Strona główna/Niewidzialna mapa Wrocławia

Niewidzialna mapa Wrocławia

Wycieczki z niewidomymi przewodnikami kazały mi odkrywać na nowo dobrze znane miejsca. Punktem wyjścia do „Niewidzialnej mapy” było szukanie inspiracji dla fotografii. Dwa lata pracy nad projektem uświadomiło mi jednak, w jak wielu innych dziedzinach takie spotkania mogą być inspirujące. Architektura, urbanistyka, komunikacja, fonosfera, orientacja i identyfikacja miejsc to tylko niektóre z nich ujęte w tym artykule.

Geneza

Projekt „Niewidzialna mapa Wrocławia” powstawał przez dwa lata (2005-2006) i był realizowany we wrocławskim Ośrodku Postaw Twórczych (www.opt-art.net). Nie pozostaje to bez znaczenia dla genezy całego projektu. Ośrodek Postaw Twórczych jest miejską instytucją kultury, której główną ideę stanowi edukacja kulturalna poprzez sztukę. Realizacja tej idei w dużej mierze opiera się na prowadzeniu kilku pracowni edukacji kulturalnej, z których bodaj największym zainteresowaniem cieszy się pracownia fotograficzna. To właśnie stała obecność i towarzysząca tej obecności dyskusja na temat fotografii zrodziła pomysł pierwszego przewodnika po Wrocławiu stworzonego przez ludzi niewidzących.

Myślą bezpośrednio inspirującą moje działania była przewrotna koncepcja stworzenia obrazu fotograficznego we współpracy z człowiekiem, który nigdy nic nie widział. Chciałbym zatem podkreślić, że pomysł na „Niewidzialną mapę Wrocławia” w swoim pierwszym, pierwotnym kształcie nie wynikał z potrzeby integracji środowiska osób niepełnosprawnych z ludźmi sprawnymi. Potencjalni niewidzący uczestnicy projektu od samego początku byli przeze mnie traktowani jak ludzie, którzy przez swój odmienny sposób odbierania rzeczywistości dysponują niedostępną dla mnie wiedzą. W związku z tym bardziej odczuwałem oczywistą potrzebę zbliżenia się i poznania osób niewidzących niż stwarzania pretekstu do wspólnych działań mających na celu integrowanie niewidomych z resztą społeczeństwa. Chciałem dowiedzieć się, jak wygląda świat, kiedy go nie widzimy. Co mogą powiedzieć o naszym otoczeniu pozostałe zmysły i czy opowieść człowieka pozbawionego wzroku może stać się inspiracją do pracy nad obrazem fotograficznym. Oczywiście przewidywałem, że współpraca z osobą niewidzącą jak najbardziej może być inspirująca, lecz charakter i efekty tej współpracy były dla mnie wyprawą w nieznane.

Efekt bezpośredni

Ponieważ Ośrodek Postaw Twórczych, jako miejska instytucja kultury, może ubiegać się o różnego rodzaju granty finansowe, przeznaczone na prowadzenie projektów, postanowiłem złożyć odpowiedni wniosek i w ten sposób pozyskać środki na realizację „Niewidzialnej mapy”. Jednocześnie zaproponowałem współpracę nad projektem Karolowi Krukowskiemu, który ostatecznie stał się wykonawcą wszystkich fotografii zawartych w przewodniku. To właśnie Karolowi przypadła w udziale rola „medium” – łącznika pomiędzy niewidzącym przewodnikiem a obrazem fotograficznym. Dwa lata pracy przyniosły setki negatywów, z których ostatecznie wybraliśmy trzydzieści zdjęć Wrocławia i trzydzieści jeden zdjęć dokumentujących powstawanie przewodnika. Wszystkie znajdują się w wydanej przez Ośrodek Postaw Twórczych książce pt. Niewidzialna mapa Wrocławia. Efekty naszej pracy można również zobaczyć na pokazywanej od czasu do czasu wystawie, która jak do tej pory prezentowana była m.in. w galeriach BWA we Wrocławiu i Bydgoszczy, galerii Pauza w Krakowie i Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia w Gdańsku. Wydana w trzech językach książka z dołączoną do niej płytą CD oraz wystawa składająca się z trzydziestu jeden zestawów fotografii i ich opisów w czarno-druku i brajlu – to bezpośredni efekt projektu. Efekt ten nie byłby możliwy bez zaplecza administracyjnego i technicznego Ośrodka Postaw Twórczych i wsparcia finansowego mecenatu Samorządu Miasta Wrocławia.

