Strona główna/ŁOTWA. Łotewski las rzeczy i wierszy

ŁOTWA. Łotewski las rzeczy i wierszy

Łotewski las rzeczy i wierszy, nieoswojona (w Polsce) poezja
Andrzej Niewiadomski

Kiedy wiosną roku 1993 zamykaliśmy kolejny numer wciąż wtedy raczkujących jeszcze „Kresów”, dotarła do mnie przesyłka od poety i tłumacza Jerzego Litwiniuka z kilkoma wierszami łotewskiego poety. Kim jest Knuts Skujenieks, mogłem dowiedzieć się z krótkiej noty umieszczonej pod tymi wierszami, niemniej jednak samo zjawisko pod nazwą „poezja łotewska”, z którym zetknąłem się wtedy po raz pierwszy bliżej (nie wykluczam, że wcześniej mogłem gdzieś czytać tłumaczenia, które puściłem mimo uszu, a i oczu zbytnio nie wysiliłem), wydało mi się czymś egzotycznym. Ale skoro, pomyślałem, penetrujemy w piśmie różne kresy i marginesy, skoro publikujemy niedocenianych autorów, skoro sięgamy do literatur małych narodów, skoro staramy się dostrzegać wiersze i prozę pozostające na uboczu różnych „głównych nurtów”, to dlaczego nie miałaby być to także poezja łotewska? Czytałem te wiersze i byłem niezmiernie zdziwiony, nie zdając sobie początkowo sprawy, na czym moje zdziwienie polega. Kilka raptem utworów, które przecież nie mogły dać należytego pojęcia o całej twórczości poety, nie mówiąc już o wniknięciu w tajniki literatury łotewskiej, o której wówczas wiedziałem niewiele, tyle co nic. Ba, nie miałem z tego powodu wyrzutów sumienia, tak jak – podejrzewam – nie ma ich do dziś przytłaczająca większość polskich czytelników mających się za miłośników poezji czy literatury wszelakiej.

Co Polacy, także ci wykształceni, wyłączywszy bardzo wąskie grono miłośników kultury krajów bałtyckich, wiedzą dziś na temat historii i współczesności powstającego w języku łotewskim piśmiennictwa? Być może, tak jak słyszeli zapewne o fińskiej Kalevali, mogli też zasłyszeć o łotewskim eposie Pumpursa – Lāčplēsisie, być może komuś obiło się o uszy nazwisko Janisa Rainisa. Ale współczesna poezja łotewska?

W czasie, kiedy kierujemy swoją uwagę przede wszystkim na Zachód, a gdy już sięgamy bliżej, to raczej do dzieł naszych sąsiadów. Jeśli na północ, to do Litwinów, nie do Łotyszy, jeśli na południe, to raczej do Czechów albo Węgrów, ale już niekoniecznie do Rumunów. Także literackie przyjaźnie w obrębie obszaru Europy Wschodniej raczej zawiązują się na osi albo najbliższego sąsiedztwa, albo pokrewieństwa językowego, albo historycznej sympatii lub wspólnej historii kultur. A przecież także z Łotwą, co zapewne nie jest oczywiste dla – łagodnie szacując – wielu Polaków, mieliśmy spory kawałek wspólnej historii… Ten fakt słabo istnieje w naszej świadomości, ale może ten i ów pamięta, z jakimi miejscami związane były Kazimiera Iłłakowiczówna i Konstancja Benisławska, rzeźba czyjej głowy znajduje się na fasadzie ryskiego Domu Wagi i jaki niesławny traktat podpisano po sąsiedzku, w Domu Bractwa Czarnogłowych. Nie chciałbym tu jednak popadać w lament nad stanem rzeczy, bo też właściwie kiedykolwiek nie sięgnę po lekturę w języku polskim z zakresu historii Łotwy, dziejów Inflant, stosunków polsko-łotewskich, kultury Bałtów, zawsze czytam o tym samym; o ubolewaniu w związku z tym, że dość bliskie sobie narody i państwa tak mało o sobie wiedzą. Jak w tytule jednej z publikacji: Polska i Łotwa – bliscy nieznajomi. Albo we fragmencie innej: „Okrutnie dziwne, że my Polacy wciąż tak mało wiemy o tej krainie, dawnych Polskich Inflantach”. Swoją drogą, gdybyśmy skatalogowali wszystkie te książki, szkice, artykuły, teksty literackie, zebrałaby się ich pokaźna ilość. Problem więc nie w braku (albo nie przede wszystkim w nim), lecz w dziwnej niemożliwości przebicia się i wyraźniejszego utrwalenia się kraju nad Dźwiną w naszej świadomości.

