Strona główna/Metafory zdrady

Metafory zdrady

Zaakcentowane niedawno 70-lecie zawarcia niemiecko-sowieckiego paktu o nieagresji, znanego bardziej pod nazwą paktu Ribbentrop-Mołotow, uwydatniło po raz kolejny kardynalną różnicę pomiędzy Europą Wschodnią i Zachodnią, która leży w sposobie rozumienia owego dokumentu i  skutków jakie niosło za sobą jego podpisanie. Różnica ta ukazuje pewien rozłam cywilizacyjny spowodowany różnicą doświadczeń, pamięci i nastawienia do przeszłości oraz teraźniejszości.

Dla obywateli Europy Zachodniej umowa ta to jedynie fakt historyczny, jeden spośród wielu innych, zdarzenie z przeszłości, które odbyło się 24 sierpnia 1939 r. i otworzyło drogę do podziału Europy Wschodniej pomiędzy nazistów i sowietów, a co za tym idzie – do wybuchu drugiej wojny światowej. Wydarzenia poprzedzające podpisanie paktu oraz jego następstwa są na Zachodzie jedynie przedmiotem badań historycznych, ale w żaden sposób nie wkraczają w pole zainteresowań mas społeczeństwa, nie stanowią zarzewia dla dysput publicystycznych, czy dzieł artystycznych. Natomiast na Wschodzie jest ono symbolem wyczulenia tego regionu, metaforą bezbronności wobec cynizmu wielkich państw, brutalności i nieprzewidywalności historii. Ale w pierwszej kolejności  umowa ta jest metaforą zdrady. W takiej roli może być postawiona w jednym rzędzie z innymi znaczącymi wydarzeniami, które dla zachodnich Europejczyków mają zupełnie inne znaczenie, natomiast dla wschodnich posiadają ten sam moralny (a raczej amoralny) wydźwięk: Monachium, Jałta i wiele pomniejszych układów.

Każdy naród wschodnioeuropejski ma swoją własną listę zniewag i krzywd, jakich doznał ze strony Zachodu – poczynając od rozbiorów Polski pod koniec XVIII wieku, do przeprowadzenia  Igrzysk Olimpijskich w Berlinie w 1936 r. (które odbywały się paralelnie do antyżydowskich pogromów), od poświęcenia niepodległości Ukrainy w latach 1918-1920 na korzyść Rosji i Polski, do nie tak dawnej obojętności Zachodu wobec rosyjskiej okupacji Gruzji. Nie wszystkie te zniewagi i krzywdy oparte są na uzasadnionych przesłankach, ale wszystkie składają się na pewne doświadczenie historyczne, którego nasi zachodni partnerzy często nie rozumieją i nie wliczają w swoje kalkulacje. A tymczasem bez świadomości potrzeby takich rachunków, rozłam cywilizacyjny będzie się stale pogłębiał, rodząc coraz to nowe nieporozumienia, przyczyniając się do braku zaufania. I znów przedstawiciele Zachodu będą dziwić się zbyt nerwowej – według nich – reakcji Ukraińców, Polaków i mieszkańców krajów nadbałtyckich na to, co jest przez nich eufemistycznie nazywane „nową rosyjską stanowczością” (new Russian assertiveness), a jeszcze bardziej na fakt, że Zachód jest gotowy tej „stanowczości” pobłażać. Raz po raz będą oburzać się na bluźniercze – ich zdaniem – starania krajów Europy Wschodniej, by komunizm i nazizm zostały ocenione w ten sam sposób. Dla zachodnich Europejczyków komunizm to jedynie jakaś abstrakcyjna teoria, posiadająca szlachetne, ale niestety utopijne cele, której nie można postawić na równi z plugawymi, rasistowskimi teoriami nazistów. Jednak dla mieszkańców Wschodu, komunizm to w pierwszym rzędzie konkretna praktyka, która w metodach działania i ukierunkowaniu na zniszczenie „wroga” niewiele się różniła od nazizmu.

Wszystko to nie usprawiedliwia oczywiście wschodnich Europejczyków za ich własne pomyłki i niegodziwe uczynki oraz nie zwalnia z odpowiedzialności za współczesnie zajmowane stanowisko. Skłania jedynie do obustronnej krytycznej autoanalizy i do bardziej otwartego omówienia tych problemów, które wciąż są różnie postrzegane i interpretowane w różnych częściach naszego kontynentu.

Zachód i reszta świata

Pierwsze pytanie, na jakie warto sobie odpowiedzieć w tym kontekście brzmi: dlaczego wschodni Europejczycy wciąż spoglądają w stronę Zachodu, mając wobec niego tak wielkie i często bezpodstawne oczekiwania – a robią to pomimo niezliczonych rozczarowań, otwartego lekceważenia, znieważania, domniemanych i realnych zdrad? Dlaczego wciąż infantylnie oczekują, że Zachód powinien o nich pamiętać, dbać, a czasem nawet poświęcać swoje własne interesy w imię pogmatwanych i mało zajmujących go problemów jego wschodnich sąsiadów?