Efekty, których nie przewidziałem

Przystępując do realizacji „Niewidzialnej mapy”, poczyniłem jedno założenie, którego konsekwentnie trzymałem się do samego końca pracy: zrezygnowałem z jakichkolwiek teoretycznych przygotowań, choć nigdy wcześniej nie spotkałem osoby niewidzącej ani nie czytałem żadnej książki na temat dysfunkcji wzroku.Wszystkiego, czego chciałem dowiedzieć się o „niewidzeniu”, postanowiłem dowiedzieć się bezpośrednio od osób niewidzących – bez żadnej metody badawczej, bez przygotowanych wcześniej pytań, które należałoby zadać uczestnikowi projektu i bez znajomości różnych teorii na ten temat. Okazało się, że rezygnując z wcześniej opracowanego modelu teoretycznego, zupełnie nieświadomie zastosowałem metodę badawczą znaną socjologii jako „teoria ugruntowana”. Dowiedziałem się tego kilka miesięcy po wydaniu książki od Wojciecha Łukowskiego, profesora Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, poznanego na spotkaniu autorskim w księgarni Czuły Barbarzyńca w Warszawie.

Pierwszą z osób niewidzących, do której zadzwoniłem z prośbą o krótkie spotkanie, był Jerzy Ogonowski, tłumacz przysięgły z języka francuskiego i rosyjskiego, prezes Towarzystwa Inteligencji Niewidomej RP, który stracił wzrok jako roczne dziecko. Zapytałem go, czy ma jakieś swoje wyjątkowe miejsca we Wrocławiu. Odpowiedź uzyskałem dopiero po dwóch tygodniach, kiedy spotkaliśmy się ponownie. Porównał on Rynek Wrocławski, jaki pamiętał z lat sześćdziesiątych, do tego, jaki znamy współcześnie. Pierwsza różnica, którą wymienił, była następująca: „Teraz po Rynku wszyscy chodzą znacznie wolniej”. To mnie zupełnie zaskoczyło. Nie znam nikogo, kto by w pierwszej kolejności zwrócił uwagę na taką, wydawałoby się, banalną sprawę.

Przez ostatnie kilkanaście lat Rynek Wrocławski przekształcił się w atrakcję turystyczną, deptak. Kiedyś był miejscem codziennej gonitwy, przez Rynek przejeżdżały tramwaje, w pobliżu Ratusza stała stacja benzynowa. Mieszkańcy traktowali to miejsce tak samo jak każdą inną ulicę czy plac. Teraz tramwajów i ruchu ulicznego już nie ma, zamiast tego – mnóstwo kawiarni, restauracji i klubów wystawia swoje stoliki, przy których całymi godzinami przesiadują ludzie. Teraz po Rynku już nie chodzimy, tylko przechadzamy się. Spotkanie z panem Ogonowskim uświadomiło mi, że warto zwiedzać miasto z osobą niewidzącą, a był to dopiero początek naszej wycieczki.

Podobnych zaskoczeń było więcej. Wszystkie one pokazały, jak wiele jest rzeczy, które mnie otaczają, które widzę i słyszę każdego dnia, a których w istocie nie znam. Spotkanie z osobami niewidzącymi stało się dla mnie niesamowitym treningiem wrażliwości. Właściwie przez cały czas rozmawialiśmy o miejscach, w których już kiedyś byłem, czasem wielokrotnie, ale wycieczka z niewidomym przewodnikiem kazała mi odkryć je na nowo. To, co jest najbardziej zaskakujące, często zawiera się w dwóch, trzech prostych zdaniach, które wystarczają za cały opis choćby najbardziej niezwykłego miejsca. Te luźno rzucone uwagi, jeśli uważnie je przeczytamy, odkrywają całą, zaniedbaną przez nas sferę. Poniżej przedstawiam kilka przykładów z moim osobistym komentarzem, który jednak na pewno nie wyczerpuje wszystkich możliwych wniosków, interpretacji i skojarzeń.

