Strona główna/Nagroda za twórczość. Żanna Litwina – wywiad

Nagroda za twórczość. Żanna Litwina – wywiad

Żanna Litwina – prezes Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy (BAŻ), które obecnie jest największą w Białorusi niezależną organizacją, działającą w sektorze mediów. BAŻ łączy tych, którzy zajmują się zawodową działalnością dziennikarską lub też pomagają w jej rozwoju. Oprócz centralnego biura w Mińsku stowarzyszenie posiada 5 oddziałów regionalnych. Od 1997 roku BAŻ jest członkiem stowarzyszonym Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy (IFJ). W 2003 roku Światowe Stowarzyszenie Wydawców Gazet (WAN) nagrodziło działalność stowarzyszenia nagrodą „Złote pióro wolności” (Golden Pen of Freedom prize), zaś w grudniu 2004 roku Parlament Europejski wręczył BAŻ nagrodę imienia Sacharowa na rzecz wolności myśli. W czerwcu 2011 roku BAŻ otrzymało Nagrodę Wolności Rady Atlantyckiej.

Aleś Barysiewicz: Żanna, działalność BAŻ w Białorusi jest rzeczywiście unikalna. W ciągu już ponad 15 lat zajmujecie się nie tylko programami edukacyjnymi i społecznymi, lecz co jest szczególnie aktualne w naszym kontekście, bronicie praw i interesów niezależnych dziennikarzy. Od czego rozpoczęła się historia BAŻ? Podejrzewała Pani wtedy, w 1995 roku, na ile ważna stanie się ta działalność?

Żanna Litwina: Potrzeba pojawienia się nowej organizacji dziennikarzy istniała i według mnie była podyktowana ówczesną sytuacją. Przed utworzeniem BAŻ w Białorusi zachodziły interesujące procesy. Nazywam ten okres renesansem niezależnego dziennikarstwa białoruskiego. Powstawały nowe niezależne wydania, cała atmosfera była wtedy bardzo swobodna. Pojawieniu się BAŻ sprzyjały także i osobiste okoliczności, od razu po wyborach prezydenta Białorusi została zamknięta rozgłośnia radiowa Biełaruskaja Maładiożnaja, a z państwowego radia i telewizji Biełdziarżteleradyjo zostało zwolnionych 18 dziennikarzy w tym ja, która pełniła wtedy funkcję redaktora naczelnego stacji radiowej. Poczucie konieczności stworzenia korporacyjnej solidarności wśród dziennikarzy, pomagania sobie nawzajem doprowadziło do stworzenia nowej organizacji dziennikarskiej.

Na pierwsze zebranie BAŻ przyszło kilkadziesiąt osób. Wtedy nie do końca rozumiałam, po co tworzy się tę organizację i czym będziemy się zajmować. Jednak życie wszystko szybko wyjaśniło. Pierwszym oświadczeniem, które wydał BAŻ, był protest, związany z wyrzuceniem z państwowej drukarni Białorusi gazet „Narodnaja Wola”, „Imia”, „Biełorusskaja Diełowaja Gazieta”, które później rozpoczęły druk na Litwie. W ten sposób ostatecznie wykształciły się priorytety naszej działalności. Po pierwsze jest to udzielanie konsultacji prawnych naszym kolegom po fachu. Następnie organizacja programów edukacyjnych. Im mija więcej czasu, tym bardziej się przekonuję, że niestety tracimy nasz zawód.

W Białorusi obecnie mamy unikalną sytuację – cała nasza społeczność dziennikarska podzielona jest na dwie części. Jedni wzięli na siebie funkcję ideologów, propagandzistów, którą bez sprzeciwu wykonują i zajmują się, mówiąc ogólnie, obsługą władzy wykonawczej. Inni to ci, którzy pracują w wydaniach niepaństwowych i za wszelką cenę starają się utrzymywać standardy swojego zawodu. Dzisiaj członkami BAŻ jest ponad 1000 osób. Wydajemy własny magazyn „Abażur”, który z niewielkiego folderu przekształcił się w pełnoformatowe wydanie. Nasza działalność polega również na prowadzeniu szeregu kampanii: „Na rzecz spuścizny historycznej”, „Na rzecz dobrobytu ekologicznego”, „Na rzecz jakościowego dziennikarstwa”.

A.B.: Jakie kierunki są dzisiaj dla BAŻ­‑u priorytetowe?