Nietrudno jest odpowiedzieć na pierwszą część tego pytania. Wszystkie małe państwa Europy Wschodniej w procesie historycznym były osaczone przez wschodnie i zachodnie mocarstwa, i jedyny wybór jaki im pozostawał, był wyborem mniejszego zła.  Z tej perspektywy konstytucyjne, i jak na swoje czasy dosyć uczciwe imperia Habsburgów i Hohenzollernów, były oczywiście lepsze niż despotyczne imperia Turków i Rosjan. (Liberalni Brytyjczycy i Francuzi zdawali się być jeszcze lepsi, ale niestety byli zbyt oddaleni). W pewnym sensie mieszkańcy Europy wschodniej byli „prozachodni mimo woli” (Westerners by default). Musieli stawać się Europejczykami, czyli przekonywać siebie i wszystkich dookoła, że należą (i zawsze należeli) do Europy – nie tylko pod względem geograficznym, czy rasowym, ale również kulturalnym, politycznym i we wszystkich innych dziedzinach życia. Żelazna kurtyna i dominacja sowiecka jedynie wzmocniły te pragnienia, utożsamiając  kwestie wolności politycznej i wyzwolenia narodowego z„europeizacją”, a „powrót do normy” czyniąc synonimem „powrotu do Europy”. Był to niewątpliwie mit, „wynaleziona tradycja”, ale podobnie jak wiele innych mitów narodowych, stał się podwaliną tożsamości wschodnich Europejczyków. Co więcej, ta „wydumana tożsamość” w dużym stopniu przyczyniła się do upadku komunizmu we Wschodniej Europie oraz do postępującego zintegrowania wielu (choć nie wszystkich) państw tego regionu z instytucjami Europy Zachodniej.

Druga część pytania jest bardziej złożona. Zachodni Europejczycy, w założeniu, nigdy nie byli jakoś szczególnie zainteresowani składaniem przyrzeczeń wobec swoich wschodnich krewniaków, a tym bardziej – poświęcaniem się dla jakiś dalekich Sudetów, czy Gdańska, lub Bóg wie gdzie położonych na skraju świata Czeczenii, czy Gruzji. Nigdy nie traktowali ich jak równych sobie i prawdę mówiąc dość często mieli ku temu powody. A przyczyną dla jakiej decydowali się  podtrzymywać istnienie tych „półbarbarzyńskich” wschodnich narodów, była chęć odsunięcia od siebie jeszcze bardziej „barbarzyńskich” nieprzyjaciół, jak najdalej na wschód. W pewnym sensie ich przychylność wobec Europy Wschodniej była wymuszona, byli podobnie – „prowschodni mimo woli”.

Ale zimna wojna skończyła się – czy przynajmniej przez jakiś czas wydawało nam się, że tak właśnie jest – i problem powstrzymywania niebezpieczeństwa ze wschodu stracił swoją aktualność dla mieszkańców Europy Zachodniej. Rosja nie jawi się im już jako wróg, ale na odwrót – szczerze widzą, bądź przynajmniej starają się dostrzec w niej sojusznika w walce z nowymi zagrożeniami – islamskimi radykałami i międzynarodowym terroryzmem. Każdy kto wątpi w wiarygodność tego nowego sojusznika, zostaje określony mianem zatwardziałego rusofoba, ograniczonego nacjonalisty, czy prowokatora nowej zimnej wojny.

Chociaż niezbyt ochoczo, ale zachodni Europejczycy przyjęli wschodnich do swojego elitarnego klubu, dając im członkostwa w UE i NATO. Tym samym poniekąd spłacali długi za swoje poprzednie zdrady – głównie za Jałtę (chociaż zarówno Monachium, Budapeszt, czy Praga również miały niemałe znaczenie). Ale istotną była również społeczna opinia, powstanie w warunkach zimnej wojny swoistego kręgu oczekiwań mas, który głosił hasło „wolnej, zjednoczonej Europy” niby jakiś rodzaj samospełniającej się przepowiedni. Jednak, gdy tylko długi zostały spłacone, a uczynki jakich należało dokonać wobec wschodnich braci zostały dokonane, „polityka realna” (Realpolitik) w zachodnich stolicach po raz kolejny zajęła należne jej czołowe miejsce, po pierwsze w Paryżu i Berlinie, ale również w Rzymie, Madrycie, Wiedniu i oczywiście w Brukseli. Niedawna wypowiedź jednego z unijnych urzędników, w dość jasny sposób prezentuje to stanowisko: „Musimy pamiętać nie tylko o tym, co o nas myślą mieszkańcy Zachodnich Bałkanów, ale również o tym, co o nas myślą nasi wyborcy”. Jest to wariacja na temat dawnej tezy Romano Prodiego, głoszącego, że: „Unia Europejska nie może proponować członkostwa wszystkim krajom świata mającym problemy”.

