Strona główna/POLITYKA. Amerykańsko-chińska rywalizacja w XXI wieku

POLITYKA. Amerykańsko-chińska rywalizacja w XXI wieku

Krzysztof Księski

Imperia się rodzą, osiągają apogeum swojej wielkości, by zacząć słabnąć i wreszcie runąć w pyle historii. Osiągnięcie szczytu i trwanie na nim skłania ku rozpływaniu się we własnej potędze i niedostrzeganiu niepokojących symptomów, oznak entropii, zbliżającego się schyłku. W blasku własnej chwały nie zauważa się wydłużających się cieni, początkowo nikłych, wraz z biegiem czasu wyraźniejszych, chorób trawiących powoli początkowo zdrowy korpus dominatora.

Któż poza wnikliwymi badaczami historii pamięta świetność starożytnych imperiów? A przecież w czasach szczytu ich rozwoju odciskały swe piętno na całym świecie, decydując o losach ludów i narodów, by w końcu zejść ze sceny, ustępując miejsca nowym, potężnym aktorom. Tak było z Persją, Spartą, Kartaginą i Rzymem, Cesarstwem Karola Wielkiego i Rzeczpospolitą Szlachecką, Napoleońską Francją, Cesarstwem Rosyjskim, czy wreszcie imperium Wielkiej Brytanii, nad którym nigdy nie zachodziło słońce.

Zmiana hegemona wiązała się zwykle z gwałtownymi wydarzeniami, jednak jej podłoże miało znacznie dłuższe i głębsze przyczyny. Sięgając do czasów nowożytnych, ledwie stulecie temu, możemy zauważyć, że I wojna światowa była tym wybuchem, który przemodelował cały układ sił na świecie, dając między innymi również nam, Polakom, okazję do odrodzenia się w nowej niepodległej ojczyźnie. Oznaczał osłabienie takich potęg, jak Francja, Niemcy czy Wielka Brytania przy jednoczesnym wzroście Stanów Zjednoczonych, które z dłużnika państw Europy stały się ich wierzycielem. Wciąż jednak były mocarstwem regionalnym, nie światowym.

Sytuacja zmieniła się diametralnie po II wojnie światowej. USA bardzo się rozwinęły, stając się mocarstwem światowym. Przejęły rolę Wielkiej Brytanii na oceanach, rozpoczynając kontrolę przepływów strategicznych. Zgodnie z polityką powstrzymywania ograniczały rolę drugiego hegemona światowego – Związku Radzieckiego. W przeciwieństwie jednak do Stanów Zjednoczonych, które dominowały na wszystkich kontynentach, ZSRR skupiał się przede wszystkich na wielkich obszarach Eurazji. O ile w kwestiach militarnych lub zasobach naturalnych stanowił potęgę, o tyle ekonomicznie czy kulturowo nie stanowił szczególnie istotnego elementu międzynarodowej układanki. Zaś wraz z kolejnymi dekadami słabł, jego system gospodarczo-społeczny okazał się niewydolny i nieefektywny, obnażając założenia komunistycznych teoretyków.

Wreszcie na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku blok państw socjalistycznych się rozpadł, a wraz z nim również ZSRR. Stany Zjednoczone stały się jedynym imperium światowym, panem i władcą rynków światowych, podbijających wszystkie kontynenty swoim soft power. Francis Fukuyama ukuł tezę o końcu historii i niepowstrzymanym pochodzie liberalnej demokracji na całym globie, co zostało podchwycone przez zachodnie elity i stało się obowiązującym paradygmatem. Uwierzono, że tylko liberalna demokracja może zapewnić rozwój gospodarczy i społeczny. Naiwni myśleli, że już nic nie powstrzyma ludzkości w pogoni za bogaceniem się i osiąganiem dobrostanu.