MACIEJ KUCHTA: „Na Maślicach [dzielnica Wrocławia] jest klimat osiedla w małym miasteczku. Ludzie chodzą powoli, dzieciaki na ulicy w piłkę grają, kogut gdzieś zapieje, pies zaszczeka. Zdałem sobie sprawę, że tu jest tak samo jak w Kępnie”.

To bardzo cenna obserwacja dla wszystkich, którym wydaje się, że wszędzie jest dobrze, gdzie nas nie ma. W pewnych okolicznościach Wrocław niczym nie różni się od Kępna.

PIOTR MALKOWSKI: „To jest duży teren. W zasadzie to nie ma sposobu, żebym mógł zapamiętać jego układ. […] Nie pamiętam, którędy żeśmy przyszli, z jakiego kierunku, i gdzie dokładnie byliśmy”.

Niech czytający to zdanie spróbują sobie wyobrazić podobne doświadczenie. Osoba niewidząca na otwartej, rozległej przestrzeni nie poradzi sobie bez pomocy drugiego człowieka. W związku z tym szansę na samodzielne poruszanie się poza domem daje życie w mieście, z jego gęstą siatką ulic, chodników, krawężników i zorganizowanym, przewidywalnym transportem publicznym.

PIOTR MALKOWSKI: „Przed stawem jest mostek, lekko pod górkę, i z górki i już wiedzieliśmy, że jesteśmy na miejscu”.

Przechodziłem przez ten mostek w Parku Południowym dziesiątki razy – „lekko pod górkę, i z górki” – nigdy nie pomyślałem o nim jako o tablicy informacyjnej.

MAGDALENA RADWAŃSKA: „Śnieg wygłusza wszystko, bardzo dobrze słychać tę różnicę, jakby się było w coś opatulonym. Śnieg ma też swój zapach. Pada i wszystko zaczyna inaczej pachnieć”.

Ile jest osób, które zwracają uwagę na zapach śniegu?

IRENEUSZ MORAWSKI: „Lubię okolice ulicy Nowowiejskiej po dziś dzień, bo tam są prostopadle ułożone ulice; równolegle i prostopadle. Jest to wspaniałe rozwiązanie, bardzo korzystne dla niewidomych”.

To, co dla jednych jest być może nudne i monotonne, dla innych stanowi najsensowniejszy, a przez to pozytywnie konotowany układ miejskiej zabudowy.

PAWEŁ BOGDAŁA: „Tramwaj stawał przed zwrotnicą, chyba na światłach, i czekał. Właśnie wtedy było słychać ten dźwięk. Tak jakby samochód przejeżdżał przez coś przednią osią, a potem tylną – takie brzdęk, brzdęk. […] Wiedziałem wtedy, że jestem już na Krupniczej, tutaj koło Podwala […] stamtąd było jeszcze co najmniej sześć, siedem przystanków do szkoły”.

Autor tych słów wspomina dźwięk, który przez kilka lat dzieciństwa spotykał zawsze w tym samym miejscu, w drodze do szkoły. Wielu z nas często wspomina dawny układ ulic, budynków i placów. Oglądamy znane nam miejsca, utrwalone na fotografiach sprzed kilkudziesięciu lat. Czy będziemy kiedyś w podobny sposób wspominać dźwięki, wklejać je do albumów, tworzyć dla nich muzea? Oczywiście utrwalanie i prezentowanie fonosfery obecne zwłaszcza w nurcie tzw. field recordingu istnieje już od dawna. Kiedy jednak na półce w księgarni, obok albumów fotograficznych ze zdjęciami Wrocławia, pojawi się płyta z dźwiękiem Wrocławia?

PATRYCJA BOGDAŁA: „Nie do końca rozumiem, jaki układ ma to skrzyżowanie. Przechodząc przez nie, trzeba trafić na wysepkę, która jest w połowie drogi, a potem iść dalej w stronę poczty. Nie bardzo wiem, gdzie ta wysepka się zaczyna, bo ma zbyt niskie krawężniki”.