Zachodni Europejczycy mają swoje racje. Nie po to przez dziesięciolecia budowali własną fortecę, swój komfortowy zamek, żeby oddać go przybyszom. Tworzyli swój świat-gospodarkę (world-economy, według terminologii Immanuela Wallersteina) przez około pięć wieków po to, żeby zapewnić dominację centrum nad peryferiami, a nie na odwrót. Wszystko, czego reszta świata może spodziewać się dziś od Zachodu, to trochę wynagrodzeń za dobre sprawowanie, więcej marchewek, a mniej batów, szerszego dostępu i mniejszej dyskryminacji. Ale w swoich założeniach system pozostaje nietykalny i zmienić go nie sposób – jeśli nie chcemy zrujnować samego sytemu, czyli świata.

Paradoksalnym jest jednak to, że najbardziej wrażliwym miejscem całego systemu jest jego ideologia – liberalno-demokratyczne przesłanki, na których został zbudowany. Właśnie te przesłanki, które uczyniły zachodni świat dynamicznym, elastycznym, atrakcyjnym dla innych państw oraz przejrzystym pod względem prawnym, stoją w groźnym konflikcie z praktycznymi interesami tego świata., jego codziennymi potrzebami oraz konkretnymi wydarzeniami politycznymi. Wystarczy wyobrazić sobie, co stałoby się z Zachodem, jeśli nagle postanowiłby konsekwentnie i w pełnym wymiarze wprowadzić w życie głoszone przez siebie założenia liberalizmu ekonomicznego – wolny przepływ towarów, usług, kapitału, oraz siły roboczej. Nawet proste skasowanie wybiórczych i na wskroś manipulowanych marży handlowych, które stosuje Pierwszy Świat wobec wszystkich innych, w sposób istotny wpłynęłoby na poziom życia jego mieszkańców – i to do tego stopnia, że żaden rząd, który zdecydowałby się na takie rozwiązanie, nie przetrwałby dłużej niż miesiąc. Tym bardziej nie miałby szans utrzymać się, jeśli zgodzono by się na wolny przepływ siły roboczej – zgodnie z zasadami liberalizmu i wolnorynkowej konkurencji, ale wbrew nieliberalnym (a w zasadzie socjalistycznym) zasadom protekcjonizmu, dyskryminującego i dość często pasożytniczego systemu pomocy społecznej oraz dobrobytu powszechnego (welfare), które funkcjonują na Zachodzie.

Zachodni liberalizm to tak naprawdę cudowny produkt, przeznaczony jednak do użytku wewnętrznego. Nie wiadomo, czy jego prześwietne zasady będą kiedykolwiek wcielone w życie na stałe i głęboko w polityce międzynarodowej, czy ekonomii. Kula ziemska po prostu nie posiada wystarczającej ilości zasobów, żeby wszyscy ludzie mogli korzystać z jej dóbr na poziomie zbliżonym do Pierwszego Świata. A przecież na ograniczenie konsumpcji, na skromniejsze życie Pierwszy Świat nigdy się nie zgodzi. Zasady liberalizmu poza granicami owego świata są stosowane jedynie wybiórczo, dostosowane do użyteczności i konkretnego przeznaczenia. W sprawach wewnętrznych Zachód rzeczywiście stara się kierować zasadami, ale jeśli chodzi o zewnętrzne, to główną role odgrywają interesy. Taka sytuacja będzie nadal zaostrzać rozdźwięk pomiędzy liberalnymi regułami, a nieliberalną praktyką. W związku z tym sama idea liberalizmu jest dyskredytowana i traktowana jak zachodni wymysł, albo machinacja. Przeciwnicy wciąż będą winić Zachód za hipokryzję, cynizm oraz dualizm standardów, zmuszając go tym samym do pewnych kompromisów i ustepstw.  Przecież wszyscy mieszkańcy Europy Wschodniej, którzy są w stanie dosięgnąć pewnych kryteriów, umocnić się w swoim liberalizmie i demokratyczności, mają prawo wymagać, by Zachód przyjął wobec nich odpowiednie nastawienie.

W tym miejscu, przypuszczam, że kryje się odpowiedź na drugą część naszego początkowego pytania. Nawet jeśli Zachód nie składa żadnych obietnic, ani nie bierze na siebie żadnych zobowiązań wobec reszty świata, same zasady, na których został zbudowany niosą za sobą pewne obowiązki, obietnice i odpowiedzialność.