Globalizacja wkroczyła na nowe ścieżki i znacznie przyspieszyła. Objęła przy tym niemal całą planetę, poza niewielkimi enklawami, jak Korea Północna czy najgłębsze ostępy puszcz Afryki, Azji i Ameryki Południowej. Zacieśniła się wymiana handlowa, kulturalna, migracje ludzi i kapitał dowodziły, że nie ma granic, a technologie, takie jak komputery, internet czy telefonia komórkowa, tylko wzmocniły te tendencje i jeszcze bardziej zacieśniły relacje międzynarodowe.

Stany Zjednoczone stały się gwarantem międzynarodowej wymiany handlowej, a dolar amerykański walutą światową, w której dokonuje się rozliczeń. Teoretycznie to właśnie ten gwarant będący mocarstwem światowym powinien najwięcej zyskiwać na tak skonstruowanym systemie. Okazało się, że jest inaczej.

Zwycięzcą obecnego kształtu globalizacji stały się Chiny. Starożytne azjatyckie imperium, o ogromnych tradycjach mocarstwowych, od XIX stulecia przeżywało głęboki kryzys. Podporządkowane przez państwa zachodnie, a później przez Japonię były obszarem wyzyskiwanym, jak to się zwykle dzieje w przypadku kolonii i krajów kolonialnych. II wojna światowa zakończona krwawą wojną domową spustoszyła kraj i na wiele lat go osłabiła. Jednak Chiny zawsze miały ogromny potencjał, który w końcu zaczęły wykorzystywać. Z pewnością przyczyniła się do tego tzw. dyplomacja pingpongowa prowadzona przez USA, które chciały wyciągnąć Chiny z sojuszu z ZSRR, co właściwie się udało. Jednak wciąż mało kto wierzył, że Chiny – biedny kraj z niewydolną gospodarką i komunistyczną władzą totalitarną, z bardzo niskim poziomem edukacji, technologii i nauki – mogą stać się naprawdę liczącym się partnerem międzynarodowym.

Rozwój Chin miał charakter bezprecedensowy. Państwo to zanotowało niepowtarzalny i niezwykły, wręcz skokowy wzrost wszystkich wskaźników gospodarczych. Mając rekordowy, największy wśród państw świata wzrost PKB, stało się przykładem niezwykłego rozwoju. Chiny poprawiły swoją demografię, ale co najważniejsze – porzuciły koncepcje komunistycznej gospodarki scentralizowanej, planowanej na rzecz reglamentowanego, ale jednak kapitalizmu i wolnego rynku, chroniąc przy tym swoją gospodarkę przed nadmiernym wpływem obcego kapitału. Stały się fabryką świata, niezwykle mocno wprzęgając się w światową gospodarkę i nastawiając się na eksport. Większość rzeczy, które posiadamy, zostało wyprodukowanych w chińskich fabrykach, choć najczęściej jeszcze do niedawna nosiły logo firm zachodnich, japońskich lub południowokoreańskich.

Chiny stały się integralną częścią gospodarki światowej. Produkty chińskie, zwane „chińszczyzną”, początkowo były bardzo tanie, ale pogardzane, bowiem ich jakoś pozostawała niska. Oczywiście inaczej było z markowymi produktami z Chin, tu bowiem koncerny prowadziły politykę kontroli jakości.

Tak było przez lata. Jednak w pierwszej dekadzie XXI wieku sytuacja zaczęła się zmieniać. Pojawiły się marki chińskie konkurujące z coraz lepszym efektem z innymi markami globalnymi. W pierwszej fazie Chińczycy kopiowali wszystko to, co wpadło im w ręce – nie szanując praw własności intelektualnej i stosując szpiegostwo technologiczne. Jednocześnie zaczęto wysyłać tysiące młodych zdolnych obywateli na studia na uniwersytetach angielskich i amerykańskich. Tam młodzi Chińczycy zdobywali kompetencje, które mogły być wykorzystywane w gospodarce chińskiej. Powstały wielkie międzynarodowe koncerny chińskie, które zaczęły prowadzić z powodzeniem własne badania rozwojowe.

