Strona główna/Lęk przed przyszłością. Myślarnia pierwsza

Lęk przed przyszłością. Myślarnia pierwsza

Krzysztof Czyżewski: Czym jest Myślarnia? Niedawno Tomas Venclova opublikował artykuł, w którym pisał o braku w naszych demokracjach arystofanesowskich „Myślarni”, miejsc prywatnej, bezpośredniej rozmowy, która może być zaczynem małych i dużych projektów. Ów brak odczuwałem od dawna, zwłaszcza w pracy nad projektem Europejskiej Stolicy Kultury 2016 w Lublinie.

Cieszy mnie, że w zespole ESK, który nazwaliśmy „Kultura 2020” (co wskazuje, że na 2016 roku ta praca wcale się nie skończy), tworzy się dłuższa perspektywa dla Lublina, strategia myślenia do przodu. Wielkim wsparciem naszej pracy może być właśnie rozmowa, otwarta i niezobowiązująca. Taka rozmowa, która uwalnia w zupełnie inny sposób myśli o ideach czy projektach. To nie jest tak, że mamy już jakiś gotowy koncept całości – cały czas jesteśmy otwarci na świeże, odważne pomysły. W „Myślarni”, którą inicjujemy w Lublinie, spotykają się ludzie z różnych dziedzin, generacji, miejsc czy środowisk i być może stworzą oni tradycję, która również nie skończy się na roku 2016.

Programem Europejskiej Stolicy Kultury chcemy z Lublina – miasta o bogatym dziedzictwie historycznym z ciekawymi inicjatywami dotyczącymi pamięci kulturowej – stworzyć miasto, które jest zatroskane o przyszłość. Owo wychylenie ku przyszłości interesuje nas tym bardziej, że jest to moment, kiedy pytamy o marzenia związane z Europejską Stolicą Kultury.

Chodzi nam o „Lublin widzący”, w odniesieniu do Widzącego z Lublina, o miasto debat i sporów na temat przyszłości, miasto spotkań wizjonerów, którzy antycypują; mówią o przyszłości. Bardzo potrzebujemy rozmowy o tym, jak ma wyglądać strategia dla Lublina, rozmowy otwartej i niezobowiązującej, takiej, która uwalnia w zupełnie inny sposób myśli o ideach czy projektach. Nasze myślenie cały czas wokół tych spraw krąży i jesteśmy bardzo ciekawi, jak to się dalej potoczy.

Stąd zatem wziął się pomysł „Myślarni” w Lublinie i temat otwierający Myślarnię – lęk o przyszłość. Jako gospodarza tych spotkań wyobraziliśmy sobie Tomasza Dostatniego.

Tomasz Dostatni: Słowem wstępu chciałbym podzielić się swoimi refleksjami na temat lęku o przyszłość. Przyszłość jest sprawą lęku. W myśleniu helleńskim istniał strach przed przyszłością. W tym samym czasie, w tym samym basenie Morza Śródziemnego żyli Żydzi, którzy mieli zupełnie inne spojrzenie na przyszłość. Nie było ono związane z lękiem dlatego, że Żydzi mieli i mają bardzo silne oparcie w wierze w Boga. Ta ich przyszłość nie była związana ze strachem, z lękiem i chaosem, a raczej z nadzieją, że to, co jest przed nami nie jest czymś pustym. Dlaczego? Dlatego, że tam jest tam Jahwe, który się nimi opiekuje. Tym słowem wstępu chciałem zaznaczyć, że jesteśmy dziedzicami zarówno myślenia helleńskiego, jak i myślenia biblijnego, żydowskiego. Oznacza to, że nasze patrzenie na przyszłość i myślenie o niej jest gdzieś na skrzyżowaniu tych dwóch światopoglądów. Czasami jest lęk, strach, obawa, ale czasami wchodzimy w przyszłość z nadzieją, bo wiemy, że to, co jest przed nami, nie jest puste i że jest tam coś, co możemy zagospodarować. Po tej krótkiej refleksji zapraszam Państwa do rozmowy.

Sabina Magierska: Wspólne myślenie jest warunkiem zgodnej współpracy, a „Myślarnia” jest świetną nazwą dla takiego przedsięwzięcia. Rzeczywiście – lęk jest kategorią fundamentalną, nie tylko dla Greków. Od początków ludzkich dziejów stanowi on wyposażenie egzystencjalne człowieka. Co więcej, nie należałoby myśleć o nim tylko i wyłącznie negatywnie. Lęk jest znakomitym wynalazkiem. Jest ceną ludzkiej wolności, bo narodził się razem z nią. Dopóki byliśmy całkowicie zanurzeni w naturze – nie było lęku. Był strach przed bezpośrednim kontaktem z czymś zagrażającym życiu. Lęk zaś jako niedookreślone, nieuprzedmiotowione poczucie zagrożenia, jest tylko ludzki i pojawił się, gdy zarzuciliśmy naturalny i dobrze znany sposób bycia na rzecz jakiegoś zupełnie odmiennego, nie przeczuwając jeszcze, do czego to doprowadzi i co to znaczy „nie być zwierzęciem”. Szukaliśmy formy bycia człowiekiem rezygnując ze wszystkiego, co mogła nam dać Matka Natura (tzn. instynkt, nieomylność rozwiązań, reakcji itd.). „Wychodziliśmy na ludzi” metodą prób i błędów. Przy pojawianiu się pierwszego buntu wobec natury, przy zrobieniu pierwszego kroku w nieznane musiało pojawić się pierwsze przeżycie lęku. Zatem wszystko, co miało być przyszłością, co było wyborem czegoś radykalnie nowego, wiązało się już z niepewnością, brakiem doświadczenia i możliwością tragicznych konsekwencji.