Wartości i interesy

Zachodni świat, wraz ze swoimi poszczególnymi instytucjami, dość często określany jest mianem „świata wartości”. Oznacza to ogólny szacunek dla praw człowieka, swobód obywatelskich, procedur oraz instytucji demokratycznych, uznanie zwierzchniej roli prawa i potrzeby istnienia pomocy społecznej, godzenie się na pokojowe rozwiązania wszelkich konfliktów itp. Wszystkie te wartości są uważane za uniwersalne, czyli za występujące i pożądane we wszystkich krajach i wśród wszystkich narodów, najbardziej odpowiednie dla natury ludzkiej oraz ludzkiej potrzeby życia w społeczeństwie. Zachód pełni więc humanistyczną misję poszerzania i obrony tych wartości na całym świecie. Oznacza to popularyzację własnych doświadczeń, wsparcie organizacji pozarządowych, pomoc dla posłusznych oraz sankcję wobec nieposłusznych rządów, obronę prześladowanych i karanie prześladowców.

Dziś nie występują jakieś szczególne rozbieżności w postrzeganiu wartości ogólnoludzkich, ale występuje niezgodna w odniesieniu co do ich praktycznego wcielania w życie. Podejście pragmatyczne podpowiada, że wartości nie nadają się do hurtowego eksportu w każdej sytuacji. Specyfika danego miejsca musi być wkalkulowana w działanie, podobnie jak środki instytucjonalne, operacyjne i inne, którymi posługiwać się mogą nasi zachodni poplecznicy. I właśnie tutaj na pierwszy plan wysuwa się „polityka realna” i zaczynają pojawiać się różnorakie dwuznaczności. Zarówno  „specyfika miejsca”, jak też „dostępne środki”, przewidują szerokie pole dla rozumienia tych pojęć, a ogólny bilans potencjalnych zysków i strat spowodowanych tą, czy inną polityką wymyka się możliwości zmierzenia go w sposób matematyczny. Wszystko to odkrywa rozległą perspektywę dla spekulacji, krętactwa, demagogii.

Realna polityka staje się instrumentem podporządkowywania wartości interesom, czyli rzeczy ponoć uniwersalnych – rzeczom typowo narodowym albo wręcz partykularnym. Ta sprzeczność jest charakterystyczna dla Europy, a dokładnie dla jej liberalno-demokratycznego projektu, który towarzyszył jej od samego początku. Europa zawsze nosiła piętno schizofrenicznego rozdwojenia pomiędzy potrzebą włączania do swojego grona „innych”, a chęcią „wyłączania”, między wartościami, a interesami, humanizmem, a pragmatyką, moralnością, a „realną polityką”. W 1933 r., niedługo po tym jak brytyjski premier ogłosił gotowość swojego kraju do handlowania z kimkolwiek, „chociażby z kanibalami”, jego koledzy z ministerstwa spraw zagranicznych, w tajnych zapisach informowali o głodzie na Ukrainie: „Posiadamy pewną informację odnośnie głodu na południu Rosji, podobną do tych jakie pojawiają się w prasie… Nie chcielibyśmy jednak, aby dostały się one do wiadomości publicznej, ponieważ rząd radziecki może się za to na nas obrazić i nasze stosunki się pogorszą.”[1]

W tym samym roku USA nawiązało stosunki dyplomatyczne z ZSRR, chociaż podobnie jak Brytyjczycy, posiadali „pewne informacje” odnośnie ludobójstwa przeprowadzanego przez władze radzieckie na tzw. „południu Rosji”. Jednakże pragnienie handlu, nawet z kanibalami, było nie do odparcia. Dzisiaj również okazuje się, że jest ono silne – silniejsze nawet niż 80 lat temu. Typowo biznesowym podejściem, a nie humanistycznymi wartościami, nacechowane są wzajemne stosunki Zachodu z Chinami, Rosją czy innymi dyktatorskimi reżimami.

W tym kontekście pakt Ribbentrop-Mołotow – nie jest jakimś unikatowym wypadkiem, nie jest to historyczne zwichnięcie, lecz wstrętna patologia europejskiej Realpolitik, lustrzany, chociaż równocześnie groteskowy obraz niezliczonych innych umów i kompromisów zawartych przez zachodnie demokracje z różnego rodzaju „kanibalami”, również w późniejszych czasach. Wszak kiedy Putin mówi dziś zachodnim głowom państw, że soweicko-nazistowki układ był poprzedzony bezpośrednio układem monachijskim, a zaraz po nim była Jałta, to na swój sposób ma on rację. Inna rzecz, że to nie ten polityk miałby jakiekolwiek prawo moralne wypowiadać się na ten temat, jak i porównywać wtargnięcia rosyjskich wojsk do Gruzji do operacji NATO w byłej Jugosławii, czy  stawiać „dążenia” południowo-osetyjskich, czy abchaskich separatystów na równi z dążeniami niepodległościowymi Kosowa. Ale tendencja jest oczywista: swoimi wątpliwymi, nieprzemyślanymi albo i otwarcie cynicznymi działaniami Zachód stwarza precedens dla bandyckich reżimów, które niby to naśladują historię liberalnego Zachodu, ale robią to w sposób najbardziej złowieszczy i karykaturalny.

