Strona główna/Kłopoty z Banderą – niekończąca się dyskusja

Kłopoty z Banderą – niekończąca się dyskusja

Między pamięcią a odpowiedzialnością

John-Paul Himka

Wypowiedzi Wołodymyra Kułyka i Andrija Portnowa odnośnie postaci Stepana Bandery, dziedzictwa OUN-UPA i istniejącej o nich pamięci historycznej na Ukrainie, które zostały zamieszczone w „Krytyce”, w numerze 3-4/2010, razem z moją listowną polemiką na ten temat z dr Zenonem Kohutem pokazują, że nasze poglądy co do tej kwestii są rozbieżne w kilku punktach. Niektóre z nich odnoszą się wyłącznie do wyboru wartości i zostały już omówione we wspomnianej dyskusji. Na przykład, zarówno Kułyk jak i Portnow uważają, że ofiarność i heroizm OUN-UPA odgrywają istotną rolę w ocenie ich dziedzictwa politycznego i moralnego, ja tak nie uważam. Są oni na dodatek pewni, że walki nacjonalistów za państwo ukraińskie, nawet jeśli etniczne wyniszczone,  autorytarne i w granicach nowego ładu hitlerowskiego – są rzekomo adekwatnym symbolem pragnień współczesnych Ukraińców, ja natomiast mam nadzieję, że tak nie jest.

Zwrócę tu uwagę tylko na dwa punkty, którym dotychczas poświęcono zbyt mało uwagi:

1) czy możliwe jest wybiórcze przyjęcie dziedzictwa OUN-UPA?

2) czy posiadamy wystarczającą wiedzę, aby obiektywnie to dziedzictwo ocenić?

Zarówno Kułyk, jak i Portnow uważają, że można ograniczyć się wyłącznie do pozytywnych aspektów ruchu banderowskiego – czyli właśnie złożenia przezeń samoofiary na ołtarzu państwowości ukraińskiej – nie biorąc ze sobą dodatkowego bagażu ksenofobii, antysemityzmu, odmowy przyznania się do zbrodni wojennych i niechęci do otwartej dyskusji i krytycznego myślenia. Doświadczenia zdobyte przeze mnie od początku tej dyskusji w lutym 2010 roku utwierdzają mnie w odwrotnym przekonaniu.

Pozwolę sobie przytoczyć przykład. W odpowiedzi na moje wypowiedzi były prezydent Światowego Kongresu Ukraińców, Askold Łozynski 16 lutego zamieścił w gazecie „Kyiv Post” artykuł, w którym zaprzeczał jakoby ukraińscy nacjonaliści przyczynili do Holokaustu i przypuszczał, że prześladowanie Żydów było – prawdopodobnie – uzasadnione ze względu na ich udział w zbrodniach komunistycznych. Kilku innych moich znajomych krytyków, głównie Marko Łewycki (redaktor wydawanego w Edmonton czasopisma „Ukrajinśki wisti”), poruszali problem dominacji Żydów w radzieckich organach represji.

Stepan Wełyczenko, historyk-ukrainista z Toronto, zaprzeczając moim argumentom, stworzył kompilację obrzydliwych antyarabskich oświadczeń Dawida Ben Guriona. Niestety, wiele ukraińskich środowisk przyjęło te teksty jako zupełnie poprawne.

W każdym razie toposy te, przynajmniej w takim kontekście, są antysemickie. Pisałem o tym, jak konkretne ukraińskie organizacje polityczne masowo mordowały Żydów. W odpowiedzi użyto esencjalistycznego pojęcia „Żydzi”, którym właściwe są krwiożerczość oraz idee komunistyczne i syjonistyczne. Mówiąc krótko, logika jest następująca: myśmy tego nie robili, ale Żydzi i tak zasłużyli na swój los.

Napisałem do Łozynskiego odpowiedź – według mnie wyważoną i merytoryczną. Czytelnicy sami mogą wyrobić sobie sąd nad jej wartością, ponieważ została ona tu przedstawiona. Ale „Kyiv Post” ją odrzucił. Wtedy spróbowałem opublikować ją w najbardziej liberalnym ukraińskim medium w Ameryce Północnej – w internetowym serwisie informacyjnym „Brama”. Ale nawet „Brama” jej nie opublikowała. W ocenie całej ukraińsko- amerykańskiej i ukraińsko-kanadyjskiej prasy moje teksty na temat dwudziestowiecznej historii Ukrainy przestały istnieć. Krytyczne dyskusje przerwano. Z drugiej strony, wymierzone we mnie ataki Łozynskiego były szeroko rozpowszechniane i przedrukowywane.

Może w wielu środowiskach ukraińskich to wydaje się całkiem normalne. Dla takich ideologii, jak nacjonalizm kształtu OUN-UPA, to bardzo typowy sposób na radzenie sobie z innym sposobem myślenia. Czy więc nacjonalistyczne podejście, które jest prawdziwym spadkiem OUN w diasporze, nie kłóci się z takimi wartościami demokratycznymi jak wolność słowa? Problem tkwi w tym, że ideologie generują uprzedzenia. Nawet sama koncentracja na postaci Bandery oraz OUN-UPA jako bohaterów i symboli, jest typowa dla ideologicznego (a w tym wypadku nacjonalistycznego) sposobu myślenia. W mojej ojczystej Ameryce George Waszyngton nie należy do tego gatunku „bohaterów”, do jakiego zalicza się Banderę w ukraińskim wyobrażeniu nacjonalistycznym. Nie jestem pewien, czy moja druga ojczyzna, Kanada, w ogóle posiada jakiegoś bohatera, przynajmniej ciężko jest mi go wymienić. Nie wydaje mi się, żeby hasło przyjęte przez OUN w 1941 roku przypadkowo nosiło w sobie odzew „Chwała bohaterom”.

