Strona główna/Nie jesteśmy zespołem demonstrantów, raczej zespołem „istniejących absurdów”

Nie jesteśmy zespołem demonstrantów, raczej zespołem „istniejących absurdów”

Ilyę Charapko-Samokhvalova, lidera projektów muzycznych Cassiopeia oraz Petlya Pristrastiya, dziennikarze białoruscy określają „bohaterem lirycznym” i „fenomenem białoruskiej muzyki alternatywnej”. Cassiopeia jest projektem teatralnym. Realizując go, muzycy, ubrani w dziwne stroje, śpiewają surrealistyczne teksty z podkładem w stylu synth pop. „Pętla – przeciwnie –prezentuje muzykę rockową – nerwową, rytmiczną i bardzo osobistą… Desperackie utwory Charapko-Samokhvalova przypominają raczej drugą falę punku na Syberii oraz rosyjskiego rock undergroundu z lat 90.” (rosyjski magazyn „Rolling Stone”). W tym roku Ilya po raz drugi został nominowany do znanej w Rosji nagrody w dziedzinie muzyki alternatywnej Wilk Stepowy (Steppenwolf). Według jej pomysłodawcy, Artemia Trajeckiego, „jest to jedyna w Rosji nagroda przyznawana głównie za innowacyjność oraz talent”.

Stasia Rusiecka: Ilya, jesteś już po raz drugi nominowany do nagrody Wilka Stepowego. W 2009 roku Cassiopeia została nominowana do short listy w kategorii Odkrycie Roku. W tym roku Pętla Lojalności otrzymała nominację w kategorii Tekst. Jak ważne są dla Ciebie tego typu wyróżnienia?

Ilya Charapko-Samokhvalov: Gdybym powiedział, że nie przywiązuję żadnej wagi do tego, byłoby to nieprawdą. Ale nie sądzę, że to coś zmieni w moim życiu. Oczywiście, że jestem zadowolony. Nawet jeśli, nie daj Boże, otrzymam tę nagrodę. Chociaż, moim zdaniem, szanse są bardzo małe, biorąc pod uwagę to, że jestem w towarzystwie dziewcząt z „Lemandey”, Michasia Fenichava, Yaugena Alekhina, którzy naprawdę zasługują na tę nagrodę. Jednak sam fakt, że znalazłem się w takim towarzystwie, jest dla mnie miły.

Dlaczego nie daj Boże?

I.Ch.-S.: Ponieważ musiałbym tam pojechać, na dodatek na własny koszt… W ogóle byłem tam już raz, nie jest to takie zabawne. Nagłośnienie było słabe. Może jednak były to pierwsze koty za płoty. Tak naprawdę wstydzę się tak dużej liczby ludzi. Wyjdę i powiem, że niby co…?

Zaśpiewasz.

I.Ch.-S.: Według regulaminu mogę tylko recytować wiersze. Będę musiał recytować, a tego nie potrafię.

Z zawodu jesteś aktorem. Czy teatr zaistniał w Twoim życiu przypadkowo, czy była to świadoma decyzja?

I.Ch.-S.: Ta „prastara” historia korzeniami sięga czasów, gdy byłem nastolatkiem. Od jedenastego roku życia uczęszczałem do studium teatralnego Vitamin D w Soligorsku. Zagrałem tam wiele pierwszoplanowych ról, wszyscy przepowiadali mi wielką przyszłość teatralną. Sam siebie nigdy nie widziałem w roli aktora. Gdy natomiast przyszedł moment „zniknięcia” z miasta, musiałem dokonać wyboru. Rozumiałem, że na Uniwersytet Lingwistyczny się nie dostanę, także na Uniwersytet Białoruski w Mińsku. Ponieważ wymogiem było opanowanie takich dyscyplin, jakich nie tyle że nie znam, ile są dla mnie czarną magią z Wysp Wielkanocnych. Gdy ściągałem na matmie w szkole, nie miałem pojęcia, czy to, co ściągam, jest dobre, nic nie rozumiałem i mogłem spokojnie ściągać z błędami. Dlatego wiedziałem, że z takim przygotowaniem nie mogę nawet porywać się na jakiekolwiek egzaminy wstępne na poważne uczelnie. Pozostała mi jedyna droga – podążania w kierunku humanistycznym. Na Akademię Sztuk Pięknych trzeba było zdawać egzaminy z danej specjalizacji oraz język rosyjski lub białoruski, według uznania. Lecz na Akademię również się nie dostałem, musiałem więc zdawać na Akademię Kultury.

S.R.: Czy od razu trafiłeś na scenę Teatru Młodzieży?