Zostawieni na zgubę

Niedawne decyzje nowej administracji amerykańskiej, aby „uruchomić ponownie”  wzajemne stosunki z Kremlem i gotowość, by na to konto zrezygnować z systemu tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach, nie budzą w Europie Wschodniej szczególnego optymizmu. Jeszcze mniejszym optymizmem napawają wątpliwe z moralnego punktu widzenia dążenia UE, czy NATO do prowadzenia zwykłego biznesu z Rosjanami, pomimo okupowania przez nich ziemi gruzińskiej. Ponadto ciężko jest mieszkańcom tej części kontynentu przyjąć za dobrą monetę niezgrabne argumenty zachodnich polityków głoszące, że konflikty z Moskwą na jednym polu nie powinny mieć wpływu na wzajemne relacje w innych obszarach. A niechaj i oni naprawdę naiwnie wierzą, że moskiewscy oficjele w jakimś porywie niezwykłej dobroci, pomogą im rozbroić Iran, wyrzucając w ten sposób asa ze swojej talii, który mógłby im pomagać w walce z Zachodem, a co więcej – odkrywając Zachodowi nowy, alternatywny kanał pozyskiwania surowców energetycznych ze sprzymierzonego Iranu na niekorzyść rodzimego Gazpromu.[2] Ale bardziej groźnie przedstawia się naoczna tendencja Zachodu, by traktować rosyjską agresję skierowaną przeciwko państwom ościennym oraz faktyczną okupację ich terytoriów jako drobne nieporozumienia, przedmiot częściowych rozbieżności , który w żaden sposób nie może wpływać na ogólną „konstruktywną współpracę”.

Tony Judt, amerykański historyk, dostrzega w tej mało atrakcyjnej inklinacji Zachodu w stosunku do Rosji, głębokie historyczne, cywilizacyjne, czy psychologiczne przyczyny – określone swego czasu przez Marka von Hagena jako „imperialne podobieństwo”:

„Zachodni Europejczycy – stwierdza Judt – pomimo zimnej wojny, a częściowo również dzięki niej, uważają, że Rosja stanowi dla nich dużo mniejsze zagrożenie niż to odczuwają niegdysiejsze kolonie rosyjskie lub kraje sąsiadujące – i ta różnica jest znacząca. Polakom, czy Ukraińcom ciężko jest zrozumieć takie rozumowanie, gdyż wydaje się ono dziwne, absurdalne. Ale jest ono prawdziwe. W pierwszej kolejności widać to w Niemczech. Dla większości Niemców, szczególnie zachodnich, Rosja stanowi naturalnego partnera w walce o podtrzymywanie stabilizacji w Europie. Takie nastawienie sięga swoimi korzeniami jeszcze do lat 1880-1890. We wschodniej części Europy  istniały dwie historyczne potęgi ekonomiczne i militarne – niemieckojęzyczna Europa Centralna i Rosja. Mamy zatem bezlik drobnych narodów i terytoriów, na których występowały różne języki, a które w procesie historycznym Niemcy bądź Rosja traktowały jako obiekty kolonizacji. Obecnie nie myślą już o nich jak o koloniach, ale nadal myślą o nich jako o obiektach. Musimy pamiętać, że zarówno dla Niemców jak i Anglików, także Hiszpanów oraz oczywiście Francuzów – Rosja nie jest zagrożeniem, a krajem z którym prowadzi się interesy” (RFE/RL Newsline, 1.10.2009).[3]

Cyniczna polityka „handlu z kanibalami”, czy jak to teraz nazywają „współpracy w obszarze pewnych zagadnień, pomimo niezgody co do innych kwestii” może mieć dalekosiężne, tragiczne dla wschodnich Europejczyków skutki. Elita z Kremla jest na tyle oportunistyczna, że zdaje sobie sprawę z istnienia czerwonej linii w kontaktach politycznych z Zachodem, której przekraczać nie warto. Wiedzą oni, że jakakolwiek współpraca w sprawie Iranu, Al-Kaidy, czy Korei Północnej, nie uratuje ich przed sankcjami, jeśli ważą się sięgnąć po należące niegdyś do Rosji terytoria Austrii, czy Finlandii, o Niemczech nie wspominając. Ale już Ukraina znajduje się poza tą czerwoną linią i swobodnie można ją pouczać, żeby więcej nie dopuszczała do władzy ludzi pokroju nieustępliwego Juszczenki. Włączając w szeregi władz Gazpromu jeszcze kilku emerytowanych zachodnich premierów, czy prezydentów, można będzie pouczać także Estończyków i Łotyszy, a może nawet Polaków, pogłębiając w ten sposób „pewne konflikty” z UE, czy NATO, które jednak – jak wiadomo – „nie powinny wpływać na obopólnie korzystną współpracę na innych polach”.

