Strona główna/GEOPOETYKA. Martwe wydmy

GEOPOETYKA. Martwe wydmy

Aleksandra Zińczuk

Na śnieżną Saharę Litewską – wyznaczoną przez migrujące od jakichś pięciu tysięcy lat wydmy – można wjechać albo od strony Rosji drogą lądową, lecz wówczas stamtąd bliżej jest najwyżej do tak zwanej Doliny Śmierci, czyli dawnego francuskiego obozu jenieckiego, pokrytego dziś piachem i darnią. Albo jakże przyjemniej dotrzeć w te rejony od strony litewskiej, pokonując statkiem morski pasaż, opuściwszy za sobą wyrazistą feerię barw portu Kłajpedy, kierować się ku Górze Czarownic. Dalej mijać młody las, zasadzony na pamiątkę wielowiekowej puszczy, siedlisko kormoranów oraz kolejne rybackie wioski, odkrywane dwa wieki temu przez badacza folkloru bałtyckiego, Ludwiga Rhesa. Mierzeja Kurońska, będąca praźródłem legendarnego plemienia wojowniczych Kurów, protoplastów ludu litewskiego, następnie łotewskiego, dwadzieścia lat temu została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Nad wodą to dopiero się tworzy. Nawet jeśli według lokalnych legend morze jest tu zazdrosnym kochankiem, nieustannie targającym korony drzew i dachów pomstliwym huraganem, za to, że ukochana wyszła za mąż.
W Nerindze odczuwa się ten rodzaj nieskodyfikowanej wolności, objawiającej się w pejzażu na brzegu zatoki, szerokim oddechu morza, wpędzanym w ruch raz to przez Wulturnusa, innym razem przez Fawoniusza. Im dalej na Północ, tym bardziej działają inne siły odśrodkowe. Gdyby tak pojąć estoński koncept ośmiu stron świata, precyzyjnie nazwać pięciosylabowym słowem potęgę natury*. Gdyby odgadnąć wszystkie podobieństwa dawnych litewskich słów pobrzmiewających mięsistym gardłowym sanskrytem, znajdując powinowactwo odległych światów wraz z zastygłymi spółgłoskami tylnojęzykowymi na sklepieniu naszych podniebień. Dawno zapomnieliśmy, że nasz ojczysty język polski jest też bliski temu wegetującemu, bo nie całkiem martwemu,  językowi świętych ksiąg.

Nie tylko mity, legendy, pieśni i opowieści utrwalały żywioł wody. W tle morskiego krajobrazu powstają wielkie dzieła: Ernesta Hemingwaya, Josepha Conrada, Hermana Melville’a, Safony. Być może dlatego Czesław Miłosz nad zatoką widział, a Tomasz Mann zobaczył arché  i tylko tu, w Nidzie, mógł na wzniesieniu mierzei napisać dzieło Józef i jego bracia. Historie Jakubowe, skąd garściami będą czerpać Bruno Schulz w Sanatorium pod klepsydrą czy później Olga Tokarczuk w Księgach Jakubowych. Choć w drugim przypadku chodzi o Jakuba Franka i tu prędzej daje o sobie znać wpływ dzieła innego noblisty, choćby powieści Szatan w Goraju oraz innych frankistowskich inspiracji Singerowskich i nie-Singerowskich.

Mann najpierw samodzielnie weryfikował ślady przeszłości podczas wyprawy na starą Saharę. Następnie po powrocie z Egiptu przyjechał do specjalnie zaprojektowanego, zgodnie z lokalną tradycją, drewnianego domu w Nidzie, aby tam na początku lat 30. XX wieku stworzyć niebosiężną opowieść wiecznego powrotu, przewyższającą wszelkie góry, łącznie z czarodziejską. Na piaszczystym brzegu Mierzei Kurońskiej, w chłodnej wietrznej krainie, pejzaż z okien chaty pisarza przywodził widoki Morza Śródziemnego. Dzieła nie powstają w próżni. Karty powieściowego cyklu mogą zatem swobodnie obejmować dzieje rodziny Abrahama i jego potomków, wchodząc w tryby powrotu doświadczeń, filozoficznie określonych wędrówką dusz,

