Strona główna/OKNO. Podróż

OKNO. Podróż

Grażyna Lutosławska
Z cyklu Okno

Mężczyźni odchylają głowy i wypijają po ostatnim łyku. Puste butelki lądują w trawie, obok plastikowych toreb ze śmieciami, pogniecionych papierów, pojemników po spożyciu nie wiem czego i skórek z kilku pomarańczy. Te ostatnie od tygodnia dodają koloru krajobrazowi za oknem wciąż uśpionemu, chociaż i kwiecień, i wiosna, i w ogóle, dobrze było by wziąć trochę energii od żółtych żonkili czy czerwonych tulipanów. Było by, ale nie będzie. Ani teraz, ani później, kto by tu sadził tulipany, w centrum miasta, jeszcze kto sobie weźmie. Każdy potrzebuje energii.

Odchodzę od okna i ruszam w podróż dookoła stołu. Nogami, bo myśl zostaje za oknem, wśród tulipanów, których tam nie ma i nie będzie, no bo ile taki tulipan pożyje. Pokwitnie, tyle co nic, co innego metalowe barierki na trawniku pomiędzy pasami szosy. Nie żeby kwitły, ale nawet jak zejdzie z nich farba, to przynajmniej stoją jak stały. Takie barierki mają solidną konstrukcję i mogą powstrzymać kogo i kiedy trzeba, a kwiaty przecież nikogo nie zatrzymają, po kwiatach można przejść, taki kwiat nie ma nic do gadania. Barierka niby też nic nie mówi, ale nikt jej nie postawił do rozmowy, tylko do odstraszania. A kto by się bał kwiatów. Co z tego, że przejścia nie ma, kiedy tędy szybciej, a człowiek się spieszy. Wprawdzie jak ktoś się spieszy bardziej, to i tak przez te barierki przeskakuje, ale nie każdy potrafi, więc: jest barierka, jest porządek. Na tamtym trawniku, bo na tym bliżej mnie, to nie. To znaczy jest, ale inny. Samoswój. Tworzy się dzień po dniu, niczym na obrazie Pollocka, jako efekt swobodnego ruchu dłoni, co z tego, że nie z pędzlem, tylko ze śmieciem. Wolność to wolność, nie tylko artysta może ją mieć.

Zaczynam się przyzwyczajać do widoku śmietnika za oknem, nie z własnej woli, tylko z braku wyjścia. Trochę tylko żałuję, że śmieci mają kolor śmieciowy, a nie kolorowy. Całe szczęście, że jest ta pomarańczowa pomarańcza, a właściwie to, co z niej zostanie do czasu, aż całkiem nie wyschnie, bo wtedy straci barwę, jak barierka, którą widzę w oddali, chociaż bardzo się staram nie zwracać na nią uwagi. To trudne, bo barierka ciągnie się i ciągnie. Skórka zaś leży. I poleży. Jest wprawdzie projekt uporządkowania terenu „w ramach umowy na bieżące utrzymanie, kompleksową konserwację i renowację zieleni”, ale nie wiem kiedy będzie realizowany. Pewnie nieprędko, bo tylko ludzie się spieszą, projekty raczej nie. Od trzech lat nikt nie zajmował się tu ani utrzymywaniem, ani rewitalizowaniem, może nawet dłużej, tego nie wiem, patrzę przez okno na te śmieci dopiero trzydzieści sześć miesięcy. Dostałam wprawdzie informację, że porządek zacznie się dzisiaj, ale to było trzy dni temu. Nie, nie denerwuję się, sama często narzekałam, że za krótko żyjemy dniem dzisiejszym, a za dużo planami.

A poza tym mam sroki. Czarno-białe. Wolałabym wprawdzie kolorowe sójki albo chociaż dzięcioła, najlepiej zielonego, albo bogatkę czy modraszkę, ale niech będzie. To znaczy niech będą i one. Wywijają większymi od siebie patykami, nic tylko brać. Nie patyki ma się rozumieć, tylko energię z widoku. No to biorę, chodząc dookoła stołu i zerkając za okno. Sroki znoszą patyki do komina. Nieczynnego, mam nadzieję, ale pewności żadnej, poza tą, że głupie przecież nie są, wiedzą gdzie zbudować, usiąść i odsiedzieć, zanim urodzi się nowe życie.