Kiedy w roku 1993 powracałem raz po raz do tych kilku wierszy Skujenieksa, nie byłem więc zupełnym ignorantem w sferze historii i kultury Łotwy ani związków polsko-łotewskich, ale o jej literaturze, jako się rzekło, nie śmiałbym się wypowiadać. Toteż myśląc o ewentualnym ich druku na łamach „Kresów”, nie miałem żadnego punktu odniesienia. Mogę więc twierdzić, że poezja łotewska objawiła mi się nagle, w „nagiej” postaci, bezkontekstowo; były tylko te wiersze i ja, z moimi upodobaniami, estetycznymi uprzedzeniami i wyobrażeniami na temat liryki. Wstyd się przyznać, ale moje zdziwienie po wielokrotnej lekturze wiązało się z faktem, że mam do czynienia z klasyczną, nowoczesną poezją, w nieco ascetycznej szacie, choć ów ascetyzm, jak często bywa w przypadkach wiersza posługującego się kondensacją, mógł być nieco mylący. Byłem zdziwiony i nieco… rozczarowany, bo przecież skoro mam do czynienia z literaturą łotewską, myślałem, to muszę obcować z czymś egzotycznym, z czymś, co wyrasta z lokalności i tą lokalnością żongluje, a może nawet epatuje. Spodziewałem się jakiegoś zagęszczenia nieprzetłumaczalnych fraz, jakichś obco brzmiących imion i toponimów, jakiegoś przeniesienia w rejony, które niepodobne są do niczego, co znam, spodziewałem się defilady obrazów odsłaniających naturę pachnącego trochę północą i trochę wschodem kraju.

Zamiast tego wszystkiego czytałem wiersze, które mogłyby w zasadzie powstać wszędzie i nie wiedziałem, czy świadczy to dobrze czy źle o nich. Chyba dobrze, skoro ich przekład polskiemu czytelnikowi nie rzuca kłód pod nogi i nie każe zgłębiać żadnych podręczników. A z drugiej strony: czy nie jest tak, że ów czytelnik czeka czasem na coś, co pozwoli mu umieścić wiersz w konkretnym kontekście, w przestrzeni i czasie? Nie wiedziałem wówczas, że Skujenieks rychło zostanie uznany za jednego z klasyków poezji łotewskiej ostatniego stulecia, nie mogłem więc przyglądać się jego utworom z założonym respektem; uznałem je po prostu za ciekawe zjawisko, ale skoro dysponowałem bardzo niewielką ich liczbą, nie opuszczała mnie myśl, by – tak sobie często obiecujemy – kiedyś, w wolnej chwili sięgnąć po więcej, zbudować ów kontekst funkcjonowania poety: historyczny i współczesny.

Minęło sporo czasu, ale jeśli wracałem myślami do Łotwy, to raczej miałem do czynienia z jej tradycją i z wiekami, które nie obfitowały w dzieła literackie tworzące nowoczesną, narodową literaturę. Raczej grzebałem w zamierzchłej przeszłości, raczej dowiadywałem się o pierwszych drukowanych tekstach w języku łotewskim (katechizmy: katolicki i protestancki wydane w latach 80. XVI wieku, ten pierwszy za sprawą papieskiego legata Possevina, który działał przy Batorym i wpływał na politykę wschodnią Rzeczpospolitej), o pierwszych gramatykach z XVII wieku, o słowniku łacińsko-polsko-łotewskim, o tłumaczeniu Biblii u progu kolejnego wieku, o wierszach i baśniach Stendersa starszego, człowieka Oświecenia i pierwszego z prawdziwego zdarzenia pisarza w języku łotewskim, o dainach, czyli ludowych pieśniach i działalności ich zbieracza, Krišjānisa Baronsa, o literaturze łatgalskiej (bo to bliższe Polakowi), o Młodołotyszach, o twórczości Rainisa i kolejnych Atmodach, czyli „przebudzeniach” kultury łotewskiej w drugiej połowie wieku XIX, na początku wieku XX i u jego końca, po upadku Sowiecji. A potem pojechałem na Łotwę i zobaczyłem kraj nie tylko naszpikowany różnoimienną tradycją, ale stający przed tymi samymi problemami, z jakimi do czynienia ma cała Europa, z Rygą – pełną cudzoziemskich turystów i biznesmenów i jej pulsującym życiem, i prowincją, gdzie z kolei czas jakby się zatrzymał. I znów zacząłem się zastanawiać, jak w tym nowym świecie, pośród kontrastów i czasu postponowoczesności, i zróżnicowanej przestrzeni kraju, radzi sobie łotewska poezja, ale aż do chwili, kiedy nie otrzymałem do ręki projektu jej antologii w języku polskim, nie miałem zbyt wielu danych, żeby to zweryfikować, no, może poza jednym tomem wydanym przed dekadą w Biurze Literackim: prozami poetyckimi Niosłem ci kanapeczkę Kārlisa Vērdiņša w przekładzie Jacka Dehnela.

