dopływało jakieś dwadzieścia procent. Część paczek zaczepiała się o gałęzie i wodorosty, a dobrą połowę towaru nurt w ogóle wyrzucał na brzeg w przypadkowych miejscach. Dlatego Ikar potrzebował łodzi – i to takiej, żeby nie była widoczna dla pograniczników, ale jednocześnie umożliwiała właścicielowi ciągłą jej obserwację.

Innymi słowy potrzebował zdalnie sterowanej łodzi podwodnej. Ale jak zbudować łódź podwodną w Niedźwiedziowie, gdzie jedynym przejawem wyższej technologii jest automat z kawą w holu urzędu skarbowego? I czy może tego dokonać mechanik po zawodówce? Może. Ikar wziął plastikową stulitrową beczkę, w której kwaszono kapustę na zimę, napchał do niej prawie czterysta paczek papierosów, po czym szczelnie zamknął i zanurzył beczkę w pobliskim stawie. Nie od razu, ale dość szybko beczka z kontrabandą poszła na dno. Wtedy zrobił trzy styropianowe i dwie drewniane obręcze. Opasał nimi beczkę, która teraz, niczym spławik, pewnie trzymała się na powierzchni wody, ale zanadto wystawała. Dlatego zdjął po jednej drewnianej i styropianowej obręczy, po czym jego „amfibia” zanurzyła się na głębokość mniej więcej trzydziestu centymetrów – akurat tyle, żeby nie dostrzegli jej pogranicznicy i żeby nie osiadła gdzieś na mieliźnie Cisy, o której miejscowi Cyganie mówili, że to rzeka idealna dla Jezusa – można przez nią przejść, nie mocząc sobie jaj.

Pozostało tylko przymocować do beczki niewielki silnik ze sterem oraz nadajnik radiowy, który dokładnie pokazywałby położenie towaru w danym momencie. Wszystkie przygotowania i eksperymenty zajęły Ikarowi dwa miesiące. Po pierwszych pozytywnych próbach Ikar porzucił swoje dżipy i ikarusy i przestawił się na rozwijanie floty. Już po pół roku miał piętnaście beczek-amfibii, które dwa razy dziennie pływały na Węgry, przynosząc właścicielowi kosmiczne dochody w dolarach. Tuż za granicą wyławiali je pracownicy Ikara, otwierali beczki i sprzedawali papierosy. Obręcze i silniczki wkładali do beczek, przykrywali polietylenem, a następnie trzydziestocentymetrową warstwą kiszonej kapusty. Tak ładowali je na ciężarówki i odsyłali na Ukrainę. Miniaturowy silniczek miał ograniczone możliwości. Pchanie beczek pod prąd do Niedźwiedziowa przekraczało jego możliwości. Węgierscy i ukraińscy celnicy długo nie mogli zrozumieć, czym naprawdę zajmuje się Ikar, bo przecież wożenie kiszonej kapusty z Węgier, gdzie była dwukrotnie droższa, wydawało się nieopłacalne. Sam przemytnik wyjaśniał, że to z powodu smaku. Węgierska kapusta lepiej mu smakuje, bo jest bardziej słona – no więc wozi.

Nie mogło to jednak trwać wiecznie. Zarówno ukraińscy, jak i węgierscy celnicy podejrzewali, że niezłe pieniądze przepływają im koło nosa, dlatego zaczęli dokładnie sprawdzać transporty węgierskiej kiszonej kapusty. Podczas jednej z kontroli funkcjonariusz dźgnął warstwę kapusty w beczce długim nożem i… ostrze stuknęło o coś twardego. Wtedy tajemnica wyszła na jaw. Jeszcze długo potem gazety pisały, że między Ukrainą i Węgrami pływała cała podwodna armada. Mimo marnego końca swoich machinacji Ikar nie trafił do więzienia – zamiast niego siedzieć poszedł kierowca ciężarówki, poczciwy Kola, którego obarczono winą za cały przebiegły i nienaganny technicznie proces kontrabandy. Ikar nie był świnią, więc za takie poświęcenie kierowcy sowicie zapłacił jego żonie: po pięć tysięcy dolarów za każdy rok z trzech, które spędził w więzieniu. Zresztą zadowoleni byli wszyscy: i Kola z żoną, i obydwie służby celne, które sumiennie i bez zmrużenia oka strzegą prawa na granicy, i pismaki, które jeszcze przez kilka miesięcy wałkowały temat, próbując obliczyć zarobek przemytnika za pojedynczy kurs. Pewien artykuł, napisany przez studentkę dziennikarstwa Uniwersytetu Użhorodzkiego, zaczynał się nawet od wzmianki, że kiedyś na miejscu Karpat było morze, więc tutejsi ludzie są urodzonymi żeglarzami, nic więc dziwnego, że ktoś poczuł zew krwi…