Wszystko to może wydawać się obecnie fantastyką, ale pamiętajmy, że Kreml nauczył się napinać ową czerwoną linię do granic możliwości i przez to przesuwać ją po trochu na nowe terytoria, podczas gdy Zachód wciąż pozostaje podzielony i bezsilny wobec rosyjskiego blefu i szantażu, demagogii i przekupstwa. Niepokój mieszkańców Europy wschodniej związany z zagrożeniem ze strony Rosji, może być przesadny, wynika on jednak w dużej mierze z ich dotychczasowych doświadczeń – zarówno w odniesieniu do agresywnej, imperialistycznej, hiperszowinistycznej Rosji, jak również rozdwojonego, niewydolnego i apatycznego Zachodu. Ukraińcy, pozostający poza zasięgiem wszystkich dotychczasowych „fal rozszerzania” UE i NATO i nawet nie posiadający jakichś większych perspektyw na to, że kiedykolwiek dosięgną ich owe „fale”, mają wystarczające podstawy, by obawiać się „nowej rosyjskiej stanowczości”, jak też tendencji Zachodu, by ulegać tej „stanowczości” – podobnie jak niegdyś w przypadku przedwojennego układu z Monachium. Mają również podstawy, by uważnie obserwować nie tylko pokrętną retorykę zachodnich dyplomatów, ale także publikacje różnych politycznych jokerów, które potrafią ukazać podświadomość polityków w stopniu głębszym, niż oni sami kiedykolwiek potrafiliby się do tego przyznać.

„Zachód ma do wyboru dwa wyjścia: nakreślić linię na piasku otaczającą Ukrainę, albo przehandlować ją Rosjanom za coś bardziej wartościowego. Moja propozycja jest prosta: pomoc Rosji w walce z proliferacją broni jądrowej oraz terroryzmem na Bliskim Wschodzie, jest nieporównanie bardziej istotna niż wątpliwa kwestia niezawisłości Ukrainy. Zachód musi zrobić wszystko, udając, że żadna Pomarańczowa Rewolucja nie miała miejsca, aby zapewnić sobie wsparcie Rosji w denuklearyzacji Iranu oraz dbać o bezpieczeństwo energetyczne, w zamian za zrozumienie rosyjskich potrzeb związanych z jej bliskimi sąsiadami”[4] (Spengler,Asia Times, 19.08.2008).

Politycy, jak wiadomo, nie mogą pozwolić sobie na tak dalece posuniętą szczerość, ale mogą zawsze powołać się na podobną w wydźwięku „opinię publiczną”, wyrazów której nie brakuje w zachodnich mediach, lub odnieść się do „naukowych” (ponoć) argumentów, formułowanych przez utytułowanych profesorów:

„Jakakolwiek definicja Zachodu, która odrzuca Rosję z powodu domniemanych różniących ją „wartości” – musi tak samo odrzucać i Ukrainę, której kultura i wartości są nierozłącznie przeplecione z rosyjskimi… Ukraińcy powinni zaprzestać zwalczania tego wielowiekowego religijnego i kulturalnego pokrewieństwa i podjąć wspólną pracę wraz z Rosją, dlatego, że tylko w ten sposób można sprawę integracji europejskiej umieścić na mocnym fundamencie”[5] (Nicolai Petro,Recasting Ukraine’s identity?, Open Democracy, 30.01.2009).

Fachowcy w takich argumentach zapewne mogą się dopatrzyć kolejnych naciągnięć i manipulacji, które oparte są na bezrefleksyjnym przyjmowaniu za prawdę mitów rosyjskich. Ogromną przesadą jest na przykład popularne twierdzenie o „wiekowej” bliskości narodów – której w istocie nie było do XVIII w. – Ukraińcy rozwijali się w politycznych, prawnych i kulturalnych ramach polsko-litewskiej republiki szlacheckiej i mieli niewiele wspólnego z moskalami, których życie było zdominowane przez despotyczną Złotą Ordę. Nawet wschodni odłam chrześcijaństwa, do którego należeli i jedni i drudzy, zupełnie różnił się w Kijowie i w Moskwie: w pierwszym wypadku kościół prawosławny stanowił instytucję społeczną, opozycyjną („protestancką” za słowami Dennisa Soltysa) w stosunku do katolickiego państwa; w drugim wypadku kościół został kompletnie upaństwowiony i przekształcony w jedną z wielu imperialnych instytucji i w takiej formie przetrwał do dnia dzisiejszego. Możliwe, że właśnie dlatego dzisiejsza Ukraina, w odróżnieniu od dzisiejszej Rosji, nie wprowadza podziału konfesji na „tradycyjne” i „nietradycyjne” oraz nie daje przywilejów jednym, dyskryminując jednocześnie inne. Nie wyznacza również wokół siebie żadnej przestrzeni „kanonicznej”, ale wręcz przeciwnie – daje każdemu zrozumieć, że królestwo kościoła, nie należy do tego świata, a zatem i jego prawdziwa „przestrzeń”  w żaden sposób nie może znajdować się na tej grzesznej ziemi.

