Strona główna/Medialab? Obowiązek a nie zbytek

Medialab? Obowiązek a nie zbytek

Medialaby (laboratoria mediów) to coraz bardziej popularne w Europie i na świecie nowe miejsca kultury. Spotykają się w nich twórczo światy nauki i kultury z dominium technologii cyfrowych badając własny potencjał, ograniczenia i możliwości przenikania i synergii.

Jakie są medialaby – mapka formatów

Funkcjonalny format medialabu można rozumieć na co najmniej dwa sposoby. Pierwszy obejmuje przede wszystkim sens, który nazwałbym inżyniersko-futurologicznym, a drugi ma raczej wymiar artystyczno-kulturowy. Taki podział jest co prawda jedynie roboczy i trudno byłoby dowodzić „czystości gatunkowej” poszczególnych instytucji w oparciu o to kryterium, ale na tym poziomie rozważań trudno inaczej ustawić problem. Mamy zatem laby sprofilowane jako laboratoria pracujące nad przyszłościowymi rozwiązaniami technologicznymi i laby artystyczne, w których mniej ważne są „wnętrzności” technologii cyfrowych, które koncentrują się na ich kulturowym i społecznym potencjale. Historia obu tych modelowych formatów rozpoczyna się równolegle na początku lat 80. jednocześnie w Europie i w Stanach, przy czym amerykańskie laby mają bardziej technologiczny profil podczas gdy te europejskie częściej bywają laboratoriami artystyczno-kulturowymi, związanymi mocno z dyskursem sztuki nowych mediów.

W 1980 roku na najlepszej amerykańskiej uczelni technicznej MIT w Bostonie (Massachusetts Institute of Technology) Nicholas Negroponte, jeden z najbardziej uznanych ideologów i popularyzatorów cyberkultury i jednocześnie wykładowca na tej uczelni, przekonał jej władze do ufundowania interdyscyplinarnego ośrodka badawczego zogniskowanego na technologicznym fenomenie „cyfrowej rewolucji”, która właśnie zaczynała nabierać kulturowego tempa (www.media.mit.edu). Negroponte zbudował interdyscyplinarny zespół – zapraszając do niego inżynierów, muzyków, architektów, biotechnologów, programistów, filozofów, którego misją ustanowił rozpoznawanie i twórcze antycypowanie wyzwań cyfrowości, rozumianej jako najdoskonalszy z języków techniki. Lab miał za zadanie generować nowatorskie odpowiedzi użytkowe na to generalne pytanie. Poszukiwał nierozpoznanych jeszcze form kontaktu z technologiami cyfrowymi, wynajdować miał dla cyfrowych bitów zastosowania społeczne i kulturowe, konceptualizował użytkowe kierunki rozwoju nowych mediów.

Pierwsza dekada funkcjonowania laboratorium zaowocowała badaniami nad inteligentną odzieżą wyposażoną w cyfrowe procesory, wypracowaniem nowych strategii medialnych w obszarze edukacji szkolnej, znaczącymi udoskonaleniami instrumentów elektronicznych czy wdrożeniu znanych nam i dzisiaj standardów komunikacji bezprzewodowej.

Dzisiaj bostoński lab pracuje wciąż w eksperymentalny sposób. Przyciąga do siebie i daje możliwość twórczego fermentu specjalistom z wielu dziedzin dobieranych na potrzeby określonych projektów. Z tej synergicznej mikstury rodzą się współcześnie ważne dla rozumianej globalnie cyberkultury, wydarzenia i standardy – nowego typu interfejsy (czyli sposoby kontaktu człowieka z technologiami cyfrowymi), nowe języki programistyczne czy rozwiązania biotechnologiczne (nanochipy).

Podobnym do MIT tropem starało się i wciąż stara podążać wiele znanych i mniej znanych uczelni na całym świecie. W miarę popularyzacji formatu coraz chętniej z tej interdyscyplinarnej formuły badawczej korzystały także środowiska „nieinżynierskie” adaptując ją do swojej specyfiki; zespoły humanistyczne czy rekrutujące się z przedstawicieli nauk społecznych. Wraz z rezygnacją z dominacji reżymu technologicznego dotychczasowe medialaby przekształcały się w specyficzne „laboratoria przyszłości” – futurelaby. Ich zadaniem jest futurologiczne, interdyscyplinarne badanie przyszłości komunikacji i kreowanie na tej podstawie scenariuszy i gotowych programów użytkowych o charakterze społecznym i kulturowym. Znany lubelskiemu środowisku kultury Edwin Bendyk wpisał się w ten właśnie tok myślenia o laboratoriach badających przyszłość tworząc chyba pierwszy tego typu Ośrodek Badań nad Przyszłością w warszawskim Collegium Civitas (http://emergencja.blogspot.com/).

