Strona główna/Nie: patrzcie i płaczcie, ale: dajcie nam żyć!

Nie: patrzcie i płaczcie, ale: dajcie nam żyć!

Teatr 21 gości na warszawskich scenach już od ośmiu lat, jednak większe zainteresowanie mediów zyskał dopiero pod koniec ubiegłego roku[1]. Przyczyniła się do tego grudniowa premiera spektaklu „…i my wszyscy. Odcinek 0”. Nietypowość prowadzonego przez Justynę Sobczyk zespołu (tworzą go aktorzy z zespołem Downa oraz autyzmem) powoduje, że dziennikarze chętniej odnoszą się do specyfiki pracy z nim niż przygotowanego przedstawienia. Ścieżkę tę uważam za jak najbardziej potrzebną i ważną – każda wypowiedź sprawia, że Inni, a więc w tym przypadku chorzy czy jak ich nazywa Lech Śliwonik „zamurowani”[2] – stają się mniej obcy. Krok po kroku znika dystans wynikający z niewiedzy, izolacji. Sądzę jednak, że nie powinien to być jedyny sposób mówienia o fenomenie Teatru 21 – oprócz emancypacyjnego charakteru działań tej grupy trzeba komentować również jej artystyczne dokonania. Odsuwając je na bok zwyczajnie podważamy ich wartość (w ciągu blisko trzech miesięcy od premiery ukazał się tylko jeden tekst o charakterze recenzenckim[3]).

Nie powinno się jednak analizować spektakli „21” w oderwaniu od sytuacji grupy, dlatego że praca nad przedstawieniem opiera się na maksymalnym korzystaniu z codziennego doświadczenia jej członków. Podstawą do budowania scen często stają się ich wypowiedzi z prób. Aktorzy, mówiąc o sprawach dla nich ważnych i trudnych, pozwalają się poznać, ale też dają widzom szansę, aby zwrócili uwagę na określone zjawisko i odnieśli je do siebie. Do tej pory były to głównie kwestie związane z osobowością i tożsamością („Portret”, „Ja jestem ja”). „I my wszyscy…” wchodzi w krąg zagadnień społecznych: tematem staje się praca. Według danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w styczniu bezrobocie w Polsce przekroczyło czternaście procent – w przybliżeniu problem braku perspektyw zawodowych dotyczy co siódmej dorosłej osoby… Czy kiedykolwiek zdarza się nam, pełnosprawnym, pomyśleć, jak wyglądają statystyki dotyczące osób niepełnosprawnych? Ja pierwszy raz zastanawiałam się nad tym podczas spektaklu. Okazuje się, że są problemy przed którymi staje każdy z nas: jest nam do siebie bliżej, niż się spodziewamy. Scena, w której Aleksandra Skotarek oświadcza: „Wychodzę do pracy”, przekręca klamkę nieistniejących drzwi, po czym stwierdza: „Ale tu nic nie ma”, a za nią ruszają kolejni – również trafiając w pustkę – z przerażającą ironią diagnozuje problem naszych czasów. I są to czasy nas wszystkich.

i-my-wszyscy1

Długotrwały brak zatrudnienia oprócz braku pieniędzy oznacza też codzienną nudę, bezczynność. I od nich właśnie zaczyna się spektakl: aktorzy siedzą na krzesłach, nic nie mówią, obserwują widzów, aż w końcu ktoś przerywa ciszę słowami – „Od tego siedzenia już mnie pupa boli…”. Ktoś inny pyta osobę z publiczności: „Jaki jest pani sposób na nudę”? Z pomocą szybko przychodzą inni wykonawcy – serial! Nic tak nie zabija czasu jak oglądanie telewizji! Zwłaszcza, że wybór jest duży. Aktorzy przerzucają się tytułami, aż w końcu pada nazwa TEGO serialu – „Klan”. Momentem przełamania – jeśli nie staranowania – bariery społecznego dystansu wobec niepełnosprawnych umysłowo w Polsce było pojawienie się w telenoweli postaci chłopca z zespołem Downa. Serial pozwolił milionom Polaków zobaczyć, jak w codziennym życiu funkcjonuje chory i jego rodzina. Dzięki temu osoby, które nie mają kontaktu z niepełnosprawnymi, mogą myśleć o nich w sposób mniej wyobrażeniowy. Dla członków Teatru 21 ten serial ma znaczenie z jeszcze jednego powodu: sławny jako Maciek z „Klanu” Piotr Swend należy do ich grupy.