Ż.L.: Niestety, w sektorze mediów pozostały problemy, których w żaden sposób nie możemy rozwiązać i które właściwie stały się już dla nas „tradycyjne”. W ciągu 5–7 lat cały czas pozostaje aktualnym nasze żądanie równych warunków ekonomicznych funkcjonowania mediów niezależnie od ich formy własności. Występujemy przeciwko dyskryminacji polityczno­‑gospodarczej, stosowanej wobec niezależnych mediów. Prasa państwowa do tej pory działa w oparciu o dotacje ze strony państwa. Według nas to jest całkowicie nieprawidłowe dlatego, że przeszkadza tworzeniu się konkurencji na rynku medialnym. Z drugiej strony jest oczywiste, że im więcej dotacji ze strony państwa, tym ma ono większe prawo do kontrolowania tych wydań i wykorzystywania środków masowego przekazu dla swoich celów. Dlatego też, jeśli tak spojrzymy na całą sytuację, to jest ona logiczna. Dostęp do informacji pozostaje globalnym problemem dla dziennikarstwa białoruskiego i sytuacja z każdym rokiem się pogarsza. Podpisane w tym roku Rozporządzenie nr 68 po raz kolejny rozszerzyło liczbę przedsiębiorstw i organizacji, które mają prawo nadania swojej działalności statutu poufności. Obecnie jest 58 takich instytucji. Zrozumiałe jest, kiedy swoje tajemnice ma na przykład Rada Bezpieczeństwa. Jednak w żaden sposób nie mogę zrozumieć, jakie tajemnice może mieć Miński Miejski Komitet Wykonawczy, Narodowa Państwowa Kampania Radiowo­‑Telewizyjna „Biełteleradyjokampanija” czy Ministerstwo Informacji. To absurd. Takim samym absurdem według mnie jest istnienie w kraju całej instytucji pracowników ideologicznych, która staje się barierą, stojącą na drodze dziennikarza do informacji.

Również do tego samego zaliczę problem freelancerów. Zgodnie z Ustawą o mediach, przyjęta 2 lata temu, współpraca dziennikarzy z zagranicznymi mediami bez akredytacji jest w Białorusi zakazana. Wszelkie próby naszych kolegów po fachu, współpracujących z TV Biełsat, Radyjo Racyja, aby otrzymać akredytację w Ministerstwie Spraw Zagranicznych są bezskuteczne. Odmowa motywowana jest całkowicie absurdalnymi wyjaśnieniami, na przykład „Odmawiamy akredytacji, bo do tej pory pracował Pan bez akredytacji”.

Trzeci problem sektora mediów związany jest z białoruskim prawem. Już wiele lat BAŻ żąda doprowadzenia białoruskiego ustawodawstwa w tym zakresie do międzynarodowych norm i standardów.

Osobnym tematem dla nas jest Internet, gdzie dziś można zaobserwować aktywny rozwój zasobów informacyjnych i sieci społecznych. Według ekspertów władze białoruskie poczuły zagrożenie, które może być związane z Internetem. Dlatego też tylko w ciągu ostatniego roku w kraju przyjęto 12 aktów prawnych, ukierunkowanych na uregulowanie przestrzeni internetowej. Na przykład kilka dni po tragicznym wybuchu w mińskim metrze w dniu 11 kwietnia Prokuratura Generalna wprowadziła zarządzenie o ograniczeniu dostępu z urzędów państwowych do zasobów portali charter97.org oraz belaruspartisan.org (największe białoruskie opozycyjne portale internetowe — przyp. autora). Działania takiego typu bardzo nas niepokoją. To dotyczy naszych, jeszcze raz powtórzę, „tradycyjnych” problemów. Dzisiaj można do tego dodać jeszcze jeden czynnik – ekonomiczny. Jeżeli tytuły państwowe w warunkach ostrego kryzysu gospodarczego mogą liczyć na wsparcie, to niezależne media znalazły się na progu bankructwa z powodu wzrostu cen usług drukarskich, papieru, który nawiasem mówiąc sprzedawany jest gazetom niepaństwowym przez Mohylewską Fabrykę Papieru półtorej razu drożej. Wszystkiemu temu towarzyszy stres, który można zauważyć w społeczeństwie. Ludzie nie rozumieją, co się dzieje, pojawiła się rzeczywiste zapotrzebowanie na informację bez cenzury. Weszliśmy w taki okres, kiedy dogmaty ideologiczne i propaganda już nie działa. Dzisiaj w dziennikarstwie potrzebne jest podejście intelektualne, niezbędna jest też poważna analityka. Należy oddać głos ekspertom. To znaczy, że prowadzenie ciągłego dialogu o dniu dzisiejszym i jutrze to właśnie to, czym powinno zajmować się dziennikarstwo.