Chiny zaczęły również inwestować zagranicą, stając się największym inwestorem świata. W rękach kapitału chińskiego znalazło się dużo infrastruktury transportowej nie tylko w Azji, ale również w Afryce. Chińczycy inwestują w lotniska, koleje, drogi, ale także w przemysł na wszystkich kontynentach. Są też (wraz z Japonią) największym wierzycielem USA. Przy okazji społeczeństwo chińskie znacznie się wzbogaciło – w wielu rejonach Państwa Środka poziom życia dorównał poziomowi życia w niektórych krajach Unii Europejskiej. Stając się potęgą gospodarczą, Chiny podniosły głowę i postanowiły powalczyć o pozycję mocarstwową. Dziś już nikt nie wątpi, że to ogromna potęga, która ustępuje jedynie USA. I podważa pozycję lidera.

Zachowując monopol autorytarnej władzy, Komunistyczna Partia Chin stworzyła ciekawą hybrydę polityczno-gospodarczą, która umożliwia stały wzrost gospodarki oraz napędza rozwój nauki i nowych technologii. Nie ma też trudności istniejących w państwach demokratycznych związanych z cykliczną zmianą rządów, społeczeństwem obywatelskim i jego wrażliwością, ograniczeniami prawnymi itp. Rząd autorytarny może działać skutecznie wbrew swoim obywatelom, czego przykładem jest system inwigilacyjny, właśnie w Chinach funkcjonujący.

Stany Zjednoczone kilkanaście lat temu dostrzegły chińską ekspansję i zagrożenie dla własnej hegemonii. Początkowo niewiele sobie z tego robiły, a specjaliści sądzili, że Amerykanie pogodzą się ze wzrastającą siłą Chin i malejącą przewagą USA. Jednak postanowiono podjąć rękawicę i zmierzyć się z największym wyzwaniem, jakie jeszcze nigdy przed nimi nie stało.

Donald Trump rozpoczął wojnę celną z Chinami, chcąc uderzyć w ich gospodarkę. Chiny odpowiedziały podobnymi krokami. Uderzył również w chińskiego międzynarodowego giganta technologicznego – koncern Huawei, odcinając go praktycznie od amerykańskiej technologii i amerykańskiego rynku. Niewiele to jednak dało.

W styczniu [2020*] podpisano tzw. porozumienie pierwszej fazy w sprawie ceł między oboma mocarstwami. Od początku Pekin wstrzymywał pewne ustalenia zapisane w tym porozumieniu, argumentując to pandemią. Zapisana zaś tam była kwestia własności intelektualnej, co jest dużym problemem Chin w relacjach z innymi państwami.

Amerykanie zdają sobie sprawę, że czas gra na ich niekorzyść. Chiny mają znacznie większy potencjał rozwojowy – przede wszystkim 1400 mln obywateli, coraz lepiej wykształconych, przy raptem 330 mln Amerykanów, u których bardzo słabo wypada poziom i chęć nauki przedmiotów ścisłych wśród uczniów. Do tego stały, wysoki wzrost gospodarczy, największy na świecie.

Według wartości nominalnej PKB Stanów Zjednoczonych w 2019 roku wyniósł 21,4 bln dolarów, a PKB Chin – 14,3 bln dolarów, lecz ta różnica co roku się zmniejsza. Jednak PKB Chin szacowany według parytetu siły nabywczej jest już wyższy od amerykańskiego. Wartości PKB w 2019 roku wynosiły odpowiednio 23,5 oraz 21,4 bln dolarów.