Nie trzeba być jednak znawcą historii Ukrainy, żeby dojrzeć jeszcze bardziej istotne uchybienie w argumentacji ignorującej kwestię wartości. Chociaż chcielibyśmy mówić, czy myśleć o „wielowiekowej bliskości” pomiędzy Ukraińcami i Rosjanami (Ukraińcy mają podzielone zdanie na ten temat) to uważny – i uczciwy – obserwator dzisiejszej sceny politycznej, nie może nie zauważyć kluczowych różnic pomiędzy demokratyczną (a przynajmniej pluralistyczną, poliarchiczną) Ukrainą, a autorytarną (czy nawet, jak niektórzy to określają – faszyzującą) Rosją[6] (patrz: Aleksander Motyl, Na specyficznym szlaku do faszyzmu, Krytyka, 11, 2007).Na Ukrainie nikt nie dokonuje w tym momencie czystek etnicznych, tak jak ma to miejsce w Czeczeni, nikt nie wysyła szpiegów zaopatrzonych w polon, nikt nie zabija opozycyjnych dziennikarzy, prawników, czy aktywistów organizacji społecznych, nikt nie wysyła morderców z OMON-u przeciwko demonstrantom i ludziom urządzającym pikiety,  nikt nie zamyka niezależnych mediów. Wybory na Ukrainie mają jeszcze póki co formę rywalizacji i ich wyniki są nieprzewidywalne, parlament pomimo wszystkich swoich wad, nie jest tylko formalnym dodatkiem do władzy wykonawczej, media – może nie są dość wykwalifikowane, ale dostatecznie pluralistyczne i – co jest najciekawsze – w ostatnich latach całkiem sporo obywateli rosyjskich – szczególnie dziennikarzy i działaczy NGO – znajduje sobie azyl polityczny i pracę właśnie na Ukrainie[8].

Jeśli wszystkie te wartości, które post-pomarańczowa Ukraina stopniowo i boleśnie sobie przyswaja, są mniej ważne niż jej mityczna „wielowiekowa bliskość” z autokratyczną Rosją, to wtedy należałoby wykluczyć z Europy prawosławną Bułgarię, Grecję i Rumunię, a potem wpakować je w rosyjsko-eurazjatycką „przestrzeń” – z naiwną (uprzejmie mówiąc) nadzieją na „zbudowanie europejskiej integracji na mocnym fundamencie”.

Nielekki wybór

Cynizm, czy też mówiąc naukowo, Realpolitik, dominuje dzisiaj w zachodnich stolicach. Ale liberalno-demokratyczny Zachód nie byłby tym czym jest, jeśli zabrakło by w nim trzeźwych i sprawiedliwych głosów, które mówią swoim społeczeństwom, że ustalenie priorytetu interesów ponad wartościami jest strategią skazaną na klęskę. Może ona przynieść tymczasowe efekty – szczególnie danym politykom, partiom, czy korporacjom – ale w ostatecznym rozrachunku fatalnie nadszarpnęłaby autorytet i wpływy Zachodu, które zostały zbudowane na podstawie „miękkiej siły”.

„Czując oddech Rosji na własnym karku, Kijów najmniej dziś potrzebuje od Paryża, Berlina, czy Waszyngtonu, polityki „ponownego rozruchu”, która w praktyce oznacza pobłażanie Kremlowi oraz akceptację dla faktu, że traktuje on Ukrainę jako niepodważalną strefę swoich wpływów. Niekonsekwencja i nieudolność dzisiejszych polityków ukraińskich nie może być żadnym usprawiedliwieniem dla takiej sytuacji. To czego Ukraina naprawdę dzisiaj potrzebuje, to bezwzględnego uznania jej za naród europejski. Zamiast wsłuchiwać się w rosyjskie „NIET” Stany Zjednoczone i Unia Europejska powinny powiedzieć „DA” rozważnym kijowskim politykom, którzy nastawieni są na modernizację kraju. Wiadomo, że Moskwie nie będzie łatwo to zaakceptować, ale włączenie Ukrainy do Europy w pełnym znaczeniu tego słowa – przez nabycie perspektywy członkostwa w UE i NATO – może wreszcie sprawi, że i sama Rosja spojrzy na siebie jak na możliwego w przyszłości partnera dla Unii, czy USA, a nie jak na katalizator, który jedynie prowokuje konflikty pośrodku wspólnoty euroatlantyckiej.”[9] (Denis MacShane, How the West turned from Kyiv,Newsweek, 21.03.2009).

Dzisiejszy kryzys ekonomiczny nie wydaje się być najlepszym czasem dla podejmowania mądrych decyzji. Ale głupie decyzje jedynie pogłębią ten kryzys. Ukraina przebywa teraz w jego epicentrum – na dobre lub na złe.