A.B.: Wspomniała Pani o tym, że białoruskie prawo w zakresie mediów nie odpowiada standardom międzynarodowym. W czym się to przejawia?

Ż.L.: Kilka lat temu w nowej ustawie medialnej pojawiły się zapisy, z których się bardzo cieszyliśmy. Na przykład nie trzeba było już uzgadniać lokalizacji redakcji z władzami lokalnymi. Wcześniej, zanim się otrzymało pozwolenie na zarejestrowanie gazety, trzeba było udać się do lokalnego komitetu wykonawczego i prosić o pozwolenie na lokalizację w tym rejonie. Odmowę można było uzyskać bardzo łatwo. Dzięki takiemu środkowi represyjnemu można było kontrolować i wstrzymywać pojawienie się nowych wydań. W nowej ustawie te zapisy zostały usunięte. Jednak rok temu Ministerstwo Informacji przyjęło zarządzenia, na mocy których znowu został wprowadzony cały szereg zupełnie nieoczekiwanych ograniczeń. Na przykład redaktorem naczelnym nowotworzonej gazety może zostać tylko osoba z wyższym wykształceniem i doświadczeniem w pracy na stanowisku kierowniczym w tej branży nie mniejszym niż 5 lat. Niejawnie istnieje lista dziennikarzy, którzy w jakiś sposób kojarzeni są jako oponenci władzy. Zarejestrowanie tytułu pod kierownictwem któregoś z tych dziennikarzy jest niemożliwe. Tylko w ubiegłym roku odmowa została wydana 8 redakcjom. Skomplikowana procedura rejestracyjna w zasadzie jest szczególną cechą naszego ustawodawstwa. Na całym świecie rejestracja ma charakter oświadczenia. Należy tylko powiadomić, że od tego momentu twoim biznesem jest gazeta i to wszystko. Oczywiście, istnieją kraje ze swoimi osobliwymi przepisami. Jednak najprawdopodobniej tak duża liczba pozwoleń wymagana jest tylko w Białorusi. W wielu krajach europejskich ustawy medialnej właściwie nie ma. Gazety działają na mocy zwykłego prawa cywilnego i kodeksu karnego.

A.B.: Jakie są na dzień dzisiejszy dane, dotyczące niepaństwowych mediów w Białorusi?

Ż.L.: Według danych Ministerstwa Informacji Republiki Białoruś na dzień 1 kwietnia 2011 roku z 1362 mediów drukowanych, 961 to tytuły niezależne. Jednak mimo tego, że media niepaństwowe ilościowo przeważają, to w przestrzeni informacyjnej Białorusi dominują media państwowe. Związane jest to z tym, że większość tytułów niepaństwowych ma charakter rozrywkowy bądź reklamowy. Tylko około 30 wydań niepaństwowych stale naświetla życie polityczne i społeczne kraju. Teraz, w warunkach kryzysu gospodarczego, boimy się pogorszenia sytuacji na niezależnym rynku mediów. Mogą temu sprzyjać także nierówności ekonomiczne, o których już mówiłam.

A.B.: Na czym polegają te podwójne standardy ekonomiczne?

Ż.L.: Po pierwsze chodzi o cenę papieru i usług drukarskich. Po drugie na dzień dzisiejszy 11 naszych najważniejszych gazet ma problem z dostępem do państwowego systemu kolportażu. W rezultacie gazety zmuszone są do inwestowania dodatkowych środków w tworzenie drobnych sieci kolportażowych. Oprócz tego istnieje całkowicie niejawne zarządzenie, aby na przykład banki nie zamieszczały reklam w gazetach niepaństwowych. Ponadto w czasach kryzysu niezależne media zetknęły się z problemem wypłacalności dłużników. Dotknęło to te wydania, które działają w sieciach kolportażu. Na przykład „Swobodnyje Nowosti Plus” to gazeta, której nie można zaprenumerować, ale którą można kupić w kioskach. Dzisiaj Biełsajuzdruk nie jest w stanie na czas wypłacać te pieniądze, które gazeta zarobiła. Takich problemów, związanych z wypłacalnością różnych organizacji, jest bardzo wiele. Wszystkie one w bardzo negatywny sposób odbijają się na budżecie wydań niezależnych. I to z uwzględnieniem tego, że na wsparcie mediów państwowych z budżetu kraju tylko w tym roku przeznaczono około 54 milionów euro.

A.B.: Oprócz BAŻ w Białorusi istnieje Białoruski Związek Dziennikarzy. Niestety jest to typowa sytuacja w białoruskim kontekście. Na przykład istnieje u nas Białoruski Związek Pisarzy i Związek Pisarzy Białorusi.

