Strona główna/Majdan 2.0

Majdan 2.0

Brak zgody na podpisanie umowy stowarzyszeniowej z UE był wreszcie chwilą prawdy, a Majdan – odpowiednią reakcją na tę prawdę, pożegnaniem się z iluzjami oraz uświadomieniem sobie panującej rzeczywistość. Protest na Majdanie jest spotkaniem dwóch światów, dwóch kultur politycznych, dwóch systemów wartości: „Europy”, którą uosabia UE i „Euroazji”, uosabianej przez Rosję.

1.

23 listopada leciałem do Wilna na konferencję, która miała być swego rodzaju prologiem do podpisania przez Ukrainę umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Plany nieco się zmieniły, mianowicie wiadomym już było, że rząd ukraiński nie zgodził się na jej podpisanie, i że ani były prezydent Litwy Valdas Adamkus ani jego kolega Aleksander Kwaśniewski nie pojawią się razem z Wiktorem Juszczenko na mającym otwierać spotkanie panelu prezydenckim. „Wybieraliśmy się na wesele, a dotarliśmy na pogrzeb” – smutnie zażartował kolega, którego spotkałem w samolocie.

Rano zobaczyłem jednak w hotelu Adama Michnika, który wiedział już o masowych protestach studentów na kijowskim Majdanie i nie mógł powstrzymać swojego zachwytu: „Ach, ci Ukraińcy! – Wykrzykiwał entuzjastycznie. – Powoli zaprzęgają, ale jak szybko jadą!”

„Nieprawda – zaprzeczyłem, mając w pamięci zarówno stan ukraińskich dróg, jak i wszelakie inne okoliczności lokalne. – Jadą też powoli”.

Temat pogrzebu zamiast wesela postanowiłem na razie przemilczeć.

2.

Dla wielu obcokrajowców oraz polityków ukraińskich – zarówno tych przy władzy, jak i znajdujących się w szeregach opozycji – tegoroczny Majdan jest kopią poprzedniego, z 2004 roku. To samo miejsce i czas, wielotysięczne tłumy, namioty i śnieg, scena z przemawiającymi. Jedynie flagi mają teraz inny kolor i atmosfera daleka od tej, która panowała dziewięć lat temu – zrelaksowana, wolna, niemalże karnawałowa.

Atmosfery nie sposób zobaczyć, trzeba ją poczuć. Zmieniła się ona w momencie, w którym władza użyła rzezimieszków z Berkutu do przeprowadzenia nocnego ataku na protestujących na Majdanie, w cyniczny sposób sprowokowała „krwawą niedzielę”pod budynkiem administracji prezydenta i przerzuciła do stolicy wojska wewnętrzne w celu „oczyszczenia” ulic z barykad. Atmosfera przemocy, agresji i konfrontacji zaczęła kształtować się w polityce ukraińskiej już za rządów Leonida Kuczmy – wystarczy przypomnieć jego wyjątkowo nieczystą kampanię prezydencką z 1999 roku. Jednak wyraźna etnizacja oraz regionalizacja konfliktów politycznych miała miejsce dopiero w latach 2002-2004, kiedy władza zaczęła określać swoich przeciwników przy użyciu takich terminów jak „banderowcy” czy „faszyści”, starając się dyskursywnie zaliczyć ich do typowo galicyjskiej niszy i dokonać marginalizacji politycznej, jako siły całkowicie obcej i wrogiej.

Opozycja odpowiedziała stosowaniem podobnego procesu stygmatyzacji, jednak jego negatywny skutek nie był na tyle destrukcyjny. Jedną z przyczyn był fakt, że miała ona niemal całkowicie ograniczony dostęp do mediów, praktycznie w całości kontrolowanych przez władzę. Ponadto, w odróżnieniu od władzy, której dyskurs propagandowy opierał się na użyciu silnie zakorzenionych w podświadomości sowieckich klisz i stereotypów, opozycja przeważnie przeciwstawiała się dominującemu nurtowi dyskursywnemu, przedstawiając raczej kontra-dyskurs. Co najważniejsze, demonizacja przeciwnika przez opozycję miała raczej społeczny, niż etnokulturowy charakter, (chociaż w kontekście etnizacyjnym, powstałym w wyniku dominującego dyskursu, nawet czysto społeczne etykiety, jak „mafia” czy „bandyci” nabierały charakteru tożsamościowego, tym bardziej, że często były uzupełnianie przymiotnikiem „doniecki” oraz wskazaniem na marionetkową zależność przeciwników politycznych od Kremla).

