Strona główna/OMÓWIENIE. Literatura jako truizm albo ocalanie przemijającego

OMÓWIENIE. Literatura jako truizm albo ocalanie przemijającego

Zoriana Łanowyk
Z języka ukraińskiego przełożyła Natalia Jurak
Bohdan Zadura: Lata spokojnego, Łuck 2020, wyd. Wieża-Druk, s. 116

Współczesny proces literacki jest zjawiskiem złożonym i niejednoznacznym i bardzo trudno mówić o czymś takim jak literatura współczesna, choćby ze względu na to, co właśnie w tym kontekście uważać za „współczesne”. Bo czy można określić, kiedy zaczyna się współczesność i przeprowadzić wyraźną granicę miedzy tym, co dawne, a współczesne? Sprawa jeszcze bardziej się komplikuje, kiedy utwory, napisane kiedyś, dopiero teraz pojawiają się w naszej przestrzeni kulturalno-historycznej: dla nas są nowe, choć powstały na długo przed tym, nim zyskaliśmy możliwość ich przeczytania.

Dziś mamy do czynienia z jeszcze jednym takim paradoksalnym przypadkiem: ukraiński czytelnik pierwszy raz ma możliwość zapoznania się z powieścią Bohdana Zadury Lata spokojnego słońca. Już samo pojawienie się tej książki na naszym obszarze stwarza z wielu powodów emblematyczną i w pewnym sensie wyjątkową możliwość do szczególnych refleksji nad literaturą i jej niespodziewanymi drogami.

Twórczość Bohdana Zadury – znanego klasyka polskiej literatury – nie jest już ukraińskiemu czytelnikowi obca. W ciągu ostatnich lat wyszło drukiem kilka przekładów jego książek. Dotąd jednak tłumacze dawali przewagę poezji, choć dorobek prozatorski pisarza nie jest mniej ważny. Dopiero teraz pojawia się pierwsza jego powieść i napisana – co charakterystyczne – ponad pięćdziesiąt lat temu, wpływa w nasz współczesny literacki strumień, żeby w bezmiarze jego niezliczonych głosów wypowiedzieć swoje ważne słowo. To pierwszy prozatorski utwór autora, opublikowany w Polsce w 1968 roku. Wtedy młody jeszcze, ale już znany i utalentowany pisarz odważył się na wielkie epickie płótno. Możemy się domyślać, że przez tyle lat w wielu sprawach zmieniły się poglądy autora, zmianie uległ stan rzeczy w literaturze i w świecie w ogóle, ale jednak ten tekst mówi swoim czytelnikom o sprawach, które były dla autora na tyle ważne, że odważył się przenieść je na papier.

Otóż, aby zgłębić tajemnicę, zakodowaną w tym tekście, czytelnik powinien zwrócić uwagę na to, kiedy utwór został napisany i spróbować zrekonstruować okoliczności, warunki, ducha epoki, jakie go tworzyły. Właśnie takie utwory są przekonującym dowodem zawodności formalistycznych interpretacji literatury, bo przecież bez wejścia w szerokie pozatekstowe konteksty, bez uwzględnienia wielu pozaliterackich czynników po prostu nie można zrozumieć idei i myśli, które przemawiają do nas dzisiaj z kart tej książki. Sam utwór dość wyraźnie odzwierciedla realia czasu, kiedy był pisany. Oprócz tego autor otwarcie lub pośrednio określa szeroki literacki kontekst swojej powieści (choć oczywiście, nie każdy czytelnik, wychodząc ze swego lekturowego doświadczenia dokładnie chwyta te niuanse, za każdym razem dopełniając je swoimi własnymi skojarzeniami i literackimi paralelami).

