Strona główna/Kontrabandą do Europy

Kontrabandą do Europy

Pewnego razu zdarzyło mi się jechać autobusem ze Lwowa do Lublina, żeby porozmawiać z kolegami o partnerstwie wschodnim, dialogu kultur itp. Z dworca autobusowego wyruszyło przedpotopowym „Ikarusem” 16 osób wraz z kierowcą: troje obywateli RP, czterech studentów, po tyle samo pracowników naukowych i pracowników lwowskiego pogotowia, którzy jechali zapoznać się z doświadczeniami polskich kolegów. Przed dotarciem do granicy było nas już 46 – w drodze dosiadły się dwie „brygady” kobiet, nazywanych tu „mrówkami”, „spirytusowozami”, „tytoniowymi matrioszkami”.

Obie „brygady” od razu przystąpiły do swoich zwykłych zajęć, praktycznie nie zwracając uwagi na przypadkowych pasażerów. Kładły się na podłogę i właziły na siedzenia, wpychając do skrytek owinięte taśmą klejącą paczki papierosów, zadzierały spódnice i opuszczały dżinsy, owijając ciała papierosowymi pasami. Wierciły się przy tym nerwowo i przeszkadzały współpasażerom. Potem kłóciły się, zbierając pieniądze „na urodziny”, przy czym wszyscy wiedzieli, że chodzi o łapówkę. Podczas wjazdu na polski punkt graniczny, nerwowość była już tak duża, że nastroje uspokoił dopiero polski pogranicznik: – No cicho, ciotki-szczebiotki – powiedział.

Dobry celnik

W czasie, kiedy pogranicznik sprawdzał paszporty, przeglądałem regulamin przewozu towarów і z przykrością spostrzegłem, że zamiast „і” widniała tam litera „j”, а zamiast „б” – rosyjski twardy znak „ъ”. Wniosek nasunął się sam – Polakom niezbyt zależy na tym, żeby gości z Ukrainy nie raziły błędy w pisowni ukraińskojęzycznej. Tym czasem „ciotki” nerwowo wyglądały przez okna, żeby zobaczyć, który z celników jest na zmianie, a kiedy zobaczyły „dobrego celnika”, którego konspiracyjnie nazywały „Iwanem”, wprost zawyły ze szczęścia. „Iwan” rzeczywiście okazał się dobrym chłopiskiem. Dostawszy „na urodziny” prawdopodobnie 300 złotych, przeszedł się dla przyzwoitości przez wnętrze autobusu, wyjmując z kilku skrytek po kartonie papierosów. Nazbierała się tego „aż” cała foliowa siatka. Jasne, że była to tylko kropla w morzu ukrytej kontrabandy, ale jak się okazało – ta kropla przelała czarę goryczy. Po wyjechaniu za obręb punktu odpraw, „ciotki-szczebiotki” zamieniły się w „rozwścieczony babiniec” i, dochodząc czyje to papierosy zabrał właśnie „dobry celnik”, wrzeszczały, płakały, klęły, wyzywały się i złorzeczyły sobie nawzajem. Skończyło się porządną bójką między członkiniami różnych „brygad”. Na odcinku jakichś trzydziestu kilometrów od granicy wszystkie wysiadły w trzech dużych grupach na różnych przystankach. Reszta pasażerów odetchnęła z ulgą, ale stres zaczął mijać dopiero na następnym postoju, gdzie wszyscy wyszli z autobusu, żeby zapalić i rozprostować kości. Jako ostatni wyszedł kierowca i, zwracając się głównie do Polaków, zaczął się tłumaczyć (że niby nie ma z tym nic wspólnego): – Nie wiem, panowie, co je napadło… Dzikuski jakieś… I jeszcze chcą do Europy. Polacy wstrzemięźliwie milczeli (pewnie wiedzieli, że zdarza się to często), a niektórzy spośród naszych zaczęli żartować. Koniec końców z rozmowy nic nie wyszło.

Zróbcie to sami

Następnego dnia w Akademickim Centrum Kultury „Chatka Żaka” UMCS rozmowa też się nie kleiła. Ukraińscy dziennikarze nie byli w stanie stworzyć przekonującej prognozy na temat tego, kiedy w ich kraju skończy się polityczny chaos i czy Ukraińcy w ogóle chcą wstępować do Unii Europejskiej. Polscy koledzy także nie promienieli optymizmem. Piotr z Lublina przyznał: – Tak, redakcje zamawiają coraz mniej materiałów o Ukrainie. A na nasze propozycje odpowiadają zwykle: – Kogo interesuje, co się tam dzieje?. Marek z Przemyśla był w ogóle zrozpaczony: – Dziesięć lat szukałem sponsorów i wymyślałem różne preteksty, żeby zapraszać do Polski ukraińskich dziennikarzy. Staraliśmy się pokazać, że nasz kraj przygotowuje się do członkowstwa w UE, a potem – pokazać, jak się w niej czuje. Poświęciłem na to sporo czasu i energii, ale teraz zastanawiam się, czy nie zajmowałem się czymś bezsensownym. Tak, ci dziennikarze rzetelnie pisali o tym w swoich gazetach, аlе ogólny wynik jest, jak widać, zerowy. Oczywiście, po takim dialogu między dziennikarzami, a słuchaczami nie było już właściwie nic do powiedzenia. – Ukraińcy powinni zrozumieć, że są rzeczy, których ani my, Polacy, ani Unia Europejska nie możemy zrobić za nich – powiedział po spotkaniu Marek.

Partnerstwo z gorszym

Przyjęta niedawno przez Unię Europejską strategia stosunków z sąsiadami – Partnerstwo Wschodnie – wywołała na Ukrainie krytykę i rozczarowanie, a nawet niezrozumienie i poczucie obrazy, zwłaszcza wśród ludzi, których wszystkie działania i aspiracje zwrócone są w stronę Zachodu i którzy nie bez racji uważają się za „niegorszych od Europejczyków”. Można ich zrozumieć, bo przecież wyłożone w Partnerstwie Wschodnim stanowisko UE może być pojmowane w następujący sposób: „W Europie jednak uważa się nas za «gorszych niż Europejczycy»”. Należy jednak uczciwie przyznać, że ludzie pokroju „niegorszych niż Europejczycy” to w naszym kraju mniejszość.

Na tym właśnie polega cały problem Partnerstwa Wschodniego. W przekładzie z francuskiego słowo „partenaire” znaczy „współuczestnik gry”, „kompan”, „wspólnik”. Dzisiejsze kierownictwo UE żadnego z ukraińskich przywódców nie może uważać za równoprawnego partnera. Podobnie, jak statystyczny Europejczyk nie może widzieć partnera w obrazie „ciotek-szczebiotek”.

z ukraińskiego przełożył Maciej Sokal – tłumaczenie wykonano na potrzeby projektu Lublin 2016 – Europejska Stolica Kultury – Kandydat

Wołodymyr Pawliw

Kultura Enter
2010/07 nr 24