Zadowoleni byli, rzecz jasna, wszyscy − oprócz Ikara, który stracił źródło dochodu. Przez jakiś czas myślał nawet o otwarciu legalnego biznesu; kapitał początkowy, dzięki Bogu, miał. Myślał, ale szybko dał sobie spokój. Czy to możliwe w kraju, którego prawodawstwo premiuje machinacje, krętactwo i kreatywną księgowość? Nie ma głupich! Co mu pozostało?

Ikara nie nazwano Ichtiandrem, Amfibią ani Kurskiem tylko dlatego, że bardzo szybko po opisanych wydarzeniach jego biznes wzniósł się z wody w przestworza. Granica była zamknięta: na Cisie Madziarzy postawili siatkę, przez którą nawet ryba nie mogła się przecisnąć, co wywołało oburzenie ekologów w całej Europie, przez lasy zaś przewozili swoje artykuły potężniejsi złodzieje – politycy. W takich warunkach pozostawało mu tylko niebo. Kiedyś w Hollywood nakręcą o tym film, tak jak o wielkich biznesmenach Fordzie lub Gatesie, bo przecież początek jego wspaniałego sukcesu także zawierał w sobie gorzki wątek. A było to tak. Ikar leżał w hamaku na swoim podwórzu. Oganiając się od much, siorbał piwo i słuchał w lokalnym radiu audycji „Witamy piosenką”. Aż tu nagle przeleciał nad nim papierowy samolot, puszczony przez syna z okna na pierwszym piętrze jego domu. Nasz bohater wyskoczył z hamaka, wywrócił przy tym piwo i rozbił radioodbiornik, a potem, o mało nie połamawszy nóg, zaczął biegać po podwórzu jak szalony. „Mamo, mamo! – wrzasnął z całych sił syn, którego bardzo rozbawiło zachowanie ojca – chodź tu szybko, tatę pszczoła w pupę ugryzła!”.

Tyle że nie była to pszczoła, ale coś większego i ostrzejszego – to była idea. Właśnie w tym momencie, dzięki papierowemu samolocikowi syna, Ikar pojął, że konkurenci i przepisy nie położą jego biznesu, ponieważ Bóg stworzył człowieka wolnym – i może on nie tylko chodzić i pływać, ale też latać. Pozostało tylko znaleźć samolot. Przy czym nie chodziło o boeinga ani awionetkę; Ikarowi wystarczyłby kukuruźnik. Jednak najmniejszy samolot był zbyt duży dla kontrabandy, której skuteczność zależy przede wszystkim od dyskrecji. Tak, kukuruźnik mógł jednym kursem przetransportować milion papierosów, ale potrzebował paliwa lotniczego i – choć krótkich – to jednak pasów startowych po obu stronach granicy. Na biznes z taką infrastrukturą mógłby się porwać chyba tylko sam prezydent, dlatego nasz bohater postanowił pohamować apetyt i rozejrzeć się za małymi lotniami.