I.Ch.-S.: W roku 1998, gdy byłem studentem trzeciego roku, opiekun naszego roku, Rygor Baravik, zaprowadził nas na przegląd do Teatru Młodzieży. Jakimś cudem zwróciłem na siebie uwagę i dostałem się tam. Właśnie w Teatrze Młodzieży spotkałem Aleksandra Liberzona, który w tym czasie był reżyserem dźwięku. Sasha już w 2000 roku był znanym w Mińsku muzykiem, członkiem niegdyś głośnego zespołu „Raspilawau i wykinuu”. W momencie naszego spotkania prowadził zespół Karate. „Słyszałem, że nieźle śpiewasz. Czy nie miałbyś chęci na współpracę?” – zaproponował Liberzon. Zgodziłem się. Miał kilka pomysłów nagrania paru utworów. Razem napisaliśmy kilka tekstów. Znów zaśpiewałem. Wyszło nieźle. Wszystkim się podobało. Postanowiliśmy kontynuować. Nagromadziło się wystarczająco dużo utworów na płytę. Ponieważ wypadało temu nadać jakąś formę, nazwaliśmy się Cassiopeia i wydaliśmy płytę.

Projekt teatralny Cassiopeia odznacza się przede wszystkim wyraźnym stylem wizualizacji. Skąd pomysł tych niezliczonych wariacji przeobrażeń?

I.Ch.-S.: Trudno było osobiście realizować wszystko, co wymyśliliśmy. W tym celu należało wymyślić kilka nowych postaci.

Są to jednak wyjątkowe, „pokręcone” postacie

I.Ch.-S.: To prawda, muzykę jednak też wykonujemy pokręconą. Byłby to rodzaj wizualnego rozdźwięku, gdybyśmy wychodzili na scenę w zwykłym stroju i grali pokręconą muzykę.

Skąd jednak tego typu „absurd”?

I.Ch.-S.: „Absurd” w czym?

W postaciach. Pierwsze, co zwraca uwagę – zrównoważeni, zdrowi, zwykli faceci zakładają jakieś kolorowe absurdalne stroje Dlaczego na przykład nie eleganckie garnitury i umalowane twarze lub ogolone klaty z tatuażami?

I.Ch.-S.: Myślę, że mamy taką potrzebę. Oczywiście nie robimy tego z wyrachowania. Po prostu jesteśmy pokręceni.

Kto jest kompozytorem „pokręconej” muzyki dla Cassiopei? Czy od początku byliście nastawieni na konkretnych odbiorców?

I.Ch.-S.: Za muzykę jest odpowiedzialny Liberzon. To on jest melomanem. W tamtym czasach, obecnie zresztą też, był wytwornisiem, bardzo dumnym z tego faktu. Postanowił więc stworzyć muzykę w modnym w tamtych czasach stylu lo-fi, el-muzyki. Następnie wszystko to przekształciło się w muzykę w połowie gitarową. Mam gitarę, więc poprosił mnie o zagranie. Zagrałem, powiedział, że jest dobrze, więc tak zostało.

Czy to oznacza, że Cassiopeia jest zespołem na topie?

I.Ch.-S.: W tamtych czasach, na początku obecnego stulecia, była bardzo na topie, tak mi się wydaje.

A obecnie?

I.Ch.-S.: Obecnie to zespół, który sam określa swój kierunek.

Jaki jest podział obowiązków w zespole?

I.Ch.-S.: Słowa tworzymy wspólnie z Sashą Liberzonem. Przynosi jakiś wstępny zarys, razem kombinujemy, zastanawiamy się, w jaki sposób da się do tego śpiewać, następnie – o czym będziemy śpiewać. Tym sposobem krok po kroku powstaje utwór.

Co jest bodźcem Twojej twórczości?

I.Ch.-S.: Promile alkoholowe, cóż by innego?

Czy to oznacza, że nie ma ona żadnego sensu?

I.Ch.-S.: Ma. Jak to nie ma? Ma dość wieloznaczny sens. Wypowiadamy się w imieniu nie jednego bohatera, lecz licznych i różnorodnych. Nawet jeśli są to postaci absurdalne, posiadają głębokie wnętrze.

Teksty zawierają ogromkosmosu”, obecni są też „przybysze z innych planet”…

I.Ch.-S.: No, skądże znowu, nie taki ogrom, może ze dwadzieścia procent. Jeżeli wspomnieliśmy przybyszy, należy zaznaczyć, że kiedyś również byliśmy przybyszami. Obecnie posiadamy dość rozbudowaną kolekcję osobistych strojów odnoszących się do różnych tematów: Lodowisko, Koziołek, Pszczółka Maja, Zezwierzęcone Zło, na przykład, czy Książę i Żebracy. Zgodzi się Pani, że wszystko to z kosmosem nie ma za wiele wspólnego.