Powrót do władzy Wiktora Janukowycza oraz Partii Regionów zaostrzył podziały tożsamościowe w Ukrainie oraz zradykalizował dyskursy, w których przyznawanie językowo-kulturowych oraz etno-regionalnych etykiet odgrywa kluczową rolę. Z jednej strony, wyraźnie wzrastał poziom działalności anonimowych, finansowanych przez władzę blogerów na forach internetowych. Z drugiej, obecna w blogosferze mowa nienawiści przeniknęła teraz do poważnych (pozornie) gazet, studiów telewizyjnych, sali deputowanych oraz na fora obywatelskie.

W odróżnieniu od wszystkich swoich poprzedników, którzy starali się prowadzić mniej-więcej zbalansowaną politykę tożsamościową, Wiktor Janukowycz dosyć wyraźnie postawił na swój regionalny, przeważnie rosyjskojęzyczny i sowietofilski, a często i ukrainofobiczny elektorat. Odbywało się to zarówno poprzez kontrowersyjne decyzje kadrowe, łączenie z niechcianą postacią obecnego ministra edukacji Dmytra Tabacznyka jak i w otwartym faworyzowaniu cerkwi prawosławnej patriarchatu moskiewskiego, kosztem wszystkich innych cerkwi ukraińskich, a także w przyjęciu skandalicznej ustawy językowej, która uczyniła język ukraiński praktycznie niepotrzebnym na większej części terytorium Ukrainy. Tak naprawdę, od marca 2010 roku w Ukrainie zachodzi powolna, jednak dość konsekwentna resowietyzacja oraz rusyfikacja przestrzeni symbolicznej, narracji narodowej oraz językowo-kulturowej tożsamości obywateli.

Z punktu widzenia krótkoterminowych i partykularnych zadań utrzymania władzy w najbliższych latach polityka ta jest całkiem słuszna, gdyż osłabienie tożsamości ukraińskiej oznacza nie tylko osłabienie bazy wyborczych przeciwników, ale i wzmocnienie własnej – kosztem wspierania znanej i wygodnej dla autorytarnych rządów tożsamości homo sovieticus, z założenia antyzachodniej i antyliberalnej i podobnej jak dwie krople wody do tej, którą podobne reżimy autorytarne wspierają w Rosji, w Białorusi i Naddniestrzu. Dlatego też, jak przewidywał na początku rządów Janukowycza amerykański politolog Alexander Motyl „Ukraińcy powinni spodziewać się, że atak na demokrację i tożsamość ukraińską będzie kontynuowany. Właśnie dlatego, że ukraiński język, kultura i tożsamość powiązane są z demokracją i Zachodem, a język rosyjski, kultura i tożsamość, niestety, z autorytaryzmem i przeszłością sowiecką, Janukowycz powinien więc atakować demokrację i tożsamość ukraińską z taką samą konsekwencją.”1

Ponieważ jednak rusyfikacja/sowietyzacja może zakończyć się sukcesem jedynie na terenach, gdzie proces formowania się tożsamości narodowej nie został sfinalizowany, a nie tam, gdzie została już ona uformowana, politechnolodzy Janukowycza (a być może też kremlowscy) znaleźli dodatkowy sposób na osłabienie swoich przeciwników i społeczeństwa obywatelskiego jako takiego. Z dużym sukcesem wstrzyknęli oni w narodowo-demokratyczne środowisko wirus radykalnego nacjonalizmu – wirus potajemnie istniejący wszędzie, jednak intensywnie rozmnażający się jedynie w specyficznych warunkach. Dziesięć lat temu finansowane organizacje „nacjonalistyczne” były wykorzystywane przez władzę w celu dyskredytacji Juszczenki i całej opozycji demokratycznej. Jednak do 2010 roku, jak pisze jeden z najbardziej kompetentnych badaczy ukraińskiego radykalizmu politycznego Wiaczesław Lichaczow, „nikt z graczy na arenie politycznej nie posiadał niezbędnych zasobów, w szczególności intelektualnych do utworzenia systemowych kampanii jak w latach 2002-2004.”. Natomiast w ciągu ostatnich czterech-pięciu lat wytwórczość nacjonalistycznych homunkulusów przypominała niemalże przemysłową linię produkcyjną. Z jednej strony – szczodre finansowanie i dostęp do telewizji, z drugiej – coraz bardziej brutalny atak władzy autorytarnej na ukraińskie społeczeństwo obywatelskie i jego odpowiednia radykalizacja.