Lęk pierwotny przekształcił nas ze stada w społeczeństwo. Gospodarowanie indywidualnym lękiem w gromadzie stworzyło zabezpieczenie będące efektem wzajemnego kontaktu – na przykład pomoc jednego człowieka drugiemu w momencie słabości. Nauczyliśmy się redukować lęk ze względu na przynależność do tej nowej organizacji, jaką byliśmy. Przestaliśmy się bać starych potworów, a społeczeństwo zaproponowało nam w zamian kulturę. Na tę kulturę składa się w dużym stopniu wiedza, która polega na tym, żeby zaakceptować, zapamiętać, a potem przekazać pewne sposoby radzenia sobie w świecie. Wobec tego to wszystko, co jest kulturą jednocześnie jest wiedzą. Wolność i lęk od tej wiedzy zależą – trzeba już uczyć się, by wiedzieć jak być wolnym i jak radzić sobie z lękiem. Kultura jakby podpowiada nam: „Nie lękaj się, ponieważ wiemy jak postępować, ale stawiamy ci także warunek, mianowicie – musisz słuchać reguł, które my wypróbowaliśmy w długim i często bolesnym doświadczeniu. Masz szanować prawa i konwencje. Rygor kultury musi być równie bezwzględny jak przymus natury, ale tylko on zmniejsza lęk i przeprowadzi cię przez najtrudniejsze momenty twojej biografii”. Kultura jest gospodarzem tego lęku. Oczywiście ona ten lęk normuje, często tłumi, ale czasem go wytwarza i rozpowszechnia czy wręcz nim zaraża.

Janusz Opryński: Dzisiejszy dzień rozpocząłem w bardzo dziwny sposób. Mianowicie, obudziłem się i nie mogłem sobie w żaden sposób przypomnieć postaci z „Czekając na Godota”, którą strasznie lubię i która wypowiada piękny monolog o karleniu człowieka. Oczywiście jest to Lucky. Potem przypomniałem sobie, że ten dramat powstał w 1953 roku. Jest to jeden z ważniejszych tekstów europejskich, który postawił diagnozę do dzisiaj nie do podważenia. Smutna to diagnoza. Dlaczego ten Lucky tak mi się przypomina? W postaci Lucky’ego, o ile rozumiem dobrze, Beckett ujął pozycję intelektualisty i inteligenta, zastraszanego, wycofanego wobec pędu, niezrozumienia świata. W klasycznych realizacjach z lat 50. Lucky’ego gra taki siwy, niski mężczyzna, dość podobny do mnie. Dlatego postać Lucky’ego jest mi bliska. To, co pani powiedziała jest szalenie ciekawe – lęku nie należy się bać. Mam podobną refleksję. Uważam, że lęk daje nam także pozytywne rzeczy. Dobrze jest się bać, jeśli chce się być wolnym. Myślę też, że te nasze niepokoje są z gruntu europejskie. Fenomen kultury europejskiej polega na tym, że ona trwa, pomimo że od wielu wieków mówi się o jej ciągłym kryzysie. I to jest siła Europy i europejskiego myślenia – które pozwala umieścić się w kryzysie wartości po to, aby w ogóle istnieć. A nazywanie tych lęków jest rzeczą niezwykłą.

Tomasz Dostatni: Tak, ale ta wolność, o której mówiła pani Sabina, też jest czysto europejska.

Janusz Opryński: Tak, oczywiście. Pozwólcie jeszcze, że dokończę tę refleksję Beckettowską. Zbliża nas to bowiem do pytań o chrześcijaństwo, jak to Wodziński nazywa – studziennych pytań o chrześcijaństwo. Dostojewski nawiązuje do tego osobą Iwana Karamazowa, ale nie tylko. Beckett zadaje nam pytanie, czy paruzja jest możliwa. Następne pytanie to takie, z którym wciąż nie możemy sobie poradzić, że jednak Szoah wydarzył się w świecie chrześcijańskim. My, żyjący tu w Lublinie w cieniu Majdanka, nie unikniemy tego pytania. Oczywiście, możemy wyjść do przodu, tylko pamiętajmy też, że Myślarnia została spalona i piękny esej Venclovy zakończył się ostatnim słowem Sokratesa – „Duszę się”. W czasie, gdy były organizowane konkursy na komedie, Sokrates stał w czasie grania sztuki, aby widzowie wiedzieli, że to jest o nim. Pokazywał tym odwagę obywatelską. Zatem mamy tu nie tylko wolność, ale i odwagę. Odwagę wystąpienia przeciwko wszystkim autorytetom, także przeciwko rodzinie – to też jest w sokratejskiej Myślarni. Nawiązując jeszcze do wypowiedzi pani Sabiny o obłaskawieniu lęku, bo ono wydaje się być fundamentalne: zawsze się protestuje przeciwko takiej myśli – człowiek zwierzęciem. Ja myślę jednak, że świat zwierzęcy jest lepszy.

Sabina Magierska: Ale my jesteśmy zwierzętami uspołecznionymi. Wszystko, co jest w nas najpotworniejsze – ale też to co jest w nas najszlachetniejsze – pochodzi już z kultury, nie zaś z natury.

Ewa Solska: Na wstępie powiem, że czułam lęk przed tym spotkaniem. Od razu zaczęłam więc go sobie oswajać. Skupiłam się na pytaniu „lęk przed czym?”. Lęk przed przyszłością, ale jest to wątpliwe ujęcie, gdyż zależy od koncepcji czasu, jaką przyjmiemy. Gdy Janusz Opryński mówił o dramacie Becketta „Czekając na Godota”, skojarzyło mi się to z jedną z moich ulubionych lektur – „Solaris” Lema. Solaris, czyli coś zupełnie niezrozumiałego, jeśli można się tu bawić w jakieś dywagacje pseudoteologiczne – motyw boga czy antyboga. Niemniej coś, co wzbudza lęk prawie absolutny (przynajmniej we mnie). Nawiązując do wypowiedzi Pani Doktor: kultura europejska rzeczywiście powstawała z oswajania lęku poprzez różne szeroko pojęte instytucje. Nazywa się ją kulturą naukową i to jest chyba najważniejszy aspekt tego oswajania. Nie wiem, czy pierwotnego, ale tego lęku przed nieznanym i tego przed niezrozumieniem. Uniwersytet jest w swoich założeniach formą instytucjonalizacji tej kultury, a jednocześnie jedną z najstarszych instytucji w Europie. Jest tworem swoistym, zresztą mam tendencje do traktowania uniwersytetu bardziej jako bytu intencjonalnego niż instytucji, mimo świadomości tego, że lęk przed przyszłością i przed niezrozumiałym jesteśmy w stanie racjonalizować, oswajać, przede wszystkim nazwać i ostatecznie instytucjonalizować. Myślę, że takie spotkanie jest także w pewnej mierze instytucjonalizowaniem lęku.

