Strona główna/Miasto i beneficjenci

Miasto i beneficjenci

Roman Pukar od 20 lat konsekwentnie  prowadzi, analizuje i doświadcza swojej unikalnej w skali świata sztuki, zwanej Grą (www.pukar.art.pl). Jest to praktyka współpracy dwojga ludzi, którzy na płaszczyźnie obrazu dokonują swych malarskich posunięć. Realizują w ten sposób humanistyczno-fizyczny postulat, że materia jest formą energii i że wszystko jest bardziej zbiorem wewnętrznych relacji niż stałych niezmiennych form, mogących być podstawą wartościowania: „Gdy rozsunąć na chwilę nasze chcenia, pragnienia, zależności to pomiędzy nimi w chwili spotkania ukaże się płaszczyzna wspólnoty – Gra życia.” To płaszczyzna na której pozostawiamy swój ślad, tworzymy jakiś emocjonalny obraz i właśnie to obserwuje Pukar od 20 lat. Z wykształcenia drwal bieszczadzki, z zamiłowania grafik-projektant. Żyje w nieustannej podróży.

Eseistyczna, operująca wieloma skrótami myślowymi i rozbudowanymi porównaniami, forma niniejszego tekstu jest jednym z wcieleń Gry i może być ilustracją jej modelu. Skojarzenia wiją się w tym eseju jak nieuregulowana rzeka, w której każdy meander wynika z poprzedniego oraz z napotkanych w danym miejscu przeszkód i możliwości. Podobnie każdy ruch w Grze wynika z zaistniałej sytuacji wynikłej z poprzednich ruchów Graczy. Jest to w istocie również rodzaj pętli, czy też spirali, której każdy nowy obrót odbywa się w oparciu o poprzedni kontekst.

Ta „gra relacji”, jak ją nazywam, dzieje się wszędzie i cały czas, ale nie uzyskała ona dotychczas statusu autonomicznego, identyfikowalnego zjawiska, definiującego nasze zachowania i wyniki naszych działań. Gdyby udało się ją wypromować w naszej pojęciosferze, być może moglibyśmy zacząć jej świadomie i z pożytkiem jako jednego z modeli interpretacji rzeczywistości. Warto w tym kontekście zauważyć, że choć tekst, będący Grą autora z tekstem i samym sobą, nie wszędzie musi być spójny, jednak dzięki tej swego rodzaju intelektualnej wolności, jest on w stanie zaprowadzić czytelnika w takie rejony, których nie odkryje tekst uporządkowany, linearny.

(ms)

Czy nadal jesteśmy społeczeństwem, czy jedynie mieszkańcami miasta, a może miasto żyje swoim życiem, a my jesteśmy jedynie beneficjentami jego istnienia? Kultura nie zadaje takich pytań, stała się mierzalna, czyli mierna. Może właśnie stąd to zaglądanie Dodzie do biustonosza? Jeśli kultura jest przewidywalna w swym przekazie, a biust nadal stanowi pewną tajemnicę, to dekolt Dody może się faktycznie okazać wyższą kulturą od nobliwego spektaklu bowiem zawiera w sobie niewiadomą.

Betonowa pustynia

Zdarzyło mi się kiedyś wynajmować mieszkanie na Starym Mieście. Pomyślałem: mieszkać w centrum legendy, TAK, to mi się podoba. Jednak wiedziony doświadczeniem poszedłem do koleżanki, która wynajmowała to mieszkanie wcześniej i zadałem prorocze pytanie: „Co w tym lokalu jest nie tak?” Bo wiemy, że zawsze coś jest nie tak. Odpowiedź zwaliła mnie z nóg: „Tam nie ma zieleni”. Tylko tyle? Wzruszyłem ramionami i pomyślałem, że przewróciło się babie w głowie.

Po roku jednak wiedziałem, co miała na myśli. W chwili słabości wyszedłem na spacer i policzyłem drzewa. Poza skarpą było ich 9 (słownie dziewięć). Szaleństwo. Jeżeli ktoś sądzi, że nowe osiedla to betonowa pustynia, niech pójdzie na Stare Miasto. Zrozumiałem wówczas te pelargonie w niemieckich oknach, te drzewka na każdym poszerzeniu chodnika, to jedyna szansa na odrobinę radości dla oczu, odpoczynku, ciszy.