„Brutalna przemoc władzy wobec społeczeństwa – pisze wspomniany Wiaczesław Lichaczow – stworzyła atmosferę, w której społeczeństwo akceptuje podobne agresywne działania ze strony radykalnej opozycji. Właśnie w tym kontekście radykałowie nacjonalistyczni z Ogólnoukraińskiego Zjednoczenia „Swoboda” wybierając drogę walki politycznej, otrzymali pod koniec 2012 roku niebywałe wsparcie wyborców i stali się jedną z trzech głównych sił opozycyjnych. W wyniku swoich skandalicznych działań władza zjednoczyła przeciwko sobie na tyle różnorodne grupy, że nawet najwięksi radykałowie znaleźli swoje miejsce w szeregach opozycji.”2

Najbardziej nieprzyjemne w tym schemacie politechnologicznym, jak podsumowuje autor, jest „sztucznie stworzona w ramach technologii PR-owych dychotomia, która zachęca wyborcę do określenia się w fałszywym układzie „nacjonaliści lub bandyci”. Zmęczony bandytyzmem władzy wyborca gotowy jest cierpliwe poprzeć otwartych neonazistów w szeregach opozycji; i na odwrót: wyborca, obrzydzony zbliżoną do swastyki symboliką ultraprawicowych ugrupowań, gotowy jest pogodzić się z bezprawną władzą, widząc w niej jedyną nadzieję na obronę przed faszystami”.

Nie trzeba wyjaśniać, że taka dychotomia jest nie tylko niemoralna, ale też niebezpieczna. Szczególnie obecnie, kiedy władza w coraz bardziej oczywisty sposób stara się zmienić pokojowy charakter protestów przeciwko samowoli policji i skorumpowanego reżimu w walkę siłową.

3.

O różnicach pomiędzy dzisiejszym Majdanem a poprzednim napisano już wiele. Najbardziej dokładnie opisał je, jak się wydaje, Serhij Kudelia, zwracając szczególną uwagę na inną jakość władzy i nieco inny charakter opozycji w tych czasach3.

Po pierwsze, pomarańczowa rewolucja była swoistą kulminacją przedłużającej się kampanii wyborczej i odpowiednio, zachodzącej w jej ramach, mobilizacji wyborców. Opozycja przewidywała sfałszowanie wyborów na szeroką skalę i gruntownie przygotowywała się do masowych protestów. Tamtejszy Majdan był nieporównywalnie lepiej zorganizowany, zabezpieczony i zarządzany, co w dużej mierze ułatwiała obecność jednego lidera cieszącego się autorytetem i będącego w stanie jednoczyć protestujących i powstrzymywać radykałów, a także prowadzić negocjacje z władzą w imieniu całej opozycji.

Po drugie, władza była bardziej fragmentaryczna, w związku z czym w mniejszym stopniu była ona zdolna do skonsolidowanych działań represyjnych. Z jednej strony, władza panującego prezydenta dobiegała końca, więc jego głównym celem było bezpieczne odejście na emeryturę, najlepiej z niezawodnymi gwarancjami międzynarodowymi, dlatego też różnica pomiędzy Juszczenko a Janukowyczem nie była dla niego aż tak istotna (pod warunkiem otrzymania wymienionych gwarancji). Warto też przypomnieć, że władza Janukowycza i jego partii nie była na tyle mocna jak dziś – zarówno biorąc od uwagę czynnik instytucjonalny, posiadane zasoby jak i poziom organizacyjny.