Kult bohaterów-męczenników był nieodłącznym składnikiem tak zwanego „integralnego nacjonalizmu” tamtejszych radykalnych prawicowców. Czyżbyśmy także potrzebowali bohaterów i symboli? A czy nie lepiej byłoby krok po kroku tworzyć bardziej współczesną, dalekosiężną i pragmatyczną, a jednocześnie mniej symboliczną ideę ukraińską?

Moim zdaniem, spuścizna ruchu banderowskiego jest okazją do refleksji i zadumy. Jak do tego doszło i co to oznacza? Nawet w odniesieniu do późniejszych „progresywnych” etapów działania OUN-UPA powstają problemy, które warto by poddać dyskusji intelektualnej. Czy miało sens przeciwstawienie się władzy radzieckiej w momencie, kiedy była ona na tyle potężna wojskowo, że była w stanie zwyciężyć nawet Wehrmacht? Czy powstanie to nie zniszczyło całego pokolenia młodych, oddanych ukraińskich patriotów, którzy, nawet na warunkach sowieckich, mogliby pracować na rzecz budowania lepszej Ukrainy? Podobne dyskusje toczyły się w innych państwach, przede wszystkim w Polsce, odnośnie Powstania Warszawskiego z 1944 roku. Oczywiście, takich problemów nie da się rozstrzygnąć, ale są one ważnymi czynnikami dzisiejszego porządku dyskursywnego. Natomiast niemożliwe jest omówienie spuścizny OUN w sposób obiektywny i produktywny, kiedy już samych siebie umieściliśmy w jej ramach.

Drugi punkt, do którego chciałbym się odnieść, jest następujący: czy wiemy wystarczająco dużo o OUN i UPA, aby uzasadnić nasze „stanowisko”? Jestem wstrząśnięty tym, że i Kułyk i Portnow myślą, że rzekomo możemy przyjąć spuściznę nacjonalistyczną, jeśli tylko opiszemy w podręcznikach, jak OUN-UPA zabijały Polaków i Żydów. Jestem właśnie w trakcie pisania monografii na temat nacjonalistów i Holokaustu, dlatego będę się ograniczał do tego więcej mi znajomego materiału, gdzie zarówno wiem dość dokładnie co się stało, jak i znam poświęconą tym wydarzeniom literaturę.

Umieszczana zazwyczaj w podręcznikach informacja jest kwintesencją wypracowanego przez naukę pewnego dorobku wiedzy. Ale gdzie jest ukraińskojęzyczna literatura naukowa na temat OUN-UPA i wyniszczenia ludności żydowskiej? Czy to nie prawda, że jedyną monografią na ten temat jest jednostronne opracowanie Wołodymyra Wiatrowycza o „stosunku OUN do Żydów”? Obawiam się, że ograniczymy się tylko do retorycznych gesteów zamiast tego żeby zaglądać prawdzie w oczy. powiemy coś niepoważnego, a będziemy się łudzić, że zadośćuczyniliśmy, że problemu nie ma, przestał istnieć.

Chodzi mi także o ten rodzaj wiedzy, której jest nam koniecznie potrzebny. Nauka ukraińska, odwołując się do tego tematu nie może zadowalać się tylko dokumentami OUN-UPA. Ale bezwzględnie trzeba brać pod uwagę świadczenia i poglądy ofiar. Nie można powoływać się jedynie na dokumenty przygotowane przez samych winowajców. Jest to podstawowy warunek obiektywnych badań. Nie uważamy za możliwe postępowanie w inny sposób, kiedy sprawa tyczy się Wielkiego Głodu – tak też musimy podchodzić do sprawy Holokaustu. Ponadto, nie jest to tylko problem odpowiedniego rozumienia realnych wydarzeń. Jest to także problem sumiennej oceny tego, co realnie oznaczał „udział w wyniszczeniu ludności żydowskiej”.

Frazy, sformułowania nie wystarczą. Aby zrozumieć, jak to wyglądało w praktyce, warto poczytać bezpośrednie świadectwa. Ktoś powinien przygotować ukraińskojęzyczną antologię świadectw ocalonych na Ukrainie zachodniej Żydów, które zostały zebrane w 1945 roku przez Żydowską Komisję Historyczną. Niekiedy wydaje mi się, że cała odmienność w ocenie OUN-UPA między mną a moimi kolegami wynika z tego, że przeczytałem setki zeznań i spostrzeżeń ludzi, którzy stali się celem nacjonalistów tylko dlatego, że byli Żydami. Niemożliwym jest adekwatne opisanie ich cierpień. Po prostu nie mogę w dalszym ciągu godzić się z myślą, że od takich zbrodni można abstrahować, a ruch, który je inspirował, mimo wszystko może być uważany za pożyteczny.