Gdy wejść na starówkę rano albo wręcz o świcie, zachwyca niekontrolowanymi łukami murów, uroczymi okienkami, attykami unikalnych kamieniczek, rzeźbieniami, reliefami. Zaczarowany świat. Jednak, gdy uchylimy czar zachwytu i spojrzymy z odrobiną dystansu i refleksji zobaczymy same mury. Bruk który biegnie ku krawędziom rynku, tam wspina się po murach i zawraca na attykach. Zmienia się jedynie faktura i kolor kamienia. Proszę zwrócić uwagę: kamienia. Wchodzę w podwórko i urok zewnętrznych klatek, tarasów, przyściennych studzienek po prostu zniewala. Jednak, co warto zrozumieć, to jest struktura rynsztoku. W załamaniu rynny kolibie się rachityczna brzuska, tyle zieleni. Dlaczego tak to wygląda?

Być może dlatego, że miasto powstało z lęku i ten lęk, jak mniemam, niesie w sobie do dzisiaj. Wewnątrz murów było bezpieczniej, nie musiało być pięknie i zielono, bo to można było znaleźć tuż poza murami. To co w murach było skąpe, gęste, zacieśnione, by obręb murów był mały, łatwy do bronienia. Jednocześnie środkiem płynęły rynsztoki, odpadki, było tłoczno, gwarnie, smrodliwie. Obszar lęku.

Naturalnym ośrodkiem życia jest gospodarstwo, od czego się bierze słowo „gospodarka”. Pożywienie pochodzi z uprawy, od niej także bierze się słowo „kultura” (łac. cultivare – uprawiać). Sposób nie na dziką ale systematyczną uprawę. Dobrym przykładem jest sadownictwo – drzewa trzeba szczepić, przycinać; by miały szczodrze rodzić muszą być uprawiane. Gdy nie są uprawiane, dziczeją; owoce stają się małe, kwaśne, niesmaczne. Uprawa była ideą rozwoju, w prosty sposób pokazując, że naturze potrzebna jest ręka sadownika, kogoś kto poprzez systematyczną pracę nada jej (naturze) inną doskonalszą „barwę”. To wymaga wiedzy, praktyki, codziennej kultury działania.

Uprawa wydawała się naturalnym stanem istnienia. Natura i ogrodnik – związek doskonały, pełny i dojrzały, w każdym razie tak wydawało nam się do niedawna, a niektórym nadal tak się wydaje.

Chociaż obecnie to raczej nie jest kwestia przekonania – zdaje się, nawet nie wiary – raczej praktycznych stwierdzeń. Tu już nikt nie wierzy, że coś uprawia. Przeważa raczej inny rodzaj świadomości, mieszczący się w granicach stwierdzenia: samochód nieużywany przestaje działać. Zadziwiające ale prawdziwe, sam tego doświadczyłem. Auto w stanie dobrym odstawione na bok po kilku miesiącach postoju traci swój mobilny charakter i staje się nieruchomością. To chyba jest obecna idea kultury: ruszajmy się, bo gdy staniemy, wszechświat przestanie się kręcić.

W wiejskiej chacie jest mądrość, świat nie jest jednorodny. Są różne obrządki: mały – kobiecy; duży – męski; jest przypiecek – porządek seniora i kolibka – porządek przychówku. Świat na przestrzeni obejścia gwarantuje wielowymiarowość istnienia. Każdy ma swoją przestrzeń i każdy ma swoją rolę. Czy te role są wypełniane, czy nie, to zupełnie inna sprawa. Świat nie jest idealny i może nigdy nie będzie, jednak istniał w tym porządku pewien system, kultura uprawy, obserwacji naturalnego rozwoju pieszczonego ręką gospodarza, dobrze wyrażona przysłowiem „pańskie oko konia tuczy”. Obserwacji, która choć była tajemnicą, to jednak praktycznie stosowaną.

W tej codziennej tajemnicy mieściło się pojęcie sztuki, która nie była podskakiwaniem wyżej własnych nerek a raczej codziennym byciem w tej nieokreśloności i używaniem jej do praktyki obejścia. „Pańskie oko konia tuczy”, cóż za praktyczny absurd, a jednak to prawda. Samo zainteresowanie potrafi nadać obejściu kierunek rozwoju. Tak, ta tajemnica ogrodnika, obejścia, codziennych rytuałów, była podstawą trwania w krainie miodem i mlekiem płynącej. Poezja? A może po prostu kultura uprawy życia?