Pierwszym wyraźnym rozbłyskiem określonego przez autora kontekstu jest Spowiedź dziecięcia wieku Alfreda de Musseta. Rozmyślając nad problemami twórczości i usiłując odpowiedzieć sobie na trudne ontologiczne kwestie – młody pisarz Krzysztof, który szuka swej własnej drogi w literaturze, zadaje pytanie, jak można napisać książkę, która byłaby „głosem pokolenia”, akurat takim, jak znana powieść francuskiego romantyka. Właśnie dlatego utwór Musseta pojawia się jako pierwsza wyraźna paralela z powieścią B. Zadury. I chociaż narrator nie mówi o tym otwarcie, w podtekście upodabnia swoją epokę do Francji po klęsce Napoleona, kiedy młodzież po utracie dawnych wartości i drogowskazów zmuszona była szukać nowych dróg i sensów w życiu.
W utworze B. Zadury jak i u A. Musseta czuje się autobiograficzny nurt, który czyni go wyjątkowym w gatunkowym sensie. Nie przestając być utworem artystycznym, jednocześnie sytuuje się on na granicy literatury faktu, pamiętnikarstwa właśnie, choć z uwagi na młody wiek autora (20–22 lata) – te wspomnienia są niezbyt odległe w czasie, ale dlatego żywe i niemal zlewają się z współczesną dla niego rzeczywistością. Powieść zawiera napomknienia o najważniejszych zdarzeniach tamtego czasu – nie tylko w powojennej Polsce, lecz także na całym świecie: od książek i czasopism, które wychodziły w tamtych latach, po wybory prezydenckie w Stanach i nagonkę na „sześdziesiątników” w Związku Radzieckim.

Na takim historycznym tle ukazany jest los pokolenia, które formowało się w atmosferze, kiedy w szkołach jak i w całym kraju tragicznie przeżywano śmierć Stalina, a w domu w rodzinnej atmosferze omawiano wiadomości „Głosu Ameryki”, który udawało się złapać na starym radiu. To dla młodej duszy – nowożytnego Oktawa – było przede wszystkim lekcją dwulicowości. Jak i wiele innych wspomnień z dzieciństwa: perypetii rodzinnych, relacji między kolegami-rówieśnikami, sąsiadami. Ale było także szkołą życia, i szkołą twórczości, a wszystkie fakty, które rozbłyskami myśli przypominają o sobie z zakątków świadomości, nabywają cech otwartości i szczerego wyznania.
Dlatego mimo pewnej historycznej faktograficzności utwór zyskuje bardzo intymny ton i wyraźną nastrojowość. W tym sensie przy jego czytaniu nasuwa się paralela z W poszukiwaniu utraconego czasu Marcela Prousta. Chociaż Zadura nie odważa się nazwać swojego bohatera własnym imieniem, jak to zrobił francuski klasyk, jednak i z kart biografii autora, i z ekspresji wyrazu wiemy, że napisane nie jest wymyśloną, całkowitą fikcją – to przeżyte momenty życia i osobistego ludzkiego i pisarskiego doświadczenia. Co więcej, jego bohater Krzysztof w pewnych fragmentach utworu nabiera cech bohatera lirycznego, a tekst wyraźnie się liryzuje obszernymi rozmyślaniami o przeżytych zdarzeniach, powiązanych z nimi odczuciach i uczuciach. W istocie, pociąg do pisania, sam motyw twórczego strumienia też ujawnia się w taki jak u Prousta sposób: młody człowiek, uświadomiwszy sobie swą indywidualność i odrębność, pragnie ocalić wszystkie przejawy własnego jestestwa, życia wewnętrznego, duchowego świata, a jedyną formą, jaką znajduje dla takiego zamysłu, staje się twórczość.

W ten sposób autor formułuje jedyny sens i rolę literatury – ocalanie przemijającego. Literatura staje się „walką z czasem”. Ma ocalić to, co jest ulotne i nieulotne jednocześnie – bo wszystko gdzieś zostaje, we wspomnieniach, w historii, w nieopowiedzianej powieści. Dlatego artysta „nie powinien podlegać prawom czasu”, chociaż to okazuje się nierozwiązywalnym paradoksem twórczości, bo wówczas – myśli Krzysztof – sprawę pisania powieści trzeba byłoby zostawić dla zmarłych, albowiem dla żywych z każdą wypowiedzianą myślą, z każdą napisaną linijką zmienia się suma tego, co pisarz wie i przeżył, a więc w każdej następnej chwili wszystko, co „chciałeś narysować”, już „nie jest tym”, co chciałeś powiedzieć, a czymś zupełnie innym, przypadkowym, „lecz mimo wszystko chciałbyś, aby to NIE TO zostało napisane jeden jedyny raz”. Ten paradoks niemożliwości wypowiedzenia mimo wszystko TEGO, co chciałeś powiedzieć, nabiera dramatyzmu teorii Kratylosa. Który będąc następcą Heraklita, mówiącego, że nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, twierdził, że nie można wejść do tej samej rzeki nawet jeden raz.