Vērdiņš znalazł się także i w tej antologii, a otwierają ją wiersze Skujenieksa, można więc powiedzieć, że jej konstrukcja opiera się na autorskim zamyśle tłumaczki, by ukazać najważniejsze, jej zdaniem, zjawiska w poezji łotewskiej ostatniego półwiecza (z okładem). Od poety, który zaczynał pisać w dobie odwilży chruszczowowskiej, a pierwsze książki wydał w latach 70. XX wieku, aż do poetki, która debiutancki tom opublikowała pod koniec pierwszej dekady XXI wieku, kiedy Łotwa była już członkiem NATO i UE. To trochę tak, jakbyśmy chcieli zredagować antologię poezji polskiej począwszy od poetów Nowej Fali (biorąc pod uwagę daty urodzenia, powiedzmy, od Karaska) do poetów debiutujących przed ponad dekadą (powiedzmy, do Małgorzaty Lebdy) – i zrobilibyśmy to w jedenastu odsłonach. Karkołomne zadanie, prawda? Jak wyselekcjonować tylko tylu przedstawicieli półwiecza? Toteż polski czytelnik musi być cierpliwy jeśli chodzi o poezję łotewską, musi zdawać sobie sprawę z faktu, że odnajdzie tu dawkę zaostrzającą, mam nadzieję, apetyt, że zacznie pytać o więcej, że zastanowi się, na ile autorzy ci są reprezentatywni i na ile reprezentatywne są wybrane wiersze dla ich całej twórczości. A cierpliwość popłaca. Kiedy dziś zaglądam po blisko trzydziestu latach do wydrukowanych niegdyś w „Kresach” wierszy, to już wiem, że moje niegdysiejsze zdziwienie nie miało solidnych podstaw. Może dlatego, że trochę poznałem Łotwę? Oto w pierwszej strofie Słów otuchy pisze Skujenieks, poeta zniewolonego przez lata narodu, jak Europejczyk, świadom wspólnej tradycji wielkiej klasyki, świadom topicznych ujęć, a jednocześnie ironicznie dystansujący się od wymiaru „wielkości” i duchowego gigantyzmu poszukiwacz własnych konstrukcji lirycznych, zdolnych pomieścić subtelny erotyzm:

nie bój się
nie zbuduję Ci takich zamków jak dante beatryczy
boć to nawet dziecko zdaje sobie sprawę
że nikt nie zdoła ogrzać takiej architektury
a ja nie chcę byś Ty marzła

[…] Bo przecież z jednej strony las to rzeczywistość uniwersalnego odniesienia, na poły symbolicznego. Gęstość lasu sugeruje nam błądzenie w poszukiwaniu uczuć, ale także w poszukiwaniu sensów wiersza; gęstość zderzona tu została z niewielką liczbą słów, może dlatego, że odgrywają one rolę nasion pod las przyszły. Wydaje się więc, że nic prostszego, jak odwołać się do powszechnie zrozumiałego toposu, ale przecież skoro mowa o lesie, to każdy, kto miał kiedykolwiek okazję obcować z Łotwą, wie, jak eskpansywną rzeczywistością są tamtejsze leśne przestrzenie. Od kurlandzkich wybrzeży Bałtyku, przez liwońskie, ciągnące się w stronę Estonii, rzadko przetykane osiedlami i miasteczkami półpuszcze, aż do łatgalskich moren z najeżonymi nad Dźwiną i daleko ku granicy białoruskiej sięgającymi i otaczającymi jeziora pasmami sosen i brzóz. Kiedy więc Skujenieks pisze o braku domu i o lesie, który jest „zamiast”, nie do końca możemy mu wierzyć, bo przecież las w życiu Łotyszy odgrywał zawsze istotną rolę. Można powiedzieć, że stwarzał szanse innego zadomowienia, w poezji zaś daje szanse innych poszukiwań. Jak więc widzimy, to co lokalne i bliskie nie zawsze musi się manifestować poprzez najprostsze geograficzne czy językowe przywołania, choć przybrane jest w proste szaty; nie będę chyba zbyt oryginalny, jeśli powiem, że także spora część szeroko pojętej współczesnej poezji łotewskiej wiele zawdzięcza ludowej tradycji dain, czego też na pierwszy rzut oka nie widać, a co przejawia się w skłonności do lakonicznych ujęć, powtarzalności motywu w obrębie jednego utworu i opracowywania elementarnych doświadczeń skojarzonych z surowością ziemi.