I po trzecie, scenariusz opierał się wtedy na planie zmiany władzy i jej przekazania przez Kuczmę pewnemu spadkobiercy, podczas gdy dziś chodzi tylko o jej utrzymanie, co bez wątpienia dodaje Janukowyczowi poczucia legitymizacji: w 2004 roku sąd mógł zadecydować o unieważnieniu drugiej tury wyborów i ponownym przeprowadzeniu głosowania, dziś natomiast nie istnieją żadne mechanizmy prawne, poza immunitetem, które mogłyby przyczynić się do usunięcia obecnego prezydenta od władzy. Poczucie (a raczej iluzja) legitymizacji w połączeniu z iluzją posiadania kontroli nad wszystkimi organami siłowymi za pomocą „swoich” ludzi sprawiają, że Janukowycz nie jest zbyt skłonny do jakichkolwiek negocjacji i kompromisów z opozycją.

Jak wszystko wskazuje, jego niezbyt skomplikowana taktyka ogranicza się dziś do przedłużania sytuacji i wysyłania ambiwalentnych, z pozoru pokojowych sygnałów z nadzieją, że zmęczenie, mróz i wykończenie fizyczne protestujących w połączeniu z represjami milicji i Służy Bezpieczeństwa Ukrainy (taktyka „salami”)zrobią swoje. Wszystko będzie można zakończyć jakąś drobną prowokacją kieszonkowych „radykałów”. Natomiast moskiewscy koledzy mogą tym czasem zadbać o większą prowokację, aby za jednym razem skończyć nie tylko z opozycją, ale i z samym Janukowyczem (przynajmniej w znaczeniu politycznym).

Specyficzne podejście towarzyszy moskiewskich do rozwiązywania wewnętrznych konfliktów w Ukrainie można sobie uzmysłowić dzięki wspomnieniom Andrieja Ilarionowa o, tak zwanym „spotkaniu roboczym” prezydentów Ukrainy i Rosji podczas Pomarańczowej Rewolucji:

Kuczma przyleciał do Moskwy na rozmowy z Putinem. Spotkanie odbyło się na lotnisku, rozmawiali przez pół godziny i tyle. A kiedy Putin wezwał Kuczmę do użycia siły przeciwko Pomarańczowej Rewolucji, Kuczma, uparcie wpatrując się w sufit i przyglądając się sznurówkom na swoich butach bez przerwy powtarzał: „Władimir Władimirowicz, nie rozumiesz – Ukraina się zmieniła.” „Czekaj, przecież wszystko mamy już uzgodnione!…”. Kuczma mówi: „Ukraina się zmieniła.”

W rezultacie, Kuczma nie wyraził zgody na użycie siły.

4 Możemy się jedynie domyślać, jakich odpowiedzi udziela Wiktor Janukowycz swojemu moskiewskiemu partnerowi w podobnych rozmowach. Jednak posiadając wiele informacji o jego dotychczasowej działalności, a także o środowisku, z którym pracuje – tak zwanej Rodzinie oraz o jej specyficznej kulturze politycznej, biznesowej i każdej innej, nie warto żywić zbyt optymistycznych iluzji. Możemy oczywiście mieć nadzieję na lepsze, ale nie zaszkodzi przy tym być też przygotowanym na najgorszy scenariusz.

4.

Pośrednictwo zachodnie, które odegrało znaczącą rolę w negocjacjach władzy z opozycją dziewięć lat temu, nie jest raczej zdolne do odegrania podobnej roli obecnie. Po pierwsze, Kuczmie chodziło przede wszystkich o honorową kapitulację oraz niezawodne gwarancje, podczas gdy Janukowycz chce zachować władzę za wszelką ceną. Po drugie, Kuczma, mimo wszystkich swoich wad, posiadał pewne ambicje męża stanu, których Janukowycz nie posiada, biorąc pod uwagę jego wychowanie oraz poziom intelektualny, który reprezentuje. Po trzecie, w otoczeniu Kuczmy znajdowali się odpowiedni ludzie, którzy zdawali sobie sprawą z druzgocących rezultatów zastosowania siły zarówno dla kraju, jak i prezydenta, a co oczywiste – także dla nich. W otoczeniu Janukowycza takich ludzi nie ma, a jeśli są to pracują raczej nie dla niego.