Przedstawiłem tu dwa najważniejsze punkty dotyczące braku adekwatnej wiedzy, na którym opierają się nasze sądy. Muszę jednak dodać, że dostrzegam nowy kierunek argumentacji w obronie OUN-UPA – nowy przynajmniej dla Ukrainy: skupienie się na późniejszym etapie ich walki, przeciwstawieniu się reżimowi Stalina pod antyimperialistycznymi, demokratycznymi, a nawet lewackimi hasłami. Na razie odnoszę się do tego sceptycznie. Ale muszę lepiej zbadać ten problem – i więcej na jego temat pomyśleć.

Jedną z przyczyn, dla których my w diasporze i my, inteligencja ukraińska, cierpimy z powodu spuścizny nacjonalistycznej jest to, że za mało badamy i za mało myślimy.

tłum. Katarzyna Kotyńska, Mateusz Zalewski

tłumaczenia studentów powstały w ramach zajęć translatorskich pod kierunkiem Katarzyny Kotyńskiej na Wydziale Filologii Ukraińskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego.

„Krytyka” 2010, nr 7-8, przekład z ukraińskiego tłumaczenia angielskiego maszynopisu, dokonanego przez Katerynę Demczuk

___________________________________________________________________

Ukraińska przeszłość i przyszłość

John-Paul Himka

Askold Łozynski w swoim artykule Przepisana historia. Perspektywa dowodowa („Kyiv Post”, 16 lutego 2010), krytykując moje badania historyczne, porusza równocześnie ważną kwestię: jak powinniśmy odnosić się do negatywnych elementów spuścizny OUN – UPA?

Kilka lat temu pomiędzy historykami polskimi a ukraińskimi trwała żywa wymiana poglądów na temat mordów wołyńskich z lat 1943 – 1944. Jarosław Hrycak, przypomniawszy przy tym ważną dyskusję dotyczącą Holokaustu, toczącą się pomiędzy historykami niemieckimi, nazwał te rozmowy ukraińskim Historikerstreit. W obu wypadkach celem była próba odnalezienia porozumienia odnośnie ciemnych kart z przeszłości.

Zgodnie z jedną z wyjaśnionych w trakcie dyskusji kwestii, UPA i OUN są odpowiedzialne za wymordowanie na terenach zachodniej Ukrainy dziesiątków tysięcy Polaków. (Z drugiej strony, uzbrojeni Polacy mając okazję bezlitośnie się mścili.) .) I chociaż, według mnie, potwierdzone fakty świadczą,, że OUN i UPA oraz ich liderzy nie powinni być traktowani jak bohaterowie, prezydent Juszczenko myślał inaczej. Podobnie jak wiele innych osób z zachodniej Ukrainy oraz spośród zaoceanicznej diaspory.

Nigdy nie brałem udziału w polsko–ukraińskich dyskusjach, jednak kilka lat temu zacząłem badać rolę ukraińskich nacjonalistów w procesie wyniszczania ukraińskiej społeczności żydowskiej, czyli w Holokauście. Właśnie ta część mojej działalności wywołała tak zaciekłą reakcję Łozynskiego.

Widać jednak, że wypacza on najważniejsze elementy moich badań dotyczących UPA i Holokaustu. Twierdzi, że „wszystkie bez wyjątku” przytoczone przeze mnie zeznania świadków naocznych są jakoby zwykłymi pogłoskami w rodzaju „słyszałem od kolegi, że we wsi UPA miała wymordować jakichś Żydów itd”. Zgadza się, dołączam także i takie doniesienia, ponieważ każde większe wydarzenie historyczne wywołuje falę świadectw, spośród których jedne mogą być bardziej, drugie mniej bliskie temu, co się stało. Tak czy inaczej wszystkie dotyczą tego samego wydarzenia. Ale przywołuję też dowody bezpośrednie, jak na przykład historia dziesięcioletniego chłopca, opowiedziana przezeń przed Centralną Żydowską Komisją Historyczną zaledwie dwa miesiące po zabiciu jego ojca przez banderowców.

Łozynski oświadcza także, jakoby moje badania dotyczące UPA miały być „oparte wyłącznie na zeznaniach świadków naocznych. Brak jakichkolwiek dokumentów”. To także nieprawda. Przywołuję cytaty z książki raportów odziału UPA im. Kołodzinskiego, na przykład ten, w którym opisano, jak przypadkowo spotkanym dziesięciorgu ukrywającym się w wołyńskim lesie węgierskim Żydom żołnierze szybko pomogli „przenieść się na łono Abrahama”. Cytuję także niemiecki raport o tym, jak Niemcy nie mogli własnymi siłami uporać się z około setką Żydów w pobliżu Stryja, ale na szczęście na miejscu mordu obecna była UPA.

Niemniej, mój główny dowód opiera się na tym, że liczne zeznania Żydów, zapisywane przez ponad sześćdziesiąt ostatnich lat wieloma językami i w różnych miejscach, odtwarzają tę samą zasadniczą historię. UPA zabijała Żydów w tym samym czasie, co Polaków. Zimą 1943–1944 roku, kiedy Armia Czerwona zbliżała się do Wołynia, UPA wywabiła ocalałych, chowających się po lasach Żydów, zamknęła ich w obozach pracy, a potem dalej wyniszczała. Jeżeli wszyscy ci świadkowie mówią nieprawdę, obowiązek wyjaśnienia, skąd wzięły się te wszystkie zeznania spada na tych, którzy to kłamstwo zarzucają.