Właśnie z takim nastawieniem pisał Marcel Proust i do niego należy taka filozofia twórczości i taki sposób prezentacji – liryzowanego eposu, którego nie przyjęli jego współcześni. W tym sensie Zadura jest jego następcą. Charakterystyczne dla niego są te cechy impresjonistycznego pisma z odtworzeniem zobaczonych obrazów przyrody, snów i lęków, porywów i wątpliwości, jego twórcza wyobraźnia opracowuje całe życiowe doświadczenie jako materiał dla pisarskiego rzemiosła, usiłując utrwalić najmniejsze poruszenia myśli i duchowych przeżyć. Ale pamiętajmy – ma jeszcze dopiero 22 lata, jeszcze nie szuka utraconego czasu, chce wznieść się nad czasem, abstrahować od niego, wyrwać się spod jego praw. „Literatura będąca walką z czasem – jest to truizm, ale wybór spośród truizmów bywa znaczący”.

Drugim paradoksem twórczości staje się usiłowanie „uzyskania patentu na prawdę tekstu”, kiedy ocalając przemijające pióro kronikarza notuje wszystkie zdarzenia, nie będąc w stanie oddzielić ważnego od nieważnego, bo „o dziwo, o wiele bardziej trwałe okazują się rzeczy ulotne, którym trudno byłoby nawet przypisać status ontologiczny rzeczy”. To prowadzi bohatera lirycznego do refleksji o nieuniknionej subiektywności pisma: „Wydarzenia, które rozgrywały się na scenie świata, których znaczenie dotyczyło państw i które poruszały narody, ważne są dla ciebie jedynie o tyle, o ile dotknęły ciebie osobiście, o ile ciebie poruszyły. W tym sensie ważniejsze jest powstanie w klasie jedenastej B pisemka, którego wyszło parę zaledwie numerów w nakładzie trzech egzemplarzy, niż powstanie „Kuriera Polskiego”, którego nie czytywałeś wówczas”. Jak ostateczny wniosek z tego problemu rozbrzmiewa teza: „jak gdybyś nie wiedział, że się okłamujesz i jak gdybyś nie wiedział, że prawda tekstu leży w nim samym, a nie w czymś zewnętrznym wobec niego”. Nieodpartość tego paradoksu jest kusząca, jak pokusa samej sztuki. Jednak każdy twórca każdej nowej epoki powinien sam na nowo ją odkryć i sformułować dla siebie, przenikając w głębiny procesu twórczego, usiłując uchwycić jego nieprzeniknione prawa.
Poszukiwania sensu twórczości przez młodego początkującego pisarza w powieści nierozerwanie splatają się z poszukiwaniami sensu życia w ogóle. Te rozmyślania spokrewniają utwór z Portretem artysty z czasów młodości Jamesa Joyce’a, którego leitmotywem jest temat sztuki. Oczywiście, temat ten nie jest nowy i takich utworów jest bez liku, ale powieść Zadury implicite powtarza model Joyce’owski. Przede wszystkim odnosi się to do kompozycji. Odzwierciedla ona kształtowanie się twórczej osobowości od narodzin do uświadomienia sobie pisarskiego powołania. Naturalnie, warunki polskiego Sefana Dedalusa są inne, bo inna jest epoka, inne życiowe realia. Ale drogę obydwaj bohaterowie przechodzą taką samą: od rutyny codziennych spraw i zdarzeń do wtajemniczenia w sztukę. Równolegle odbywają się też etapy tworzenia: uświadomienie sobie własnej tożsamości, pierwsze religijne doświadczenie i nieufność wobec tradycyjnych przekonań, pierwsza lekcja dziecięcego jeszcze zakochania, która też kończy się rozczarowaniem, jednak staje się bezcennym życiowym bagażem i etapem dojrzewania i w końcu odnalezienie siebie w twórczości, która wymaga wyrzeczenia się pewnych dawnych przyzwyczajeń i przewartościowania wartości. W ten sposób powieść Zadury nabywa cech powieści o formowaniu (Bildungsroman), wyraźnie w niej widać kwestie kształtowania się osobowości, poszukiwania życiowych drogowskazów i własnej aksjologii.

