Strona główna/Kojące kamienie Odessy… Spacer z Efimem Jaroszewskim

Kojące kamienie Odessy… Spacer z Efimem Jaroszewskim

Aleksander Dobrojer: Często można go spotkać na ulicy. Spaceruje po uspokajającej odeskiej kostce brukowej, z wysoko uniesioną siwą głową o wyraźnym żydowskim profilu. Lubi „przejść się” ulicami nadmorskiego miasta. Właśnie tu, pośród ulic, mają miejsce najbardziej interesujące spotkania, uważa Efim Jaroszewski.

Spotykamy się u niego w domu, na rogu ulic Szolem-Alejchema i Bogdana Chmielnickiego. „Taki paradoksalny, odeski »Kreszczatyk«”[1] – mówi przyjaznym, głębokim głosem, uśmiecha się. – „Zakątek Bohdana Chmielnickiego i Szolem-Alejchema… Zastanów się. Albo, jak mówi młodzież, obczaj”. Obczaiłem…

Pokazuje mi pachnący farbą drukarską „Roman(s) prowincjonalny”[2](„Провинциальный роман(с)”), który dopiero co wyszedł w wydawnictwie „Aleteja”. Na marginesach widnieją reprodukcje rysunków autora. Takie same, jak w jego rękopisach – pokrytych plamami po herbacie, zmarniałych od upływu czasu, zniszczonych przez częste czytanie. „Te karteczki są zgrzybiałe, ale wyglądają na jadalne” – powiedział kiedyś o jego rękopisach poeta Sergiej Czetwiertkow.

„Roman(s) prowincjonalny” – odyseja o Odessie lat sześćdziesiątych i jej mieszkańcach. To tak, jakby wielkim spinaczem spiąć, jeden po drugim, krótkie szkice o mieszkańcach tego południowego miasta, w którym, według Efima, łatwiej żyć, niż pracować.

Efim Jaroszewski: Proza rozpoczęła się od rozmów z samym sobą. Napisałem stronicę, przeczytałem na głos – spodobało się. Nie tylko mnie. Znów zapisałem kartkę. Potem następną. Autor zadurzył się w swojej pracy… I tak powstała książka – o moim pokoleniu, o ludziach mi bliskich. Książka, w której formowałem głosy moich przyjaciół i znajomych. To byli poeci niepublikowani, artyści bez wystaw, cudacy i włóczędzy, uliczni filozofowie… Książka, przez którą nieśpiesznie płyną nastroje i pejzaże. Gdzie jest wiele słów, ale mało akcji. Właśnie tak żyliśmy… Ludzie, którzy mnie otaczali, byli absolutnie czyści, nie mieli zupełnie nic do czynienia z władzą. Dla nich (dla nas) znaczenie miało SŁOWO. Które nie zawsze równało się czynom. Dla słów żyliśmy i oddychaliśmy. Plwaliśmy na tych, którzy mogli zareagować na nasze artystyczne zuchwalstwo. Wydawało się nam – a może nawet tak właśnie było – że to my kontrolujemy rzeczywistość. Dlatego w „Roman(s)ie” opisuję absolutną uczciwość, być może nawet czystość. Chociaż, jak możesz się domyślać, odeskiemu życiu daleko do niewinności. Ale ta ohyda, jaką widzieliśmy za oknem, pobudzała nas do reakcji. Estetycznej. Stąd nasza odraza. I żadnej współpracy z władzą! Rzeczy, które pisaliśmy, nie były antysowieckie. One były obce. Dla „nich”. I „towarzysze” z urzędu bardzo szybko to odczuli.

Roman(s) Efima okazał się być kroniką pokolenia.

Tak się jakoś zdarzyło, że ludzie, którzy rozjechali się po całym świecie, w moim tekście usłyszeli swoje własne głosy. Ja pisałem nie tylko o tym, co dotyczyło rzeczywistości. Pisałem o tym, co mogło być i co mogło się wydarzyć. Poeta Tolik Glanc powiedział mi kiedyś coś w stylu: „Tak, ja tego nie powiedziałem, ale w sumie mogłem – nawet więcej! – ja POWINIENEM BYŁ to powiedzieć! I może się tak stać, że jeszcze to powiem” (i – wyobraź sobie – powiedział. Ale to temat na osobną rozmowę).

Roman(s) był pisany w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Czy istnieje jakaś jego kontynuacja?

„Druga proza” („Вторая проза”) – to już bohaterowie na nowym zakręcie życia. Jeśli mam być szczery, nie ma czegoś takiego, jak kontynuacja. Za oknem rozciąga się inny pejzaż, inna pogoda. Tamto skończyło się i już nie wróci.