Łozynski nadinterpretuje także moją inną pracę – artykuł o pogromie lwowskim. Analizowałem w nim fragment ustnego świadectwa pochodzącego z 1945 roku, opisującego wydarzenia roku 1941. Było to badanie wiarygodności i granicy takich świadectw. Łozynski kwalifikuje jednak mój artykuł jako „napisany z celem zademonstrowania, że jakoby to OUN stała na czele” lwowskiego pogromu.

Jednak to, że w lipcu 1941 roku OUN urządzała pogromy, i prowadziła masowy terror skierowany przeciwko Żydom, oraz ludności całej zachodniej Ukrainy, jest faktem niezaprzeczalnym. Niemieckie dokumenty oraz żydowskie zeznania są jednoznaczne: pogromów dokonali Ukraińcy. W obrazie przemocy uwidacznia się wiele cech wspólnych obecnych na obszarze całego kraju. Na przykład w wielu miejscowościach Galicji, podczas kilku pierwszych dni, oprawcy wrzucali swoje ofiary do rzeki. Była to pomyłka, ponieważ smród pochodzący z rozkładu ciał okazał się niedługo nie do zniesienia. Jak to się stało, że tyle samodzielnych grup używało tych samych okropnych metod? Kto to koordynował?

Wiele niemieckich dokumentów i żydowskich zeznań pokazuje, że za przemocą stała ounowska milicja. Przywódcy OUN w lipcu dogadali się między sobą, a potem głosili wśród ukraińskiej społeczności potrzebę wymordowania Żydów. Akta z powojennych sowieckich rozpraw sądowych, toczonych przeciwko policjantom, będącym na służbie niemieckiej, mieszczą cały szereg zeznań świadków naocznych z 1944 roku. Winowajcami masowych aktów przemocy otwarcie nazywano w nich ounowską milicję i organizację „Sicz”. Jakie okoliczności historyczne mogłyby wyprodukować te konkretne dokumenty, gdyby za pogromami nie stało OUN?

W latach 1959-1960 Sowieci z powodów czysto politycznych winą za lwowski pogrom postanowili obciążyć nacjonalistyczny batalion „Nachtigall”. To kłamstwo pozostawiło olbrzymi ślad w dokumentach, który Służba Bezpieczeństwa Ukrainy odkryła na początku 2008 roku. Dlaczego nie istnieje żaden dokumentalny ślad potwierdzający taką samą falsyfikację faktów odnośnie ounowskiej milicji?

Tak naprawdę falsyfikacji dokonano, jednak nie uczyniła tego KGB. Niedługo po odkryciu dokumentów dotyczących batalionu „Nachtigall” SBU upubliczniła część z tego, co przedstawiono opinii publicznej jako ounowska kronika wydarzeń od lipca 1941 roku. W dokumencie tym była mowa, że Niemcy zaproponowali przywódcom OUN zorganizowanie pogromu we Lwowie, na co ci mieli odmówić. W dokumencie podano jednak złe daty pogromu. Mało tego, po zbadaniu materiału wysłanego do mnie przez ambasadę Kanady na Ukrainie stwierdziłem, że dokument został napisany już po wojnie. Później Marko Carynnyk odnalazł jeszcze więcej materiałów potwierdzających, że była to powojenna falsyfikacja, sfabrykowana przez samą OUN. Gdyby juszczenkowska SBU posiadała w swoich archiwach cokolwiek, co zdejmowałoby odpowiedzialność z OUN odnośnie pogromów, po co miałaby się wdawać w rozpowszechnianie tego kłamliwego dokumentu?

Łozynski stara się dalej dyskredytować moje badania, stwierdzając, jakoby przyznanie mi stypendium Amerykańskiego Muzeum Pamięci Holokaustu dowodzi, że pracuję dla Żydów. Żydzi nie mają jednak w tym przypadku żadnego znaczenia. Wśród ukraińskiej społeczności żydowskiej jest wielu i takich, których „urządza” legenda o OUN–UPA jako organizacji heroicznej, demokratycznej, oraz przychylnej dla Żydów. Są to na przykład: Mojsej Fiszbejn, Witalij Nachmanowicz czy Joseph Zisels.

Nie jest to jednak dyskusja o Żydach, ale o Ukraińcach. Traktuje ona o tym za kogo uważają się Ukraińcy, jak oceniają swoją przeszłość i kim chcą być w przyszłości.

Podczas wojny rzecznicy ukraińscy byli głęboko zaniepokojeni skutkami przestępstw wojennych OUN.

Zaraz po tym jak OUN zaczęła mordować polaków na Wołyniu, rzeczywisty założyciel UPA Taras Bulba–Boroweć napisał:

Poszły w ruch siekiery i pochodnie. Zabija się i wiesza całe rodziny, pali się polskie wioski. „Siekiernicy” bestialsko zabijają i wieszają bezbronne kobiety i dzieci… Takim sposobem Ukraińcy po pierwsze, nie tylko robią przysługę SD, po drugie, przedstawiają się w oczach świata jako barbarzyńcy. Trzeba liczyć się z faktem, że wojnę na pewno wygra Anglia i takich panów „siekierników” oraz katów z podpalaczami potraktuje raczej jak sługi zbrodniczego systemu hitlerowskiego, niż uczciwych obrońców „wolności waszej i naszej” oraz budowniczych państwowości.