Mykoła Riabczuk

Tłumaczenie z języka ukraińskiego Darek Figura


[1] Cytat z: M.Carynnyk, L.Luciuk and B.Kordan (eds.), The Foreign Office and the Famine: British Documents on Ukraine and the Great Famine of 1932-1933 (Kingston: Limestone Press, 1988), s.397. – „The truth of the matter is, of course, that we [the British Foreign Office] have a certain amount of information about famine conditions in the south of Russia [sic], similar to that which had appeared in the press… We do not want to make it public, however, because the Soviet government would resent it and our relations with them would be prejudiced..”

[2] Właśnie i na Zachodzie nie wszyscy są w stanie przyjąć takich argumentów. Stephen Blank, na przykład, prezentuje poniekąd realistyczną ocenę sytuacji: „Dla Rosji niezwykle ważne jest, by Iran nigdy nie doszedł do porozumienia z USA. Jeśli Teheran kiedykolwiek pojedna się z Waszyngtonem, da to szansę, by napełnić gazociąg Nabucco irańskim gazem i w ten sposób pozbawić Moskwę ważnej karty przetargowej w polityce światowej” (Stephen Blank, Moscow and Baku: For Our Mutual Benefit. Transitions Online, 1.4.2009). (“It is imperative for Russia that Iran not normalize relations with the United States. If Tehran ever reconciled with Washington, thus allowing Iranian gas to fill the Nabucco pipeline, Moscow would lose its trump card in world politics”. (Stephen Blank, Moscow and Baku: For Our Mutual Benefit).

[3] „Western Europeans, despite the Cold War — to some extent because of it — are much less worried about Russia, think much less of Russia as a threat, see it as much less of a problem, than Russia’s former colonies or neighbors, and that’s crucial. It’s very hard for your Polish or Ukrainian listeners to understand because it seems bizarre and absurd. But it’s true. And it’s above all true for Germany. Most Germans, particular West Germans, look upon Russia as a natural, implicit colleague in any collaboration for European stability. This is an old story; it goes back to the 1880s and 1890s. You have two large, well-established historic powers — economic powers, strategic powers, German-speaking Central Europe and Russia, on Europe’s eastern fringes, and in between that you have lots and lots of territories and lands and peoples, and languages and religions and ethnic groups, which both [Russia and Germany] have historically regarded as colonial territory. And that colonial territory is no longer thought of that way. But some of the attitudes — historical attitudes — remain. So the first thing to recall is that when the English or the Germans, or as it might be, the Spanish, and certainly the French, think about Russia, they think of it as a country ‘to deal with’ on more or less equal terms. But not as a threat….”

[4] „The West has two choices: draw a line in the sand around Ukraine, or trade it to the Russians for something more important. My proposal is simple: Russia’s help in containing nuclear proliferation and terrorism in the Middle East is of infinitely greater import to the West than the dubious self-determination of Ukraine. The West should do its best to pretend that the ‘Orange’ revolution of 2004 and 2005 never happened, and secure Russia’s assistance in the Iranian nuclear issue as well as energy security in return for an understanding of Russia’s existential requirements in the near abroad”.

[5] „Any definition of the West that excludes Russia because of its ostensibly divergent ‘values’, must perforce exclude Ukraine, whose culture and values are inextricably interwoven with those of Russia… Ukrainians should stop fighting this centuries old religious and cultural affinity” and to “work together” with Russia because this is “the only way to place the task of European integration on a solid footing.”

[6] Alexander Motyl, Russland: Volk, Staat und Führer. Elemente eines faschistischen Systems, Osteuropa, 1, 2009. Wcześniejsza (i krótsza) wersja angielska: Is Putin’s Russia Fascist?, National Interest, 12 march 2007;http://www.nationalinterest.org/Article.aspx?id=16258. Tłumaczenie ukraińskie –Krytyka, 11, 2007.

[7] ОМОН.

[8] Patrz np.: Chrystia Freeland, Russia’s free media find a haven in Ukraine, Financial Times, 11.7.2009; Oleg Panfilov, Russia: One-Way Tickets, Transitions Online, 22.9.2009.

[9] „Indeed, with Russia breathing down its neck, the last thing Kyiv needs is for Paris and Berlin and Washington to create a new axis of complacency that uses the incoherence of Ukrainian politics to justify accepting the Moscow world view that places Ukraine firmly in Russia’s sphere of influence. What’s needed now is a new policy that treats Ukraine, warts and all, as a European nation. Instead of listening to the NYET from Moscow, the United States and the EU need to start saying DAto Kyiv’s moderate and modernizing politicians. Certainly this will be hard for Moscow to accept, but bringing Ukraine into Europe in the full sense of a path toward EU and NATO membership might even help encourage Russia to see itself as a future partner of the EU and the United States, in place of the scratchy rivalry Moscow now creates in the Euro-Atlantic community.”