Podobnie jak u Joyce’a, życie Krzysztofa w powieści dopiero się zaczyna, ale czytelnik już rozpoznaje w jego rysach portret artysty, który zastanawia się nad takimi samymi problemami, co Stefan Dedalus. Nieprzypadkowo Joyce nazywa swoją postać imieniem współbrzmiącym z imieniem antycznego bohatera, który najbardziej znany jest ze swych dwóch dzieł: labiryntu i skrzydeł do latania. Te dzieła w XX wieku stają się najwymowniejszymi metaforami twórczości, symbolami jej odwiecznych reguł, a także drogi, jaką powinien pokonać artysta: wyplątać się z labiryntu codzienności i wznieść nad przyziemność istnienia, żeby móc zobrazować życie z wysokości ponadczasowości. Inna sprawa, że ten dystans też odbija się na wytworze mistrza słowa: wszystkie próby uogólnień czy uwyraźnień rozmywają sens powiedzianego, zamysł wciela się w różne formy i każdy tekst to „obraz namalowany ręką taszysty, chaos plam jasnych i ciemnych, chaos spraw małych i dużych, zagadek, które zostały rozwiązane i które czekają, ten obraz, od którego trzeba odejść, aby go odebrać właściwie: ale odejść na ile, by nie odejść zbyt daleko?”

Jeszcze jedna cecha poetyki powieści B. Zadury to wykorzystanie chwytu potoku świadomości. W ogóle powieść napisana jest w klasycznej manierze umiarkowanym rytmem, który służy odtworzeniu „lat spokojnego słońca”. Na tle powolnego upływu czasu bez szczególnych historycznych wstrząsów lub gwałtownych zmian w rozwoju wydarzeń na dużą skalę, jedynymi wybuchami emocji są osobiste i indywidualne doświadczenia własnego istnienia oraz przejawy twórczego niepokoju. Nieprzypadkowo autor mówi: „Pokolenie, do którego można by cię przypisać, to pokolenie bez biografii”.

Sztuka jest tutaj jedynym ratunkiem od bezosobowości i rutyny tej epoki. Ale kiedy pod koniec opowieści zwrot akcji otwiera przed najnowszym Dedalem swobodny lot myślowy – samotność nad morzem stwarza wreszcie warunki niezbędne do kreatywności – następuje przerwa w pisaniu: tradycyjną prezentację przerywają pozornie chaotyczne słowa i frazy, które przy szybkiej, ale pogłębionej lekturze stają się mozaiką przedstawionych wcześniej wydarzeń i obrazów.

W ten sposób autor stara się sugestywnie oddać niezrozumiałość i nieuchwytność procesu pisania, jakby odsłaniając jakąś kosmiczną „mikroanatomię” twórczego myślenia, kiedy spontaniczny przepływ słów i myśli, aluzji i skojarzeń, rozbłyski pamięci i wyobraźni wtapia się w tekst, stając się dziełem czasu i świadomości autora. W ten sposób czytelnik zbliża się do tajemnicy narodzin artystycznego obrazu, ma okazję poczuć cierpki smak pisarskiego rzemiosła.