Paweł Frelik: W kontekście tak postawionego pytania, przychodzi mi na myśl kolejne pytanie. Mianowicie: czego my się boimy? Oczywiście, można spytać, kto to jesteśmy „my” – czy „my” to Europejczycy, Polacy czy Polacy na wschód od Wisły itd. Nasz lubelski lęk przed przyszłością jest oczywiście lękiem przed nieznanym. To nieznane jawi nam się dlatego, że z jednej strony, tak jak ogłosił Fukuyama i paru innych, skończyła nam się historia i nie do końca wiemy, gdzie my, jako kraj, jako cywilizacja europejska czy ten projekt zwany Unią Europejską, będziemy za pięć czy dziesięć lat. Z drugiej strony często odczuwamy, że świat, który cały czas pędzi do przodu, szczególnie w sferze mediów, rozpowszechniania i produkcji informacji (co niekoniecznie musi się przekładać na wiedzę), zostawia nas z tyłu. Następnym pytaniem byłoby, co z tym lękiem zrobić, czy da się go w jakiś sposób usunąć albo przynajmniej złagodzić. Wydaje mi się, że jedną z odpowiedzi jest potrzeba utopii. W XX wieku utopia była zawsze tym, co ten lęk przed przyszłością w jakiś sposób łagodziło. A jeśli nie łagodziło tego lęku, to przynajmniej dawało wizję świata jakiego chcielibyśmy. Utopia była czymś, co pozwalało nam wierzyć, że świat może być inny, że możemy ten świat kontrolować i trochę bardziej dotrzymywać mu kroku. W XX wieku z utopiami mamy swoisty problem. Bauman, zdaje się na początku lat 70. w swojej książce, która dopiero niedawno ukazała się w Polsce, pisał, że utopią na dobre i na złe był socjalizm. Przynajmniej w swojej sferze ideologicznej, w swojej wyidealizowanej, XIX-wiecznej formie. I to była ostatnia utopia. Później już, kiedy zdarzyło się to, co się zdarzyło, my nadal nie przestaliśmy wierzyć, planować i tworzyć sobie chociażby małe utopijne wizje przyszłości. Jakimś sposobem jest to niesłychanie trudne i bardzo trudno o przetworzenie jakiejkolwiek utopii czy wyidealizowanej wizji przyszłości, do której chcielibyśmy dojść. Bardzo trudno wystrzec się patriotyzmów czy osób, które chciałyby sobie coś przy okazji „załatwić”, ale wydaje mi się, że to mogłoby być przynajmniej częściowym wyjściem z tego impasu, z tego ciągłego lęku, żeby zacząć myśleć, gdzie naprawdę jesteśmy w tym naszym świecie. I tu nie chodzi o jakieś duże filozoficzne idee, ale o zdanie sobie sprawy, gdzie byśmy chcieli dojść albo jak byśmy chcieli przekształcić naszą przestrzeń (miasta, województwa czy czegokolwiek). I tak jak w każdej utopii – czy tam dotrzemy i co się po drodze wydarzy, nie jest tak ważne, jak sam fakt, że mamy jakąś ideę, którą chcemy zrealizować. To bycie w drodze jest oczywiste i jest, jak to się wielokrotnie okazywało i czemu literatura dała wielokrotnie świadectwo, ważniejsze niż dotarcie do celu. A po drodze, to też inna sprawa, te wizje celu czy w tym przypadku utopii, modyfikują się, zmieniają, dostosowują do tego, kto tę utopię sobie wymyśla.

Tomasz Dostatni: Jeżeli państwo pozwolą, to dopowiem drugie swoje słowo na temat lęku o przyszłość, w oparciu o to, co państwo już powiedzieli. Uderzyły mnie cztery rzeczy i chciałbym je jakoś uwzględnić w naszej rozmowie. Pani Magierska podkreśliła mocno, że lęk nie musi mieć tylko wymiaru negatywnego. I wydaje mi się, że warto usłyszeć to, że lęk może mieć swoje pozytywne działanie. Janusz Opryński w pewnym momencie powiedział o czymś, co wydaje mi się w kontekście zarówno Lublina, jak i Polski jest bardzo ważne, chodzi o nazywanie własnych lęków. Warto w tym kontekście przywołać Jana Tomasza Grossa, na którego można się złościć, można od wszystkich najgorszych rzeczy go wyzwać. Tylko że on uruchomił mechanizm nazywania tego, co tkwi głęboko, jakby powiedział Adam Michnik, w duszy polskiej. I wydaje mi się, że jest to jeden ze sposobów nazywania lęku w tym bardzo konkretnym kontekście Holocaustu, nazywania lęków, które są do dzisiaj. Pani Ewa Solska powiedziała, używając bardzo pięknego polskiego słowa, że lęk należy oswoić. I to nie tylko ten negatywny wymiar lęku. W tej wypowiedzi o nazywaniu lęku, to słowo mi się bardzo spodobało. Powiedziała pani, że jedną z propozycji oswajania lęku w kulturze europejskiej jest uniwersytet. Ja dopowiem drugą rzecz. Prawie dwadzieścia lat temu, mieszkając w Czechach, napisałem tekst o znakach europejskiej kultury. Powiedziałem w nim o dwóch – o uniwersytecie oraz klasztorze. Uniwersytet i klasztor – dlaczego? Dlatego, że uniwersytet jest miejscem, w którym człowiek podejmuje wysiłek naukowy, intelektualny poszukiwania prawdy. Klasztor jest miejscem, w którym człowiek podejmuje wysiłek duchowy poszukiwania Boga. Teraz proszę zobaczyć, że w momencie, kiedy w Europie powstają prawdziwe miasta – nie myślę o miastach greckich czy rzymskich – mam na myśli miasta nowoczesne, które mają rynek, ratusz i wokół tego mają kościół farny. Co się dzieje? Te dwie rzeczywistości, te dwie instytucje się spotykają. Wcześniej klasztory były na wsi, nie w miastach. Mówiąc o Lublinie, mówimy o mieście. I czwarta rzecz – pan Frelik próbował odpowiedzieć na pytanie, czego my się w Lublinie boimy. Ja tu mieszkam dziesięć lat i już trochę zauważam czego. Pan to dopowiedział. Boimy się, że zostaniemy z tyłu, że będziemy prowincją, że prawdziwe życie jest gdzieś indziej. Nie, prawdziwe życie jest tam, gdzie jestem w tym momencie, na Rybnej 4. Pan powiedział, że to jest utopia. To nie jest życie iluzją, to jest życie realne. Ten lęk przed zostaniem z tyłu może objawiać się w postaci kompleksów, np. naukowych – że to wcale nie jest najlepszy uniwersytet w Europie; kulturowo-teatralnych – że są lepsze teatry w Europie; ekonomicznych – boimy się, że są bogatsze miasta w Europie. Teraz należy postawić sobie pytanie: co my z tym wszystkim zrobimy? Pan mówi, że odpowiedzią jest utopia, wizja. Ale mówi się, że Europa jest wielkim snem. Myślę, że zakończenie mojej wypowiedzi tą myślą jest dobrym momentem, aby kontynuować naszą dyskusję.