Miasto czy wioska?

Czy warto wracać do takich staromiejskich przemyśleń? Moim zdaniem tak, bowiem miasto w naszej szerokości geograficznej nie jest tworem naturalnym, w którym człowiek czułby się szczęśliwy. W obecnej chwili, gdy koncepcja globalnej wioski staje się powszechnie akceptowana – a co więcej prawdziwa, może nie na poziomie pomysłodawcy ale na poziomie globalnej komunikacji na pewno – pojęcie miasta staje się tym bardziej ważne, bowiem to właśnie ono staje się globalną wioską. Internet dostarcza informacji egalitarnie i bezterytorialnie. Niemal w każdym miejscu kraju, na każdym wzgórku, w każdym przysiółku można zajrzeć Dodzie za biustonosz. Dlaczego Dodzie? O tym za chwilę.

Może warto więc zadać pytanie, czy jest to przestrzeń szczęścia czy przestrzeń lęku. Co kieruje naszymi emocjami? Jak budujemy swoją przestrzeń życia i jak rozmieszczamy nasze wspólne kręgi zależności? A co więcej, czy nadal jesteśmy społeczeństwem, czy jedynie mieszkańcami miasta, a może miasto żyje swoim życiem, a my jesteśmy jedynie beneficjentami jego istnienia?

Zaczynamy pracować w domu, na swoich małych przenośnych komputerach podłączonych do globalnej sieci. Przestają się nas pytać o godziny pracy, to możemy coraz częściej dostosowywać do własnych potrzeb i skłonności, nie musimy trzymać się telefonu na kablu, każdy z nas trzyma w kieszeni tą elektroniczną zabawkę, która przestaje być jedynie słuchawką a zaczyna być komunikatorem. Wszystko co potrzeba do wolności, swobody, nieskrępowanej twórczości. Jeszcze trzydzieści lat temu nie wiedziałem, że mógłbym o tym śnić. Teraz mam to w domu, siedzę w łóżku oglądam film i piszę, na oparciu kanapy mruga komórka – masz wiadomość. Tak, bez najmniejszych wątpliwości – globalna wioska.

Beneficjenci nad ranem

Mam tą fatalną przypadłość, że gdy myślę, chodzę zdarza mi się wychodzić na spacer o porach zupełnie nieprzewidywalnych. Choćby tak jak teraz, 4 rano. Zakładam czapkę i wychodzę na klatkę. Na piętrze brak światła. Z uśmiechem myślę: „Pewnie Korowiow tu był”. I zajęty myślami w półmroku schodzę po schodach. Zajęty i pewne dlatego nie zauważyłem wcześniej, że ze stopni podnosi się kudłaty kształt. Bezdomny. Widzę jego spokojne, nieme spojrzenie, takie bez emocji, ani ciche ani bolesne. Powiedziałbym: tępe, ale mam głębokie poczucie, że w ten sposób obraziłbym tego człowieka. Podnosi się i zaczyna pakować, otulać, obuwać. Jednocześnie patrzy na mnie tak właśnie jakoś beznamiętnie. Rozumiem, że działa wykształcenie, codzienna edukacja, rutyna. Pewnie już wielokrotnie musiał uciekać z takich schodów nad ranem przy wtórze jazgotu jakiejś „pani Dulskiej”. No tak, to stąd to beznamiętne spojrzenie. „Nie musisz nigdzie iść” – mówię, a on siada z tak samo beznamiętną twarzą. Idę i myślę, że to nie jest zapiecek jako wiejska przestrzeń dla oldboja. To zbędność.

Mimo młodej godziny, tuż za rogiem grupka młodzieńców użyźnia narożnik bloku-blokowiska. Młodość i starość w przestrzeni miasta są zadziwiająco podobne w swej zbędności, kto tu się kim interesuje? Czy za czasów darcia pierza było lepiej? Czy jeszcze jesteśmy społecznością, czy jedynie beneficjentami gospodarczego rozwoju? Jest to istotne pytanie szczególnie dziś, w chwili gospodarczego krachu, który przecież nie przyszedł z zewnątrz. Jest on raczej efektem jakiegoś braku kultury w znaczeniu uprawy, czyli dążenia do dobrobytu jako dobrego bytu a nie jedynie kolejnej tony świeżo polakierowanej blachy na kołach. Wyraźnie liberalizm nie radzi sobie z całością, a zarządza jedynie częścią. Czy to prawda? Jeżeli tak, to nie jesteśmy społecznością a jedynie zbiorowiskiem – by nie powiedzieć: zgrają. Czy to wynika z dziedzictwa lęku? Jakie mechanizmy żądzą tym, zdaje się, chorym światem?