Tak przynajmniej czytam wiersze Skujenieksa i może właśnie dlatego, także w antologii Olgi Wiewióry, jego utwory mówią językiem „ścieżek nieprzebytych”, nasion, z których wyrośnie drzewo spełnień, obłoków osiadających „na wierzchołku lasu”, morza i ziemi, wreszcie „spokoju lasu, spokoju mchów i szyszek”. Las więc jest w tej poezji zarówno miejscem błądzenia, jak i miejscem wytchnienia, i taka wydaje mi się łotewska liryka w ogóle: zróżnicowana w nienarzucający się, kameralny sposób.

To oczywiście karkołomne zadanie: szukać wspólnego mianownika dla tylu autorów (choćby tylko i aż jedenastu); wystarczy wyobrazić sobie, że w ten sposób narażamy się na śmieszność, tak jak ci, którzy mówią o „polskiej szkole poezji” albo wkładając do jednego worka poetów nietoczących między sobą żadnego dialogu, albo eliminując dziewięćdziesiąt procent wierszy zapisanych w języku polskim przez ostatnie, powiedzmy, siedemdziesiąt lat. Zatem poprzestańmy na śladach, sygnałach owego sprowadzania rzeczy wielkich do wymiaru skondensowanej liryki, próbującej trzymać się najprostszych, rudymentarnych elementów świata. Odchodzącej, jak w wierszach Jānisa Ropkelnisa, od malarstwa Bouchera do „stogu siana”, od „racjonalnej” architektury Le Corbusiera do jego (i własnych poety) emocji, czy – jak w wierszu Leonsa Briedisa – konfrontującej „cierń” sonetu Rilkego z nadmorskim brzegiem. Charakterystyczne dla tej poezji jest szczególne traktowanie wyizolowanego słowa, rozważanie jego sensów, relacji pomiędzy językowym jego kształtem i owymi prostymi rzeczami, przedmiotami i stanami przydarzającymi się nam na co dzień. To właśnie w wierszach Briedisa pojawią się słowa w cudzysłowach albo słowa drukowane kursywą, słowa stawiające pod znakiem zapytania prostoduszne pojmowanie znaczeń, słowa, po których drugiej stronie jest nicość lub milczenie.

Można odnieść wrażenie, że poeci łotewscy starszych pokoleń bardzo ostrożnie dotykają materii wiersza, operują też mową ezopową, obracają się w kręgu zwątpień mocno zaznaczających się w całej poezji Europy Wschodniej. Ich słowa zostały „zranione” relatywizmem albo fałszem języka totalitaryzmu i trzeba raz jeszcze sprawdzać ich nośność. Przyglądającemu się im polskiemu czytelnikowi mogą nasuwać się różne skojarzenia z rodzimymi poetykami. Niewątpliwie wiele w nich Różewiczowskiego ascetyzmu, ale też gnomicznego, bolesnego, dotykającego styku ciała i myśli idiomu Wata, uprawnione pewnie byłyby też skojarzenia z tą bardziej ambitną częścią polskiej poezji lat 80. XX wieku, która nie rezygnując z przywoływania doświadczeń totalitarnego gnicia, nie popadała jednocześnie w patriotyczno-martyrologiczną sztampę. Jeśli w wierszach poetów Nowej Fali czy Polkowskiego pojawiały się postacie i wydarzenia związane z niedolami i zbrodniami realnego socjalizmu, jeśli znajdujemy w nich Stalina, Jana Palacha i zwykłych robotników, to w poezji łotewskiej, jak u Rokpelnisa, czytamy także o fajce Stalina i – jak u Bērziņša (zaangażowanego politycznie także po 1991 roku, awizowanego wszędzie jako nowoczesny poeta „bez kompleksów”) – przenosimy się do Pragi pogrążonej w rewolucji 1968 roku. „Nie jest, nie było, nie będzie napisane” – przeciw takiemu niebytowi funkcjonowała duża część tej poezji, mając jednocześnie świadomość, jak silne jest oddziaływanie owej nicości, i niewykluczone, że także lektury poezji rosyjskiej, mocniej zrytmizowanej i nasyconej bólem traumatycznego doświadczenia mogły mieć wpływ na kształt poezji łotewskiej sprzed 1991 roku, kiedy Łotwa odzyskała niepodległość. Swojego rodzaju paradoksem jest fakt, że większa niż w innych byłych krajach bloku wschodniego, leżących poza Związkiem Sowieckim, presja cenzury powodowała niemożność nadużywania języka politycznych i społecznych dążeń wspólnoty narodowej. Do tego stopnia, że – jak pisała w przełożonym tu wierszu Māra Zālīte – należałoby podziękować wszystkim tym, którzy, z różnych powodów, „zamykają w podejrzeniach” lub „tropią w półszeptach” słowo „Łotwa”. Teraz, to znaczy po latach pomijania, słowo to jawi się w poezji jako „dziewicze i nietknięte”. A zatem stykamy się tu z sytuacją nieco inną niż w przypadku polskiego okresu przejściowego na przełomie lat 80. i 90., kiedy słowa „więzienie”, „powstanie”, „dostęp do tego-tamtego”, „Wanda Wasilewska”, „Cyprian Kamil Norwid”, „Józef Piłsudski”, by sięgnąć do słynnych wierszy Marcina Świetlickiego, znalazły się – na skutek przesytu – na cenzurowanym.