To i ja siadam. Na kanapie, bo na dachu byłoby niezręcznie, niech każdy zaczyna budować to nowe po swojemu. Obok płożą się liście akantu, jedyne liście jakie mam w zasięgu oka, zanim pojawią się te na drzewie za oknem. Akant jest wprawdzie pluszowy, ale wygląda jak prawdziwy, no, może niezupełnie, ale jak mawiał Ingarden, im bardziej artysta próbuje przybliżyć się do prawdy natury, tym więcej powinien zostawić odbiorcy pola do domysłów. Siedzę więc i myślę, ale nie wiem o czym dokładnie, bo myśl zwolniona z codziennych zobowiązań robi ze mną co chce. No tak, o akancie. Wolę ten mój, niż prawdziwy, bo na moim mogę położyć głowę, to znaczy na poduszce z jego wzorem, a na prawdziwym to nie wiem, nie próbowałam. Akant na tkaninie wymyślił William Morris, któremu w połowie dziewiętnastego stulecia przestało się podobać, że świat człowieka zdominowała maszyna, a cywilizacja przyniosła brzydotę. Wierzył, że przyjdą czasy, w których przemysłowców zastąpią artyści, a razem z nimi trafi do człowieka szczęście i piękno. Ale nie spędzał czasu wyłącznie na myśleniu, nie siedział, jak ja na kanapie, chociaż mógłby, bo miał niejedną, a do tego z każdej piękny widok przez okno szesnastowiecznego domu w Kelmscott Manor. Na paprocie, na krzewy róży, na rośliny, których nie umiem nazwać, ale z nimi – jak z różą u Szekspira, pod inną nazwą równie pięknie by pachniały. Wyglądałam kiedyś latem i ja przez okna u Morrisa, potem patrzyłam na ściany wypełnione zaprojektowanymi przez niego tkaninami i różnicy specjalnej nie dostrzegłam. Było kwieciście, kolorowo, jakby ogród przeniósł się do niewielkiego salonu, w którym podobno spędził kilka lat temu cały dzień autystyczny chłopiec i za nic nie chciał iść do domu. Mnie dobrze było też w przedpokoju, w którym przez chwilę poczułam się jak na obrazie „Małżeństwo Arnolfinich” van Eycka. Zanim się skarciłam za to porównanie – w końcu lustro na końcu perspektywy to może być początek wielu opowieści, usłyszałam od B., że Morris inspirował się niderlandzkim malarzem, a nawet używał jego motta: „If I can”. Zaraz też znalazłam tę deklarację wyszytą w rogu tkaniny na ścianie, całkiem wyraźną, podobnie jak kwiaty zdobiące całe wnętrze. Nie wyblakły przez lata. Morris stosował wyłącznie naturalne składniki, formy zrobił z drzewa gruszy.

A za oknem miał morwę. Zaraz do niej pobiegłam, żeby sprawdzić, czy zostało jeszcze choć kilka owoców. Rozgarniałam gałęzie, wysilałam wzrok, ale nic z tego, było po sezonie. Pociągnęłam raz jeszcze nosem, jedyne jednak co poczułam, to zapach z dzieciństwa. Dojrzałe morwy, białe i bordowe, pospiesznie zrywane niecierpliwymi palcami. Rozgniatane na podniebieniu, aż sok spływał po brodzie. Albo pod butami, bo urodzaj taki, że ani dzieciaki z okolicy, ani ptaki nie mogły przejeść owoców. A zaraz później zamieszanie i koniec zawieszenia broni. Bo przy morwie, na czas posiłku milkły podwórkowe waśnie, słodkie owoce jeść mógł każdy, staliśmy przy drzewie ramię w ramię, dopiero nasyceni wracaliśmy do starych podziałów, dziś już nie pamiętam z jakich powodów i po co. Nie wiem, czy Morris lubił słodycz morwy, może zostawiał wszystko ptakom, a może jadł je z Rossettim, który mieszkał w jego domu jakiś czas, i który uwiódł zresztą jego żonę.

Podkładam pod plecy poduszkę z liśćmi akantu i zaglądam w chmurę. Nie tę, na tle której sroki wciąż budują gniazdo, tylko tę, w której mam zdjęcie Jane. Ma smutne oczy i piękną, jedwabną suknię zaprojektowaną przez kochanka. Jane uszyła ją sama, zgodnie z jego instrukcjami. Namalowany przez Rossettiego portret wisiał najpierw w salonie, w domu przy Queen Square w Londynie, gdzie rodzina Morrisa mieszkała w czasie kiedy działała spółka Morris, Marshall, Faulkner & Co. Teraz Jane patrzyła na mnie ze ściany pokoju w Kelmscott Manor, dokąd przenieśli się porzucając miasto z jego wciąż rozpędzającą się cywilizacją. Na obrazie we flakonie stoją róże, a przed żoną Morrisa leży tomik. Może to wiersze męża? Bo Morris był też poetą.

Nie pamiętam w którym eseju W.H. Auden kazał poetom czytać dużo wierszy i uprawiać ogrody, mówiąc, że to najprostsza droga do pogłębienia ducha. Ja też czasem czytam wiersze i buszuję po ogrodzie Morrisa. I zupełnie nie wiem, dlaczego teraz sobie o tym przypominam, może to przez tę morwę, taka morwa nie dość, że zostawia ślady na brodzie i podkoszulku, to zapada w pamięć, a pamięć raz uruchomiona buszuje jak i dokąd chce, a ja, jeśli chcę, to mogę ruszyć za nią, ale wtedy to mydło i powidło, tu morwa, tam Auden, a tu skórka z pomarańczy…