Mijamy plac Soborny, wychodzimy na Deribasowską.

Odessa odchodzi, to naturalne. Ale Odessą też pozostaje. Byłoby czymś sztucznym nawoływać: chodźcie, wróćmy się do Odessy czasów Izaaka Babla, dajcie nam tutaj ciocię Sonię, dajcie Benia Krzyka. Ja nie lubię eksploatowania tematyki odeskiej. Ogólnie nie uznaję literatury regionalnej. Chociaż południoworuska „szkoła” mimo wszystko istniała. I w „kwaśne ciasto rosyjskiej prozy” na wieki wrzucone są potężne dreszcze Bablowskiej poetyki. Genialne malarstwo i poezja „Armii konnej” („Конармии”) i „Opowiadań odeskich” („Одесских рассказов”). Morze, sól, step, miasto, mowa odeska, południowe zachody słońca o krwawej barwie. Skradzione tchnienie swobody i unoszące się puszkinowskie fluidy. „Fluidy grypy i sztuki”. Plus pędząca, bezmyślna współczesność. Post-post-modernizm. Jakaś nowa kulturalna przestrzeń, w którą bezwzględnie trzeba się wpisać… Odeski mit jest dobry, godny kontynuowania. Kontynuowania, a nie reanimacji. Odeski zaczyn – to już niemało.

W Odessie żyją i pracują nieprzeciętni poeci: Borys Chersonskij, Igor Pawłow, Sergiej Czetwiertkow… Mógłbym wymienić jeszcze wielu innych. Boję się jednak kogoś pominąć. Obrażą się. Już na pewno się obrazili… Ale z kolei proza odeska jest jakaś taka wychudzona… Oczywiście to jest MOJE zdanie.

Ciepłe, uspokajające kamienie Odessy. Od morza wieje odświeżający wiatr, opryskując starą kładkę „Pasażu” solą i jodem.

Ja i tak pisałem swoją książkę dość ostrożnie. Żeby nie powiedzieć – bojaźliwie. Chociaż czasy – posługując się formułką Anny Achmatowej – były stosunkowo wegetariańskie. Mógłbym powtórzyć w ślad za Mandelsztamem „Nie jestem stworzony dla więzienia”. Wyobrażasz sobie człowieka, który wpada w przerażenie, słysząc słowo „WKR”[3]? Tak, to właśnie ja. Ostra zawiść i tęsknota – to jest to, co odczuwaliśmy, patrząc na aktywny protest dysydentów… No i jeszcze sceptycyzm. To był rzeczywisty „underground” (część kultury podziemia). I swoją rolę, jak pokazała przyszłość, odegrał. Mam na myśli poetów i artystów, o których jest już głośno… Właśnie oni stanowią znak tego czasu.

Zwalnia kroku, obraca się w moją stronę. Mówi, patrząc mi prosto w oczy:

I jeszcze jedno: zdarzyła się niewątpliwa tragedia. My wszyscy należymy do pokolenia, które zostało zatrzymane. Nie stracone, ale solidnie okaleczone. Stąd opóźnione dojrzewanie i opieszałe wyjście do czytelnika… Ogólnie, literatura schowana do szuflady w naturalny sposób dusi się i umiera… Ale bywa też, że nabiera siły.

A czy dzisiaj istnieje jakaś możliwość, żeby literatura dotarła do czytelnika?

Według mnie, Odessa cierpi teraz z powodu braku aktualnego pisma poetyckiego czy literackiego. Także filozoficznego i religijnego. U nas jest tylko jeden almanach „Derybasowska-Ryszeliewska”. Wychodzi cztery-pięć razy w roku. Nieźle. Interesująco. Ładnie. Ale dla tak wielkiego miasta to trochę za mało.

Jak doszło do pierwszej publikacji?

Mój bardzo dobry przyjaciel, Edwig Arzumian, wyjeżdżał do USA i powiedział do mnie: „Daj, wezmę ze sobą te twoje zapiski”. Po upływie roku czy dwóch, razem z żoną założyli niewielkie wydawnictwo „Life Belts”. Publikowali tylko tych, którzy nigdy wcześniej nie byli oficjalnie drukowani. Moja powieść po raz pierwszy ukazała się w Nowym Jorku, w nakładzie… pięćdziesięciu egzemplarzy. Ja dostałem dziesięć i byłem bardzo szczęśliwy. Bardzo delikatnie głaskałem wtedy te moje pierwsze książki. Przypominała mi się strofa z wierszy Sewy Senderowycza – „Spoglądam na kobiety i głaszczę książki”.

Nie przesadza pan?

Bynajmniej.