Sabina Magierska: Nie wydaje mi się, żeby lęk przed zdystansowaniem był powszechny, że wszyscy boimy się o to, że zostaniemy w ogonie. To elita się tego boi. Gdybym miała, w sposób może niesprawiedliwy i niegrzeczny, charakteryzować mentalność tego wschodniego obszaru, tej drugiej połowy Polski, na wschód od Wisły, to powiedziałabym, że ludzie stąd baliby się bardziej, gdyby musieli przodować. Bo to jest zawsze ryzyko. Wolny wybór, pewien projekt, czyli jakaś realizowana wizja obciążona jest ryzykiem, napawa więc lękiem dużo mocniejszym. Uważam, że lublinianie raczej uciekają od wolności unikając lęku. Nowe i lepsze jest wrogiem dobrego, a dobre i znane jest oswojone, cieplutkie, zapieckowe.

Tomasz Dostatni: Co pani rozumie poprzez to uciekanie od wolności?

Sabina Magierska: Rutyna, która pozwala panować nad dobrze znanym obszarem sprawia, że działania rutynowe są skuteczne choć bezrefleksyjne i bezkrytyczne. Troska (ale już nie lęk) o swoją codzienność, małe zadania życiowe dają się jakoś przepchnąć przez własną biografię. Ale rzeczy wielkie stają się nieosiągalne. Mimo wielu uniwersytetów Lublin jest jakby zbyt ociężały, by wyjść z jakimś ryzykownym pomysłem, inicjatywą, projektem. Jeśli nie mam racji, to będę bardzo wdzięczna za pokazanie mi mojego błędu. Uważam, że ta gnuśność jest chłopskiego pochodzenia, bo w przyrodzie jest zawsze więcej stabilności i konserwatyzmu niż w mieście, gdzie gęsta przestrzeń ludzka zmusza do kontaktów i wymiany myśli. Czy utopia jest tutaj receptą? Wizja tak, ale wszystkie ewentualne proroctwa (nie-wizje), mają zawsze element pesymizmu. Są zawsze przestrogą przed lekkomyślnością, brakiem odpowiedzialności, która obciąża nasze działania. Bo są dwie odpowiedzialności. Odpowiedzialność – ponoszona po szkodzie i – ta, którą odczuwamy i ważymy przed czynem, która towarzyszy projektom, celom, zawiera się w odpowiedzialnym myśleniu i przewidywaniu ryzyka. Ta druga jest nacechowana lękiem w większym stopniu niż pierwsza. To lękowi zawdzięczamy tę powściągliwość w naszym działaniu, dlatego że utopie już były. Projekt pewnego uniwersalnego czy totalnego dobra jest daleki i abstrakcyjny, a środki prowadzące do realizacji tej utopii (społecznej) zwykle krzywdzą już tu i teraz.

Paweł Frelik: Wydaje mi się, że trochę różnie rozumiemy pojęcia „utopia” i „wizja”, bo z tego, co pani mówi, wynika, że utopia jest synonimem jakiegoś zaplanowanego polepszenia naszej przestrzeni. A te utopie, które najbardziej porywały, to były utopie szalone. Utopia, przynajmniej na pewnym etapie, powinna być szalona, nie powinna być odpowiedzialna. Wydaje mi się, że u nas w Lublinie najważniejsze jest nie to, czy zrobimy biznesplan i czy po zrobieniu go okaże się, że nie możemy sobie pozwolić na jakiś projekt. Nie. Ważne jest, żeby nazwać to, czego chcemy i żeby to nagłośnić. Czy to w momencie tego nagłośniania jest realne ekonomicznie i społecznie, nie jest w zasadzie ważne. To, czy tego projektu boją się te elity, ci na górze, też nie ma wielkiego znaczenia. Wydaje mi się także, że od dołu też jest jakiś lęk przed nakreślaniem wizji. Na przykład miesiąc temu było spotkanie z ludźmi, którzy przyjechali z Hiszpanii, gdzie prowadzą cyberlab. Padło wtedy pytanie, czy moglibyśmy coś takiego mieć w Lublinie. Myślę, że drugorzędne jest, przynajmniej na samym początku, obliczanie, ile musimy zdobyć, żeby coś takiego postawić lub czyje poparcie musimy sobie zaskarbić, żeby w ogóle ten plan doszedł do etapu realizacji. Wydaje mi się, że najważniejsze jest, żeby ktoś to właśnie powiedział: a może spróbujmy to zrobić. Nie chodzi konkretnie o cyberlab, to może być coś innego. Lublin to miasto ludzi młodych, ale wielu studentów uczących się na lubelskich uczelniach nie jest stąd. Studenci tacy przyjeżdżają do tego miasta i nie widzą śmiałych projektów, za którymi się rozglądają i których często szukają. Nieważne, czy te wizje zostaną zrealizowane za pięć lat albo czy są one w ogóle możliwe do zrealizowania.

Krzysztof Czyżewski: I w tym punkcie się państwo spotykacie. Bo to, co pani nazywa nieuciekaniem od wolności, u pana jest tą śmiałą wizją, która właśnie daje wolność, która się o nią upomina i która może być w tym sensie utopią. I ja bym się nie bał tego słowa. W tym kontekście pomyślałem sobie o projekcie Europejskiej Stolicy Kultury, bo on z jednej strony jest właśnie takim projektem, którego Lublin się do tej pory wystrzegał, a on się nagle pojawił – wreszcie znalazła się ta energia, żeby, na początku z lękiem i niedowierzaniem, ale jednak powiedzieć: chcemy być Europejską Stolicą Kultury. Ma to w sobie oczywiście coś utopijnego, bo nawet jeżeli dostaniemy ten tytuł, to nie da się zrealizować wszystkich tych marzeń, oczekiwań, które się przy tym wygenerują. Mimo to utopia otworzy nam drogę rozwoju. Bliskie mi jest rozumienie utopii, które pięknie wyjaśnił Paul Celan odwołując się do faktu, że starożytni Grecy, co innego określali słowem utopia (czyli miejsce, które jednak istnieje realnie i do którego cały czas się idzie, gdyż nie jest łatwo osiągalne) i metopia, czyli „nie-miejsce” – coś, co jest nierealne. Utopia zawsze miała u niego w sobie realność, która może nie jest w zasięgu, ale jednak otwiera drogę.