Wiem, że takie zdanie jest obecnie nie w modzie, ja to rozumiem. Od lat uprawiam sztukę niezgodną z panującym dogmatem. Ona jednak mówi mi coś o mnie jako istocie ludzkiej, a jeśli ktoś uważa takie myślenie za tandetną górnolotność, przytoczę zdanie, które kiedyś przeczytałem: „Przedsiębiorstwo przeżywa kryzys, kiedy nie może wypełniać swojej misji” Ups, czy ktoś tu powiedział coś o misji? Ależ tandetna górnolotność, fee.

Kultura nie zadaje już takich pytań, nie stawia takich zadań, stała się mierna, czyli możliwa do zmierzenia. Jeżeli do wysokich kulturowo zdarzeń możemy przyłożyć przymiar i widzieć jakie są, jeżeli nie ma w nich tajemnicy, jeżeli puenta czy przekaz są nobliwe a nie intrygujące, to śmiało możemy powiedzieć, że taka rzeczywistość jest wymierzalna, czyli właśnie mierna. Łatwo taką kulturę uprawiać, łatwo nią zarządzać, łatwo w niej uczestniczyć, ale trudno z nią żyć. Bo nasza codzienność jest jednak tajemnicą i jak mi się zdaje całością, choć my jesteśmy jedynie częścią.

Może właśnie stąd ta cała mizeria kupionych biletów i zaglądanie Dodzie do biustonosza? Skoro kultura jest wymierzalna i przewidywalna w swym przekazie, a biust nadal stanowi pewną tajemnicę doświadczenia, to biust Dody może się faktycznie okazać wyższą kulturą od nobliwego spektaklu bowiem zawiera w sobie niewiadomą. Należy ona do emocjonalnych fascynacji tak wielkich, tak wciągających, że stają się dramatycznym, powtarzalnym doświadczeniem. Nałogiem… Tak, nałogi stają się powoli poważną częścią kultury codziennej, sam mam kilka na koncie i wyznam, że jestem z nich absolutnie dumny.

Utracić kontrolę! Cóż za horror współczesnego człowieka a jednocześnie jaki pociągający wentyl życia. Tajemnica, nieprzewidywalność to istota istnienia. Codzienna mierność to istota współczesnej kultury, obracanie tymi samymi pojęciami od dziesięcioleci. Nieprawda? Przecież współczesna awangarda: performance, instalacja, multimedia to idee w wieku emerytalnym. Sprawdzicie. A tajemnica poszła do ludzi i znalazła swoje tajne przejścia. Noc, niewielki sklepik w rogu, dwie maszyny, jednoręcy bandyci i młodzian wpatrzony w migające wisienki. Tak jest na każdym roku, w każdym barze. Ten zafascynowany wzrok, zahipnotyzowany, pół obecny. Co tak wciąga? Tajemnica. Tam jest tajemnica i to jest tajemnica, zaczarowany krąg, prosta odpowiedź na miernotę, wymierzalność życia, tego praktycznego, doniosłego, codziennego wyścigu. „Ja chcę!”, to idea, która ma nas posuwać do przodu.

Czego chcę? Czy ktoś pomoże mi odpowiedzieć? Czy jest jakaś kultura tej odpowiedzi, jakaś zbiorowa refleksja? Powoli się pojawia, tyle że jakoś dziwnie, bo na poziomie raczej telenowel, testosteronowych przedstawień, sztuczek. Coś tam się dzieje, jakoś próbujemy zaglądać w tę tajemnicę „dnia świra”, tego obszaru zbiorowego eksperymentu, wyjścia z ideologicznej baśni i stawania się indywidualnie sobą, osobą, osobo-wością wreszcie. Taki proces zachodzi, przebiega, ale niestety dosyć chyłkiem przez całe lata dziewięćdziesiąte i aż do teraz. Zdaje się, że pomiędzy całością a częścią kryje się jakieś niedomaganie nas jako zbiorowiska. Niedomaganie, którego nie tylko nie rozumiemy, ale też nie zauważamy.