Kiedy pańska powieść po raz pierwszy ukazała się na Ukrainie?

Żenia Gołubowski przedstawił mnie Borysowi Markowskiemu, poecie i redaktorowi naczelnemu pisma „Kreszczatyk”. Składane jest (pismo) w Monachium i Kijowie, drukowane w Petersburgu, a sprzedawane w Moskwie i Odessie (prawda, że to interesujące?). Tam po raz pierwszy na Ukrainie został opublikowany mój „Roman(s) prowincjonalny”. Ale to było dopiero w dziewięćdziesiątym ósmym…

A kiedy pan, panie Efimie, odkrył u siebie pasję poetycką?

Pisać wiersze zacząłem, zdaje się, mając trzynaście lat. Chorowałem wtedy; czytałem Kolcowa, Nadsona, Lermontowa. Twórczość Puszkina poznałem później, dużo później… Potem byli Bagrycki, Majakowski, Pasternak. Nam wydawało się, że literatura rosyjska to literatura czytelnika, którego już nie ma. Teraz widzę, że jednak ktoś ją czyta. Młodszemu pokoleniu przychodzi to z trudem. Szkoda.

Kim jest poeta?

Poetą może być nawet człowiek, który nie pisze wierszy. No, ale to już inna sprawa… Dzisiaj prawie w ogóle nie ma „zawodowych” poetów. Zawodowym mogłeś być w czasach władzy sowieckiej: napisałeś wiersz – płacili ci pieniądze. Ten, kto dużo pisze i jest regularnie publikowany – to zawodowy literat. On wpisuje swoje wiersze do budżetu.

Ja piszę niewiele. Chociaż zawszę piszę. I tutaj mamy paradoks (albo „padoraks” jak mawiał Majakowski). Kiedyś podobała mi się dewiza Majakowskiego „Poeta powinien pisać, nie odrywając się od tego zawodu, który daje mu chleb, mięso, koszulę i wino w niedzielę”. Potem odżegnałem się od niej. Sam jej autor, co nie dziwi, zajął się wyłącznie poezją: pisał, jeździł, czytał. W wyniku tego nadwyrężył sobie nie tylko gardło. Ale pierwszym zawodowcem, jak by nie patrzeć, był Puszkin… Brał po rublu za wers, w złocie. Nielicho!

Ile trzeba napisać, żeby stać się poetą?

Nie w ilości rzecz. Można napisać jeden wiersz i już być poetą. Ale zawsze lepiej napisać więcej niż jeden. Jeśli wiersze są dobre, zawsze będą dobrymi. Wstyd się przyznać, ale ja wciąż piszę wiersze. No i oczywiście prozę też.

Co dla poezji jest konieczne, a co zbędne?

Zbytecznym w poezji jest wszystko to, co nie jest poezją. Nadużycia „architektów literatury”. W literaturze jest tak samo jak w matematyce, działa się według zasady „potrzebne i wystarczające”. W sztuce zbędne słowo prowadzi wręcz do zguby. Z pewnością poeta podobny jest do rzeźbiarza, który odłupuje „niepotrzebny” marmur. Nie jest to myśl nowatorska. By pisać dobre wiersze, oprócz talentu potrzebna jest jeszcze szczerość i kultura. Być wyłącznie szczerym – to dla poety za mało. Szczery jest grafoman. Potrzeba jeszcze kultury. Kultura trzyma w ryzach ukochane, anarchistyczne pretensje. Kiedy jesteś zakuty w tryby kultury i umiesz wznieść się ponad te „okowy” – wtedy rodzi się coś wartościowego. To, co „zbyteczne”, tyczy się tylko procesu, nie rezultatu.

Ogółem, pisać powinno się ku własnemu zadowoleniu. Jeżeli coś zostało napisane bez radości, nie przyniesie tej radości również czytelnikowi. Prawdę mówiąc, ja piszę dla zaledwie kilku bliskich mi osób. Jeśli im się spodoba, spodoba się też innym. Możliwe, że i wszystkim. Nieraz się o tym przekonałem. Ale najważniejsze – musi podobać się autorowi, mnie samemu.

Z jakim pisarzem mógłby Pan się utożsamić?

Lubię wiecznych klasyków. Co nie dziwi, oni w pełni zaspokajają moje potrzeby. Oczywiście, od czasu do czasu w moich rękach pojawia się dzieło jakiegoś względnie współczesnego pisarza. Na przykład „Zwrotnik Raka” Henry’ego Millera. Albo coś z twórczości tego chuligańskiego Amerykanina, Charlesa Bukowskiego. I naszych, Sorokina czy Pielewina (chociaż to już też dzieła dnia wczorajszego). Są interesujący. Ale lepiej mi się oddycha wraz z Dostojewskim, Czechowem, Tołstojem… Już nawet nie wspomnę o Puszkinie i Gogolu. I oczywiście Brodski. Josif, ma się rozumieć.

