Strona główna/MUZYKA. Nomadzi w Tańcu Śmierci

MUZYKA. Nomadzi w Tańcu Śmierci

MUZYKA. Nomadzi w tańcu śmierci
Anna Viljanen

Historia tego człowieka mogłaby posłużyć jako materiał na niejedną książkę czy film. I posłużyła – dokument o nim autorstwa Sarah Kernochan i Lyn Apelle został nagrodzony w 2002 roku Oskarem w kategorii Krótkometrażowy Film Dokumentalny. Wszystko zaczęło się przeszło sześćdziesiąt lat temu w miasteczku Queens, gdzie sprowadziła się zdecydowanie niecodzienna na tamte czasy rodzina – mieszane małżeństwo z dziećmi. Jego ojciec był wielkim wojownikiem o prawa czarnoskórych, choć sam był biały. Chodził na marsze z Martinem L. Kingiem.

Stacja London Blacfriar’s. Tłumy przelewają się przez piętrowe przejścia, turyści z plecakami i mapami, biznesmeni stukający obcasami, mrowie kolorowych postaci płynie we wszystkie strony. W oddali słychać bicie Big Bena, zbliżają się godziny szczytu, ludzi coraz więcej. Krzyczą, pędzą, rozmawiają, ściskają kubki z kawą, rozmawiają przez telefony, biegną, nie patrząc na siebie nawzajem. Wtem przez szumiący, jednostajny gwar przebija się czysty dźwięk skrzypiec, który jednym pociągnięciem smyczka przecina monotonię. Po chwili dołączają się do niego dwa głosy – jeden wysoki i dźwięczny, drugi – niski, chropowaty, bolesny. Mistyczne słowa w tajemniczym, nieznanym języku splatają się z instrumentami i płyną przez korytarze zatłoczonej stacji metra. Tak nie na miejscu, tak niezwykłe. Śpiew ciemnoskórego mężczyzny zmienia się w warkot jak u dzikiego zwierzęcia. Skórzana kamizela, kilt, antyczna złota biżuteria podzwania przy każdym ruchu. Bije od niego cicha, stanowcza siła, a jego oczy przepojone są bólem. Czysty, niewiarygodnie wysoki sopran stojącej obok niego kobiety, o skórze białej jak śnieg, łączy się z rytmicznym dźwiękiem dzwoneczków, przymocowanych wokół kostek śpiewaków. Tribal Baroque rusza w tan. Ludzie przystają jak zaczarowani, zapominając o swoich obowiązkach. Czas zwalnia bieg.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam ich muzykę, zupełnie się przeraziłam. Ogromny ładunek treści i emocji w Gypsy Dance przytłoczył mnie, potrzebowałam kilku miesięcy podchodów, żeby pozwolić ich muzyce do siebie dotrzeć.
Tworzymy to, czego nie tworzy nikt inny na świecie – mówi Toth. – To coś w stylu opery, ale niezupełnie, niby plemienne (ang. Tribal) – ale nie-plemienne, niby barok (ang. Baroque) ale-nie barok…

Rzeczywiście, ich muzyki nie da się opisać słowami. Szczególnie atrakcyjna jest dla niespokojnych audiofilów, otwartych na doświadczenie i nieustannie poszukujących nowych stylów, kierunków, dróg. Gdyby chcieć zamknąć cały ten ładunek w jednym słowie, najprawdopodobniej byłby to „czysty”. Czysty jak surowe uczucie, niezdefiniowana emocja, coś niezwykle pierwotnego i wysokiego zarazem. Tutaj nie ma półśrodków – albo otwierasz się na nią zupełnie, albo wcale, i wtedy jedyne, co może u ciebie wywołać to zażenowanie lub śmiech. Jeśli jednak słuchacz się otworzy, budzą się najgłębiej skrywane pragnienia, strachy, marzenia, wspomnienia… Odbiór ich występu zawsze jest bardzo personalny. Czasem zdarza się, że ktoś z publiczności zacznie ich obrażać, czasem dołączy się do tańca lub zaśpiewa razem z nimi. Wtedy artyści stanowią swoisty instrument, sa posłańcami, a prawdziwa relacja rozgrywa się między słuchaczem a utworem. To niezwykle intymne doświadczenie. Najciekawiej odbierają je najmłodsi słuchacze. Z ogromnym zadziwieniem podpatrywałam reakcje dzieci na tę muzykę – miałam wrażenie, że to one tak naprawdę są docelowym odbiorcą. Tak samo czyste, niewinne, niezranione, niezmienione przez życie. Tak otwarte na świat i ufne wobec niego.

Taniec śmierci

Historia Stephena Kaufmanna Totha, męskiej części Tribal Baroque, mogłaby posłużyć jako materiał na niejedną książkę czy film. I posłużyła – dokument o nim autorstwa Sarah Kernochan i Lyn Apelle został nagrodzony w 2002 roku Oskarem w kategorii Krótkometrażowy Film Dokumentalny. Wszystko zaczęło się przeszło sześćdziesiąt lat temu w miasteczku Queens, gdzie sprowadziła się zdecydowanie niecodzienna na tamte czasy rodzina – mieszane małżeństwo z dziećmi. Mój ojciec był wielkim wojownikiem o prawa czarnoskórych, choć sam był biały – opowiada Toth. – Chodził na marsze z Mathinem Luther Kingiem, a był szanowanym doktorem, więc ryzykował wiele. Samo małżeństwo rodziców wywołało niezwykłe kontrowersje – nawet rodzina nigdy nie zaakceptowała wyboru George’a Kaufmanna, nie mówiąc już o społeczności.

Rodzice stworzyli nam naprawdę niezwykły, ciepły i bezpieczny świat, w którym czuliśmy się chciani i kochani. Niestety – jedyną rzeczą, na którą nas nie przygotowali był fakt, że świat wcale tak nie wygląda – wspomina Toth. – Kiedy chodziliśmy na rodzinne spacery wszyscy się na nas gapili, na mnie, na moje rodzeństwo, na naszych rodziców. Krzyczeli na nas, wyzywali w naprawdę okropny sposób. Zawsze zastanawiałem się „co się dzieje? Dlaczego tak jest? Przecież jesteśmy zupełnie zwykłą rodziną!”. Nie potrafiłem tego zrozumieć. Byłem bardzo małomówny jako dziecko, a wszystko to bardzo przeżywałem. Ta rozterka, nieumiejętność zaklasyfikowania się ani do czarnych ani do białych bardzo mocno mnie zdefiniowała – mówi. – Przestałem się uśmiechać, stałem się bardzo poważnym nastolatkiem. Ludzie, kiedy mnie widzieli, mówili: „Hej, wyglądasz, jakbyś miał cały świat na ramionach”. I tak było. To towarzyszy mi do dzisiaj – wciąż zastanawiam się co zrobić, by ludzie odnosili się do siebie z większym współczuciem, z miłością.

Muzyka pojawiła się w życiu Totha w momencie rozstania rodziców. Emocje znalazły ujście w twórczości, kiedy młody Stephen Kaufmann, bo tak wtedy Toth się nazywał, zaczął coraz głębiej uciekać w świat wyobraźni. Było to swego rodzaju dziedzictwo po matce, która również ma za sobą niezwykłą przeszłość. Jej matka, babcia Stephena zawsze powtarzała jej: „nie ma mowy, że będziesz czyścić białym podłogi, nie ma mowy. Będziesz robić coś większego, coś godnego szacunku”. I rzeczywiście – jako jeden z pierwszych czarnoskórych muzyków grała w sekcji perkusyjnej Nowojorskiej Opery, współpracowała m. in. ze Stachowskim i Amerykańską Orkiestrą Symfonicznąm jako pierwsza natomiast została zaproszona do pracy w orkiestrze w San Francisco, gdzie przeprowadziła się razem z dziećmi. Wtedy w głowie Totha narodził się koncept, który doskonalił później przez całe swoje życie.

Stworzyłem Festad – fikcyjny kraj z całym jego dziedzictwem kulturowym, historią i językiem, zacząłem komponować muzykę inspirowaną nim, kreowałem kolejnych bohaterów – opowiada. Jego praca trwa do dziś, a utwór Anya (w języku Festad oznacza to „jestem”) z późniejszej płyty Esh & Ea-ey otwiera każdy występ. Wtedy nastąpił kolejny krach, tym razem dla rodzącej się kariery muzycznej – matka Totha została z powodu rasizmu zwolniona ze swojej posady w orkiestrze. Nie pomogły pozwy, przegrywała kolejne rozprawy i mimo znakomitych kwalifikacji nie mogła wrócić do pracy. Pomyślałam wtedy – jaka jest szansa dla moich dzieci? Jeśli ja zostałam potraktowana w taki sposób mimo tego, że byłam uważana za naprawdę znakomitego muzyka… Może lepiej, żeby kształciły się w innym kierunku? – opowiada.

Matka tak naprawdę nigdy nie podniosła się po tym ciosie – mówi Toth. – Zacząłem wtedy studiować astronomię na uniwersytecie w San Diego, ale zapadałem się w sobie. Było coraz gorzej, fantazjowałem o popełnieniu samobójstwa. Pamiętam to dobrze, te pigułki, pamiętam dziesiątą symfonię Mahlera… I wtedy usłyszałem głos, który powiedział „to jeszcze nie jest twój czas. Masz jeszcze wiele do zrobienia”. Kiedy tłumaczę mu na angielski znaczenie słowa „powołanie” w zamyśleniu kiwa głową i potwierdza, że prawdopodobnie to było właśnie to.

To był punkt zwrotny. Albo musiałem umrzeć, albo musiałem to wszystko z siebie wypuścić. Zdałem sobie sprawę, że nie muszę się określać, jak całe życie myślałem. Nie muszę na siłę dawać się zaklasyfikować do jakiejś grupy, mogę po prostu być, dawać moją miłość wszystkim.
I rzeczywiście – według swojej filozofii żyje do dzisiaj. Nigdy nie spotkałam drugiego rozmówcy, który z takim szacunkiem i zainteresowaniem podchodziłby do drugiego człowieka. Po jakimś czasie miasto przyzwyczaiło się do wędrującego ulicami Totha występującego w rozmaitych jego zakątkach. Eksperymentował, przyjął nowe imię, porzucił wstyd. Mawia przewrotnie, że „prawdziwi mężczyźni noszą spódnice”. W tamtym czasie otrzymał ogromne wsparcie od matki, która zapewniła mu mieszkanie, ówczesnej partnerki – Suzanne oraz przyjaciół, z którymi założył zespół.
– Kiedy śpiewałem, ludzie przychodzili i odchodzili. Czułem i ich, i swoją energię, ich wzajemną interakcję… Ale nie mogłem zrobić nic, by ich przy sobie zatrzymać. Lata mijały, ludzie przewijali się przez jego życie, pojawiali się i znikali. On BYŁ – on i jego „solopera” i „prayformance” (ang . „prey” – modlić się + „performance”) Poproszony o opisanie siebie w pięciu słowach bez wahania odpowiedział: I am practising my Death Dance (pol. „Ćwiczę mój Taniec Śmierci”). Głęboko wierzy, że umrze właśnie podczas jednego ze swoich prayformance’ów.

Piękna i Bestia

Po występie towarzyszyłam Tribal Baroque patrząc, jak z dwojga nieziemskich istot przeistaczają się w swoje codzienne, zwykłe-niezwykłe wersje. Chwila zatrzymania bezpowrotnie minęła – ludzie znów mijali nas w pośpiechu, szumiąca rzeka tłumu wróciła na swój dawny tor omywając nas ze wszystkich stron. Nie jesteście zestresowani przed występem? Nigdy się nie boicie? – zapytałam zaintrygowana. Lila spojrzała na mnie przeciągle i uśmiechnęła się lekko. To zabawne, że o to pytasz – odpowiedziała. – To były pierwsze słowa, które powiedziałam do Totha.

Dzieli ich przeszło 30 lat różnicy. Każde z nich przeszło swoją drogę do wspólnego „dziś”. Lila również z muzyką związana jest niejako genetycznie, od zawsze. Oboje jej rodzice zajmowali się nią całe życie zawodowo: ojciec – gitarzysta rock’n’rollowy, producent, właściciel Sharkbite Studios, matka – Broadway’owa piosenkarka współpracująca m. in. z Disney’em. Mimo swoich doświadczeń (a może właśnie z ich powodu?) nie są do końca przekonani do wyboru życiowego córki, lecz przez wiele lat wspierali ją, niekiedy również finansowo. Nie tylko Lila odziedziczyła po rodzicach talent do sztuki – jej siostra bliźniaczka, Jamie Harkin, towarzyszyła jej w artystycznej drodze od najmłodszych lat i obecnie zajmuje się aktorstwem. Wygrałyśmy nawet w szkole talent show śpiewając w duecie operowe utwory – uśmiecha się Lila z nostalgią. – Dorastałam w Nashville, w stanie Tennesse. Szkoła to był naprawdę trudny czas. Byłam ofiarą wiele lat – inni uczniowie znęcali się nade mną na rozmaite sposoby. Byłam inna i przez całe życie bardzo to podkreślałam. Ogromną pociechę odnalazłam wtedy w kościelnym chórze.

Śpiew niósł jej wsparcie już od najmłodszych lat – a miała się czym pochwalić, bo skala jej koloraturowego sopranu sięga niebotycznych rejestrów.
Czasem sama się z siebie śmieję, kiedy siadam przy pianinie i „wchodzę” głosem po kolejnych nutach w górę. Sama jestem zaskoczona jak wysoko potrafię śpiewać – uśmiecha się. Została mianowana liderem sekcji sopranowej w chórze bardzo szybko, bo w wieku 16 lat. Tam doceniono jej talent. W owym czasie jej największym marzeniem było zostać śpiewaczką operową – i miała ku temu ogromne predyspozycje.
Pracowałam bardzo ciężko, żeby osiągnąć ten cel. – mówi. – Rigoletto, Don Giovanni, Die Zauberflote – te są zdecydowanie moje ulubione, ale mam też od zawsze ogromną obsesję na punkcie Upiora w Operze. To dla mnie szczególne dzieło.

Mimo jasnego wyboru drogi życiowej i ogromnej motywacji nadal miała duże problemy w szkole.
– Nienawidziłam ani college’u, ani szkoły teatralnej. Zawsze ubierałam się ekstrawagancko, nosiłam różową perukę, bardzo mocno odróżniałam się od innych uczniów – opowiada. – Miałam tam jednak świetnych nauczycieli: od śpiewu i aktorstwa. To oni przekonali mnie, żebym spróbowała swoich sił w nowojorskiej szkole.
Pierwszy raz spotkali się w Nowojorskim Central Parku. On występował tam bardzo często, ona właśnie przeprowadziła do nowej szkoły. Usłyszała jego głos już z daleka, przywabił ją i usidlił. Stała jak zaczarowana do końca występu, po czym podeszła do mężczyzny i zadała mu swoje pytanie.
Od razu wiedziałam, że on zmieni moje życie. Zakochałam się w jego głosie w jednej chwili – mówi. – Nazwałam go kotrtenorem, zaimponowałam mu tym..

Nie minęło dużo czasu, gdy rzuciła szkołę i zaczęli występować razem. Szybko pojawiła się pomiędzy nami więź – opowiada Lila. Podróżowaliśmy razem po całej Europie szukając miejsc z dobrą akustyką. Tylko tyle potrzebujemy do występowania, bo nie używamy nigdy nagłośnienia. Nieraz zdarzało się, że musieliśmy spędzać noce na ulicy. W końcu znaleźliśmy na dłużej dobre miejsce w Lizbonie, gdzie spędziliśmy niejedne wakacje. Po pięciu latach podróżowania razem wzięliśmy ślub.
To był 2014 rok, a świat stał przed nimi otworem. Jedyne co mieli to siebie nawzajem, dwie pary skrzypiec i cały dobytek w kilku plecakach. Tak jest do dzisiaj.

Szukamy swojego miejsca

Idziemy zjeść coś po koncercie. Nadal nie otrząsnęłam się z wrażenia, jakie na mnie wywarł. Przysłuchuję się ich rozmowie z przyjaciółmi, u których zatrzymali się w Londynie. Patrzę na nich i wiem, że to nie jest proste życie. Kiedy w Bolonii podczas wakacji obrabowano ich, zostali z niczym – ocaliła ich tylko życzliwość przyjaciół i fanów. Kiedy nie znajdą miejsca w mieście, do którego planowali się udać – to ich problem. Kiedy ktoś, komu nie podoba się ich sztuka i zgłosi ich, a policja zaaresztuje podczas występu (wydarzyło się to kilka razy) – są zdani sami na siebie. Nomadzi to wojownicy. Są wolni jak ptaki, ale płacą za to ogromną cenę – muszą zapomnieć o poczuciu bezpieczeństwa w takim rozumieniu, jakim zna je zwykły człowiek. Człowiek z pracą od ósmej do szesnastej, z rodziną, psem, teatrem w niedzielę, wyjazdem na wakacje i, co najważniejsze, Domem.
– Podróżując, ciągle szukamy swojego miejsca. W końcu je odnajdziemy – mówi Lila.
Nie wierzę, że są tutaj, obok mnie, na żywo, że istnieją. Jak barwne, rajskie ptaki są zaprzeczeniem wszystkiego, czego uczy nas współczesny świat – musisz to, musisz tamto. Otóż – nie musisz. Nie musisz NIC. Wystarczy, że JESTEŚ.

Anna Viljanen

Anna Viljanen − studentka psychologii na KUL. Dziennikarka, felietonistka, recenzentka, blogerka.  Publikowała m.in. w „Finland Today”, „Pen Show Magazine”, „Sofie”, „Label Magazine” czy lubelskim „Gościu Niedzielnym”. Prowadzi bloga inkoholiczka.wordpress.com. Viljanen to pseudonim, który ma korzenie w fascynacji językiem i kulturą Finlandii.

 

Kultura Enter, 2019/01 nr 87

Zdjęcia rozmówców wykonała autorka 'story', Anna Viljanen.

Zdjęcia rozmówców wykonała autorka 'story', Anna Viljanen.