Zachód może odegrać rolę pośrednika tylko pod jednym warunkiem: jeśli wyśle obecnej władzy poważny sygnał (nie słowny, a czynny), że sankcje są realnym zagrożeniem a nie tylko straszakiem dla frajerów. Zabronienie wjazdu do UE ministrowi spraw wewnętrznych Zacharczence wystarczyłoby, aby wszyscy poczuli, że w Brukseli siedzą poważni ludzie, a nie pięknoduszni głupcy, z których można drwić bez końca. Bardziej poważne prześladowania, w szczególności za pranie brudnych pieniędzy wydają się nieco problematyczne, gdyż wymagają ujawnienia w sądach pewnych poufnych informacji, które posiada oczywiście zachodni wywiad finansowy, jednak nie ma on specjalnej potrzeby dzielenia się nimi. Przyczyna jest prosta: ujawnienie informacji naraża ich informatorów na identyfikację, podczas gdy są oni dużo bardziej potrzebni zachodnim rządom do śledzenia tego, co dzieje się z pieniędzmi Al-kaidy, a nie jakiegoś tam Janukowycza-juniora czy juniora-Аzarowa.

Nie oznacza to jednak, że takich sankcji nie będzie w przyszłości: Zachód (w szczególności Ameryka) dość długo się rozgrzewa, jednak uderza mocno. Dlatego na razie Ukraińcy muszą w głównej mierze polegać na sobie. Nie zwiększa to ich szans na sukces, jednak podnosi poziom godności. Już drugi raz bowiem w ciągu dziewięciu lat wychodzą oni na swój Majdan – nie walczyć o chleb, wyższe zarobki i nawet nie w celu poparcia populistycznego lidera, a aby walczyć o prawo do życia po ludzku, „jak w Europie”.

„Czy ktoś na świecie byłby gotów podstawić głowę pod policyjne pałki w imieniu umowy handlowej ze Stanami Zjednoczonymi?” – sarkastycznie pyta swoich czytelników w New York Review of Books Timothy Snyder, zdając sobie sprawę oczywiście, że Ukraińcy nie stoją na Majdanie w imieniu umowy handlowej z Unią Europejską, i nawet nie w imieniu umowy stowarzyszeniowej, ale przede wszystkim dlatego, że umowa symbolizuje dla nich nadzieję na „wolne życie w wolnym państwie”5.

Już 22 lata wszystkie ich rządy w sposób metodyczny, jeden za drugim, pozbawiają ich wszelkiej nadziei. Największym szokiem była, bez wątpienia, porażka „pomarańczowego” projektu – porównywana chyba z katastrofą i rozczarowaniem, jakie towarzyszyło w ciągu pierwszych lat niezależności, w którą swoje nadzieje pokładało ponad 90 procent obywateli. Ta ostatnia porażka okazała się podwójną – dojściem do władzy Wiktora Janukowycza oraz jego „partii”, która szybko wzięła w swoje ręce wszystkie instytucje, przede wszystkim siłowe i finansowe, zniszczyła zalążki niezależnego sądownictwa, gromadziła ogromne środki przy pomocy przemyślanych schematów korupcyjnych i rozpoczęła szeroki atak na społeczeństwo obywatelskie, mały i średni biznes oraz prawa i wolności jedności.

Wielu zachodnich komentatorów pisze dziś, że to może dobrze, że6 Janukowycz nie zgodził się na podpisanie Umowy, ratując w ten sposób UE przed hańbą kolaboracji z niezbyt przyjemnym reżimem. W tezie tej byłaby nutka prawda, jeśli UE nie współpracowałaby już z jeszcze bardziej paskudnymi reżimami, a przede wszystkim, jeśli ich główni і, z reguły, najbardziej pasudni przedstawiciele nie czuliby się w tejże Unii jak ryba w wodzie – ze wszystkimi swoimi willami, skradzionymi pieniędzmi i paszportami dyplomatycznymi, które czynią zupełnie niepotrzebnym osiągnięcie bezwizowego reżimu dla wszystkich ich współobywateli. Jeden ze smutnych paradoksów UE polega właśnie na tym, że z panującej tam wyższości prawa i nienaruszalności własności korzystają ludzie, którzy jednocześnie konsekwentnie rujnują i znieważają wszystkie te wartości w swoich państwach.