USA ma jednak kilka istotnych przewag. Przede wszystkim wojsko – wciąż dużo lepiej uzbrojone, bardziej nowoczesne, nie mówiąc o zdecydowanie większym arsenale nuklearnym. Szczególnie na morzu i w powietrzu ta przewaga jest znaczna. Choć tu można znaleźć pewne wyjątki. Chińczycy są najbardziej zaawansowani, jeśli chodzi o technologię 5G, która ma zastosowanie nie tylko w gospodarce, ale również na polu bitwy. Prawdopodobnie może być ona też bardziej zaawansowana w rozwoju tzw. broni hipersonicznej, która będzie rewolucją w wojskowości, aczkolwiek tu nie ma pewności, szczególnie że wiele projektów wojskowych jest ściśle tajnych.

Przez wiele lat lekceważono potencjał strategiczny Chińskiej Republiki Ludowej. Tymczasem spośród wszystkich państw, poza USA, Chiny wydają na armię najwięcej. Nie tylko stanowią potęgą gospodarczą, ale również systematycznie budują swoje siły zbrojne. W efekcie są największym konkurentem Stanów Zjednoczonych, gdy chodzi o militarną dominację na świecie, choć udział wydatków na zbrojenia w chińskim PKB wciąż jest znacznie niższy niż w przypadku wydatków amerykańskich.

W 2019 roku Stany Zjednoczone wydały na zbrojenia 732 mld dolarów, Chiny zaś 261 mld dolarów, jednak wzrost wydatków chińskich na wojsko jest znaczny, przy delikatnym spadku nakładów amerykańskich. Zwiększanie wydatków Chin na obronność przekłada się na stałe podnoszenie jakości sprzętu, jakim dysponuje ich armia, np. helikoptery szturmowe CAIC Z-10 (Changhe WZ-10), samoloty szturmowe Chengdu J-10 i Chengdu J-20.

Armia chińska jest znacznie liczniejsza od amerykańskiej. W czynnej służbie pozostaje tam 2,3 mln żołnierzy (najwięcej na świecie), podczas gdy w USA – 1,3 mln. Pekin posiada 8 mln rezerwistów, zaś Stany Zjednoczone dziesięć razy mniej. W USA liczba osób zdolnych do służby wojskowej wynosi 73 mln, natomiast w Chinach – 386 mln.

Jednocześnie dzięki ogromnym nakładom przeznaczanym na zbrojenia Stany Zjednoczone mogą sobie pozwolić na większe zastosowanie nowoczesnych technologii. Zamiast więc wysyłać ludzi na pole walki, preferują używanie dronów i wykonywanie ataków rakietowych. Pekin nie dysponuje przewagą, gdy mowa o broni konwencjonalnej. Problemem chińskiej armii pozostaje ciągle jakość sprzętu. W posiadaniu ma ona 7,8 tys. czołgów, podczas gdy USA – 6,4 tys. USA górują natomiast pod względem liczby opancerzonych pojazdów bojowych. Posiadają ich prawie 42 tys., podczas gdy Chińczycy tylko 6 tys. Ok. 3 tys. spośród chińskich czołgów stanowią pojazdy, których konstrukcja pochodzi jeszcze z lat 50. XX wieku. Tylko 500 czołgów używanych przez Chińczyków można uznać za nowoczesne.

Podobnie rzecz przedstawia się w lotnictwie. Liczba nowoczesnych samolotów używanych w chińskiej armii nie jest wystarczająca. Wprawdzie Pekin dysponuje większą liczbą myśliwców (1,2 tys.), ale w przypadku samolotów wielozadaniowych przewaga USA jest ponad trzykrotna (ChRL – 0,6 tys., USA –2,2 tys.). Stany posiadają czterokrotnie więcej helikopterów (ChRL – 1,2 tys., USA – 4,9 tys.).