Janusz Opryński: Myślę sobie tak, że z jednej strony mamy wiele powodów żeby popaść w rozpacz tego miejsca. Nasze myślenie o stolicy w porównaniu np. z Wrocławiem i Gdańskiem jest utopijne. Znamy fizyczną, substancjalną siłę tamtych miast. Ale to mi się jeszcze bardziej podoba. W tym myśleniu utopijnym, które uwielbiam, jest coś takiego, co przeczy biznesowemu planowaniu. Bo tak naprawdę, pozwolicie, że wtrącę wątki osobiste, mogę bowiem zaświadczyć, że wszystko, co robiłem według biznesplanu nie miało szansy realizacji czy powodzenia. Podejrzewam, że brak nam odwagi do różnych działań, ale tak się dzieje nie tylko w Lublinie. Dzisiejsze młode pokolenie jest strasznie realistyczne i znakomicie przygotowane do realizacji biznesplanów. I tego się boję. Brakuje tego szaleństwa, wręcz ryzyka. Wiem, że może jesteście znudzeni tym ryzykiem i chcielibyście żyć normalnie, ale w takim myśleniu humanistycznym, biznesplan jest złą podpowiedzią, bo on za bardzo trzyma się rzeczywistości. I dlatego, nawiązując do wypowiedzi Pawła Frelika, należy wymyślić sobie taką sytuację, do której chcielibyśmy dojść i mieć przy tym świadomość, że pewnie nigdy tam nie dojdziemy. Nie jest to jednak ważne, bo najistotniejsza w tej myśli jest droga, którą mamy do zrealizowania. Myślę też, że w naszej narracji o stolicy powinniśmy coraz więcej myśleć i mówić, i wyobrazić sobie, że niezdobycie tej nagrody nie jest żadną porażką. Dla mnie fantastyczna jest ta droga. Tak samo wolę czas prób niż sam czas grania spektaklu, bo ten czas prób po prostu czegoś mnie uczy, np. aktor uczy mnie sensu tekstu, który wypowiada itd.

Tomasz Dostatni: Chciałbym jeszcze zająć się jedną rzeczą. Pani Magierska powiedziała, że w Lublinie można w postawach, patrzeniu czy myśleniu zauważyć pewną gnuśność. Pani próbowała znaleźć jej przyczynę w chłopskim pochodzeniu. Chcę pociągnąć tę myśl, dlatego że Lublin jest starym miastem. Nie ma tu jednak tradycji rodzin mieszczańskich czy burżuazyjnych. Warto więc postawić sobie pytanie, gdzie jest ten nośnik, co budowało to miasto kiedyś? Wielokulturowość, wielowyznaniowość. To dzisiaj jest ideologią i mitem. A nie ma co wracać do mitu. Co dzisiaj buduje Lublin? Pani sama sobie odpowiedziała – ludzie, którzy przyszli z zewnątrz. To nie oznacza, że ci, którzy tu mieszkają nie budują codzienności. Ale ludzie, którzy przychodzą z zewnątrz, są siłą ludzi nie tyle nowych, co młodych. Proszę zobaczyć, że ci młodzi ludzie, którzy tu przychodzą, są tu na krótki czas – czas studiów. I teraz pojawia się pytanie – czy Lublin jest miastem, które zaprasza tych ludzi i co im daje oraz co może im dać. Bardzo się zdziwiłem, że na spotkania „Jak żyć?”, które rozpocząłem z Januszem Opryńskim przychodzi po trzysta młodych osób. Niektórzy z nich już dawno wyjechali z Lublina.

Krzysztof Czyżewski: Jest inny fenomen Lublina, który mnie przy tej okazji zastanawia. Jak to się dzieje, że ten Lublin, w którym panuje gnuśność, brakuje warstwy mieszczańskiej, a tą lukę wypełnia wieś – ma taki słuch na awangardę, na alternatywność w kulturze, na niestandardowość działań kulturalnych. Bo to jest też jednocześnie fenomen Lublina, że przy takim charakterze, to miasto zawsze miało grupę twórców awangardowych – weźmy chociażby Czechowicza. To miasto zawsze miało takie same korzenie i u tego artysty to się właśnie z myśleniem awangardowym kojarzyło i pokazywało, że ten styk jest taki ciekawy.

Tomasz Dostatni: Spróbuję na to odpowiedzieć. Myślę, że to siła nowych ludzi. W tym właśnie, że Lublin nie jest Warszawą, Krakowem, Wrocławiem. To wszystko powoduje, że przychodzą nowi ludzie, którzy jednak znajdują tutaj swoją szansę. Mam w uszach taką rozmowę między Romanem Brandstaetterem a naszym ojcem Janem Górą. Brandstaetter pochodził z Tarnowa. Jan Góra pochodził z Prudnika i jego ojciec pochodził spod Tarnowa. Góra do Brandstaettera mówi: „No to panie Romanie, wróćmy do Tarnowa, do swoich”. A on mu na to: „Ojcze, tu jesteśmy genialni, tam są wszyscy tacy”. Mówię to dlatego, że to miasto na tę awangardowość pozwala i choć nie jestem o tym do końca przekonany to odkrywam to, bo pewne rzeczy stąd wychodzą jakby na eksport. W tym roku uczestniczyłem w koncertach organizowanych w czasie wakacji przez Browar Żywiec. Kto robił te inscenizacje? Ludzie stąd – Kuśmirowski, Koziara i inni.

Grzegorz Kondrasiuk: Chciałbym powiedzieć o jeszcze jednym lęku, o lęku przed przyszłością której w ogóle nie ma, ponieważ w żaden sposób nie umiemy sobie jej wyobrazić ani zracjonalizować. Padają tutaj tytuły kluczowych lektur, więc i ja przywołam swoją. Kurt Vonnegut w powieści „Galapagos” konstruuje taką przewrotną przypowieść. Akcja książki rozgrywa się za milion lat. Wada genetyczna sprawia, że wymierają wszyscy ludzie na świecie, nie licząc potomstwa jakiegoś lekko przygłupiego kapitana turystycznego statku, które ma z ostatnimi przedstawicielkami egzotycznego plemienia. Taki kaprys losu. Na Wyspach Galapagos potomstwo to, nowa ludzkość, wraca do stanu szczęśliwości, do natury, zmieniając się w bezrefleksyjne istoty, w takie ludzkie foki. Może to być, w moim rozumieniu, metafora takiej przyszłości, do której zrozumienia brakuje nam kategorii. Dziś rozważamy problemy rozpływania się lokalności, mówimy o kłączach internetu, o zanikaniu hierarchii, stałych połączeń. Tym zmianom towarzyszy lęk właśnie przed przyszłością, której się nie da w ogóle uchwycić, bo ona się rozpływa jak woda.