W jakim kierunku będzie się rozwijać kolekcja Cassiopei?

I.Ch.-S.: To tak jakby próbować określić drogę powrotną do domu człowieka bardzo pijanego – nie wiadomo, w jakim momencie zawróci i dokąd pójdzie. My również nie wiemy, co będzie z nami.

Jak dotychczas po prostu jesteście „rozanieleni błogością”?

I.Ch.-S.: To prawda, jeśli to można tak określić: „rozanieleni błogością”… Oczywisty jest jednak fakt, że nie tylko spędzamy czas na wzajemnym ekscytowaniu się. Czasem jesteśmy rozanieleni, czasem wystraszeni. Na razie jest nam dobrze.

Czy są tematy, których nigdy byście nie poruszyli w swoich tekstach?

I.Ch.-S.: Nie ma takich tematów. Jeśli nie mamy jeszcze piosenki na ten temat, oznacza to, że jeszcze do niego nie sięgnęliśmy. Kiedyś jednak to zrobimy.

Czyligranicewłasnej wyobraźni nie istnieją?

I.Ch.-S.: Z pewnością są pewne tematy, których wolelibyśmy nie poruszać. Zresztą szczerze. Polityka na przykład. I nie chodzi o samą politykę. Istnieje sposób wypowiedzi, na który nie możemy sobie pozwolić. Jeśli będzie to polityka, to na przykład wymyślimy utwór o Darte Vaderze, który został prezydentem jakiejś zapomnianej planety… Nie jesteśmy zespołem demonstrantów, raczej zespołem „istniejących absurdów”. Dlatego nie możemy prezentować haseł politycznych dotyczących aktualnych sytuacji.

Czy nie macie czasem chęci zareagować właśnie na aktualną sytuację?

I.Ch.-S.: Jako osoba oczywiście że mogę reagować. Jako autor raczej nie. Często to wcale nie ja kieruję tym twórczym procesem. To improwizacja nieświadomości, a nie z góry określony twórczy wyczyn.

Rosyjscy krytycy muzyczni wysoko oceniają twórczość zespołów Cassiopeia Petlya Pristrastiya. Jaką rolę według Ciebie odgrywają takie głosy krytyków? Na przykład, czy określenie „sybirski punk” („punk z Syberii”), użyte w stosunku do Petlya Pristrastiya, trafia w sedno tego, co robisz?

I.Ch.-S.: Nie wiem i w zasadzie nie moją sprawą jest zrozumienie tego, co robię. Nie jestem specjalistą od teorii, nie mam globalnych intencji. Wiem, że na przykład dziennikarze w Moskwie, Alexander Gorbaczow, Ilya Zinin, zaliczają grupę Petlya Pristrastiya do rosyjskiego rocka. W zasadzie powinno tak być, gdyby projekt ten nie miał skandalicznego piętna „muzyki trzeciego gatunku”. Jest to jednak ich zdanie. Po prostu robimy to, co przede wszystkim lubimy robić.

A co sądzisz na temat określenia Ciebie jako „bohatera lirycznego”?

I.Ch.-S.: No, myślę, że ktoś mocno przesadził. Po prostu nie znają mnie osobiście.

Nie zgadzasz się na bycie „bohaterem lirycznym”?

I.Ch.-S.: Zbyt dużo wiem na swój temat, żebym mógł się zgodzić. Być może nawet jestem liryczny, jednak między mną i bohaterem lirycznym istnieje dystans. Nie jest to określenie całkiem przesadzone, jednak niezupełnie trafnie mnie charakteryzuje.

Zarówno z jednym, jak i z drugim zespołem podróżujesz z licznymi koncertami. Czy białoruski widz różni się od rosyjskiego?

I.Ch.-S.: Widz białoruski już się do nas przyzwyczaił. Dorośliśmy do posiadania własnej społeczności. Z tego powodu zawsze mamy ciepłe przyjęcie. Są osoby, które bardzo często przychodzą na koncerty. Znają wszystkie teksty, głośno śpiewają z nami. Czasami przyjeżdżasz do miasta, gdzie nie jesteś dobrze znany, więc to oczywiste, że koncerty w takich miejscach są spokojniejsze. Zdarza się jednak, że publiczność od razu żywo reaguje. To zależy nawet nie od mentalności, bardziej od przygotowania słuchacza.

Gdzie jest bardziej „przygotowany”?