Wkrótce okazało się, że żaden z dostępnych na rynku modeli nie pasował do jego planów. Po pierwsze lotnie trzeba rejestrować, a w takim małym i cichym miasteczku jak Niedźwiedziów mogłoby to wywołać lawinę pytań. Po drugie wszystkie miały zbyt mały udźwig: oprócz pilota można było przewieźć maksimum dwa pudła papierosów. A jaki może być zarobek z dwóch pudeł papierosów? Jakieś całe dwieście dolarów − tyle co kot napłakał. A jeśli złapią i skonfiskują lotnię? Bankructwo, straty, śmierć głodowa w długach…

Dlatego Ikar postanowił zbudować własny statek powietrzny. Na początku oprócz lotni oglądał latawce i samoloty. Zrozumiał, że szkielet musi być lekki, aluminiowy, a skrzydła powinny mieć dużą rozpiętość, żeby konstrukcja nie spadła zaraz po starcie, zaś silnik musiał mieć jednocześnie małą wagę i dużą moc. Z pomocą przyszła mu podstawowa wiedza zdobyta w warsztacie samochodowym. Ikar kupił kilka czasopism modelarskich, poszperał w internecie i oddał się majstrowaniu przy swoim aeroplanie. Wymyślił nawet dla niego roboczą nazwę: G-2004, gdzie „G” oznaczało granicę, a „2004” – przyszły rok, w którym wynalazca planował odpalić swój lotniczy biznes.

Sprawa nie była jednak taka prosta i na drodze do celu wprawny w robocie Ikar mierzył się z dziesiątkami drobnych i większych problemów, a jego entuzjazm gasiły niepowodzenia i zwykły brak materiałów. Mimo wszystko 1 maja 2004 roku jego transgraniczny G-2004 był gotów do wyruszenia w pierwszy podniebny rejs. Data była nieprzypadkowa: właśnie tego dnia miało miejsce kolejne rozszerzenie UE, a jej pełnoprawnymi członkami zostało kilka środkowoeuropejskich krajów – wśród nich Węgry, na granicy z Niedźwiedziowem. Właśnie na pierwszego maja przewidziano wielkie imprezy: z fajerwerkami, tańcami i występami polityków. Słowem, na granicy miał panować niezły harmider. Dlatego właśnie wtedy Ikar postanowił przeprowadzić swój pierwszy eksperymentalny lot.

Właściwie niezupełnie pierwszy, bo dziewiczą próbę ujarzmienia nieba zrealizował już w lutym, na pastwisku za starym budynkiem gospodarczym. Wówczas G-2004 po czterdziestu metrach rozpędzania się zdołał osiągnąć wysokość około dwóch metrów nad ziemią. Trochę za mało, zwłaszcza kiedy trzeba uwzględnić większe obciążenie, dlatego konstruktor wymienił metalowe skrzydła na takie wykonane ze sklejki, a silnik z dżipa – na lżejszy motor o większej mocy, wymontowany z najnowszego modelu japońskiego motocykla. Po tych zabiegach aeroplan miał się wznieść na wysokość przynajmniej ośmiu metrów. I rzeczywiście, już w kwietniu Ikar przeleciał na swoim wynalazku nad wspomnianym budynkiem. Jeszcze kilka poprawek i wymarzonego 1 maja wszystko było gotowe do lotu.

Na pierwszy przelot Ikar wybrał odcinek granicy położony jakieś piętnaście kilometrów od Niedźwiedziowa, w płaskiej niezamieszkanej strefie. Na miejsce startu przywiózł G-2004 ciężarówką, następnie wszystko przygotował i czekał do zmierzchu. Miało pójść jak po maśle, ale zgubiła go chciwość. Na początku chciał ograniczyć przemyt do dwóch pudeł papierosów, ale przez cztery długie godziny czekania w polu jego pewność co do sukcesu przedsięwzięcia wzrosła i przymocował do samolotu sześć pudeł. Zresztą, jego transportowiec miał przewozić po osiem–dziesięć pudeł, więc ładunek nie wydawał się zbyt duży.

G-2004 miał się rozpędzić na prostej o długości czterdziestu pięciu metrów, po czym oderwać od ziemi i stopniowo wznieść na około osiem metrów: to wystarczało, by przelecieć nad granicznym płotem z drutem kolczastym oraz drzewami, które rosły w pasie neutralnym, a potem wylądować na równej powierzchni – już po węgierskiej stronie. Pułap ośmiu metrów oznaczał też niewykrywalność dla radarów.