Sabina Magierska: To zależy od tego, co dla nas znaczy przyszłość. Bo jeżeli przyszłość utożsamiamy z długością własnego życia, to wszystko, co projektujemy na najbliższy czas jest już troszeczkę oswojone. Znamy to z historii, opowieści, literatury, kultura nas o tym uprzedzała. Natomiast ta przyszłość, którą pan wywołał przez literaturę, to jest ta przyszłość, która nam się nie obrazuje w żaden żywy sposób, ponieważ nie mamy żadnej wrażliwości, a często i wyobraźni wobec tych zmian, które być może już nadciągają. Epoki są coraz krótsze i to przyspieszenie pokazuje jak czas się zagęszcza i to, co lokujemy bardzo daleko, może się zdarzyć niebawem. Wobec tego na sztuce, na fantazji, na science-fiction spoczywa ciężar wytworzenia lęku przed tym, co nas jeszcze bezpośrednio nie dotyczy. My się nie obawiamy, że ludzkość umrze. To jest tak odległe i abstrakcyjne, że może uchodzić wyłącznie za baśniowy i rozrywkowy temat. To nas nie napawa strofującym lękiem. Artyści powinni nam ten lęk chociaż trochę urealnić – czy to przez te demony, które sobie wykreują w teatrze czy w obrazach. Także nauka. Bowiem nauka w sojuszu z technologią od kilkuset lat wyłącznie umacnia nasz optymizm, często graniczący z niefrasobliwością. Technologia powiada: „Wszystko można. Byliśmy zawsze zuchwali – człowiek kiedyś nie latał. Teraz lata. Trzeba jedynie wiedzieć jak i ile, a każde pragnienie można urzeczywistnić – to jest tylko i wyłącznie kwestia wiedzy.”

Ale od lat 70. rozwija się dziedzina teoretyczna, która uczy odpowiedzialnego myślenia w nauce i technologii prognozując bardzo odległą przyszłość, obejmującą nie tylko jednostkowe życie, ale także kondycję przyszłych pokoleń. Jest to bioetyka, w myśl której nie wszystkie wynalazki najnowszej nauki wolno nam realizować. Nie wolno też zużywać wszystkich dóbr dla własnego beztroskiego hedonizmu – kosztem tych, którzy dopiero się urodzą. Czy wreszcie – musimy objąć troską i odpowiedzialnością etyczną wszystkie obiekty bezosobowe, jak zwierzęta i wszelkie „żyjątka”, czasem o statusie komórki. Mamy niedługą przeszłość, ale chodzi o to, żebyśmy mogli potrwać dużo dłużej – czyli przetrwać. Odwaga ludzkiego działania i powściąganie tego paraliżującego i spychającego w gnuśność lęku, powinny być oparta na wiedzy sprzężonej z przenikliwą inteligencją, pewną ostrożnością, no i chyba z jakimiś etycznymi zasadami.

Krzysztof Czyżewski: Jest coś, co mnie w ostatnich dniach wystraszyło. Zrobił to wprawdzie nie artysta, a historyk. Myślę o Timothym Snyderze, którego tekst przedrukowany niedawno w „Gazecie Wyborczej” nosił tytuł „Rzeź – droga do jedzenia”, ale niekoniecznie dotyczy on rzezi i ludobójstw XX wieku, lecz pokazuje zbieżność ideologii zabójstwa w XX wieku z wyczerpywaniem się zasobów naturalnych. Tim pokazał związek kryzysu ekologicznego na świecie z tym, jakie ideologie powstały i jaka maszyneria ludobójcza się dzięki temu uruchomiła. Dalsza refleksja jest następująca: co nas czeka, jeśli jesteśmy na krawędzi kryzysu globalnego ocieplenia, kolejnego kryzysu ekologicznego? Co może nam grozić i jakie ideologie w lęku o zasoby naturalne życia mogą powstać? Snyder pokazywał to na przykładzie Wyżyny Darfur. I nagle sobie uświadomiłem, że naprawdę jest o co się bać w tym świecie, bo jesteśmy na progu kolejnego kataklizmu.

Tomasz Dostatni: Kiedy Krzysztofie zacząłeś mówić o Snyderze, to pomyślałem, że jest jeszcze jeden wymiar lęku przed przyszłością, który znam z komunistycznej Czechosłowacji. Kiedy wojska Układu Warszawskiego weszły w 1968 roku i kiedy przyszedł czas „normalizacji”, który był absolutną stagnacją, to Czechosłowacja przestała na kilka lat istnieć – straciła wymiar duchowy, intelektualny. To nie było tak, że weszła armia i wszystko zniszczyła – po prostu ludzie się kompletnie wycofali. Znalazłem to w ich myśleniu i patrzeniu na świat. Nie chcieli mieć dzieci – nie chcieli rodzić ich dla komunizmu i dla tej kompletnej apatii. A teraz wsadzę kij w mrowisko: Polska ma jeden z najmniejszych przyrostów naturalnych w Europie. Chciałbym zatem zapytać, czy ma to związek z lękiem przed przyszłością? To jest pytanie – dlaczego ktoś nie chce przekazywać życia? Finanse – tak, ale to jest dosyć krótka odpowiedź.

Janusz Opryński: Chciałbym także powiedzieć o czymś, o czym pani Magierska wspomniała, mianowicie o pewnej cesze przyzwoitości. Nie nazywałbym tego bardzo wielkimi słowami, ale po prostu zwykłą troską, żeby zostawić po sobie miejsce niezepsute. Miałem szanse grania spektakli na uniwersytetach amerykańskich. I zawsze dopadał mnie tam zachwyt nad głębokim i profetycznym dążeniem dawnej Ameryki, żeby zgromadzić taki kapitał, który teraz da widoczny skutek. Oni oczywiście mieli wielki kompleks kultury anglosaskiej i przez to wytworzyli takie fantastyczne miejsca – wielkie sale teatralne, wybitne miejsca do pracy, biblioteki otwarte całą noc, żeby ludzie wracając z uczelni mogli dalej pracować. W Polsce nie mamy jeszcze takiej idei – nie istnieje jeszcze u nas taka zachłanność na wiedzę, jaką się tam widzi.