Dla wielu Ukraińców umowa stowarzyszeniowa dawała nadzieję, że razem z UE uda im się zmusić trochę bezprawną władzę do działania mniej więcej w granicach prawa, albo, że uda się przynajmniej zmienić władzę za rok w poniekąd sprawiedliwych i uczciwych wyborach. W najprostszym ujęciu umowa oznaczała dwie rzeczy: zobowiązanie się władzy ukraińskiej do zaprzestania kradzieży, kłamstw i oszustw – przynajmniej w tak dużym stopniu i tak bezwstydnie jak teraz. Z drugiej strony – zobowiązanie Unii Europejskiej do pilnowania działalności niezbyt uczciwych partnerów i pomocy społeczeństwu ukraińskiemu w prowadzeniu obywatelskiego nacisku na władzę.

Zrozumiałym jest, że taka umowa, zainicjowana przez pomarańczowych poprzedników, nie była tak naprawdę potrzebna Wiktorowi Janukowyczowi i jego „partii”, dlatego mimo wszelkich trików i sztuczek, brak zgody na jej podpisanie był wreszcie chwilą prawdy, a Majdan – odpowiednią reakcją na tę prawdę, pożegnaniem się z iluzjami oraz uświadomieniem sobie panującej rzeczywistość. Protest na Majdanie ma charakter systemowy – jest spotkaniem dwóch światów, dwóch kultur politycznych, dwóch systemów wartości: „Europy”, którą uosabia Unia Europejska i „Euroazji”, uosabianej przez Rosję Putina, „Rodzinę” Janukowycza oraz przez opłacane tituszki7 na ulicach Kijowa.

Ukraińcy już po raz trzeci starają się zakończyć aksamitną rewolucję, która jeszcze w 1989 roku zakończyła autorytarny reżim komunistyczny w Europie Wschodniej, zatrzymując się jednak na zachodniej granicy ukraińskiej. Z czasem zmieniła się ona w granicę między światem cywilizacyjnym, w którym panuje prawo i światem, gdzie rządzą piraci somalijscy, zawłaszczający sobie całe państwa razem z ich mieszkańcami jako zakładnikami. Ani w 1991 roku, ani w 2004 roku nie udało się Ukraińcom przeprowadzić cywilizacyjnego przełomu i przejścia z Euroazji do Europy i nie wiadomo, czy uda się tym razem. Nie można jednak wątpić, że próby te będą kontynuowane – nawet jeśli obecnej władzy uda się zdusić protesty. Sama demografia działa na niekorzyść Wiktora Janukowycza: we wszystkich badaniach społecznych młodsza grupa respondentów jednoznacznie opowiada się za coraz mocniejszymi orientacjami proeuropejskimi. Dobrze by było, gdyby ktoś jeszcze wytłumaczył ukraińskiemu prezydentowi, co to oznacza.

5.

Mój dojrzały wiek i pewna ilość nabytej wiedzy nie sprzyjają nadmiernemu optymizmowi. Wierzę mimo wszystko, że jeszcze w tym życiu będę mógł stwierdzić podczas spotkania z Adamem Michnikiem „A widzisz, wybieraliśmy się na pogrzeb, a trafiliśmy na wesele!…”

Tłumaczenie z języka ukraińskiego Mateusz Zalewski

________________________________

6  „blessing in disguise” – „szczęście w nieszczęściu”
http://worldaffairsjournal.org/blog/michael-zantovsky/lost-eu-ukraine-deal-blessing-disguise

7 Młodzież z klubów sportowych, szkół kadeckich, oraz kibole i zwykli kryminaliści wynajmowani przez rząd do prowokacji.