I.Ch.-S.: Oczywiście że tutaj. Przede wszystkim liczebnie. Często gramy w knajpie Graffiti. Ostatnie trzy koncerty poszły po prostu „śpiewająco”: klub nie mógł pomieścić wszystkich chętnych. Zdarzają się jednak koncerty, na przykład niedawno w Krasnodarze, kiedy przychodzi tylko trzydzieści osób. Pomimo to organizatorzy imprezy byli zadowoleni, ponieważ jak na to miasto to całkiem nieźle, szczególnie jeśli chodzi o zespół, który przyjechał tam po raz pierwszy. I prawdopodobnie, gdy przyjedziemy po raz kolejny, osób będzie znacznie więcej.

Czy mógłbyś połączyć zespoły Cassiopeia i Petlya Pristrastiya?

I.Ch.-S.: Petlya to inna sprawa – tu nie da się poskakać w dziwnym stroju. Są to zupełnie inne zespoły, które, pomimo że powstały niemalże w tym samym czasie, bo na początku tego wieku, mają całkiem odrębne koncepcje. Petlya Pristrastiya nie jest kontynuacją Cassiopei, a Cassiopeia nie jest częścią tego drugiego.

Jeżeli Cassiopeia toistniejący absurd”, to Petlya Pristrastiya to

I.Ch.-S.: …To człowiek – księga lamentacji.

Co jest źródłem natchnienia dla Petlya Pristrastiya? W przypadku Cassiopei są to promile alkoholu

I.Ch.-S.: Tu też promile. Tylko że czasami wypijesz i jest ci dobrze, a czasami źle. Kiedy jest dobrze, wtedy Cassiopeia, gdy źle – Petlya Pristrastiya…

Z pewnością zespół Cassiopeia jest przygotowany na nieadekwatną reakcję widza. To jasne, wizerunek i teksty mogą sprowokować. Czy zdarzyło się coś, co było prawdziwym zaskoczeniem nawet dla Was?

I.Ch.-S.: Pewnego razu zdarzyło się coś takiego w Moskwie, w klubie „Gogal”. Jest to miejsce, gdzie zanim rozpocznie się koncert, może zajrzeć tu każdy. W trakcie próby nagłośnienia śpiewaliśmy utwór o Myszce Mickey. Już kończyliśmy, gdy nagle słyszę, że obok mnie ktoś strasznie przeklina, tak głośno, z taką złością. Przerwaliśmy i rozglądamy się – na progu stoi starsza kobieta i przeklina nas, ponieważ śpiewamy piosenkę o Myszce Mickey. „Po co się tak wysilacie? Mickey Mouse, ten wasz! Fuj! K…, kretyni!” To była prawdziwa patriotka, dlatego piosenka o Mickey była dla niej nie do zniesienia. Oczywiście została wyprowadzona i kontynuowaliśmy próbę.

Jak sobie radzisz z „nieznośną lekkością bytu”?

I.Ch.-S.: Dzięki przyjaciołom, bliskim – to zrozumiałe. Staram się nie dopuścić do siebie przypadkowych ludzi, jeśli to możliwe, nie wchodzę w żadne relacje z państwem.

Czy uważasz, że Twoją karierę muzyczną wieńczy sukces?

I.Ch.-S.: Sukces jest pojęciem względnym. Wiele osób krytykuje mnie za to, że mało się „kręcę”. Gdybym bardziej zajął się projektem, sposobem zarządzania, promocją „produktu” na rynku – wszystko mogłoby przynosić jeszcze większy sukces. Myślę jednak, że nie zgrałbym się z tym wszystkim, szczególnie w pojedynkę. Ogólnie jednak jestem zadowolony, ponieważ jest to o wiele więcej, niż spodziewałem się na początku.

Co dziś Cię zaskakuje – w muzyce, w człowieku, na ulicy?

I.Ch.-S.: Zaskakuje? Nie wiem. Może rozkochać, zachwycić, lecz jest to niezupełnie zaskoczenie. Człowiek może bardzo mi się spodobać, prawie do stanu zakochania. A zaskoczenie… Gdybym zobaczył człowieka, który przelatuje z drzewa na drzewo na wysokości 50 metrów, na pewno byłbym zaskoczony. Lub gdybym spotkał człowieka o dwóch głowach, też byłbym zaskoczony, najpierw przestraszony, następnie zaskoczony… Ale na poważnie. Gdy pewnego dnia spotkam prawdziwego geniusza, nie na skalę lokalną, lecz człowieka, który będzie w stanie obalić obecny stan rzeczy, z pewnością będę zaskoczony – jakim cudem go spotkałem. Jest to jednak tak samo prawdopodobne, jak latać z drzewa na drzewo.

Nie wierzysz?

I.Ch.-S.: W UFO, kosmitów, yeti wierzę…

Zakończmy pompatyczną kropką nad „i”. Jak sądzisz, ten świat uratuje…

I.Ch.-S.: Meteoryt tunguski… Czy jeszcze coś?

Rozmawiała Stasia Rusiecka