Paweł Frelik: Wiesz, kto nakreśla tę koniunkturę intelektualną? Pracowici Azjaci.

Janusz Opryński: Nie tylko. Oni stworzyli to sto pięćdziesiąt lat temu. Myślę, że efekt tej pracy, który widać dzisiaj, jest dzieckiem tej idei, która mówi, że nauka jest wielką drogą do sukcesu. Profesor Rzepliński opowiadał mi o ankiecie, w której zapytano pracowników uniwersytetu, co zrobić, aby polepszyć Uniwersytet Warszawski. Większość pisała o historii – że było bardzo trudno itp. Tylko nieliczni stwierdzili, że potrzebni są tam nobliści. Wydaje mi się więc, że tym, co nie pozwala nam myśleć o przyszłości jest przeszłość. Jest ona tak wielkim ciężarem, takim wręcz potwornym wampirem. My obecnie ciągle żyjemy w cieniu wydarzenia smoleńskiego i to nie pozwala nam działać. Ta ogromna liczba ludzi, która chce wypijać krew historyczną, nie ma tak naprawdę racjonalnych powodów tej katastrofy tak czcić – więcej ludzi ginie na drogach.

Ewa Solska: Tadeusz Sławek w książce „Antygona w świecie korporacji” uwydatnia pewną kwestię. Skończyły się czasy, kiedy światła w instytutach naukowych paliły do późna w nocy, czasem całą noc. Teraz jest tak, że pracownicy przychodzą do firmy, wychodzą o siedemnastej czy osiemnastej i tyle. Osobiście zdarzyło mi się kilkakrotnie spędzać noc na Uniwersytecie, bo nasz UMCS-owski instytut jest otwarty – są strażnicy, można zadzwonić i pracownicy mają możliwość zostania w nocy. Chciałabym nawiązać w tym miejscu do kwestii gnuśności, o której państwo wcześniej mówiliście. Z mojej perspektywy, młodego akademika, a więc jeszcze dość zapalczywego, zauważam tę cechę u ludzi jeszcze stosunkowo młodych, którzy z wielu powodów (zwykle ekonomicznych) są przy tym zgorzkniali. Gnuśność w połączeniu ze zgorzknieniem, to jest pewna bolączka środowiska naukowego i wywołuje lęk przed przyszłością uniwersytetu.

Krzysztof Czyżewski: Spotykaliśmy dużo ludzi ze środowiska akademickiego chcących naprawdę coś zrobić, tylko zawsze chcieli to zrobić poza uniwersytetem, to znaczy nie wyobrażali sobie, właśnie bali się, że jakakolwiek innowacyjność może się w ogóle zdarzyć na uniwersytecie.

Ewa Solska: To fakt i jest to groźne dla uniwersytetu dzisiaj. Nie programuje dalszych perspektyw. Niestety ludzie zdają sobie sprawę, że zostaną szybko przywołani do porządku wtedy, kiedy będą robić, że tak powiem, spięcie w systemie.

Janusz Opryński: Kiedyś Marek Edelman podczas dyskusji w środowisku lekarskim, kiedy lekarze protestowali w sprawie zarobków (po części słusznie) powiedział: „A czemu wy protestujecie? A gdzie jest napisane, że macie zarabiać? Przecież to jest rodzaj misji!” Myślę, że w projekcie ludzkim jest coś takiego, że chce się bardzo coś zrobić, wymyślić coś od siebie. Jeśli człowiek jest głęboko przekonany o idei, którą wymyślił, to tak naprawdę wszystko zniesie, bo ta idea go poniesie. Ale musi mieć ten rodzaj myślenia. I potem w nagrodę przychodzą pewne rzeczy. To jest absolutne. Tu nie ma dwóch zdań. Trzeba wejść na tę drogę do marzenia, na drogę uporu i po prostu iść. Nawet gdy nie ma się za co jeść, gdy są długi. Zgadzam się, że jak się jest w takim mieście jak Lublin, to przychodzi moment tęsknoty za państwem opiekuńczym, za tym, że jest mało, ale jest zawsze. To jest syndrom więzienia.

Sabina Magierska: Mówią o historii, że jest nauczycielką życia. Ale mnie osobiście przygnębia historia polityczna i militarna. Dlatego, że jest to opis rzezi, wrogości, tego jak człowiek chce przeżyć zabijając innych. Ja z historii czerpię potworne lęki przed obcym, przed innym. Chciałabym, żeby lubelska historia była historią człowieka rozumnego, widzącego dalej. Historia mistrza i nauczyciela, który nie tylko nie zaniedba prywatnych wizji, czy tych wszystkich wielkich natchnień (które się nam też czasami się zdarzają), ale który potrafi złożyć indywidualne natchnienia i działania w społeczny plan i projekt. To jest bardzo wielka sztuka, bo jednostka ze swoją genialnością jeszcze się może gdzieś tam przebić – nie w Lublinie, to w Warszawie. Ale żeby sumować drobne ludzkie działania do wielkiego planu, który mocą własnych obywateli będziemy w mieście realizować, to jest coś niesłychanie ważnego.

Ewa Solska: Podczas dzisiejszego spotkania pojawił się bardzo istotny wątek – kwestia utopii, utopijnego myślenia. Filozof, którego bardzo cenię ze względu na to, że jest promotorem współczesnego myślenia utopijnego – Giorgio Agamben, mówi, że to jest „kwestia wyobraźni”. Myślenie w kategoriach biznesplanu nie jest dobre, bo… wyklucza wyobraźnię. Doświadczenia mamy takie, że kojarzymy utopię z wizją doskonałego społeczeństwa i modelowego człowieka. Jest to oczywiście uproszczenie, ale od tego miejsca wchodzimy w rzeczywistość Orwellowską, czy mówiąc językiem Agambena – dystopijną. Jest to też europejska specjalność, chodzi mi o myślenie dystopijne – tzn. myślenie o przestrzeni, w której nie chcielibyśmy żyć i mieszkać. Tradycja tzw. literatury ostrzegawczej (Dostojewski, Conrad, Orwell, Lem) dostarcza przykładów najwybitniejszych. Zawsze się tu, w naszej przestrzeni wydawało, że myśląc utopijnie i myśląc dystopijnie, w końcu się do miejsca, które jest możliwe, dochodzi.