Można stwierdzić, że ten eksperyment jest wyjątkowy w swoim zamyśle: cały utwór, dotąd przeczytany, przekształca się we fragment spontanicznego myślenia, które graniczy z nieświadomym, z cechami onirycznej poetyki, a w ostatecznym rezultacie redukuje się do tego „obrazu namalowanego ręką taszysty”, o jakim jest mowa wcześniej. Co więcej, finał spina cały tekst w jedno koło, rzeczywiście dosłownie powtarzając początek, daje czytelnikowi do zrozumienia, że książka, którą nad morzem napisze Krzysztof, to jest właśnie ta książka, którą czytelnik trzyma w ręce i doczytuje jej ostatnie linijki. Obraz morza podkreśla filozoficzne nuty: motywy samotności, strachu, wieczności, śmierci. Oczywiście, młodego pisarza, który w czasie pisania powieści był studentem filozofii, nurtowały i niepokoiły te problemy istnienia, ale one były nieodłączne od całego życiowego doświadczenia, które powinno by wyjaskrawić odpowiedzi na odwieczne pytanie istoty ludzkiej wobec wieczności i nieogarnionego gwiaździstego nieba.

„Gwiazdy, okręty samotne i ogniste, a może wraki, może Holendry latające niebieskiego oceanu, pełniły swą zwykłą tajemniczą służbę. Ile razy krwawiły morza w czasie księżycowej pełni, ile razy obróciło się koło zodiaku. Ilu ludzi przemieniło się w popiół, a nie było takiego, który by się nie narodził pod jakąś gwiazdą. Więc czy jest sens mówić, że…”
Ten intrygujący początek utworu jest jego rdzennym leitmotivem, kwintesencją, za którą można uważać eliptyczną formułę „czy jest więc sens mówić, że…” albo nawet „czy jest sens mówić”. Ludzkość przez tysiąclecia szukała odpowiedzi na poruszone w utworze pytania, ale nie znajdowała. Każda nowa generacja po swojemu podchodziła do ich rozstrzygnięcia, starym prawdom nadawała nowe sensy, ale nie ruszała z martwego punktu w poszukiwaniu podstawowych prawd. To czy jest więc sens mówić? Tym bardziej czy jest sens mówić pisarzowi, jeśli wszystko, co powiedziane, nie ma patentu na prawdę tekstu i dla innej osoby może nie mieć żadnego znaczenia, bo to tylko męki i bóle innej obcej duszy?

Ale jeszcze w junackie lata młody artysta odkrył, że wszystko to gra – gra świadomości i wyobraźni, gra, która jest warta, żeby jej spróbować: „A jeśli obmyślamy grę, to z reguły nie powinniśmy móc odczytać wyniku. I jeśli jesteśmy przewidujący, to zaplanujemy ją na długo lub jeśli na krótko, niech stawka będzie najwyższa. Wygrać możemy zawsze tylko satysfakcję. Im większe ryzyko, tym bardziej emocjonująca gra”.

Ale nie zapominajmy – utwór powstał w latach 60 w socjalistycznej Polsce, która nawet jeśli nie tak ostro ucierpiała pod narzuconego jej siłą socrealizmu, to, jako satelita radzieckiej kultury też zaznała pewnych ograniczeń cenzury w sztuce. Na tym polega fenomen wczesnej prozy B. Zadury. Nie mając jeszcze dostępu do wszystkich właściwości światowej literatury, i nie mając jeszcze wystarczająco dużo czasu, by opanować wszystkie jej cechy, młody artysta stworzył unikatowy tekst o metamodernistycznej wymowie. Być może tłumaczy się to częściowo osobliwym zachwytem pokoleniem „sześćdziesiątników”, którzy w dążeniu do wyrwania się z sideł socrealistycznej pseudopoetyki wybierali twórczość modernistów. Już stawiając pierwsze kroki w w pisaniu, B. Zadura odczuwał pokrewieństwo z twórczością „sześćdziesiątników”. O tym otwarcie mówi w tekście.