Ż.L.: Zawsze z ironią dodaję, że w Białorusi działają także dwa związki Polaków. To już jest szczyt „rozdwojenia” naszego społeczeństwa („rozłam” Związku Polaków Białorusi nastąpił w 2005 roku, kiedy władze białoruskie „sprowokowały” ponowne wybory prezesa Związku. W rezultacie w Białorusi istnieje teraz oficjalny, lojalny wobec władzy Związek Polaków oraz nieoficjalna, faktycznie nielegalna organizacja, wspierana przez polską stronę – przyp. autora).

A.B.: Tak, takie „rozdwojenie” stało się oznaką naszych czasów. Co się zaś tyczy BAŻ i BZD, to jasnym jest, że przy wspólnych przepisach obie organizacje mają różne priorytety działalności. Na czym według Pani polega różnica działalności BAŻ­‑u w porównaniu z tym, czym się zajmują koledzy z Białoruskiego Związku Dziennikarzy?

Ż.L.: Jeżeli będziemy mówić o dokumentach wewnętrznych, na przykład o kodeksie etyki, który mamy zarówno my, jak i BZD, to wiele rzeczy jest wspólnych. Dalej, już w praktyce, zaczynają się pojawiać zasadnicze różnice w założeniach naszych organizacji, wyobrażeniach o miejscu i roli dziennikarstwa w społeczeństwie. Na przykład w statucie Narodowej Państwowej Kampanii Radiowo­‑Telewizyjnej jest napisane, że to państwowa placówka centralna, którą powołano do przekazywania polityki państwowej. Mi się wydaje, że to zasadniczo przeczy istocie zawodu dziennikarza. Dziennikarz przede wszystkim powinien zbierać i rozpowszechniać informacje, starając się to robić maksymalnie profesjonalnie. W żadnym wypadku nie powinien stoczyć się do strefy obsługiwania, nie być tylko dodatkiem i częścią sterowanej maszyny. Na tym polega nasza główna różnica w stosunku do Białoruskiego Związku Dziennikarzy.

A.B.: Czy udaje się wam w jakiś sposób współpracować z Białoruskim Związkiem Dziennikarzy?

Ż.L.: Niestety w trakcie całej historii istnienia BAŻ ani razu nie udało nam się złożyć wspólnie podpisów w sytuacjach, które dotyczyły całej społeczności dziennikarskiej. Był taki znamienny moment, kiedy swego czasu zwróciliśmy się do naszych kolegów ze Związku z propozycją przeprowadzenia wspólnej ekspertyzy nowego projektu ustawy medialnej. Wtedy odmówili dialogu z nami. Później zaczęły się pojawiać inne problemy zawodowe, na przykład dyskryminacja ekonomiczna. Kiedy 10 lat temu takie systemy kolportażu jak Biełposzta i Biełsajuzdruk odmówiły sprzedaży gazet niepaństwowych, to nasi koledzy w żaden sposób nas nie wsparli. Takie samo stanowisko zajmują przy procesach sądowych nad dziennikarzami. W 2002 na mocy kodeksu karnego za zniesławienie i oszczerstwo zostali skazani Mikałaj Markiewicz, Wiktar Iwaszkiewicz, Pawał Mażejka. Ponad 2 miesiące temu wszczęto sprawę karną wobec dziennikarza „Gazety Wyborczej” Andrzeja Poczobuta. Niestety nasi koledzy ze Związku całkowicie ignorują te problemy, a nawet o tym nie wspominają. Mimo wszystko, wierzę jednak w możliwość naszej konsolidacji. Dzisiaj wspólnie ze szwedzkim instytutem Fojo zaczęliśmy program, w którym udział wezmą zarówno dziennikarze z BAŻ­‑u, jak i ze Związku. W ramach tego programu powinna odbyć się wizyta w Białorusi szwedzkiego rzecznika praw medialnych. Nasi szwedzcy koledzy odwiedzą redakcje gazet państwowych i niezależnych. Chciałabym wierzyć, że stanie się to impulsem dla zjednoczenia całego środowiska dziennikarskiego.

A.B.: Czy istnieje na dzień dzisiejszy problem wykształcenia w zakresie dziennikarstwa?