Wszystko było dobrze przemyślane, ale początkujący konstruktor nie uwzględnił siły wiatru, która stanowi opór dla lotu. Dlatego jego samolocik wystartował, ale dynamika wznoszenia szwankowała, no i… Samolot zaczepił o korony pierwszych węgierskich drzew, stracił sterowność i utknął w gęstwie zielonych konarów. Silnik ucichł, a Ikar zawisł między niebem a ziemią jak wypchana kaczka. Sprawa się rypła. Hałas i dym ściągnęły podpitych z okazji święta celników z obu stron granicy. Z początku nie wierzyli własnym oczom: przed nimi w powietrzu wisiał wśród drzew jakiś domowej roboty potwór, oblepiony pudłami z napisem „Marlboro”. Ze środka konstrukcji głową w dół zwisał otyły facet w kasku motocyklowym i wielkich damskich okularach przeciwsłonecznych z cyrkoniami.

Podczas pierwszego przesłuchania Ikar zachowywał się zuchwale. Oskarżenia o kontrabandę zdecydowanie odrzucał, odmawiał współpracy i groził wszystkim dookoła zwolnieniem z pracy. Okazało się, że przez kilka godzin, które zdobywca nieba spędził w oczekiwaniu na zmierzch, zdążył się nieźle narąbać, więc śmiałości miał w sobie co nie miara. Przekonywał wszystkich, że aeroplan skonstruował dla własnej przyjemności, bo bardzo lubi latać i nie zamierzał przekraczać żadnej granicy, a na węgierską stronę po prostu zniósł go silny podmuch wiatru. Na pytanie, po cholerę zabrał ze sobą aż sześć pudeł marlboro – czyli bądź co bądź sześćdziesiąt tysięcy papierosów – Ikar z pokerową miną odpowiedział: „Po prostu bardzo lubię palić. Bałem się, że fajki mi się skończą, a nowych nie będzie skąd wziąć. Wziąłem ze sobą sześćdziesiąt tysięcy papierosów tak na wszelki wypadek”.

Jedna z ogólnokrajowych gazet poświęciła tej historii całą szpaltę. Artykuł nosił tytuł: „Ikar z Niedźwiedziowa”. Uszczypliwe przezwisko tak wszystkim się spodobało, że od tego czasu naszego bohatera nie nazywano już inaczej. Ikar wyszedł na wolność po trzech latach, ale nie porzucił swojej profesji i dalej w ten lub inny sposób zajmował się kontrabandą, choć na zdecydowanie mniejszą skalę. Cokolwiek by powiedzieć, Cis miał rację: jeśli ktokolwiek w tym zapomnianym przez Boga miasteczku może uwierzyć w jego wielki pomysł, to tylko Ikar. Do tego w odróżnieniu od nauczyciela historii miał on pieniądze na wcielenie projektu w życie. Nie tylko pieniądze, ale i kontakty.

Już trzy lata po odsiadce, w październiku 2010 roku niedźwiedzianie wybrali Ikara na deputowanego do rady obwodowej. Kryminalna przeszłość nie przeszkodziła wyborcom w głosowaniu na kandydata, który w programie zaklinał się, że będzie przestrzegał prawa i już od dziś podnosił poziom życia. Zresztą na początku tego roku Ukraińcy wybrali na prezydenta kryminalistę, więc Ikar dobrze się wpisywał w paradygmat nowej elity.

Fragment Rozdziału 2 w tłumaczeniu Pauliny Byzdry-Kusz i Konrada Byzdry.

2 października w Warsztatach Kultury odbyło się spotkanie z Andrijem Lubką (z prawej) i Bohdanem Zadurą (z lewej). Fot. Michailo Kapuystan

2 października w Warsztatach Kultury odbyło się spotkanie z Andrijem Lubką (z prawej) i Bohdanem Zadurą (z lewej). Fot. Michailo Kapuystan

Fot. Michailo Kapuystan

Spotkanie z Andrijem Lubką i Bohdanem Zadurą w Warsztatach Kultury w Lublinie, 2 października 2015. Fot. Michailo Kapuystan

Fragment powieści Andrija Lubki przeczytał Jarosław Zoń. Fot. Michailo Kapuystan

Fragment najnowszej, jeszcze niewydanej w Polsce powieści Andrija Lubki "Karbid" czytał Jarosław Zoń. Fot. Michailo Kapuystan