Osoba poruszająca się na wózku inwalidzkim uzyskuje swobodę dzięki obniżonym krawężnikom. Niewidzący za pomocą laski starają się wyczuć, gdzie kończy się chodnik, a zaczyna ulica. Obniżony krawężnik powoduje niebezpieczną utratę orientacji. Jak powinno wyglądać przejście dla pieszych, które byłoby dobre dla wszystkich?

KATARZYNA: “Zawsze unikałam tego placu, jak tylko mogłam. […] Czy to jest jakiś sześciokąt, ośmiokąt; foremny, nieforemny i gdzie są wyjścia, na jakie ulice?”

Przejście podziemne na placu Jana Pawła II znam od dwudziestu lat. Tak przynajmniej do tej pory mi się wydawało. Właściwie to nic o nim nie wiem. Czy to jest jakiś sześciokąt, ośmiokąt; foremny, nieforemny…

IRENEUSZ MORAWSKI: „Kiedyś, przed laty, pojechaliśmy z wycieczką po centrach przemysłowych Dolnego Śląska. No i przejeżdżając przez Krzeszów, ludzie zawołali, że co prawda barokowy kościół w Krzeszowie nie jest osiągnięciem przemysłu socjalistycznego, ale nie sposób tutaj nie wejść. Weszliśmy. Oczywiście któryś z przyjaciół opowiadał mi, jaki to piękny kościół. Nic z tego nie pamiętam, bo i po co. Pamiętam za to figurkę Matki Boskiej, która miała ślicznie wyrzeźbioną rękę. Ta ręka była jak żywa, miała takie drobne kosteczki na wierzchu. Jak podałem jej dłoń, to aż takie ciepełko z niej spłynęło, ale biedna, miała złamany ostatni paluszek. Ludzie zachwycali się kościołem, bryłą, aniołami, a mnie się zapamiętał ten ułamany paluszek w ręce Matki Boskiej. Lata minęły i nadal dokładnie pamiętam tę dłoń”.

Ta opowieść, której autorem jest niewidzący od urodzenia pan Ireneusz Morawski, idealnie oddaje różnicę w odbieraniu otaczającej nas rzeczywistości. Zamiast pięknej, barokowej budowli z jej bogatym wnętrzem – jeden, ułamany paluszekw wyrzeźbionej dłoni Matki Boskiej. Takie wspomnienie utkwiło w pamięci pana Ireneusza. Być może taka właśnie odległość – od katedry do ułamanego najmniejszego palca drewnianej dłoni – dzieli nasze różne sposoby patrzenia na świat. Historia ta niezmiennie pozostaje dla mnie fascynująca.

Efekty, których nie widać

Jak już wcześniej wspomniałem, punktem wyjścia dla „Niewidzialnej mapy” było poszukiwanie inspiracji dla obrazu fotograficznego w doświadczeniach osób niewidzących. Dwa lata pracy nad projektem uświadomiło mi, jak wiele innych dziedzin może inspirować spotkanie z kimś, kto używa pozostałych zmysłów znacznie intensywniej ode mnie. Zagadnienia dotyczące architektury, urbanistyki, komunikacji, fonosfery, orientacji i identyfikacji miejsc to tylko drobny obszar ujęty w tych kilku przytoczonych przykładach.

W trakcie pracy nad projektem poznałem Wiesława Hudona, który zgodził się napisać wstęp do naszej publikacji. To właśnie on uznał za konieczne zaopatrzenie mapy w dokumentację rozmów z uczestnikami projektu. Na ponad sześćdziesięciu stronach niewidzący opowiadają o tym, co ich denerwuje, co sprawia im przyjemność, co im się śni, czy jest dla nich ważny wygląd innych ludzi, jak rozumieją kolory, perspektywę i wiele innych zjawisk, których nie mogą zobaczyć, a które starają się zrozumieć.

Posługując się nieświadomie metodą właściwą dla teorii ugruntowanej, czułem się, jakbym był oprowadzany przez moich niewidomych rozmówców nie tylko po Wrocławiu, ale także po całym osobliwym świecie dostępnym dzięki innym zmysłom. Dzięki temu wiem, który kościółek ma niezwykły zapach i w którym supermarkecie spożywczym nie śmierdzi (według Maćka Kuchty jest tylko jeden taki we Wrocławiu). Inną kwestią dotyczącą supermarketów i wielu innych sklepów jest to, że często osoby niewidzące nie mogą do nich wchodzić ze swoim psem przewodnikiem. Nic nie pomagają odpowiednie dokumenty, udowadniające, że mamy do czynienia z przeszkolonym, gruntownie wytresowanym psem. To jedna z rzeczy, która wyprowadza z równowagi moich rozmówców. Problem sprowadza się do braku wyobraźni i elementarnej uwagi – jak określa to niewidzący student historii Grzegorz Modrzyński.

