Strona główna/POGRANICZE. Pani Pelagia, czyli pogranicze w pigułce

POGRANICZE. Pani Pelagia, czyli pogranicze w pigułce

Jan Lewandowski

Tekst ten ma charakter zbliżony do pośmiertnego wspomnienia, czyli jest raczej źródłem niż opracowaniem, jest świadectwem, jak różnie mogą być rozumiane „mikrohistorie”. W tym przypadku chciałem przedstawić losy jednostki z pogranicza, przy czym jednostki, jakich dwadzieścia lat temu było jeszcze wiele, a zatem, jak się wydaje, osoby, której losy są podobne do historii szerszej grupy jej rówieśników, wywodzących się z terenów zachodniego pogranicza polsko-ruskiego, z czasem polsko-ukraińskiego, pogranicza etnicznego, religijnego, językowego.
Pani Pelagia (1925–2000), mimo daty urodzenia, była dzieckiem wojny, ściślej I wojny światowej. Jej rodzice, mieszkańcy wsi w powiecie włodawskim, należeli do milionowej rzeszy „bieżeńców”, czyli wypędzonych ze swych rodzinnych wsi w głąb Imperium Rosyjskiego w czasie odwrotu armii carskiej w lecie 1915 r. Podzielili w ten sposób losy ponad 90 proc. ludności prawosławnej z nadbużańskiego pasa Królestwa Polskiego. Ich zabudowania poszły z dymem w ramach taktyki „spalonej ziemi” jaką zastosowała wówczas armia rosyjska wobec nieuchronnego wycofania się nie tylko z „Przywiślańskiego Kraju”, ale i z uznanych za „istinno russkije” terenów Podlasia i Chełmszczyzny.

W trakcie kilkuletniej tułaczki w bezkresnym imperium carów, której finałem był powrót do rodzinnych stron, ojciec Pani Pelagii stracił żonę, a matka męża. Pani Pelagia była dzieckiem z drugiego małżeństwa obojga rodziców. Powrót do kraju nie oznaczał zresztą końca nieszczęść związanych z minioną już wówczas wojną. W trakcie odbudowy spalonych zabudowań ojciec Pani Pelagii „przesilił się” i wkrótce umarł.
Swego męża, pochodzącego ze wsi odległej o kilkanaście kilometrów od jej miejsca zamieszkania, Pani Pelagia poznała w okolicach Kętrzyna, tam bowiem obie poleskie rodziny trafiły w 1947 r. w rezultacie akcji „Wisła”. Tam też zawarli związek małżeński. Rodzice Pana Jana wrócili z bieżeństwa latem 1920 r., a po urodzinach potomka chcieli go ochrzcić, zanim na Polesie dotrze zbliżająca się Armia Czerwona. Jeździli od cerkwi do cerkwi i dopiero w czwartej, czy piątej był prawosławny duchowny.
Wracając do akcji „Wisła”, to w jej rezultacie Pani Pelagia miała członków rodziny na wschodniej Ukrainie (wysiedleni w latach 1945–1946), w okolicach Kętrzyna (ci którzy już tam zostali) i w swoich rodzinnych poleskich stronach.

Na Polesie obie rodziny wróciły na początku lat pięćdziesiątych. Warunek był jeden: wstąpią do rolniczej spółdzielni produkcyjnej, bowiem tak brzmiała polska nazwa kołchozu (ros. kollektiwnoje choziajstwo). Nazwa nie była bez znaczenia, bowiem spółdzielcy pozostali właścicielami swoich gospodarstw, a kiedy po roku 1956 około 90 proc. polskich kołchozów rozpadło się, ziemia wróciła do swoich właścicieli, a Pan Jan i Pani Pelagia gospodarowali na swoim jeszcze ponad 40 lat. Pani Pelagia nie była przeciwniczką spółdzielni i ciężko w niej pracowała, ale mówiła, że tyle tam było lenistwa i złodziejstwa, że to się nie mogło udać.

Mimo wszystkich trudnych przeżyć nasza bohaterka zachowała pogodę ducha, życzliwość do ludzi i świata, skłonność do wybaczania ludziom ich wad i słabości i to poczucie godności i własnej wartości, z którym nieraz spotkałem się na wsi wśród starszych gospodyń, chociażby przy okazji spisu powszechnego w 1960 r. Jej teściowa, matka Pana Jana, nie wytrzymała psychicznie ciężaru dwukrotnych deportacji i powrotów. Na każde pukanie do drzwi, niemłoda już kobieta reagowała rozpaczliwą, błyskawiczną ucieczką pod stół.

Pani Pelagia wychowała się we wsi, w której żyły obok siebie rodziny prawosławne, trochę katolickich polskich i kilka żydowskich. Nic dziwnego, że była osobą dwujęzyczną, przy czym jej polszczyzna była dość odległa od miejscowego dialektu, a wynikało to stąd, że języka państwowego nauczyła się dopiero w polskiej szkole. Jej poprawny polski był językiem „zewnętrznym”. Posługiwała się nim w kontaktach z polskim otoczeniem, ale także ze swoimi córkami. W języku macierzystym zwracała się do męża i swoich sąsiadek-rówieśniczek, ale tylko wtedy, kiedy były to rozmowy bez udziału obcych. W ciepłe letnie wieczory jej sąsiadki siadywały na ławeczkach przy domach i wtedy można było usłyszeć rozmowy w ich macierzystym języku.