Z drugiej strony, a być może jest to tylko kwestia wyboru tłumaczki, poezja łotewska ostatniego trzydziestolecia nie manifestuje zbytnio ani swojego patriotyzmu, ani społecznego zaangażowania. Czytelnicy tego zbioru bez trudu zauważą, że staje się ona bardziej swobodna, nieco bardziej „rozgadana”, ba, można powiedzieć, że nawet bardziej zmysłowa i otwarta na rozmaite uroki rzeczywistości, na misterium głodu i pożądania, na doświadczenie kobiecości, jak w niektórych wierszach Inese Zandere, gdzie pojawiają się także pejzaże oniryczne, a Łotwa nabiera wymiaru nie bytu politycznego, lecz neutralnej lub widzianej z czułością rzeczy przestrzeni „od inflant aż do litwy” i nocy „długiej jak dźwiny łuk”.

[…]

Zaznaczyłem już, że nie zamierzam szukać na siłę wspólnego mianownika dla wszystkich obecnych w antologii poetów, dlatego pewnie nie zamykam tą klamrą twórczości najstarszych i najmłodszych autorów. Nie chciałbym też w żaden sposób wykoślawić intencji tłumaczki, której zasług nie sposób tu pominąć, zdaję jedynie sprawę z własnej lektury, kiedy nieuchronnie narzucał mi się ów obraz lasu, być może zdeterminowany przez własne doświadczenie Łotwy, na przykład przez widok z wieżyczki pałacu Sieversów w Kiesi/ Cēsis/Wenden, miasteczka otoczonego zewsząd zieloną gęstwiną, z lekko falującymi i lekko poszarpanymi liniami wierzchołków sięgających aż po horyzont. Nie ma co lekkomyślnie twierdzić, że miejsca emanują jakieś poetyckie fluidy,  ale też nie ma powodu, dla którego mielibyśmy ujmować im zdolności inspirowania fraz i strof. Pomyślałem sobie, że istnieje jakiś związek pomiędzy wędrówkami po namacalnej przestrzeni i po przestrzeni wiersza i że poezja łotewska, ta pozbawiona kompleksów poezja wcale nie tak „małego kraju”, funkcjonuje jak leśny obszar, po którym – z pożytkiem – można błądzić, nie przeniknąwszy go do głębi (pointa nie jest znakiem firmowym gęstwiny), i jeśli nawet podczas wędrówki nasuwa się nam myśl o tęsknocie do otwartych przestrzeni, to myśl tę równoważy nieustająca chęć powrotu pomiędzy drzewa tego lasu.

Andrzej Niewiadomski

Fragment posłowia do antologii poezji łotewskiej Wszystkie ptaki co we mnie, tłum. Olga Wiewióra, wyd. Warsztaty Kultury w Lublinie, seria Wschodni Express, Lublin 2020.

Kultura Enter
nr 2020/05 nr 98

Widok na morze (też na ekranie komórki).

Ilustracja Artura Blusiewicza, 2020.