Janusz Opryński: Dosyć niezwykłe przeżycie miałem ostatnio interpretując na nowo „Braci Karamazow”. W stanie wojennym czytaliśmy to inaczej – wtedy każdy chciał grać Iwana. Zupełnie inaczej wtedy interpretowaliśmy pytania o istnienie Boga – uważaliśmy, że całe zło tego świata jest w odrzuceniu idei Boga. Dzisiaj mamy tę świadomość, że w imię tego Boga zostały popełnione największe zbrodnie. I to ciekawa sytuacja, choć nie chciałbym w żadnym wypadku jej rozstrzygać. Jedną z takich moich wielkich nauk, którą dzięki Wodzińskiemu zrozumiałem, to kwestia nierozstrzygalności i istnienia poza dobrem i złem. Myślę, że to jest z gruntu europejskie, ta reinterpretacja, jak kiedyś mówił Brodski, tych trzydziestu najważniejszych europejskich ksiąg. Bo myślę, że „Bracia Karamazow” są na tej liście. My ciągle próbujemy reinterpretować te tropy i w tym się buduje nasza więź.

Paweł Frelik: Pozwolę sobie wrócić do rzeczy bardziej praktycznych, do tu i teraz. Mówiliśmy o uniwersytecie oraz o środowisku, powiedzmy artystycznym. Jest taki pomysł na Lublin, który może rzeczywiście ludzie na górze przepychają, że jest to miejsce, gdzie powinniśmy stworzyć nowe miejsca pracy – jakieś call-center czy centrum przetwarzania danych dla korporacji. Myślę, że niekoniecznie powinniśmy to robić. Może Lublin – uniwersytety i środowiska artystyczne – nie powinien robić z siebie miejsca, gdzie ludzie będą się zatrzymywać. Wszystkie uniwersytety amerykańskie mają to do siebie, że przychodzą tam osoby na cztery, pięć czy sześć lat, a potem idą w świat. Mimo że nie osiadają w jednym miejscu, to sława i renoma tego miejsca pochodzi z tego, że w tym miejscu przez ileś lat coś tam się im robi z głową. Teoretycznie są takie wizje, żeby Lublin mógł przyciągnąć jakiś zakład lub fabrykę, ale robić tego nie musi. Natomiast powinniśmy wyrobić sobie renomę miejsca, w którym rzeczywiście może na długo się nie zostaje i przeciętna osoba, która przyjeżdża tu studiować zostaje na cztery czy pięć, może siedem lat, ale już jak wyjdzie to będzie wszystkim młodszym na świecie przekazywała, że może nie ma tu dużo pracy, ale że tutaj się myśli, opowie, jak bardzo można się tu rozwinąć intelektualnie. Oczywiście jest to działanie długofalowe i jest to też pewnie utopijny projekt. Do tego, żeby czuć się dobrze w kategorii biznesowej, żeby się w ogóle liczyć w niej, potrzebowalibyśmy następnych stu pięćdziesięciu lat. Nie chcemy być kolejnym Poznaniem, który ma oczywiście tradycje intelektualne, ale jest także miastem biznesowym. Jeśli taki projekt mamy podjąć, to oczywiście przy udziale uniwersytetu, w którym trzeba jeszcze bardzo dużo zmienić, szczególnie na tej górze, która na dobre i na złe dyktuje pewną wizję uniwersytetu.

Tomasz Dostatni: Myślę, że to też jest ważna dla człowieka rzecz, że my już nie żyjemy w tych czasach, gdy ktoś całe życie spędza w jednym miejscu. Przez to, że każdy z nas się rusza, oznacza też, że zawsze się gdzieś wraca. Dodatkowo, droga człowieka spotyka się z drogami innych ludzi. Cieszyłbym się gdyby tu było lotnisko – można by szybciej wracać do Lublina.

Krzysztof Czyżewski: Bardzo cieszę się z tego, co usłyszałem. Wiele mamy rzeczywiście nowych myśli, bardzo mi bliskich. Mamy dziś wiele inicjatyw, które chcą wszystko w kulturze przeliczyć na pieniądze, które chcą bronić kultury poprzez udowadnianie jak bardzo jest ona ekonomiczno-gospodarczo-dochodowa. Jest to kolejna pułapka, bo wtedy skończymy na biznesplanach, a tym samym odetniemy tę warstwę wyobraźniową czy utopijną. Tę utopijność, w pozytywnym sensie, widać w Lublinie, tak jak i w naszym projekcie. Szalenie ważne dla projektu Europejskiej Stolicy Kultury jest to, że to sztuka, kultura ma w nas wzbudzić lęk o przyszłość. To znaczy, że ten „Widzący Lublin” nie jest wymyślony przez nas. Jeżeli Lublin ma stać się miastem kultury, to powinien wzbudzić lęk o przyszłość, debatę na ten temat i zatroskanie o to, co będzie. Ta rozmowa zaczęła się od stwierdzenia, że wzbudzanie lęku o przyszłość daje wolność. Niedawno sobie uświadomiłem, że moja ulubiona książka – „Gra szklanych paciorków” – to powieść science-fiction. Akcja toczy się w roku dwa tysiące trzydziestym którymś. Może do tego zmierzamy, że będziemy mieli taką formę prowincji pedagogicznej, w której sztuka spotka się z wiedzą, nauką, które dzisiaj według mnie są sztucznie rozdzielone, i istnieją jako dwa osobne światy. Nagle może dojść do takiej symbiozy. Może to się stać w Lublinie.

Tomasz Dostatni: Chciałbym państwu serdecznie podziękować. Dzięki wam pomysł Myślarni wystartował. Pewnie nigdy się już nie spotkamy w takim gronie i musimy mieć świadomość, że ten czas spędzony tutaj jest dla nas czasem, który mam nadzieję wykorzystaliśmy dobrze. Jak mówi Bauman, przyszłość mocno się rozpływa, więc moglibyśmy długo rozmawiać. Każdy z nas nosi w sobie sporo różnych lęków, więc nie jest niczym złym, że zakończymy to spotkanie bez żadnych specjalnych konkluzji. Dziękuję państwu.

Krzysztof Czyżewski, Tomasz Dostatni, Paweł Frelik, Grzegorz Kondrasiuk, Sabina Magierska, Janusz Opryński, Ewa Solska

Redakcja: Jarosław Cymerman, Grzegorz Kondrasiuk

Współpraca: Katarzyna Plebańczyk, Karolina Wysocka