W teatrze amatorskim sytuacja, w której kolega z zespołu jest serialowym gwiazdorem to ewenement. I coś, co działa na wyobraźnię. Zdobyć pracę to spełnienie marzeń i sukces, ale zarabiać na życie grając w popularnej telenoweli – to jak sięgnąć po gwiazdkę z nieba, czy, jak mówi Piotr w spektaklu, „strzał w dziesiątkę”. Co nie jest możliwe w życiu, staje się jednak realne w teatrze – pojawia się hasło: zróbmy serial. I nie jeden, lecz od razu kilka, tak aby każdy znalazł coś dla siebie: o rodzinie cyrkowców, o statku miłości – gdzie absztyfikantem może stać się sam książę William (jak już pozwolić szaleć fantazji, to na całego!), o znajomościach z Internetu, poszukiwaniu pracy… Aktorom pozwala to wcielić się w role dla nich niedostępne – ani w telewizji, ani w życiu. To rozwinięcie myśli wcześniejszego „Portretu”, w którym wykonawcy dostali możliwość przymiarki innych ciał. W „I my wszyscy…” sprawdzają się w relacjach społecznych, które w powszechnej świadomości kojarzą się z pełnosprawnością. Banalna, oklepana scena romantycznego poranka zakochanej pary nabiera innych znaczeń, gdy występują w niej osoby z zespołem Downa. Czy będziemy ją mogli kiedyś zobaczyć na ekranie i – co ważniejsze – czy ma ona szansę zaistnieć w życiu? Odpowiedź słyszymy w piosence rapowanej przez Barbarę Lityńską i Michała Pęszyńskiego – „Nigdy nie będzie jak w prawdziwym serialu!”. Jakże celna to uwaga: telewizyjne tasiemce zamiast naśladować prawdziwe życie, opowiadać o nim, pokazują świat na tyle odległy od rzeczywistego, że przesuwa się on w sferę marzeń.

i-my-wszyscy2

Język teatralny „I my wszyscy…” składa się prostych, ale funkcjonalnych elementów. Nie trzeba przebieranek, dekoracji, nawarstwiania znaków. Rządzi zasada im mniej, tym lepiej. W takim scenicznym środowisku nieskomplikowane chwyty nabierają znaczenia wymownych symboli. Kolejne miejsca akcji, serialowe plany, stwarzane są za pomocą minimalnych środków. Największych nakładów wymaga chyba scena na statku miłości: podmuchy wiatru targającego włosy głównej bohaterki uzyskano dzięki suszarce, folia imituje fale, pomiędzy którymi – zamiast ryb – pluskają czerwone usta (przyczepione do dłoni aktorów). Skoro punktem odniesienia staje się rzeczywistość szklanego ekranu, musi pojawić się telewizor: wyświetlane publiczności sekwencje z udziałem niepełnosprawnych wprowadzają efekt obcości, uprzytamniają, jak niespotykanym w telewizji widokiem jest osoba niepełnosprawna.