Pięć miesięcy później, kiedy fala wyniszczania Polaków przeszła przez Galicję, zwierzchnik ukraińskiej Cerkwi grekokatolickiej, metropolita Andrej Szeptycki, nawoływał „starszych i poważanych ludzi każdej gminy” do ratowania tych, którym groziła śmierć. Do nacjonalistycznej młodzieży zwracał się takimi słowami:

Nie dajcie się sprowokować do żadnych czynów bezprawnych. Przecież to w interesie naszych wrogów: namówić naszych ludzi do nierozważnych kroków, które będą mogły ściągnąć, a nawet muszą ściągnąć wielkie szkody na nasz naród. Nie dajcie mącić ludziom, którzy występki przeciw prawu Bożemu przedstawiają Wam jako konieczność. Pamiętajcie, że nic dobrego dla swego narodu nie osiągniecie przez działalność przeciwną prawu Bożemu.

Ukraińcy nie muszą przyjmować spadku po OUN jak czegoś zasadniczego dla swojej tożsamości. Nasze dziedzictwo otrzymane po naszych przodkach jest zdecydowanie większe.

Na koniec jeszcze pytanie o intelektualne i moralne kategorie, którymi chcielibyśmy opisywać naród. Czy pragniemy zbadać ukraińską przeszłość w całej jej złożoności, czy może zostawić  życie narodowe niezbadane? Czy chcemy zdekonstruować mity, które rozdzielają nas na Wschód i Zachód, czy może wolimy dalej kłócić się o wydarzenia sprzed prawie siedemdziesięciu lat? Czy pragniemy wytworzyć jeden historyczny dyskurs dla wszystkich obywateli Ukrainy bez patrzenia na ich narodowość, czy może zostać przy swoim nacjonalizmie? Czy cenimy wiedzę i tolerancję, czy może jest nam dobrze z antysemityzmem i ksenofobią?

Ciężko jest interpretować na nowo historię, kiedy przeradza się ona w pole walki pomiędzy „pomarańczowymi” a „regionałami”, kiedy krytyczna analiza musi przebijać się przez szum wrogiej antyukraińskiej polemiki. Regionalnych odmienności, czy niewygodnego sąsiedztwa Ukraina raczej jednak nie zmieni. Nie pozwólmy zatem tym warunkom wstrzymywać naszego ruchu zmierzającego w tym kierunku na jaki zasługujemy i jakiego pragniemy.

John Himka

John Paul Himka. Ukrainian Past and Ukrainian Future (Unpublished letter to Kyiv Post). List zaproponowano do publikacji gazecie „Kyiv Post”, jednak redakcja go odrzuciła.

Przełożył Paweł Jarosz (współpraca: Katarzyna Kotyńska) za ukraińskim tłumaczeniem z wersji angielskiej, dokonanym przez Katerynę Demczuk.

tłumaczenia studentów powstały w ramach zajęć translatorskich pod kierunkiem Katarzyny Kotyńskiej na Wydziale Filologii Ukraińskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego.

„Krytyka” 2010, nr 7-8

___________________________________________________________________

Niewinność pamięci

Niklas Bernsand

Mój krótki komentarz do dyskusji o miejscu Stepana Bandery w ukraińskiej pamięci kulturowej zacznę od innego przykładu pamięci powojennej: tej dotyczącej wojny na Bałkanach z początku lat dziewięćdziesiątych XX w. Kilka lat temu odwiedziłem chorwacką Dalmację i pamiętam małe portrety podejrzewanego o zbrodnie wojenne Ante Gotoviny, obficie ozdabiające sklepy, kasy biletowe, przystanki autobusowe i inne miejsca publiczne w Splicie i Szybeniku. Najprawdopodobniej pojawiły się one nie z powodu roli, jaką Gotovina odegrał w zabójstwach i czystkach etnicznych ludności serbskiej podczas operacji „Oluja”, kiedy wojska chorwackie zajęły zamieszkane przez Serbów tereny Chorwacji. Był to raczej efekt jego roli jako obrońcy ludności chorwackiej i chorwackich ziem, także w Dalmacji, we wcześniejszych etapach wojny. Te same działania Gotoviny, które stały się katastrofą dla wielu Serbów, uratowały życie i majątek wielu Chorwatów. I choć wydaje się całkowicie sprawiedliwe, że Gotovina odpowiada teraz za swoje zbrodnie przed trybunałem w Hadze, chciałoby się zapytać – w związku z dyskusją o Banderze – czy trzeba potępiać Chorwatów za ich publiczne (i, jak zrozumiałem, spontaniczne) przejawy sympatii wobec człowieka, odpowiedzialnego za czystki etniczne niechorwackich miast i wsi? Czy może trzeba rozpatrywać to jako artefakt miejscowej pamięci kulturowej, którą należy zrozumieć i przeanalizować właśnie w jej lokalnym kontekście, a nie potępiać za błędny wybór moralny?