Przewaga Stanów Zjednoczonych na morzu jest również widoczna. Chociaż Chiny dysponują większą liczną jednostek, to USA mogą poszczycić się dwudziestoma lotniskowcami, podczas gdy Pekin posiada tylko dwa. Okręty amerykańskie są też lepiej uzbrojone. Trzeba jednak pamiętać, że Państwo Środka stale zwiększa wydatki na flotę, a jej flota cywilna może stanowić jednostki pomocnicze dla okrętów wojennych. Nie wiadomo dokładnie, jaką wielkość ma osiągnąć chińska marynarka wojenna, ponieważ plany jej rozwoju są tajne, ale może się okazać, że za kilkanaście lat Chiny zostaną największą potęgą morską na świecie.

Najsłabiej Chiny wypadają pod względem posiadanej liczby głowic atomowych. W tej dziedzinie prym wiodą Stany Zjednoczone, które zgromadziły ponad 6 tys. głowic. Chiny mają ich 290. Potencjał ten stanowi jednak spore zagrożenie dla USA, ponieważ Państwo Środka posiada środki przenoszenia głowic, a przy tym prowadzi prace nad nowymi rakietami balistycznymi i pociskami manewrującymi.

Jest jeszcze kwestia kosmosu. Wynalezienie takiej technologii, która z orbity technicznej będzie mogła oddziaływać na obiekty wrogiej strony, np. zakłócając łączność lub zwyczajnie je niszcząc, będzie decydującą przewagą militarną, która zmusi przeciwnika do znacznych ustępstw. Amerykanie pracują nas takimi technologiami, Chińczycy również, aczkolwiek wygląda na to, że w tej materii są mniej zaawansowani od swoich oponentów.

Co chcą uczynić Stany Zjednoczone? Chcą ograniczyć możliwość działania Chin, odciąć je od rynku światowego, co może doprowadzić gospodarkę chińską do załamania. Kryzys mógłby być tak wielki, że zdołałby nawet doprowadzić do upadku partii komunistycznej i rozwoju tendencji demokratycznych w Chinach kontynentalnych. Może to także doprowadzić do rozpadu kraju na co najmniej kilka prowincji, gdyż tendencje odśrodkowe są tam wciąż silne, choć tłumione przez autorytarną władzę.

Tyle że to nie jest takie proste. Firmy chińskie są obecne na światowych rynkach, a ich produkty cieszą się ogromną popularnością. Już przykład Huawei pokazuje, jak niełatwo jest Amerykanom przekonać partnerów z Europy, by zaczęli wycofywać wpływy chińskie z kontynentu.

Geografia także nie sprzyja planom amerykańskim. Generalnie istnieją trzy drogi, którymi odbywa się, lub mógłby się odbywać, eksport chińskich towarów na rynki światowe. Pierwszą z nich, najważniejszą, jest linia komunikacyjna biegnąca przez Morze Południowochińskie, a następnie przez Cieśninę Malakka między Malezją i Singapurem a Indonezją (Sumatrą). Ta droga może być kontrolowana przez statki amerykańskie i w razie czego raczej blokada będzie skuteczna.

Morze Południowochińskie jest kluczowe ze względów handlowych. Przez nie przepływa większość statków, które transportują towary do Azji. Chinom chodzi też o odsunięcie linii obrony od własnego terytorium, przedłużenie możliwości działania wojskowego na dalsze części Azji Południowej i Południowo-Wschodniej, też o kontrolę nad ważnym ekonomicznie obszarem. Poza tym pod dnem znajdują się niezbadane do końca złoża surowców.

Inaczej przedstawia się sytuacja w przypadku dwóch pozostałych dróg. Druga droga biegnie tzw. nowym jedwabnym szlakiem, a więc starymi drogami wyposażonymi w nową infrastrukturę. Droga kolejowa już tu istnieje, biegnie zresztą m.in. przez Polskę. Przebiega jednak przez wielkie stepy Azji, wiele krajów, i jej przerwanie wydaje się możliwe, aczkolwiek nie bezpośrednio przez USA, ale przez ich sojuszników. Trzecią drogą, nową, ale już możliwą do przebycia – jest droga przez Rosję, a konkretnie przez wielkie azjatyckie rzeki rosyjskie (Lena, Ob, Jenisej, Amur) – do Oceanu Arktycznego – dalej ku rynkom zbytu. Jak się okazuje, w efekcie zmian klimatu i postępu technologii ta droga stała się nie tylko możliwa do przebycia, ale jest znacznie szybsza niż przez Ocean Indyjski.