Piotr Swend, który w „I my wszyscy…” nie wciela się w serialowe postaci spełni rolę swoistego Mistrza Ceremonii. Pojawia się z boku sceny. Pokazuje publiczności tabliczki sugerujące reakcję adekwatną do sytuacji (śmiech, aplauz, okrzyk zdziwienia ). Działania aktywizujące widownię (takie jak: pytania, wspólne śpiewanie wyklaskiwanie rytmu) stały się już znakiem rozpoznawczym Teatru 21. Sprawia to, że wybierając się na ich spektakl, mam poczucie, że nie idę popatrzeć, ale spotkać się, uczestniczyć. Śmiechu nigdy nie brakuje – i to może być dla wielu osób odkrywcze przeżycie: na spektaklach robionych przez ludzi chorych można nie tylko chlipać, ale i mieć ubaw po pachy. Zespół świetnie radzi sobie ze zdarzeniami nieprzewidzianymi w scenariuszu (czasami wręcz je inicjuje). Imponuje mi lekkość i naturalność, z jaką podchodzą do tego, co zdarza się na scenie. Nie starają się tworzyć perfekcyjnej imitacji rzeczywistości: kreują własną i współdecydują o jej kształcie, zgodnie ze swoimi możliwościami i wyobraźnią. Każdy kolejny spektakl Teatru 21 utwierdza mnie w przekonaniu, że kluczowe dla jego funkcjonowania słowa to zespół, współpraca i akceptacja.

i-my-wszyscy3

„21” konsekwentnie przełamuje wyobrażenie o teatrze robionym z niepełnosprawnymi, który wyciska łzy i łapie za gardło, każąc (przez chwilę) zadumać się nad ciężkim losem odtwórców ról. Tu teatr tworzy się z życia i dla życia – stąd maksymalna szczerość, zaangażowanie i autentyzm wszystkich uczestników procesu twórczego. Toon Baro, reżyser teatru Tartaar (Belgia) napisał: „Jestem głęboko przekonany, że przedstawienie teatralne ludzi niepełnosprawnych umysłowo powinno być przede wszystkim dobrym spektaklem, powinno być sztuką, piękną i zaangażowaną w głęboki dialog z publicznością – a jednocześnie powinno wspomagać kulturową emancypację ludzi niepełnosprawnych”[4]. Ja za każdym razem po spektaklu „21” mogę powiedzieć: „Tak, czuję, że odbyłam ważną rozmowę, a wątki z niej wracają do mnie samoistnie w moich codziennych sprawach”. Zauważyłam, że kiedy opowiadam lub zastanawiam się na ich spektaklami używam słów: uświadomiłam sobie, zrozumiałam, dostrzegłam, spojrzałam w nowym świetle, odkryłam… O kim więc była ta rzecz? O niepełnosprawnych? O mnie? I o nas wszystkich.



[1] Subiektywnie wyliczam i linkuję ważniejsze: artykuł Mike’a Urbaniaka w „Przekroju” (do przeczytania na blogu autora: http://panodkultury.wordpress.com/2013/02/25/21-powodow-do-szczescia-2/) prowadząca grupę Justyna Sobczyk udzieliła wywiadu Tadeuszowi Sobolewskiemu (http://wyborcza.pl/1,76842,13269009,Mow_do_mnie_Meryl_Streep.html), gościła na antenie radia TOK FM (http://www.tokfm.pl/Tokfm/0,130137.html) a wraz z aktorami – Piotrem Swendem i Danielem Krajewskim – w programie „Pytanie na śniadanie (http://www.tvp.pl/styl-zycia/magazyny-sniadaniowe/pytanie-na-sniadanie/wideo/spektakl-z-aktorami-z-zespolem-downa/9845131). Pracy z Teatrem 21 dotyczy też część rozmowy z reżyserką w grudniowym numerze Kultury Enter („Inna ekonomia”).

[2]Śliwonik L., Zamurowany, [w:] „Terapia i teatr”, Łódź 2006, s. 57-68

[3] „Spotkanie twarzą w twarz” Katarzyny Skręt z Nowej Siły Krytycznej (http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/156297.html)

[4] T. Baro, Teatr – terapeutyczny ekran, „Scena” 2000, nr 4, s. 16