gdzie przeprowadzona ona jest w skali monumentalnej. Mann pokazuje, jak na dnie wszystkich zdarzeń ludzkich, gdy wyłuskać je z plewy czasu i wielości, ukazują się pewne praschematy, „historie”, na których te zdarzenia formują się w wielkich powtórzeniach. (…) Tak jak starożytni wyprowadzali swych przodków z mitologicznych małżeństw z bogami, tak uczyniłem próbę statuowania dla siebie jakiejś mitycznej generacji antenatów, fikcyjnej rodziny, z której wywodzę mój ród prawdziwy**.

Paradoksalnie miał nigdy nie studiować Biblii, lecz fabuła osadzona w czasach starotestamentowych była odpowiedzią pisarza na zgubną namiętność ludzkości – odwieczną walkę o pierwszeństwo, którego nieposkromnione pragnienie prowadzi do zabójstwa brata, i nierzadko unicestwia całe narody. Dzieło powstawało już po otrzymaniu Nobla, kiedy był przeciwny nadinterpretacjom służącym podłym zamiarom: „z niepokojem (…) śledził w Niemczech tendencje nacjonalistyczne i antysemityzm odwołujące się do mitów germańskich, praktyk okultystycznych i ariozofii”***.

Na ziemi o prusko-litewskim dziedzictwie Mann z łatwością dojrzał zgodność przenikających się elementów pogańskich wierzeń, ich naturalne uzupełnienie i trwanie ze stosunkowo wolno wchodzącym na Litwie chrześcijaństwem. Z równoczesną precyzją na kartach powieści odtworzył wzajemne przenikanie się światów Persji i Babilonii oraz rodzący się czas przedchrystusowy starożytnej Palestyny. W sezonach letniego odpoczynku, z okien drewnianego rybackiego domu, przejrzał mechanizm niejednego horologium, prawidłowość cyklu wydarzeń historycznych rozgrywających się w mitycznym międzyrzeczu pomiędzy Eufratem i Tygrysem oraz w krainie Morza Martwego. Z wizją kuli ziemskiej podzielonej na dwie połowy, której kopuła ziemska odpowiada niebiańskiej, zaś wszystko, co się wydarza, zawsze ma swoje odbicie w przestrzeni ludzkiej oraz czasie nadprzyrodzonym.

W Nerindze pod piachem ruchomych wydm pozostały zasypane rybackie wioski walecznego plemienia Kurów. Możliwe, że podczas spacerów zatopione pod ziarnami piachu samotne atlantydy pobudzały historyczną wyobraźnię noblisty. (Tego rodzaju źródło wyobraźni przedhistorycznej można znajdować też gdzieś bliżej, w rodzimych stronach, choćby wraz z lekturą Pawła Jasienicy. W końcu pisał Rzeczpospolitą Obojga Narodów nad Jeziorem Solińskim. Kiedy staniemy na jego brzegu, w dniu pełnym słońca, i przy niskim poziomie wody, spróbujmy wyobraźnią dojrzeć dachy łemkowskich chat, w których kiedyś toczyło się życie.)
I tu, w Nerindze, na piasku martwych wydm plączą się pod stopami rybackie sieci. A my wraz z nimi grzęźniemy po kostki, nie pojmując przemyślności natury, że coś martwego, sypkiego, kruchego migruje jak zwierzęta i ludzie. Martwe żyjące wydmy: paradoks natury lub języka, maskującego dziecięcą nadzieję na wieczne trwanie?