Chcę i muszę, co tu kryć. Muszę się starać, muszę dbać o siebie, muszę czasem miesiącami szukać pracy z uporem i wiarą, nie tą religijną ale tą codzienną, tę w samego siebie, w swój następny dzień i w to, w co coraz trudniej uwierzyć – że jutro nie będę się bał, że codzienność stanie się moim miejscem a nie moją udręką. Czy wiecie jak trudno dochować tej wiary? Jak trudno mieć siłę i wierzyć w to co wydaje się niezbornym chaosem, jakimś zakręconym snem monetarnego wizjonera. A przecież muszę się podnieść iść i zwyciężać. Jakże łatwo ulec wówczas niepokornej nienawiści, do tego co ekonomiczne. Jak łatwo zbzikować hazardowo, alkoholowo, erotycznie, bo te światy zawierają, tak jak Dodowe atrybuty, jakąś tajemnicę, na którą powołuje się szalony monetarysta. Ja chcę istnieć, być szczęśliwy i szanowany i skoro kultura nie odpowiada na moje codzienne potrzeby, a szaleństwo uzależnień daje poczucie doświadczenia tajemnicy, wybieram właśnie je. Bo to daje chociaż pozór zrozumienia, ułamek wiary że mogę, że zdarzy się, że jutro będę miał szansę…

Ku tym potrzebom wychodzą liczne programy i projekty społeczne: przeciwko wykluczeniom, na rzecz wychodzenia z bezdomności – i już przestałeś być człowiekiem, a stałeś się beneficjentem. Bezdomny nie jest już osobowością, która może jako ostatnia ze „zgrai” potrafi podejmować dramatyczne decyzje: „Zamarznąć czy poddać się rygorowi?”. Nie, on już nie jest osobowością, on jest beneficjentem pomocy i ma się dostosować do zasad programu.

Dla mnie ten bezdomny jest tajemnicą. Sam się otarłem o taki świat i przyznaje, że zrejterowałem, znalazłem jakieś rozwiązanie zastępcze, coś co uwikłało mnie w sytuację niesmaczną ale nie bezdomną. Jaką trzeba mieć siłę i determinację by podjąć taką decyzję: „Zostaję tu, w kanale, w altance, na klatce, gdzie o 4 rano wykrzyczy mnie jakaś Dulska. To świat patologi? Czy ostatni bastion podejmowania decyzji? Wreszcie jakaś tajemnica…

Mnie się czasem ci bezdomni składają razem z muzułmańskimi wojownikami podejmującymi decyzję o śmierci. Jakże łatwo powiedzieć: fanatycy; jakże łatwo powiedzieć o bezdomnym: patologia. Na pewno jednak – wykluczenie, a to znaczy, że przestali być całością, społecznością. Jak można się przeciwstawiać obłąkanej całości? Przecież całość to wszyscy poza mną – zło złem się odciska. Na terror wykluczenia – terror dramatycznych decyzji. Oj cóż tu dużo mówić, skoro po pielęgniarkach, anestezjologach, budowlańcach obecnie bezdomni uciekają z TEGO kraju. Bo w Niemczech, Francji nikt ich nie pyta czy wypili piwo, czy spełnili wymagania systemu, czy są prawidłowo przygotowani do bycia beneficjetem. Tam znajdują odrobię zrozumienia i czystą przychylną przestrzeń do spania.

Staliśmy się zgrają pozbawioną kultury uprawy. Utraciliśmy zdolność widzenia siebie jako części całości. A całość jako zbiorowość części. Z ogrodnika staliśmy się świrem dokonującym swoich skomplikowanych codziennych rytuałów, które mają nam pomóc uporządkować codzienność oraz nas w tej codzienności. A co by było, gdyby taką diagnozę uznać za prawdziwą i się jej wewnętrznie nie sprzeciwiać?