Wielu ludzi nie potrafi też odnaleźć się w sytuacji, w której osoba niewidoma prosi o pomoc. Zamiast wysłuchać do końca, o co chodzi i wskazać właściwą drogę albo podać potrzebną informację, wpadamy w nienaturalny popłoch, stajemy się drażniąco nadopiekuńczy lub, co jest już zgoła kuriozalne, traktujemy niewidomego jak żebraka (działa tu zapewne stereotypowe skojarzenie „ślepego z laską” z żebrakiem przed kościołem). W związku z tym dochodzi do wielu idiotycznych sytuacji, których moglibyśmy uniknąć, gdybyśmy tylko starali się wysłuchać i zrozumieć drugiego człowieka. Niech podsumowaniem tego wątku będzie anegdota, którą opowiedział mi wspominany przed momentem Grzegorz Modrzyński: „Na studiach miałem panią od łaciny, która przy naszym pierwszym spotkaniu powiedziała, że nie widzi mnie na swoich zajęciach. Odpowiedziałem jej spokojnie, że ja też siebie nie widzę. Mimo trudnego początku w trakcie roku okazało się, że jest bardzo w porządku kobietą”.

Gdyby zacząć cytować fragmenty tych wypowiedzi i na bieżąco je komentować, powstałby materiał na kolejną książkę. Wspomnę zatem o jeszcze jednym kluczowym momencie, w którym wróciło do mnie pytanie z dzieciństwa – co się widzi, kiedy się nic nie widzi? Co to jest NIC? Stereotypowe wyobrażenie na ten temat przyzwyczaiło mnie sądzić, że NIC jest czarne i jest pustką:

– Jest tam coś?

– Nic – odpowiadamy, zaglądając do pustego pudełka.

– Widzisz tam coś?

– Nic – to w momencie, kiedy zaglądamy do piwnicy bez latarki w ręku.

NIC jest czernią i pustką. Dzięki temu NIC jest oswojone i w ogóle jest jakieś. Co zatem widzi osoba niewidząca od urodzenia, niemająca poczucia światła, niemająca oczu (co w praktyce oznacza oczy szklane). Co ma przed oczami? No właśnie NIC. Oto co mówi na ten temat jeden z uczestników projektu:

PAWEŁ BOGDAŁA: „Nie mam w ogóle oczu, więc nie mam czegoś, co jest przed oczami. Nie jest ani ciemno, ani jasno. Skoro nie ma oczu, to taki zmysł dla mnie nie istnieje. Widzenie jest jakby czystą abstrakcją”.

Teraz już nie potrafię sobie wyobrazić, co stoi za krótkim słowem – NIC. Wiem jednak, że nie jest ani czarne, ani białe, ani puste, ani pełne. Po dokładnym przemyśleniu tego zagadnienia doszedłem do wniosku, że nie potrafię sobie wyobrazić, co to znaczy – nic nie widzieć, tak jak osoby niewidzące nie potrafią sobie wyobrazić, co to znaczy widzieć. Mamy dokładnie taki sam problem, tylko nasze doświadczenia nie dają się sprowadzić do wspólnego mianownika. Pozostaje nam tylko spotkać się i porozmawiać na ten temat.