Wydmy i rezydencję Manna, gdzie obecnie mieści się muzeum jego imienia, dzieli jakieś trzydzieści minut spacerem. Wieloletnią dyrektorką tego kulturalnego centrum była Vitalija Teresa Jonušienė. Dzięki jej uprzejmości 98. numer Kultury Enter zawdzięcza okładkę – przejmujący, wciąż boleśnie aktualny obraz autorstwa jej męża Eduardasa Antanasa Jonušasa – muzeologa, malarza, historyka, pedagoga. W języku litewskim jego praca nosi tytuł Liepsnojanti ląstelė, czyli w dosłownym brzmieniu: „Stojąca w płomieniach komórka”, „Płonąca komórka”, przy czym chodzi o komórkę ludzkiego ciała. Dalsze możliwe konotacje znaczeniowe mogą brzmieć: „Komórka w płomieniach”, „Gorejąca komórka”, „Pożar komórki” lub „Cellula w ogniu”****.

Początek drogi Eduardasa Jonušasa znajduje się na pograniczu litewsko-łotewskim. Urodził się jako Żmudzin w miasteczku o nazwie Pikiele (lit. Pikeliai). Przyszedł na świat w momencie, kiedy Mann już jako noblista przyjeżdżał do domu letniskowego w Nidzie, pisząc kolejny tom o biblijnym Józefie. Potem Eduardas miał siedem lat, gdy wybuchła druga wojna światowa. Do połowy czerwca 1940 roku Litwa pozostawała jeszcze wolna, później władzę przejęli Sowieci. Jego ojciec należał do Związku Strzelców Litewskich. Niemalże wszystkich jego członków jeszcze przed wojną albo aresztowano przez nazistów, albo deportowano na Syberię. Mały Eduardas musi więc wraz z ojcem uciekać z kraju. Tułaczka rzuca go gdzieś w głąb kontynentu, ale postanawia wrócić. Jakim sposobem? Miał ponoć wyskoczyć z pociągu i pójść samotnie pieszo w stronę rodzinnej Litwy. Droga hartuje ducha. Chłopiec dotarł po dwóch latach do domu dziadków w Mojżeszkach, odnalazłszy matkę.

Po wojnie Litwa zostaje włączona do ZSRR i staje się częścią sowieckiego imperium. Eduardas opuszcza dopiero co odzyskaną Itakę i wyjeżdża na studia do Kłajpedy. Jednak nie zapominają o nim urzędnicy KGB. Po przesłuchaniu wydają wyrok dwudziestu pięciu lat zsyłki na Syberii. Po pierwsze, ze względu na ojca i po drugie, za postawę antysowiecką samego Eduardasa. Amnestia po śmierci Stalina przerwała odbywanie kary. Najpierw jednak zesłano go na Daleki Wschód, później do obwodu irkuckiego. I tam stał się artystą. W obozach poznał malarza ikon i ceramika. Po powrocie zaczął utrwalać to, czego doznał na własnej skórze. Głód, samotność, przerażenie. Przestępców sowicie nagradzanych przez straż. Co bardziej prymitywny urka, tym lepsze wiódł życie obozowe. Więzienne realia widać na obrazach, zajmujących dzisiaj całą galerię na strychu jego domu w Nerindze. Jego wierna Penelopa w osobie Vitaliji Teresy pielęgnuje pamięć po mężu oraz jego dorobek twórczy.

Wdowa po artyście prowadzi Dom Eduardasa Jonušasa, działający na zasadzie żywego muzeum, miejsca spotkań, z zachowaną pracownią artysty i artefaktami, jakie latami kolekcjonował. Na podwórku stoi zrekonstruowana przez niego drewniana rybacka łódź. W folklorze Bałtów łodzie Kurów były rozmaicie oznaczane. Podobnie jest i dziś z ozdabiającymi miejscowe chaty kolorowymi wiatrowskazami, stanowiącymi współczesną markę regionu. Jonušasa zajmowały również dawne chrzty (lit. krikštai), drewniane krzyże stawiane przy mogiłach w obrządku Kurów. Najstarsze odnalazł na lokalnym cmentarzu ewangelicko-luterańskim w Nidzie. Zebrane skarby przekazywał etnografom, wzbogacając zbiory muzeum w Kłajpedzie. Pamiętał o innych: Mannie, Rhesie i prostym ludzie nadmorskiej Neringi. Dbał o dziedzictwo regionu, gdzie zadomowił się od 1971 roku. Bo ostatecznie tutaj „ziemia wybiegła mu na spotkanie”.