Ż.L.: Według mnie problem jest i to bardzo poważny. Obecnie dziennikarzy kształci u nas jedna placówka edukacyjna. Wcześniej nosiła nazwę Wydziału Dziennikarstwa Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego, teraz zaś jest to Instytut Dziennikarstwa tejże uczelni. Jednak istota sprawy się nie zmieniła. Mało tego, kiedy odbywała się reorganizacja, słychać było głosy, które namawiały, by wydział dziennikarstwa stał się instytucją ideologiczną. Właśnie dlatego też jednym z priorytetów działalności BAŻ­‑u są programy edukacyjne. Szeroko promujemy warsztaty, organizujemy kluby prasowe zarówno z udziałem fachowców z kraju, jak i z zagranicy.

A.B.: W związku z wydarzeniami w trakcie poprzednich wyborów prezydenckich w Białorusi i działaniami represyjnymi wobec niezależnych dziennikarzy, jak również stronniczym pokazaniem tych wydarzeń przez media państwowe, Rada Unii Europejskiej wprowadziła sankcje, zakazujące wjazdu do Unii niektórym dziennikarzom białoruskim. Jak może Pani skomentować wprowadzenie tych sankcji?

Ż.L.: Odnoszę się do tego z rezerwą. Za każdym razem, gdy jestem o to pytana, przede wszystkim podkreślam, że BAŻ nie ma nic wspólnego z tym procesem. Oczywiście, że nie jest dobrze, kiedy takie działania są podejmowane w stosunku do dziennikarzy. Jednak lista ta obejmuje tak zwanych funkcjonariuszy dziennikarstwa, którzy uważają się za urzędników państwowych. Jak tak się na to spojrzy, to te działania można zrozumieć.

A.B.: W Białorusi regularnie zamykane są tytuły niepaństwowe. Na dzień dzisiejszy zagrożone są tak duże gazety, jak „Narodnaja Wola” czy „Nasza Niwa”. W jakim stopniu według Pani słuszna jest tak silna kontrola mediów ze strony państwa?

Ż.L.: Dla nas prawdziwą katastrofą są prezydenckie kampanie wyborcze. Po roku 2001 w przestrzeni informacyjnej utraciliśmy połowę gazet niezależnych. Niektóre zamknęły się same, gdyż nie wytrzymały warunków ekonomicznych, inne zostały zamknięte przez sądy. Po roku 2006 pojawiła się ustawa, ograniczająca rozpowszechnienie mediów niepaństwowych poprzez urzędy państwowe. Po ostatniej kampanii wyborczej znów pojawiły się problemy. Zostało zamknięte Autaradyjo, wpłynęły pozwy, żądające przerwania działalności „Narodnej Woli” i „Naszej Niwy”. Zgodnie z prawem białoruskim gazetę można zamknąć po dwóch ostrzeżeniach za złamanie jakiegokolwiek paragrafu. Osobno są wysuwane ostrzeżenia wobec dziennikarzy. Sam fakt istnienia zagrożenia zamknięcia gazet świadczy o krytycznej sytuacji w mediach.

A.B.: Działalność BAŻ została doceniona wieloma nagrodami. W czerwcu 2011 w ramach Wroclaw Global Forum 2011 otrzymaliście „Nagrodę Wolności”. W jakim stopniu takie poparcie jest dla was ważne?

Ż.L.: Oczywiście, to zawsze jest miłe i prestiżowe. Na przykład „Nagrodą Wolności” oprócz BAŻ­‑u została z Białorusi nagrodzona także organizacja, broniąca praw człowieka „Wiosna” oraz Wolny Teatr. Jednak, jeśli mam być szczera, to bardziej się cieszę, gdy otrzymujemy nagrody nie za walkę, nie za przejaw własnej pozycji, ale za twórczość. To są najbardziej cenne nagrody dla dziennikarza.

A.B.: Jakie perspektywy widzi Pani w rozwoju instytucji niezależnego dziennikarstwa? Co mogłoby zasadniczo zmienić sytuację?

Ż.L.: Według mnie, aby zaszły poważne zmiany w sektorze mediów, powinien rozpocząć się proces reformowania rynku medialnego wraz z demonopolizacją, odpaństwowieniem mediów. Władza musi zrezygnować z monopolu na informacje. Niezbędne jest wprowadzenie równych warunków ekonomicznych, gdyż wtedy możliwa będzie konkurencja w sektorze mediów. W naszym społeczeństwie pojawiłaby się z kolei możliwość otrzymywania nieocenzurowanej, swobodnej i aktualnej informacji. Te procesy w końcu by pozwoliły, aby do mediów wrócił dialog, który daje ludziom możliwość wypowiadania własnych sądów i opinii. I to jest bardzo ważne. Media powinny wziąć na siebie funkcję platformy do prowadzenia takiego dialogu.

Żanna Litwina, Aleś Barysiewicz

Żanna Litwina

Żanna Litwina