Chyba wolałbym odpowiedzieć „nie” na pierwsze pytanie i „tak” na drugie. Na trzecie – czy logiczne byłoby oczekiwanie, że Serbowie (zwłaszcza ci, którzy zaznali czystek) przyłączą się do tych przejawów dalmackiej kultury pamięci – odpowiedź jest oczywiście negatywna. Czwarte natomiast będzie bardziej skomplikowane: czy powinniśmy w imię powojennego pojednania żądać od dalmatyńskich sklepikarzy, by odcięli się od człowieka, którego działania uratowały wielu tutejszych mieszkańców przed takim samym losem, jaki zgotował on wielu Serbom? Moja odpowiedź, jak się wydaje, znów zabrzmi „nie”: nie można żądać od tutejszych mieszkańców, by odrzucili ważne i znaczące symbole, wyrastające z doświadczenia wojny, śmierci bliskich i ostrzału ich rodzinnych miast – przynajmniej tak długo, jak długo wspólnota sama nie będzie do tego gotowa. Czego natomiast można oczekiwać, to ostrożnych działań władzy, wstrzemięźliwości oficjalnej pamięci kulturowej, uznania zbrodni przeciwko innym narodowościom i szacunku wobec postrzegania Gotoviny przez jego ofiary (nie w ostatnim rzędzie dlatego, że pamięć kulturowa obu stron jest analogiczna – zmieniają się tylko role ofiar i katów). Niewykluczone, że kiedy czynniki, które sprowokowały konflikt, stracą znaczenie, z czasem, przy dobrym układzie warunków politycznych, społecznych i gospodarczych, pojednanie stanie się możliwe. Albo i nie. W każdym razie, niezgrabne interwencje międzynarodowe, próbujące zastąpić zakorzenioną w osobistym doświadczeniu kulturę pamięci podniosłymi sloganami z memorialnego działu przemysłu praw człowieka, nie powstrzymają tworzenia tożsamości społeczności lokalnych. Tak samo brzmieć będzie również odpowiedź na pytanie, czy należy żądać od Dalmatyńczyków odcięcia się od Gotoviny w imię szacunku dla „wartości europejskich”, przywołanych w głośnej rezolucji Parlamentu Europejskiego odnośnie Bandery.

Nie będę tu rozpatrywał ani argumentów „za” i „przeciw” dekretowi prezydenta o ogłoszeniu Bandery Bohaterem Ukrainy oraz późniejszemu skasowaniu go przez sąd w Doniecku, ani związanych z Banderą wydarzeń historycznych, ani nawet obecnego, wszechstronnego oglądu tych skomplikowanych wydarzeń. Skoncentruję się na jednym, specyficznym aspekcie dzisiejszych dyskusji o Banderze, które współbrzmią ze wstępnymi uwagami na temat Dalmacji: jak może ta część ukraińskiej kultury historycznej, dla której odrzucenie Bandery nie jest sprawą prostą, odnosić się do jego skomplikowanej i przemienionej na symbole spuścizny, gdy sama ta kultura odczuwa obecnie naciski zarówno ze strony nowo powstałego systemu międzynarodowej pamięci historycznej z jego jednostronnym normatywizmem, jak i ze strony nowego, twardogłowego przywództwa politycznego Ukrainy, które w żadnym calu nie jest wyrazicielem poglądów tej części ukraińskiego społeczeństwa? Odpowiedź oczywiście zależy od kilku kwestii. Ci, którzy uważają się przede wszystkim za nacjonalistów, będą raczej przedkładać bezpośrednie uczczenie Bandery jako bohatera nad system międzynarodowej pamięci historycznej; natomiast ci, którzy określają się jako liberalni nacjonaliści lub narodowi demokraci (o ile jeszcze ktokolwiek używa takiej nazwy), będą szukać sposobu wpisania postaci Bandery, po pewnych retuszach, w ogólny szkielet demokracji, pluralizmu i integracji europejskiej (na przykład, odbierając na poważnie – z braku innego wyboru – wspomniane „wartości europejskie” rezolucji o Banderze). Na przykład Wołodymyr Kułyk w artykule Wszechobecny Bandera (Neunyknyj Bandera, „Krytyka” 2010, nr 3-4) pokazuje, jak liberalny ukraiński intelektualista, który rozumie problemy związane z Banderą jako symbolem, może dojść do wniosku, że w obecnym kontekście politycznym, moralnym i intelektualnym Bandery odrzucać nie można, bo symboliczna wartość jego dążenia do niepodległości, jego antyimperializm i wkład w tę sprawę jest właśnie tym, co jest teraz potrzebne. Innymi słowy, Kułyk stoi na stanowisku, że gdyby nie poczucie zagrożenia ze strony Rosji, mógłby podkreślać totalitarne aspekty spuścizny Bandery, ale w obecnej sytuacji takie podejście jest niedopuszczalne, bo Bandera wraz z Szuchewyczem potrzebni są jako symbole walki i ofiarności. Jeśli na Ukrainie powstanie jednolita kultura pamięci, uwzględniająca wszystkie wchodzące w konflikt narracje, autor gotów jest odrzucić Banderę na rzecz innych symboli. A więc surowe dychotomie moralne zostają odrzucone na rzecz bardziej złożonego podejścia, opartego na potrzebach wspólnoty – tak, jak rozumie je autor. Takie podejście do polityki pamięci wydaje się szczególnie konstruktywne, bo jest ono zorientowane przede wszystkim na wspólnotę i równocześnie otwarte, a także nie przyjmuje zbyt ostro (podwójnych) standardów rzeczników europejskiej polityki pamięci.