Motyw wody, oceanicznej pramaterii dominuje w obrazach Eduardasa Jonušasa, konsekwentnie dotykających tragedii upadku człowieczeństwa. W twórczości tej została zapisana cykliczność ludzkiego życia, przemijania i trwoga związana z osobistym doświadczeniem. Pełne wyrazistych kolorów obrazy są próbami pozbycia się doznanej ohydy gułagu. Malowane postaci, będące na granicy istnienia, zdają się krzyczeć nieludzkim głosem. Może podobnie Mann odczuwał przejście człowieka ze świata życia do sfery śmierci. Dlatego w Dziejach Józefa śmierć proroka Izaaka stanowi dziką metamorfozę niby gwałtownego przylgnięcia człowieka do pierwotnej materii wrzechświata, jednorazowego aktu, jakiemu towarzyszy całkowite ogołocenie, zwyrodnienie przyjętej formy, odkształcenie fizyczności, wręcz bydlęce charczenie, zwierzęce wycie*****.

Prace Jonušasa są świadectwem skrzywdzonej przez gułag jednostki, zapisem odebrania jej godności, zredukowania przedstawiciela gatunku homo sapiens, nieodwracalnej degradacji wnętrza człowieka. Nawet po opuszczeniu bram sowieckiego łagru będzie on stale dźwigać piętno ostatecznego zezwierzęcenia: agresywne obrazy rozkładu, wynaturzenie powodowane sprowadzeniem człowieka do zoologicznych funkcji, wyniszczonego katowaniem.

Jaskrawa kolorystyka prac odnośni się do drgań umęczonego ducha, ale i próby zobrazowania skrajnego cierpienia poprzez alegorię ognia. Stąd postaci przypominające kowali, uzbrojone w żelastwo. Przez te detale uobecnia się niszcząca siła słowiańskiego boga Swaroga lub Perkuna. Jeszcze raz uwidacznia się paralela pomiędzy systemem wierzeń i mitów dawnych Prusów oraz ich kuzynów Litwinów; jak w prozie Manna splatały się prawzory odległych cywilizacji, tak i w tym malarstwie.

Specyficzne ujęcie zgrozy rzeczywistości łagru, złamanych w nim wszelkich zasad humanitaryzmu, rozgrywającej się poza milczącą cywilizacją, gdzieś na krawędzi świata, przypomina niektóre ponure wizje Zdzisława Beksińskiego ze zniekształconym pustym, zimnym krajobrazem, pełnym niepokoju. Jednocześnie nie brakuje w tej twórczości odwołania do elementów mitologicznych, gdzie wątki surrealistyczne wchodzą w dialog z elementami magicznymi, tak jak woda (syrena, skorpion, rybie łuski), ogień, drzewo życia. W litewskiej mitologii znajdziemy pełno przykładów bogiń i bożków wody. Zdarza się, że niespodziewanie pojawiają się na kartach powieści Manna, naprowadzając głównego bohatera na źródło wody, zwiastującej dostatek. W pracach Litwina odnajdujemy co najwyżej źródło zapowiedzi głuchej Józefowej studni.

U Jonušasa ścierają się przeważnie pierwiastki wody i ognia. Gorejący krzew w formie wielkiego liścia osłania człowieka w Testamencie. Można dostrzec charakterystyczny układ. Płonące krzewy wpisane są w ramy krzyża słonecznego (prasłowiańskiej idei „rąk Boga”, czy słowiańskiego słoneczka) w Początku albo gdzie indziej – martwe drzewa niczym z krajobrazu zimowej tundry okalają żyłkami ludzkie oko, źrenicę kuli ziemskiej. W widnokręgu ziemi, gdzie głucha natura była jedynym bezradnym świadkiem niewyrażalnej ludzkiej boleści. Na płótnie Gorejącej komórki zapala się ludzka pamięć, jej każda pojedyncza komórka życia.

Nawet nad wodami mitycznej Zatoki Kurońskiej nie zaznał do końca spokoju. Pozostał gorejący na martwych wydmach.

Aleksandra Zińczuk (tekst i fotografie)
Lublin, październik 2020

*Tłumaczce Agnieszce Rembiałkowskiej zawdzięczam rozmaite warianty przekładu, jak i troskliwe dzielenie się swoją pasją poznawczą dotyczącej kultury narodów bałtyjskich.
**Do Stanisława Ignacego Witkiewicza, „Tygodnik Ilustrowany” 1935, nr 17. Por. inny list Schulza do Zenona Waśniewskiego z tego samego czasu.
***Maria Delaperrière, Schulz – pokusa autokreacji, „Wielogłos”, Uniwersytet Jagielloński, 4 (34) 2017, s. 7.
****„My musimy określić np. wiatr wiejący z północnego wschodu posługując się aż trzema słowami, Estończycy zadowalają się jednym słowem: loodetuul” – pisze Tadeusz Zubiński w książce Estonia: kraina wiatru i pieśni (Sandomierz 2012).
*****Edyta Gałuszkowa-Sicińska przetłumaczyła ten podrozdział z I tomu jako Pra-beczenie.

Kultura Enter
nr 2020/05 nr 98

Dwa obrazy w pracowni litewskiego artysty

"Ofiarę czarnego byka, jak opowiadają, i co rozpaczliwym położeniem zakonu w walce polskiej wytłumaczyć można, odbył publicznie, jeszcze w r. 1520, za pozwoleniem samej zwierzchności, w Samii, niejaki Waltin Suplit, aby napływające okręty gdańskie od brzegów pruskich odstraszyć." (Aleksander Brückner, "Starożytna Litwa). Wnętrze domu Eduardasa Jonušasa w Nerindze i jego dwa obrazy. Fotografie: Aleksandra Zińczuk.

Stół malarza z blatem pomalowany próbkami kolorów farb

Pracownia artysty, obecnie część ekspozycji Muzeum "Dom Eduardasa Jonušasa".

ultury litewskiej artysta, wielokrotnie nagradzany. Więzień stalinowski m.in. w Irkucku do 1956 r. Obraz: twarz zasmuconego człowieka o zapadniętych, dużych, niebieskich oczach z płonącym w czerwieni mózgiem, na którego komórkach wyrastają strażnicze wieże obozu koncentracyjnego

Obraz Eduardasa Antanasa Jonušasa pt. "Liepsnojanti ląstelė", czyli w dosłownym brzmieniu: „Stojąca w płomieniach komórka”, „Płonąca komórka".

Drewniana łódź

Na podwórku stoi efekt jego wielkiej pasji – zrekonstruowana przez twórcę drewniana łódź rybacka.

Kotwica leżąca na trawie

Podwórko koło domu artysty pełne artefaktów jak ta kotwica.

Drewniane krzyże ewangelickie pod ścianą.

Legendarne w tym regionie chrzty (lit. krikštai), czyli drewniane krzyże stawiane w obrządku Kurów przy mogiłach.

Jeden z zbytkowych krzyży, drewno pomalowane na czarny kolor

Jeden z zbytkowych krzyży w Nidzie.

Grupa poetów i artystów przed galeria sztuki, dawnym drewniany domem na Litwie.

Goście Międzynarodowego Festiwalu Poetycka Wiosna przed galerią sztuki, domem Eduardasa Jonušosa. Żona artysty Vitalija Teresa: trzecia od lewej. [Fot. ze zbiorów organizatorów festiwalu].

Kolorowe wiatrowskazy

Kolorowe drewniane wiatrowskazy są rozpoznawalną ozdobą niemalże wszystkich domów w Nidzie.

Widok na wodę i wysokie drzewa iglaste

Widok na Mierzeję Kurońska z góry, gdzie znajduje się posiadłość Tomasza Manna.

Rezydencja Mannów w Nidzie, obecne muzeum noblisty.

Rezydencja Mannów w Nidzie, obecne muzeum noblisty.