„Na zewnątrz”, w obecności osób trzecich, także z mężem i sąsiadkami Pani Pelagia rozmawiała po polsku. W tej polszczyźnie były czasem słowa z pogranicza, z etymologią ukraińską, a nawet zetknąłem się z ciekawym neologizmem o takiej genezie. Przytoczę zatem cały taki dialog z czasu żniw:

– Pani Pelagio, a co dzisiaj robi Pani zięć?
– Pojechał w pole słomę ciukać?
– A czymże on ją będzie ciukał?
– Jak to czym, przecież, że ciukarnią!
„Ciukarnia” to prasa do słomy, które to słowo w zmechanizowanym gospodarstwie zięcia (Kurpia) jakoś się nie przyjęło. A wracając do języka, córki Pani Pelagii, nie mówiąc już o wnukach, posługiwały się wyłącznie polskim, nie wspominając o swoich prawosławnych korzeniach.
O poczuciu narodowym Pani Pelagii świadczy następujący dialog z zaprzyjaźnioną osobą:
– Pani jest Polką?
– Nie.
– A, to Ukrainką?
– Pani, a co ja złego Pani zrobiłam?
– Białorusinką? A to istnieje taka nacja?
– To kim Pani jest? Ja tutejsza, prawosławna.

To wcale nie było takie proste. Pani Pelagia pamiętała burzenie cerkwi w 1938 r. i winę za to przypisywała Piłsudskiemu. Kiedy się wyjaśniło, że Piłsudski już nie żył, zakomunikowała tę ważną dla niej informację Panu Janowi. Ten oświadczył, że od dawna o tym wiedział. To wywołało niemal furię Pani Pelagii, oburzonej ukrywaniem tak ważnej dla niej informacji. Zwłaszcza bolało ją to, że winą za jej krzywdę obciążała Bogu ducha w tym przypadku winnego Marszałka. Skończyło się na kilkudniowych „cichych dniach” w zgodnym małżeństwie.

Pani Pelagia uważała się za prawosławną, ale swoje córki ochrzciła w Kościele rzymskokatolickim, a sama przykładnie uczęszczała do spowiedzi wielkanocnej w nieodległej łacińskiej parafii. Do cerkwi uczęszczała w miarę możliwości, kiedy któryś z wnuków podwiózł ją do odległej o kilkanaście kilometrów niewielkiej cmentarnej świątyńki. W czasie pobytu w Grabarce dała na mszę za swoich rodziców.
Jeszcze za życia Jan i Pelagia ufundowali sobie murowany grób na rzymskokatolickim cmentarzu. Na stwierdzenie, że jest to przecież cmentarz katolicki, oświadczyła z pogodą ducha, że oczywiście tak, ale w tej części pochowani są prawosławni.

Pogrzeb Pani Pelagia miała z udziałem rzymskokatolickiego księdza i był to chyba już ostatni taki wiejski pochówek, których wiele widziałem w dzieciństwie w okolicach Krasnegostawu. Mimo, że zmarła w szpitalu, ciało (wbrew obowiązującym przepisom sanitarnym) przewieziono do domu. Odbyło się nocne czuwanie, wyprowadzenie z domu, a cała wieś odprowadziła zmarłą do krzyża znaczącego koniec miejscowości. W dalszej, kilkusetmetrowej drodze do kościoła i mogiły towarzyszyła nieboszczce tylko rodzina i goście przybyli z dalszych stron. Po opuszczeniu trumny grób zamurował zięć. Nasze dzieci kończące właśnie studia, które znały Panią Pelagię i jej wnuki, były tak przejęte i ujęte tym pogrzebowym obrzędem, że wyznały, że chciałyby mieć taki sam pogrzeb.

Od tamtej pory minęło już (zaledwie?) dwadzieścia lat, ale chciałoby powtórzyć się za poetą „tych ludzi już nie ma” i tego pogranicza też już nie ma.

Tekst jest rozszerzoną wersją niepublikowanego wystąpienia 8 września 2008 r. na sesji naukowej „Granice i pogranicza. Mikrohistorie”, której organizatorem był Instytut Historii Uniwersytetu w Białymstoku.

Jan Lewandowski

Jan Lewadowski – profesor historii, autor ponad 300 publikacji naukowych, popularnonaukowych i publicystycznych, a także książek m.in.: Królestwo Polskie pod okupacją austriacką, Polacy w Szwajcarii, Królestwo Polskie wobec Austro-Węgier 1914–1918, Na pograniczu. Polityka władz państwowych wobec unitów Podlasia i Chełmszczyzny 1772–1875.

 

Kultura Enter
2021/02 nr 100

Na czarno-niałym zdjęciu prawosławna cerkiew w Lublinie. Na tle drzew.

Prawosławna cerkiew pw. Przemienia Pańskiego w Lublinie. Fot. Roman Kravchenko.