Efektywny ukraiński obraz Bandery i związanych z nim organizacji mógłby moim zdaniem wyglądać następująco:

Bandera, OUN i UPA były (podobnie jak przywódcy, organizacje i formacje wojskowe wielu narodów – państwowych i niepaństwowych) częścią zawikłanego splotu wydarzeń i konfliktów historycznych. Spuścizna tych ukraińskich przywódców i organizacji składa się zarówno z ich bohaterskich uczynków i ideałów, z których dziś jesteśmy dumni, jak i z wielkich błędów i zbrodni, nie w ostatnim rzędzie wobec polskich i żydowskich sąsiadów. Jesteśmy świadomi udziału Bandery, OUN i UPA w pogromach i bestialstwach i rozumiemy, że nowe badania i nowe dokumenty mogą powiązać ich z jeszcze większą liczbą zbrodni. Dlatego rozumiemy i szanujemy oburzenie, jakie Bandera jako postać historyczna i jako symbol budzi w niektórych naszych sąsiadach. Równocześnie, ponieważ dla nas Bandera symbolizuje także walkę o niepodległość i przetrwanie narodu – wartości mające obecnie dla nas krytyczne znaczenie – nie możemy odrzucić tego symbolu, nawet wiedząc o negatywnych stronach jego spuścizny. Nie będziemy więc marnować już czasu na negowanie oczywistych dowodów zbrodni, popełnionych przez OUN czy UPA. Dowody te nie zmienią jednak naszej głównej zasady – zasady, która czyni nas nie więcej i nie mniej uczciwymi moralnie, niż obywatele Izraela, którzy nie zaprzeczają roli Dawida Ben-Guriona w czystkach etnicznych wśród Arabów palestyńskich, ale nie widzą podstaw, by przekreślać ogólne znaczenie jego postaci dla swojej historii, albo Chorwaci, którzy nie są gotowi odciąć się od Ante Gotoviny, jako obrońcy ich ziemi ojczystej, z powodu jego okrucieństwa wobec ludności serbskiej. Jesteśmy świadomi ciemnej strony spuścizny Bandery, szanujemy pamięć historyczną naszych sąsiadów i jesteśmy zdolni do tego, by nie opiewać go jako bohatera bez skazy, jednak odrzucamy wszelkie sugestie – wewnętrzne czy zewnętrzne – byśmy całkowicie przekreślili jego postać. Podobnie, nie oczekujemy, by nasi sąsiedzi odrzucili własne ważne postaci historyczne z powodu wyrządzonych przez nie Ukraińcom krzywd. Jeśli chodzi o niezbędne porozumienie między ukraińskimi kulturami pamięci, to faktem jest, że na Ukrainie przez długi czas dozwolony był tylko radziecki paradygmat pamięci z jego czarno-białym obrazem Bandery, który pod wieloma względami przetrwał do dziś. A porozumienie nie może nastąpić, zanim pamięć o Banderze, OUN i UPA – w całej swej złożoności – w jakiś sposób nie zajmie miejsca we wspólnej ukraińskiej kulturze pamięci, co może nastąpić dzięki wzajemnym kompromisom.

Społeczeństwa zachodnie na długo przed tym, jak utknęły w wielokulturowości i polityce winy, ukształtowały się jako państwa narodowe z mniej więcej stałymi i powszechnie akceptowalnymi tożsamościami narodowymi. Ukraina właśnie to musi dopiero osiągnąć. Dlatego dostrzegam mało korzyści i duże ryzyko, płynące z uczenia Ukraińców poprawności politycznej wedle kanadyjskich czy skandynawskich wzorów. Jest rzeczą naturalną, że narodowa kultura pamięci rozwija się w dialogu ze swymi sąsiadami, międzynarodową wspólnotą naukową i innymi graczami. Dialog nie zakłada jednak, że każdy będzie mówił z jednakową siłą głosu i dojdzie do takich samych wniosków, co pozostali. Od podzielonej ukraińskiej kultury pamięci nie można obecnie oczekiwać dopasowania wszystkich stanowisk do normatywnego metajęzyka zachodnieuropejskiej i północnoamerykańskiej polityki pamięci. Więcej nawet, osłabienie paradygmatów politycznych i intelektualnych, łączących obronę ukraińskich tradycji etnolingwistycznych z wartościami w rodzaju demokracji i pluralizmu, może nawet zmniejszyć znaczenie tych wartości dla ukraińskiego społeczeństwa. Jeśli autorom europejskiej polityki pamięci naprawdę drogie są wartości demokratyczne, powinni oni uświadomić sobie rozpiętość możliwych stanowisk wśród zwolenników tych paradygmatów w dzisiejszej Ukrainie. Nie w ostatnim rzędzie dlatego, że Ukraińcy, jak wszyscy, są całkowicie zdolni do uznania zarówno pozytywnych, jak i negatywnych stron skomplikowanego życia i uczynków ich postaci historycznych.

tłum. z ukraińskiego Katarzyna Kotyńska, na podstawie przekładu z oryginału angielskiego, dokonanego przez Andrija Izdryka

„Krytyka” 2010, nr 7-8

___________________________________________________________________

Deheroizacja oporu

Witalij Ponomariow

W dyskusji na łamach „Krytyki” (2010, nr 3-4), dotyczącej nadania Stepanowi Banderze tytułu Bohatera Ukrainy, chodziło nie tyle o odpowiedni dekret prezydenta Wiktora Juszczenki (jak mawiała kijowianka  – Anna Achmatowa: czyja nagroda, ten ją przyznaje), ile o „problem Bandery” i  stosunek do spuścizny po Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Wnioski dwóch uczestników tej polemiki są nad podziw zbieżne z odpowiednimi tezami radzieckiej propagandy: John Paul Himka na podstawie „szeregu oznak” (w szczególności powitania „Chwała Ukrainie! Bohaterom chwała!”) dochodzi do wniosku, że „OUN rzeczywiście była organizacją typowo faszystowską”, a Timothy Snyder określa Banderę jako „ukraińskiego faszystę”. Niektóre wypowiedzi Snydera powtarzają komunistyczny szablon, nie tylko pod względem treści, ale także i stylistyki: „w 1939 roku Niemcy rozgromili Polskę” (w rzeczywistości podzielili ją między sobą sojusznicy – Niemcy i ZSRR), „latem 1944 roku Armia Czerwona wypędziła Niemców z Ukrainy”, „zwycięski pochód Armii Czerwonej na Zachód”. Ciekawe, że w jednym ze swoich ostatnich artykułów profesor Snyder sam odnotował stalinowski charakter podobnych wypowiedzi: „W okresie stalinowskim w Polsce tylko komunistyczny sprzeciw uznawany był za opór przeciwko Niemcom, wszystko inne było faszyzmem” (patrz: Tymothy Snyder, Jews, Poles & Nazis: The Terrible History, „The New York Review of Books”, 2010, czerwiec 24, T. 57, nr 11).

Wynalezienie wschodnioeuropejskiego „antyfaszystowskiego faszyzmu” jeszcze cztery dziesięciolecia temu przez zachodnich humanistów odbierane było jako kuriozum (patrz w szczególności: P. F. Sugar, Conclusion, „Native Fascism in the Successor States”, pod red. P. F. Sugar, Santa Barbara 1971). Później Jarosław Hrycak słusznie zauważył, że zastosowanie określeń „ukraiński”, „polski” i „czeski” odnośnie faszyzmu wywołuje sprzeczność pojęć, ponieważ faszyzm miał na celu częściowe albo wręcz całkowite wyniszczenie tych narodów.

W istocie rzeczy w ciągu pierwszych czternastu lat swojego istnienia OUN wyznawało nie faszyzm, a czynny nacjonalizm: odmianę radykalnej ideologii prawicowej, tak samo totalitarnej jak nazizm i komunizm, jednak w odróżnieniu od nich, narodowowyzwoleńczej. Różnica ta unaoczniła się 30 czerwca 1941 roku, kiedy to banderowcy ogłosili we Lwowie odnowienie Państwa Ukraińskiego, a sześć dni później narodowi socjaliści rozpoczęli „czystkę” wśród  nacjonalistów. Kiedy  więc profesor Himka wspomina o „licznych dokumentach z doskonale zachowanych zbiorów”, a które „powiązują OUN z hitlerowcami w czerwcu i lipcu 1942 roku”, zapomina dodać, że 6 lipca Niemcy aresztowali Banderę, a 12 lipca – Jarosława Stećkę i jeszcze czterech innych członków jego rządu, a kiedy ci odmówili odwołania Aktu Odnowienia Państwa Ukraińskiego, wysłali ich do Sachsenhausen.

W 1943 roku OUN (b) porzuciła czynny nacjonalizm i uchwaliła nowy program na zasadach podobnych do postanowień Karty Atlantyckiej koalicji antyhitlerowskiej. I odpowiadając teraz na pytanie Himki odnośnie wspomnianego „szeregu oznak”: „Cóż w nim nie jest faszystowskie?” – wystarczające jest wskazanie na brak rasizmu, ksenofobii, antysemityzmu, pogaństwa, socjalizmu, zasady wodzostwa, autorytaryzmu, monopartyjności, mesjanizmu i pragnienia panowania nad światem; można również po prostu przypomnieć zupełnie atlantyckie hasło UPA „Wolność narodom! Wolność człowiekowi!”.

Oczywiście między ideologią a praktyką ukraińskiego ruchu oporu, jednocześnie antynazistowskiego i antykomunistycznego, istniał rozdźwięk i to niekiedy dosyć znaczny. Dlatego każdy, kto „zawłaszcza” historyczną pamięć o tym zbrojnym sprzeciwie, bierze równocześnie na siebie odpowiedzialność także za rzeź wołyńską, pogromy Żydów w Galicji i niedorzeczną wzajemną wrogość trzech frakcji OUN. Owo „zawłaszczenie” oznacza również przyjęcie ukraińskiego panteonu bohaterów, do jakiego należy, między innymi, również Stepan Bandera. Zresztą taki właśnie mądry stosunek do Bandery i działalności UPA zademonstrował w swoim czasie metropolita Andrej Szeptycki: zdecydowanie potępił terror nacjonalistów w latach trzydziestych XX wieku, natomiast popierał  odnowienie przez tych samych polityków Państwa Ukraińskiego 30 czerwca 1941 roku.

Przełożyła Anna Tylutka

tłumaczenia studentów powstały w ramach zajęć translatorskich pod kierunkiem Katarzyny Kotyńskiej na Wydziale Filologii Ukraińskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego.

„Krytyka” 2010, nr 7-8