A literatura ukraińska?

Mam duże podejrzenia co do tego, że i w Kijowie, i we Lwowie, i w Charkowie istnieje mistrzowska literatura ukraińska. Ale w Odessie, póki co, prawie jej nie znamy.

Jak wygląda dzień poety Efima Jaroszewskiego?

Mój dzień, moje dni… Nie mam pojęcia… Budzę się o czwartej i do szóstej – to jest czas błogosławiony. Piszę, czytam. Trzy czy cztery dni w tygodniu, tak jak się należy, udaję się do pracy. Urzędowo, jakby powiedział Mikołaj Wasylewicz… Do podstawówki albo liceum. W piętnaście minut przygotowuję sobie w myślach konspekt lekcji. Do dzieci nie można przychodzić z pustką w głowie. One bardzo szybko to odkrywają. Ogólnie, nie da się pójść do klasy i nie żyć tym wydarzeniem. Z dziećmi trzeba być bardziej szczerym, niż z dorosłymi. Potem z zadowoleniem wracam do domu. Spaceruję, spoglądam na obłoki. To szczęście – przejść z ulicy Hospitalnej do znamienitej Miasojedowskiej i oglądać cały spektakl zachodu słońca nad Mołdawianką, ponad głowami i dachami. Grafikę drzew na tle stygnącego nieba…

Ogólnie w Odessie łatwiej jest żyć, niż pracować. W Odessie zawsze mieszkali niezwykli ludzie. Niestety, tak wielu z nich wyjechało. Na przykład znamienity Gurewicz, jedna z najbarwniejszych postaci Odessy. Z asyryjską brodą, w niezwykłych szelkach. Wykładał geografię i wygłaszał niebywałe przepowiednie, które wyczytywał nie wiadomo, gdzie. Poeta Grisza Reznikov, mieszkający obecnie w USA, powiedział mi kiedyś tak: „Jeśli Gurewicz przychodziłby w jedno i to samo miejsce i, powiedzmy, siadałby w kawiarni na Primorskim Bulwarze, pił kawę, palił fajkę, to wszyscy chodziliby tam »na Gurewicza«”. I tak właśnie bywało (w latach osiemdziesiątych) aż do czasu jego emigracji… Kawiarnia potem runęła, a pogrzebała pod sobą wiele więcej. Dla dwóch kelnerów skończyło się tylko na strachu. To była swoista „Rotunda”, o której kiedyś pisał Erenburg. Napisał, że nad Odessą unosi się „liliowy zmierzch Paryża”. Zdaje się, że to szczera prawda…

Był pan kiedyś w Paryżu?

Nie byłem. Chociaż byłem.

Idziemy nad morze.

Mamy dwie (a może trzy) ojczyzny: Związek Radziecki, Ukrainę i język rosyjski. Ja mam ich jeszcze więcej: Odessę i babciny jidysz, język ukraiński i przysypaną śniegiem rosyjską literaturę, żydowskie korzenie i doniosłe prawdy judaizmu oraz chrześcijaństwa; stare kamienie, odeskie ulice i podwórza. Wysokie odeskie niebo. Słone morze. Wyjście na ocean… Dosłownie – WYJŚCIE! I to, zdaje się, najważniejsze… Ale mówię to w „podniosłym stylu”. Można mówić i „niskim”, ale po co?

Odessa… Ruska Marsylia, niezwykła Palmira Południa, jak by nie patrzeć, trzecia stolica Imperium… I jeszcze flotylla wielorybnicza „Sława”. Bolszewicy za swoich czasów zrobili prawie wszystko, żeby wielkie miasto przekształcić w urzędowe centrum sowieckiego obwodu. Ale takiego miasta zniszczyć nie można.

Aleksander Dobroyer

Efim Jaroszewski (Ефим Ярошевский)

Tłumaczenie z języka ukraińskiego: Darek Figura


[1] W oryginale: „Крещатик” – główna ulica Kijowa.

[2] W języku rosyjskim słowo „roman” oznacza „powieść”. Użycie w tytule dzieła zapisu „roman(s)” nadaje dwuznaczność rozumienia pomiędzy „Powieścią prowincjonalną” a „Romansem prowincjonalnym”.

[3] Wojskowa Komenda Rejonowa. W oryginale: „военкомат” – „войенный комиссариат”.

Kultura Enter
2008/11 nr 04

Puszkin, rys. E. Jaroszewski