„Czytałem Jewtuszenkę, Aksionowa, Wozniesieńskiego, kupowałem „Literaturę Radziecką”. Niedługo potem miałem przeżyć wstrząs. To, co robili młodzi Rosjanie, wydawało mi się czymś nowym i fascynującym. Ich książki były ciekawe i prawdziwe i, zdawało mi się, niosły formułę zaangażowania, którą zdolny byłem przyjąć. Wolne były od białych i czarnych charakterów minionego okresu; ludzie, jakich pokazywały, byli ludźmi prawdziwymi. Ż̄ycie, jakie odzwierciedlały, było trudne, lecz piękne. Były optymistyczne, lecz wolne od demagogii i sztampy. Kiedy Chruszczow wygłosił swe słynne przemówienie na temat sztuki, czułem się tak, jakby to mnie ono dotyczyło. I nic nie rozumiałem. Przecież to właśnie te książki czyniły mi bliską ideę, która wyrażona w języku kategorii ekonomicznych czy klasowych wydawała mi się nazbyt odległa od mego jednostkowego życia, w którym więcej mam do czynienia z wrogami intymnymi niż klasowymi. Nie przepadałem za malarstwem abstrakcyjnym, ale Jeszcze pożyjesz Okudżawy czytałem z zapartym tchem…”

Dlatego możemy niewątpliwie stwierdzić, że istnieje pewien metafizyczny związek między twórczością polskiego mistrza i zjawiskiem sześćdziesiątnictwa. Nie jestem pewna, czy badacze tego fenomenu, wskazujący na jego narodowe modele wyodrębnili akurat jego polski model, jednak są podstawy, by o nim mówić. I z pewnością nie przypadkiem pierwsze przekłady wierszy B. Zadury wyszły spod pióra D. Pawłyczki, który być może też odczuwał duchowe pokrewieństwo z polskim towarzyszem z pisarskiego cechu. Nieprzypadkowy jest także prezentowany ukraińskiemu czytelnikowi przekład powieści, którego dokonał Wasyl Słapczuk. Przedstawiciel trochę innego pokolenia, który już nie może powiedzieć, że jego generacja jest pokoleniem bez biografii, bo też przeżyte lata młodości – nie są latami spokojnego słońca, a latami słońca okrutnego, które opiekało dusze i ciała, jednak jemu też nie są obce poruszone w utworze problemy sensu życia i twórczości, roli artysty i jego miejsca w społeczeństwie i w tłumie. Wszystkie książki Słapczuka przepojone są tą tematyką i problematyką, też napisane na granicy między literaturą faktu i artystycznym zmyśleniem – autobiograficzne i konfesyjne, otwarte i szczere, które zapraszają czytelnika do milczącego dialogu i poszukiwania prawdy. On też w ślad za autorem, może powiedzieć, że „ceni książki, czytanie których jest wstrząsem, które wytrącają z równowagi, i po skończeniu których znajdujesz siebie i świat innymi”.

Właśnie dlatego powieści Lata spokojnego słońca nie odbiera się jako spóźnionej szansy, by ukraiński czytelnik poznał się z utworem sprzed pięćdziesięciu lat. Odbiera się ten utwór jako nowy i współczesny, odkrywający nowe granie sensów i nowe możliwości interpretacji. Odległość w czasie, jaka dzieli przekład od oryginału, staje się swego rodzaju pryzmatem prze-czytania tekstu, gdzie z oddali czasu coś się zaciera, a coś uwyraźnia w świetle nowej epoki z nowymi bohaterami – dziećmi swojego wieku. Z pewnością i sam autor z wysokości życiowego doświadczenia inaczej patrzy i inaczej ocenia swoją „Spowiedź dziecięcia wieku”, czytając ją czasami nostalgicznie, a czasami z dystansem. Bo przecież już nie ma tego lęku „że nie da się wypowiedzieć tego nigdy, bo minął czas, kiedy można to było zrobić, a ty zostałeś z przekonaniem, że masz co powiedzieć, co przekazać, z niepewnym przekonaniem”. To, co chciało się powiedzieć, jest już powiedziane, przemijające – ocalone, odniesiono zwycięstwo nad czasem, który nie zatrze zapisanego w książce życia, tekst istnieje i zachowuje swoją prawdę.

Zoriana Łanowyk

Kultura Enter
Nr1 (105) 2023

Photo by Jasmin Sessler via Unsplash