Wówczas należałoby spojrzeć na całość z dystansem, jednocześnie zachowując poczucie obecności w tej całości. Oczywiście, przestalibyśmy być obiektywni, bo nie „zewnętrzni”, ale jednocześnie zyskalibyśmy poczucie troski. Takie, które każe myśleć o przedsięwzięciu nie w kategoriach ogólnych, ale w kategoriach biznesowych, gdzie codzienność jest sferą działania, jednak sukces leży po stronie zewnętrznej. Po stronie przedsiębiorstwa są jedynie koszty, a zysk (istota przedsięwzięcia) leży po stronie otoczenia. Zachowanie przedsiębiorcy pozwala mu pozyskać z zewnątrz dochód. Jest więc idealny związek części z całością, wzajemnej relacji. W taki model można wprzęgnąć idee misji bowiem ma ona wówczas praktyczny, codzienny cel. Porządkuje działania długoterminowe i codziennym gestom nadaje rytm pożądanej sekwencji.

To co w pierwszym odruchu odstręcza nas od biznesu, być może nie jest jego wewnętrzną kwestią a jedynie opóźnieniem kulturowym. Zdaje się, że po raz pierwszy od tysiącleci jesteśmy w unikalnej sytuacji, w której to nie kultura dyktuje, co jest ważne, a co nie, lecz dyktuje to samo życie i jego ekonomiczne mechanizmy. My musimy nadążyć i odnaleźć w tym nadążeniu siebie. Bez pomocy, bo uprawa przestała być kulturą a zaczęła być tętniącą codziennością. Przestaliśmy istnieć w świecie wyrażonym słowami: „ja, wójt wam to mówię”, a zaczęli (choć nie bardzo mamy odwagę to zauważyć) żyć w świecie: „budujemy miasto”, ale ktoś musi o tym powiedzieć, inaczej miasto nie jest zbudowane. Wykorzystać to, co jest i zrozumieć, a potem uporządkować i nadać wartości.

Może warto się przyjrzeć temu „ekonomicznemu” modelowi, jako pewnej wartości. Warto – wartości. Coś, co warto robić, co jest korzystne, przydatne, dodatnio wpływające na codzienność. W ten sposób zyskalibyśmy pojęcie wartości jako czegoś, co zawiera w sobie i codzienność i misję. Czegoś, co zawiera się w zmiennej życia. Tu warto by się zwrócić do świata programistów, gdzie funkcjonuje kilka prostych zasad: zmienna, pętla, warunek. Pętla to nasze poszukiwanie szczęścia, od stuleci nieustanne. Nie zwracając uwagi na upadki, wpadki, przewrotki i potłuczenia nieustannie sprawdzamy wszelkie drogi ku szczęściu. Mamy taki przymus. To właśnie jest pętla. Program będzie sprawdzał spełnienie warunku: szczęście! Jeżeli warunek zostanie spełniony pętla przestanie działać i wypuszcza program dalej, jeżeli nie jest spełniony, będzie wracać i powtarzać starania. Tak można by pomyśleć o nas jako o istotach rozumnych, które miast wierzyć w zbiorowe baśnie o racjonalności bytu i konieczności, spełnieniają się jako beneficjent. Które zaczną szanować siebie jako istoty bezwarunkowo dążące do szczęścia i spełniające swoją pętlę marzeń, póki nie spełni się warunek szczęścia.

Możemy uczynić z naszego zbiorowiska, globalnej wioski, system obsługi beneficjentów, ale nie powstrzymamy dążenia do szczęścia. Jest ono jak trawa: błahe, codzienne, niepozorne a jednak zawsze się podnoszące, przebijające beton, asfalt, bezkompromisowo dążące do celu. Tego nie uda się powstrzymać. Trzeba raczej znaleźć jakąś kulturę tej miejskiej uprawy szczęścia, bo zdaje się, że natura nie może istnieć bez kultury, że zawsze jest potrzebna ręka ogrodnika.

Marzy mi się Miasto Społeczne a nie miasto beneficjentów, ale to daleka droga, bo tam na styku jednostki i jedności rodzą się demony. Tam nie wiemy i nie rozumiemy co się dzieje i jak to działa. To obszar tajemnicy: Teraz – ta chwila. Nie tamta i nie przyszła, właśnie TA! Tu jest ten związek, tu dokonuje się pętla szukająca spełniania warunku. Nieustannego poszukiwania szczęścia…

Szukajmy. Ja szukam.

Kultura Enter
2010/03 nr 20

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA