Strona główna/Na granicy

Na granicy

Na granicy
Grażyna Lutosławska

Stoimy. Dokumenty, pieczątki, sprawdzanie, czekanie. To nie ta, tamto nie to, tego brakuje. Pogranicznik patrzy na nas surowo. Czekanie, sprawdzanie, pieczątki, dokumenty. Jedziemy.

Jest rok 1992, dwa autokary wynajęte przez Teatr NN wiozą nas do Drohobycza. W jednym z nich Jerzy Ficowski rozmawia z Władysławem Panasem o zaginionym Mesjaszu, Stefan Chwin z Włodzimierzem Boleckim o relacjach Schulza z Leśmianem i Witkacym, Wojciech Chmurzyński opowiada Małgorzacie Kitowskiej o jedynym zachowanym obrazie, który namalowałpisarz z Drohobycza, Jerzy Jarzębski próbuje dostrzec to, co widział autor Sklepów cynamonowych, kiedy patrzył w przyszłość. A może rozmawiają o tym, że zgłodnieli i dobrze byłoby zatrzymać się gdzieś na obiad. Jestem przejęta wyprawą i chociażbardzo staram się zapamiętać z niej jak najwięcej, to przecież wiem, że nie tylko pamięć Doda nie sięga „w istocie poza chwilę i najbliższą aktualność“.[1] Na szczęście mam ze sobą mikrofon reporterski. To on zapamiętuje szczekanie psa, które słychać, kiedy milczymy, stojąc nazajutrz na rogu Mickiewicza i Czackiego. Mija pięćdziesiąt lat od chwili, kiedy Bruno Schulz leżał w tym miejscu zastrzelony przez gestapowca Güntera. Tego dnia miał przekroczyć granicę i znaleźć schronienie, które przygotowała mu Zofia Nałkowska. Na chodniku nie ma jeszcze tablicy upamiętniającej śmierć pisarza. To my swoją obecnością przypominamy o tym mijającym nas mieszkańcom Drohobycza. Po południu Alfred Schreyer prowadzi nas do szkoły i pokazuje, gdzie stała ławka, na której siadał Bruno Schulz. Po zajęciach z prac technicznych lubił opowiadać uczniom bajki. O czym były, tego pan Alfred nie może sobie przypomnieć. Ale pamięta, że raz, w czasie wojny, uratował życie dlatego, że umiał zrobić stół, bo nauczył go tego w szkole Bruno Schulz. Późnym wieczorem do hotelowego pokoju wraca Agata Tuszyńska. Całe popołudnie zbierała materiały do książki Kilka portretów z Polską w tle.[2] Słucham jej relacji o spotkaniach z Żydami, którzy ocaleli z Holokaustu, i wtedy chyba pierwszy raz myślę o tym, że opowiadanie historii to utrzymywanie przy życiu świata, którego dotyczą. „Jesteś pewna, że było tak, jak mówią? Że wszystko zapamiętali?“ – pytam ją jeszcze przed snem. Ale Agata milczy. Przez następne ćwierć wieku czytam jej książki, w których to, co i jak się pamięta, ma wpływ na życie ich bohaterów.

Na zajęciach z warsztatu dziennikarza radiowego Aleksandra czyta swoją pracę o Jankielu, który postanowił pisać dziennik, żeby kiedyś jego syn wiedział, jak wyglądało życie ojca. Tego dnia, w którym zaczął notować, wypił kawę zbożową na śniadanie. Później poszedł do pracy, wrócił, modlił się, a na obiad była zupa ziemniaczana z pietruszką. Obiecał synowi, że jutro dłużej poczyta mu jego ulubioną książkę. Wieczorem zastanawiał się z żoną, czy Debora to dobre imię dla ich nienarodzonego jeszcze dziecka. Jeśli to będzie syn, nazwą go Aviram. „To był pierwszy i ostatni dzień, jaki udało się opisać Jankielowi” – czyta Aleksandra. – „W nocy Niemcy wtargnęli do ich mieszkania, zastrzelili chłopca, a małżonków zabrali do obozu pracy. Estera nie przeszła kontroli lekarskiej. Ponieważ była w ciąży, trafiła do komory gazowej. Jankiel został skierowany do pracy w polu. Przeżył cztery miesiące. Nikt nigdy nie przeczytał kartki z jego dziennika.” Kilka tygodni wcześniej Joanna Zętar oprowadziła moich studentów po Ośrodku „Brama Grodzka – Teatr NN”. Pokazała czterdzieści trzy tysiące papierowych teczek. Każda z nich przypisana jest do jednego z Żydów mieszkających przed wojną w Lublinie. W każdej jest to, co udało się na jego temat ustalić. Teczki mają różne grubości. Proszę studentów, żeby następnego dnia wrócili tu, wybrali jedną z teczek i spróbowali opowiedzieć, jak mógł wyglądać dzień mieszkańca żydowskiego miasta. Aleksandra sięgnęła po teczkę, która była pusta. Nikt nigdy nie dowie się, jak naprawdę wyglądało życie Jankiela.

„W Lublinie powstała wyrwa w przestrzeni miasta, będąca jednocześnie wyrwą w pamięci miasta, które o tym fragmencie swojej przestrzeni zapomniało. Fragment nie pasuje do reszty, nie pasuje do swojego otoczenia, jest tu zbyt pusto jak na lokalizację blisko ścisłego centrum. Jednak czasami pojawia się tu ślad pamięci. Pozornie przestrzeń nie wchodzi w dialog z wchodzącym w nią człowiekiem. Pozornie, bo jednak stale zadaje nam pytania. Tylko w jakim języku do nas mówi?“ – pisze Joanna Zętar w szkicu poświęconym nieistniejącej już dziś w Lublinie ulicy Krawieckiej.[3] Stoję na moście między Bramą Grodzką a lubelskim Zamkiem. Patrzę na ścieżkę wydeptaną w miejscu, gdzie przed wojną biegła ulica Krawiecka. Z boku, po prawej, rośnie wierzba, która widziała zagładę żydowskiego miasta. Kobieta za moimi plecami rozmawia przez telefon i prosi córkę, żeby ta wyjęła z szafy wykrochmaloną pościel. Będą miały gości, trzeba przygotować pokój. „Na kolację zrobimy placki, kup ziemniaki” – słyszę. Odwracam się z nagłą potrzebą sprawdzenia, czy naprawdę słyszę rozmowę o mającej odbyć się tego dnia kolacji, czy też udało mi się usłyszeć, jak na przyjazd gości szykuje latkes ze śmietaną gospodyni z ulicy Krawieckiej. „Nie zapomnij kupić ziemniaków“ – kobieta przypomina o tym córce po raz drugi. Zanim skończą rozmowę, powtórzy to jeszcze raz, jakby chciała się upewnić, że ułomna pamięć nie zepsuje im wieczoru.

Babcia stawiała na stole chleb, który dziadek przynosił z piekarni za rogiem. Opowiadam Magdalenie Krasuskiej o secesyjnym, piętrowym żyrandolu, który wisiał nad stołem w moim rodzinnym domu. Będzie z tego historia do Domu ze słów, zbudowanego na stronie Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”.[4] Na długich, szklanych soplach uczyłyśmy się z siostrą liczyć. Ich dźwięk uspakajał, kiedy siedząc na ramionach dziadka, wygrywało się na nich melodie. A kiedy nikt nie patrzył, wchodziłam na stół i udawałam, że mam na głowie koronę księżniczki z krainy lodu. „Ty miałaś hełm ufoludka” – poprawia mnie siostra. – „To ja miałam koronę“. Spieramy się, ale tylko przez chwilę, bo z pamięcią jeszcze nikt nie wygrał. Zamiast z nią walczyć, lepiej poruszyć nielicznymi ocalałymi soplami. Spróbować przypomnieć sobie nie tylko smak, ale i dźwięk skórki chleba pękającej przy krojeniu. Usłyszeć tykanie zegara, które próbuję odtworzyć w pamięci każdego dnia, bo wtedy mój świat ma rytm i porządek. Nie wiem, kto mieszkał przed nami w starej siedleckiej kamienicy, w której spędziłam dzieciństwo. I czyja historia zniknęła, kiedy zaraz po wojnie kilkuletni wtedy wujkowie bawili się szklanymi płytkami  znalezionymi w piwnicy. Były brudne, więc starannie je wyczyścili. Ten sam los mógł spotkać szklane negatywy z kamienicy Rynek 4 na lubelskim Starym Mieście. Na szczęście były ukryte na strychu, a kiedy odnaleziono je kilka lat temu, trafiły w ręce, które znały ich wartość.[5]

Kiedy pisałam sztukę Anioł za lodówką, przedwojenne szklane negatywy z twarzami mieszkańców Lublina leżały jeszcze w kryjówce.[6] Dziś rozpoznaję na nich moich bohaterów: Sarę, Mame i Tate. Ich kuchnia – w tekście sztuki – jest także kuchnią rodziny Agaty. Żeby zmienić wymiar i czas, trzeba wsłuchać się w tykanie zegara, który czasem przyspiesza, a czasem zwalnia i jego wskazówki biegną w drugą stronę. Czasem się zatrzymują, a wtedy na dachu kamienicy ożywają kamienne potwory, z którymi walczy mały chłopiec. Dwa niszczejące maszkarony stojące na jednym z dachów przy lubelskim placu Zamkowym opisał w Oku Cadyka, wyjątkowym przewodniku po Lublinie, profesor Władysław Panas, który uczył, jak patrzeć, żeby widzieć także to, co jest niewidzialne.[7] To, co dzieje się na dachu kamienicy, w Aniele za lodówką widzą tylko kot i anioł. Mobilizują siły i ruszają na pomoc chłopcu. Wiedzą, że od tej walki zależy los nie tylko rodziny Agaty, ale może i całego świata. „Chodzi o takie oko, które słyszy, i o takie ucho, które widzi” – pisał Panas.[8]Chodzi o to, żeby nie zamykać oczu.

Siedzimy z Joanną Zętar w kawiarni na lubelskim Starym Mieście. Przyglądają nam się twarze ze szklanych negatywów, które wydrukowano i wstawiono w niektórych oknach zamiast szyb. My oglądamy je dodatkowo na ekranie laptopa, który stoi obok filiżanek z kawą.Przetarcia i plamy na zdjęciach uniemożliwiają dostrzeżenie pełnego obrazu. Próbujemy odtworzyć w wyobraźni brakujące szczegóły, jakby mogły one dopowiedzieć historię, której i tak nie znamy. Joanna mówi, że ktoś rozpoznał na jednym ze zdjęć swoją babcię. Może w takim razie pamięta też, jak odwiedzał ją przed laty. Jak siadał przy stole, na którym babcia kroiła chleb i słuchał bicia kuchennego zegara. A może zegar wisiał w przedpokoju, który zniknął z jego pamięci, ocalała kuchnia, bo tam zawsze było ciepło i stał stół, leżał na nim chleb, a może to była chałka. Pamięć lubi zwodzić, mieszać, zastawiać pułapki, a czasem zamyka oczy i wtedy opowieść staje się niewidzialna, i znika na zawsze. Zastanawiam się, którędy szła do fotografa kobieta, którą widzę opartą o balustradę przed drzwiami mieszkania w kamienicy Rynek 4. Może tędy, gdzie stoi nasz kawiarniany stolik? A może przechodziła koło domu Widzącego z Lublina, cadyka, który umiał czytać przeszłość, przewidywać przyszłość i widzieć niewidzialne? Zdaniem profesora Panasa, to na miejscu domu Widzącego wybudowano po wojnie kamienicę z dwoma maszkaronami na dachu. Jeden z kamiennych potworówpopękał i pokruszył się, prawie zniknął. Albo też którejś nocy odbyła się tam walka i chłopiec zwyciężył. Pomogli mu kot i anioł, który zgubił aureolę. Okazało się, żeżeby uratować mamę, tatę, Agatę, a może i resztę świata, aureola wcale nie była mu potrzebna. Wystarczyło, że zobaczył to, czego nie widzieli inni.

Siedzimy, pijemy kawę i patrzymy. Twarze, plamy, ślady, znaki. Patrzymy uważnie. Znaki, ślady, plamy, twarze. Patrzymy i próbujemy przekroczyć granicę widzialnego.

Grażyna Lutosławska

Pierwodruk: „Konteksty. Polska Sztuka Ludowa. Antropologia kultury – etnografia – sztuka” 2017, nr 3: Misterium Bramy. Antropologia pamięci, s. 176–177.

[1] B. Schulz, Dodo, w: idem, Opowiadania. Wybór esejów i listów, oprac. J. Jarzębski, Wrocław 1989, s. 277.
[2] A. Tuszyńska, Kilka portretów z Polską w tle, Gdańsk 1993.
[3] J. Zętar, Narracje (nie)pamięci: ulica Krawiecka (2), w: Blog Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” (dostępny w witrynie: blog.teatrnn.pl).
[4] Vide: Dom ze słów, w witrynie: teatrnn.pl/domslow.
[5] Vide: Twarze nieistniejącego miasta – kolekcja szklanych negatywów z kamienicy Rynek 4, w: Ikonografia Lublin (witryna: teatrnn.pl/ikonografia/negatywy).
[6] G. Lutosławska, Anioł za lodówką, Teatr Andersena, Lublin 2016 (reż. D. Arbaczewski).
[7] W. Panas, Oko Cadyka, Lublin 2004.
[8] Ibidem, s. 19.

Dziewczynka (fotografia wykonana we wnętrzu kamienicy Rynek 4), lata 30. XX w., Abram Zylberberg, skan negatywu z kolekcji odnalezionej w Lublinie przy Rynku 4 (z archiwum Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”).

Dziewczynka (fotografia wykonana we wnętrzu kamienicy Rynek 4), lata 30. XX w., Abram Zylberberg, skan negatywu z kolekcji odnalezionej w Lublinie przy Rynku 4 (z archiwum Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”).