Rynek Wrocławski

Jerzy Ogonowski: “W ciągu dnia na Rynku wszystko szumi. leci muzyka z głośników, czasem jakaś orkiestra albo zespół gra na środku. Wieczorem to co innego. Wchodzi się na Rynek i tam jest już taka atmosfera, jakby człowiek wchodził do domu. Byłem kilka razy na Rynku wieczorem. Jak się do niego zbliżam, to słyszę taki jednolity cichy pomruk dochodzący z tych wszystkich knajpek, taki przyjemny dla ucha szmer. Nigdzie indziej nie spotkałem takiego dźwięku. Zbliżam się do niego i słyszę go coraz głośniej i głośniej. Wiem, że dochodzę do Rynku. Kiedyś na Rynku wieczorem było raczej dosyć ponurawo, a w dzień to się głównie zakupy robiło. Ludzie wyskakiwali z tramwaju i biegli stanąć w kolejce. Teraz po Rynku wszyscy chodzą znacznie wolniej, mam wrażenie, jakby trwało tutaj nieustające święto.”

Wrocław, Wały nad Odrą na wysokości ulicy Długiej, za giełdą samochodową

Magdalena Radwańska: “To jest dzikie miejsce. Najpierw idzie się wałem, a potem schodzi nad Odrę. Miasta prawie w ogóle nie słychać. Płynie Odra, szumią drzewa, pod nogami trawa, czasem podpływają kaczki. Zdarza się, że ludzie palą tutaj ogniska. Po drugiej stronie rzeki zawsze słychać odgłosy z portu na Osobowicach. Wieczorem, o zmierzchu jest tutaj najprzyjemniej. W maju śpiewają słowiki, z daleka słychać pociągi i to poczucie, jakby to było za miastem. Szum wiatru w drzewach jest dla mnie czymś niesamowitym. Szum w drzewach jest inny od szumu w trawie. Jest u góry, nade mną. Kojarzy mi się z wolnością, z jakimś takim niezwiązaniem. Zimą też jest tutaj fajnie. Leży śnieg i – rzecz w mieście niespotykana – pachnie trochę jak na otwartej przestrzeni. Śnieg wygłusza wszystko, bardzo dobrze słychać tę różnicę, jakby się było w coś opatulonym. Śnieg ma też swój zapach. Pada i wszystko zaczyna inaczej pachnieć.”

Maciej Bączyk

Kultura Enter
2009/02 nr 07

'Niewidzialna mapa Wrocławia'. Koncepcja i opracowanie: Maciej Bączyk. Fotografie: Karol Krukowski. Wydawca: Ośrodek Postaw Twórczych, ul. Działkowa 15, 50-538 Wrocław, tel. +48 71 36 42 765, www.opt-art.net. Wrocław 2006

Skrzyżowanie ul. Krupniczej i Sądowej z Podwalem. Paweł Bogdała: 'Tramwaj stawał przed zwrotnicą, chyba na światłach, i czekał. Właśnie wtedy było słychać ten dźwięk. [...] Ten dźwięk kojarzy mi się pozytywnie, z dzieciństwem i z takim poczuciem, że jeszcze mogę spać.'

Skrzyżowanie ul. Hallera i Wolbromskiej. Maciej Kuchta: 'Dla mnie to jest rewelacyjny efekt. Tutaj ulica Hallera, okropny hałas, nieustający szum, wchodzisz w bramę i po kilku krokach robi się cicho.'

Zoo – pawiany masajskie. Jerzy Ogonowski: 'Z mojej perspektywy małpy dają duże pojęcie o tym, co robią. Hałasują, biegają, przekrzykują się. [...] Przez to dają mi duży obraz tego, co robią. Pawiany bardzo wyraźnie manifestują swoją obecność. Eee, one to dużo opowiadają.'

Drewniany kościółek św. Jana Nepomucena w Parku Szczytnickim. Maciej Kuchta: 'Ten drewniany kościółek jest zapachem. Kiedy tu przy nim stoję, czuję ten zapach, chłonę tę ciszę, po prostu uruchamia się moja wyobraźnia.'

Partynice – tor wyścigów konnych. Piotr Malkowski: 'Jak ktoś nie widzi od urodzenia, to jak mu wytłumaczysz, jak koń wygląda? Powiesz mu, że ma cztery nogi i jest duży, i co mu to powie? Dotykając ręką, zobaczysz, jaki wysoki, jaki ciepły, to zupełnie coś innego.'

Maciej Kuchta ogląda drewniany kościółek w Parku Szczytnickim: 'Weronika, moja żona, opisywała mi go, ale dla mnie największą atrakcją tego miejsca jest jego zapach, a razem z tym zapachem cisza, jaka tu panuje.'