W pierwszej dekadzie XXI wieku nastąpił prawdziwy wysyp alternatywnego formatu medialabów, które nie mieściły się w dotychczasowej formule inżyniersko-naukowo-futurologicznej o amerykańskim rodowodzie. To okres, w którym nastąpiła znacząca rekonstrukcja sensu tej chwytliwej nazwy – rozpoznawanego odtąd już nie tylko jako interdcysplinarny ośrodek badawczy skoncentrowany na technologiach cyfrowych, a potem także i ich kulturowych uwikłaniach, ale i – pod naporem nowej mody na medialaby o profilu artystycznym i kulturowym – jako kulturowe i artystyczne laboratoria cyberkultury i nowych mediów. Jak grzyby po deszczu zaczęły na przestrzeni ostatnich 15-tu lat powstawać nowe miejsca kultury i sztuki nazywane medialabami. Gromadzili się w nich artyści pracujący z różnymi medialnymi materiami, animatorzy kultury wykorzystujący nowe media w przestrzeni publicznej i edukacji, programiści szukający inspiracji filozoficznych czy estetycznych.

Zdaje się, że taką medialabową „modę” i nowy sens rozpoznawania cyberkultury wniósł do cyberkulturowego obiegu festiwal ARS Electronica w Linzu i stojące za nim fantastyczne Centrum ARS Electronica (historycznie rzecz biorąc festiwal jest o rok starszy od Media Labu MIT; pierwszą edycję miał już w 1979 roku, http://new.aec.at/futurelab/en/about/). Festiwal i Centrum wypromowały sens kategorii sztuki nowych mediów (sztuki cyfrowej, netartu) wprowadzając ten obszar na dobre do światowego obiegu i dyskursu sztuki współczesnej stając się przy okazji referencyjnym punktem odniesienia w tej dziedzinie: pokazując modelowy sposób połączenia dyskursów humanistycznych i społecznych z materią sztuk i technologii cyfrowych. Taki artystyczno-humanistyczny charakter ma dziś wiele europejskich centrów i festiwali sztuki mediów (z drugim najważniejszym po ARS Electronice niemieckim Transmediale odbywającym się w Karlsruhe: www.transmediale.de) i wiele kontynentalnych medialabów, takich jak choćby berliński TESLA (www.tesla-berlin.de).

Po co komu medialab?

Przyjrzyjmy się teraz bardziej szczegółowo działaniu i zadaniom medialabów. Pomimo, iż przedstawiony powyżej szkic funkcjonalny pokazuje różne wektory wytyczające profile labów, to można powiedzieć, że generalnie realizują one dwa zadania. Pierwsze związane jest z kulturowym oswajaniem technologii cyfrowych, a drugie polega na konstruowaniu nowych mediów według modusu interdyscyplinarnych działań laboratoryjnych.

Zastanówmy się nad pierwszym z tych zadań zadając pytanie o to, co znaczy kulturowo oswajać technologie cyfrowe? To tyle, co czynić je przyjaznymi życiu społecznemu i w nim obecnymi, poddawać je istniejącym regułom i praktykom kultury, otwierać na różne języki i narracje kulturowo-społeczne. Oswajanie to wystawanie nowych mediów w przestrzeni publicznej – ich upublicznianie, wpisywanie w istniejące dyskursy i instalowanie w istniejących przestrzeniach kultury.

Przykładowo: budapeszteński KiBu (www.kitchenbudapest.hu) organizuje Festiwal Głupiutkich Robotów BacaRobo. Ideą corocznej imprezy jest prowadzone w formie technologicznej groteski obnażanie niedoskonałości technologii cyfrowych, edukacja na temat robotyki i po prostu dobra zabawa dla dużych i małych w otoczeniu cyfrowych maszyn. Prado MediaLab w Madrycie (http://medialab-prado.es) organizuje szereg projektów związanych z tzw. infoestetyką, czyli artystycznymi wizualizacjami cyfrowych baz danych. W ten sposób pokazuje publicznie możliwości nowych technologii, ale czyni to nie tylko przez pryzmat ich technicznych możliwości, ale raczej przez szereg odniesień do istniejących tradycji kultury wizualnej.

Tego typu działania mają, naturalnie, także i krytyczny, wywrotowy charakter: laby poddają media morderczym próbom, testują ich komunikacyjne możliwości i ograniczenia – starają się być czymś w rodzaju niezależnych, europejskich centrów diagnostycznych, które badają poziom bezpieczeństwa kulturowego technologii (taką rolę dla rynku motoryzacyjnego spełnia Euro NCAP), czy instytucji konsumenckich testujących różnego rodzaju produkty spożywcze. W ten sposób swoją kulturową rolę rozumie choćby Zentrum für Kunst und Medientechnologie w Karslruhe (http://on1.zkm.de/zkm/).

Druga z medialabowych funkcji to kreatywne, bazujące na zasadzie interdyscyplinarnej synergii perspektyw i działań konstruowanie samych mediów i otaczających je cyfrowych kultur. To zadanie trudniejsze, wymagające wyrafinowanej infrastruktury i personelu dysponującego profesjonalnymi kompetencjami. To jednak jednocześnie wyzwanie, którego podjęcie oferuje możliwość realnego – przekładalnego na efekty technologiczne i finansowe – wpływu na kształt relacji pomiędzy cyberkulturą a jej użytkownikami. Bostońskie MIT skutecznie prowadzi w tym zakresie programy takie jak; „Things that Think” czy „Digital Live”.

Kto za to płaci i jak to działa?

MediaLAB przy MIT ma roczny budżet w wysokości 25 milionów dolarów, na który składają się granty i dotacje od ponad 60 różnych sponsorów – wśród nich największych światowych korporacji z obszaru hi-tech. Future LAB wkomponowany w Centrum ARS Electronica utrzymuje się pospołu ze zleceń badawczych, grantów i funduszy samorządowych i krajowych korzystając z infrastruktury Centrum. Węgierski KiBu jest utrzymywany w całości przez jedynego fundatora i sponsora – Magyar Telekom. Inne laby korzystają z przeróżnych źródeł finansowania: aplikują po granty związane z rozwojem sztuk wizualnych, realizują zlecone zadania edukacyjne i rozrywkowe (jeśli pozwala im na to posiadana infrastruktura techniczna), podejmują także działalność konsultingową i ekspercką, obsługują venty marketingowe i PR.

Poziom finansowania dostępny dla MIT jest oczywiście nieosiągalny dla żadnej innej instytucji tego typu na świecie. Nie znaczy to jednak, że bez milionowych nakładów nie udaje się prowadzić owocnej i spektakularnej działalności. Rozproszone źródła finansowania zmuszają laby do ciągłej dywersyfikacji oferty i podnoszenia poziomu – z reguły są to bardzo prężnie działające, samofinansujące się instytucje.

Warto wspomnieć także o regułach organizacyjnych, w ramach których poruszają się laby. Poza tymi największymi, które są rozbudowanymi instytucjami posiadającymi jako zaplecze macierzyste uniwersytety czy fundacje, przeważająca większość mniejszych pracuje jako kilkuosobowe teamy producencko-kuratorskie, których zadaniem jest organizacja bieżącej pracy i fundraising. W przypadku Europy – zarówno w Niemczech, Francji jak i Hiszpanii – najczęściej samą instytucję funduje samorząd miejski we współpracy z regionalnym przy wsparciu ze strony budżetu centralnego. Przykładowo: samorządy w porozumieniu oferują budynek do adaptacji na potrzeby cyber-działań uzgadniając jednocześnie poziom współfinansowania podstawowego wymiaru funkcjonowania instytucji wraz z opłaceniem kosztów pracy wspomnianego, kilkuosobowego teamu zarządzającego. Większość środków na realizację działalności programowej laby pozyskują z zewnątrz.

Sieć labów i wspólne programy

Europejskie laby znalazły dla siebie ciekawą, sieciową formułę współpracy programowej, która przybrała nie tylko postać wspólnie realizowanych imprez i programów, ale także – w formie klubu dyskusyjnego nazwanego Lab-to-Lab (www.labtolab.org/~labtolab/wiki/index.php/Main_Page). Ta współpraca stała się przy okazji wydajnym mechanizmem systematycznego namysłu nad przyszłością formatu, rozbudowaną i synergiczną debatą środowiskową stająca się powoli jednym z ważnych dla kultury dyskursów poświęconych kulturowej roli nowych technologii i sposobów ich społecznego ujarzmiania. Obecne stadium tej debaty dokumentuje publikacja The Future of the Lab, red. C. Butcher, A. Plohman, Baltan Laboratories 2010 (www.baltanlaboratories.org/?p=2194).

Pośród wspólnie realizowanych imprez można wymienić choćby Festiwal Fasad Medialnych (www.mediafacades.eu), który wspólnie produkuje sieć europejskich medialabów. Festiwal odbywa się na ogromnych ekranach zainstalowanych najczęściej jako elektroniczne ekrany – fasady budynków w miastach biorących udział w przedsięwzięciu. Każde miasto-gospodarz jest jednocześnie twórcą i dostarczycielem zawartości wizualnej dla innych – w ten sposób na ekranie w swoim mieście można oglądać produkcje przygotowane lokalnie, ale i te, które wygenerowały inne laby. To nie tylko pasywne wizualizacje; na festiwal składają się także projekty interaktywne i wchodzące w dialog z „analogowymi” przestrzeniami miejskimi bazujące na doświadczeniu komunikacji wizualnej.

Czy lab potrzebny jest Lublinowi i regionowi?

Pozytywną odpowiedź na to pytanie uzasadnię dwoma generalnymi argumentami. Zacznę od perspektywicznego: miasto z ambicjami wejścia na jakąś nową drogę rozwoju (np. poprzez tytuł Europejskiej Stolicy Kultury) musi – i to twórczo – jakoś odnieść się do takich fundamentalnych dla współczesnej kultury i życia społecznego kategorii jak społeczeństwo informacyjne, nowe media, cyberkultura, cyfrowe wykluczenia, digitalizacja, visual culture. Te i inne pojęcia wytyczają fizycznie i dyskursywnie istniejący obszar styku technologii i kultury, który ma dzisiaj zasadnicze znaczenie dla kondycji społecznej; przekłada się na stopień rozwoju cywilizacyjnego, zdolność do wchodzenia w dialog z i przy pomocy nowoczesnych form komunikacji społecznej, wytycza nowe standardy edukacji i nauki, decyduje o poziomie rozwoju gospodarczego i infrastrukturalnego.

Trudno wyobrazić sobie, aby miasto z takim zapleczem naukowym i bez przemysłu mogło stworzyć sobie nową przyszłość bez odwołania się do tych kategorii i stojących za nimi rzeczywistości i krytycznej reakcji wobec nich. Jest także argument historiozoficzny i społeczny zarazem: jako pogranicze cywilizacji zachodniej – w naszym odczytaniu to problem Polski B, granic Europy – jesteśmy także prowincją technologiczną. To naszemu regionowi – patrząc w skali kraju – poważnie zagraża status technologicznego, „analogowego” skansenu postindustrialnej Europy. To zatem zagrożenie spowolnieniem tempa rozwoju, a nawet zupełne wykluczenie poza jego centralną orbitę.

Problem ma podwójne oblicze. Z jednej strony chodzi o dostęp do najnowszych technologii cyfrowych i sieciowych, który – jeśli spojrzeć na dane statystyczne – mamy na jednym z najniższych w Unii poziomie (w tym zakresie co prawda wdrażany jest olbrzymi program budowy szerokopasmowej infrastruktury sieciowej dla Polski Wschodniej). Z drugiej strony idzie o to, czy jesteśmy i będziemy w stanie kulturowo spożytkować fakt gorszej lub lepszej dostępności tych technologii – inaczej mówiąc, czy potrafimy ich kompetentnie, twórczo i krytycznie używać, czy to my je wykorzystujemy, czy to one staja się instrumentami dominacji nad nami. Ten problem ma większe znaczenie dla integralnego rozwoju społecznego i kulturowego. Nasza „interaktywność” i „cyfrowość” jest konieczną przepustką do nowoczesnego świata kultury zmediatyzowanej, uzależnionej od cyfrowego obiegu informacji.

Niemal jak truizm w tym kontekście zabrzmi zapewne stwierdzenie, że stolica regionu; miasto o profilu akademickim, kształcące inżynierów, programistów, medioznawców, dziennikarzy, a równolegle szczycące się ambitnym życiem kulturalnym, ma wobec tego problemu szczególną rolę do spełnienia, wyjątkową powinność wobec swoich mieszkańców i wobec całej Polski wschodniej. Sądzę, że format kulturalnego laboratorium technologii cyfrowych dostosowanego do naszych potrzeb ale i możliwości mógłby stać się doskonałą, choć oczywiście częściową jedynie, odpowiedzią w omawianej materii.

Jaki mógłby być lubelski lab?

Nie stać nas na tworzenie instytutu technologicznego pracującego nad nowoczesnymi formami technologii cyfrowych na miarę tego, co robią za olbrzymie pieniądze MIT czy ARS Electronica, ale chyba stać nas na kulturowo-artystyczno-humanistyczne laboratorium rozpoznawania i oswajania już istniejących medialnych światów cyfrowych. Lubelski lab spełniać mógłby funkcję kulturotwórczą: w sposób systematyczny wdrażać nowe media do lokalnego dyskursu kulturowo-społecznego; spotykać artystów i animatorów kultury z nowymi technologiami i ze środowiskami „zaprzyjaźnionymi” z technologiami ale odseparowanymi od bieżącego życia artystycznego i kulturalnego; stać się cyfrową sceną (interfejsem) lubelskiego życia kulturalnego.

Lab zajmowałby się edukacją; gościłby szkolne wycieczki z miasta i regionu – dzieci mogły by w formie gry i zabawy uczyć się technologicznych standardów i próbować je samodzielnie programować; prowadził programy stypendialne; aranżował prelekcje, pokazy i interakcje; stałby się tubą i miejscem wymiany idei dla zajmujących się społeczeństwem informacyjnym ekspertów i badaczy z różnych dziedzin. Byłby interdyscyplinarnym ośrodkiem biorącym udział w realizacji programów badawczych a z czasem, na bazie skupionego wokół siebie środowiska generowałby własne.

Te i wiele innych zadań dla lubelskiego medialabu nie trudno sobie wyobrazić patrząc na dokonania istniejących już za granicą odpowiedników. W Lublinie jest już zintegrowane środowisko badaczy cyberkultury i nowych mediów, ich programistów, kuratorów sztuki mediów, animatorów społecznych i artystów gotowe do podjęcia wyzwań organizacyjnych i projektowych. Niebawem swoją premierę będzie miał unikalny w skali kraju, internetowy projekt interaktywnego, historycznego Lublina realizowany jako jeden z efektów wieloletniej animacji sieci przez Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”. Na polu cyberkultury z sukcesami funkcjonują też: NeTTheater Pawła Passiniego, Kolektyw kilku.com animujący fasady budynków publicznych, tancerze z Lubelskiego Teatru Tańca. Niebawem ruszy międzykierunkowa specjalność dla studentów Wydziału Humanistycznego UMCS pod nazwą „Cyberkultura”. Odbywają się wykłady i seminaria w ramach cyberlublin.pl, Warsztaty Kultury pokazały Interaktywny Plac Zabaw. W planach jest cyberalejka spotkania kultur zapisana w samym sercu projektu architektonicznego CSK przygotowywanego przez niezwykle przychylne cyfrowej „wyobraźni” i dokładające wielu starań w zakresie dialogu na ten temat biuro Bolesława Stelmacha. Czas na decyzje polityczne w tej sprawie – od wrażliwości władz i ich gotowości do niestandardowych posunięć w dużej mierze zależy sens medialabowej wyobraźni w Lublinie.

Ten niemal propagandowy wątek zakończę anegdotą, przy pomocy której chciałbym zestawić stan obecny ze stanem pożądanym, który wyobrażam sobie jako krytyczną społeczną wyobraźnie na temat cyberkultury i napędzających ją cyfrowych technologii medialnych. Znajomy, który handluje sprzętem elektronicznym wziął udział w przetargu dla jednego z urzędów. Zamówienie dotyczyło dostarczenia 20 zestawów komputerowych, jednak zleceniodawca nie opisał szczegółowo ich przeznaczenia. Handlowiec postanowił się dowiedzieć, po co urzędowi te urządzenia – zapytał zleceniodawcę o to, do jakich zadań komputery zostaną użyte, jak powinny być w związku z tym skonfigurowane i czy wszystkie w identyczny sposób? Urzędnik dysponujący mocą decyzyjną w tym zakresie nonszalancko wzruszył ramionami i skwitował: „Coś pan, nie wiesz pan po co się kupuje komputery?” Dobrze, gdybyśmy wszyscy taką świadomość mieli – inaczej nasz dystans do galopującego cyfrowego świata będzie się systematycznie powiększał.

Piotr Celiński

ARS ELECTRONICA FESTIVAL 2010: Ars Electronica Center, Facade. Foto: rubra