Za oknem niespodziewany gwar i ruch, zrywam się z kanapy, co z moją skórką! Jest! To tylko trzech mężczyzn zaczyna kopać rów, będą kłaść rury, chyba do wody. Wracam nad Tamizę. Ale najpierw poduszka. Z akantem pod plecami siedzi się wygodniej. Morris mówił, że praktyczna strona nie wyklucza piękna, przeciwnie, mają iść ramię w ramię, może dlatego wziął liście z głowy kolumny korynckiej. Trafiły tam przez Kalimacha, który, jak pisał Witruwiusz, zauważył pewnego dnia, że kosz ofiarny ustawiony na grobie młodej dziewczyny porósł akantem i tak mu się to spodobało, że zaczął ten motyw wykorzystywać w architekturze. Dobry architekt potrafi zaprojektować i łyżeczkę do kawy, i miasto, mówi Richard Rogers. Ciekawe, czy polubiliby się z Morrisem: projektant Centre Pompidou, inspirujący się techniką, i ten dziewiętnastowieczny, który jej nie lubił. Najpierw myślę, że chyba nie, ale później przypominam sobie risotto z grzybami w River Cafe u Ruth Rogers, żony architekta, które jedliśmy kiedyś z B. I czuję, że gdyby dosiedli się do nas Morris z żoną, oczy Jane może nie byłyby takie smutne.

Ale o czym ty właściwie piszesz, przywołuję się do porządku, bo rzeczywiście, poruszam się jakoś chaotycznie i zbyt szybko jak na czas, który zwolnił. Co też ja… Ach tak, mówiłam, że wracam nad Tamizę. Z ogrodu River Cafe w Londynie jest na nią piękny widok, płynie szeroko, niedługo całkiem rozpłynie się w morzu. Po obiedzie dobrze jest zrobić spacer, żeby zobaczyć ostatnie chwile rzeki. W Kelmscott Manor dopiero się rozpędza, bardziej przypomina Uherkę w Chełmie, nad którą przypaliłam sobie plecy ucząc się do matury. Albo Huczwę w Hrubieszowie, ale tylko wtedy, kiedy rzeka nie pcha się zachłannie na boki. Pamiętam, że niedaleko Huczwy było boisko. I po co je wspominam, zawsze męczyło mnie bieganie. W zaroślach obok boiska robiłam sekrety, ukrywając pod kawałkiem szkiełka paciorek i do tego kilka kwiatków. Przed kim ten sekret – nie pamiętam. Skąd teraz tu ta Huczwa, nie wiem. A, już wiem, bo przypomina Tamizę w okolicach domu Morrisa. Też coś! Niczego nie przypomina, każdy jest, jaki jest, co dopiero rzeki, a ja jestem dziś stanowczo zbyt mało ruchliwa, siedzę na kanapie za długo, powinnam trochę pospacerować. Wstaję i ruszam dookoła stołu. Za oknem sroka upuszcza patyk, wraca po niego (ile to się trzeba nabudować, zanim się wysiedzi nowe życie!), mężczyźni zostawiają rozkopany rów i znikają, pomarańczowa skórka na szczęście wciąż leży, gdzie leżała.

Patrzę na nią przez chwilę i wracam na kanapę. Jakoś nie idzie mi dziś spacer. Wracam do zdjęć z Kelmscott Manor. B. zrobił mi jedno pod morwą. Moje wspomnienia znowu zaczynają brykać to tu, to tam, próbuję podążać za nimi, ale nie nadążam. Wstaję. Znowu ruszam dookoła stołu, ale okno kusi. Patrzę na kobietę, która wyprowadza psa i siebie na spacer. Pies użyźnia ziemię, kobieta tego nie widzi, bo patrzy w ekran telefonu, już się pewnie napatrzyła na normalny świat przez okno. Jakby tam rosły tulipany, to może nawet bym się ucieszyła, ale po co plastikowym workom na śmieci naturalny nawóz?

Kobieta i pies znikają za zakrętem, sroki wciąż znoszą patyki, mężczyźni rozkopali chodnik i odjechali w siną dal, skórka pomarańczy leży, świat stoi, ja ruszam znowu w podróż. Staram się stawiać kroki uważnie. Z nadzieją, że nawet z wyprawy dookoła stołu wraca się innym, niż się w nią wyruszyło.

Grażyna Lutosławska

Grażyna Lutosławska – ur. 1964 r., dziennikarka Radia Lublin, pisarka, autorka słuchowisk radiowych, książek dla dzieci, sztuk teatralnych, esejów, tekstów piosenek, wykładowczyni, moderatorka wydarzeń kulturalnych.

Kultura Enter
2020/02 nr 93

Tkanina zaprojektowana przez Williama Morrisa. Fotografie: Grażyna Lutosławska.

Również projekt Morrisa.

Okno domu Morissa w Kelmscott Manor.

Morwa za oknem...

Wnętrze domu w Kelmscott Manor.

Portret Jane...

... i lustro.

Formy z drzewa gruszy używane przez Morrisa.

Okolice Kelmscott Manor nas Tamizą. Fot. Bolesław Lutosławski.

Morwa w ogrodzie Morrisa. Fot. Bolesław Lutosławski.