Tu pojawia się kwestia Rosji jako języczka u wagi w całym tym konflikcie. Od postawy Rosji wiele zależy. Jeśli się ułoży z Chinami, droga północna stanie otworem. Jeżeli jednak porozumie się z USA – zamkną się możliwości przed Państwem Środka. W obu przypadkach Rosja będzie chciała coś w zamian. Już teraz udało jej się zakupić od Chińczyków system inwigilacyjny społeczeństwa, który świetnie śledzi wszelkie ruchy chińskich obywateli. W autorytarnej Rosji Putina z pewnością władzy się bardzo przyda. Co Amerykanie mogą zaoferować Rosji? Korzyści za zachodnimi granicami Rosji, a więc być może rozszerzenie wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej – Ukraina, Białoruś, kraje nadbałtyckie? To z pewnością niepokojący scenariusz dla Polski.

Jak USA spróbują zablokować Chiny? W ostateczności militarnie, czyli siłowo. Oczywiście nie chodzi tu o inwazję na Chiny kontynentalne. Taka operacja wydaje się być niemożliwa. Chiny są zbyt duże, zbyt ludne, mają zbyt potężną gospodarkę i zbyt silną armię, by rozpatrywać taką możliwość.

Jeśli dojdzie do tzw. wojny gorącej, co wydaje się możliwe, odbędzie się ona głównie na morzu i w powietrzu, do tego atakowane będą bazy wojskowe. Tu jednak wychodzi przewaga położenia Chin. Na Morzu Południowochińskim Chińczycy mają dużą przewagę: bliskość kontynentu, sztuczne wyspy z bazami wojskowymi, bliskość zasobów. Amerykanie muszą tu z kolei liczyć na sojuszników i korzystać z baz na ich terytoriach: Okinawa (Japonia), Darwin (Australia), Korea Południowa, Filipiny, Malezja. Nie wiadomo jak swobodnie będą mogły z nich korzystać. Dodatkowo bazy te będą w zasięgu rakiet chińskich, co może doprowadzić do unieruchomienia tych baz. A kontynent amerykański jest bardzo daleko. Taka prozaiczna sprawa, jak tankowanie samolotów, może się okazać trudna dla sił amerykańskich.

Dlatego USA mocno pracują nad siecią sojuszy, którą oplotą Chiny. Naciskają na Unię Europejską, by ta nie była neutralna w nadchodzącym konflikcie. Tu Polska, wraz z krajami tzw. Trójmorza, ma do odegrania swoją rolę, gdyż nowy jedwabny szlak nie będzie funkcjonował bez naszej woli. Ale Amerykanie starają się o sojuszników na innych kontynentach. Australia jest jednym z nich i już odczuła retorsje chińskie w postaci ograniczenia eksportu węgla i stali do Chin z powodu nieprzychylnych dla nich wypowiedzi australijskich polityków. Japonia jako tradycyjny przeciwnik Chin również jest po stronie USA. Podobnie Filipiny. Ale to może być za mało. Amerykanie liczą na pozyskanie do sojuszu wielkich Indii, Indonezji, jak również niektórych państw Bliskiego Wschodu, np. Arabii Saudyjskiej. Chcą stworzyć wielki sojusz antychiński, by wspólnymi siłami zatrzymać rozwój Państwa Środka. Chiny jednak nie próżnują, też próbują pozyskiwać sojuszników. W ostatnim czasie widać zbliżenie z Iranem czy Pakistanem.

Istnieje jeszcze kwestia Tajwanu. Komunistyczne Chiny uważają tę wyspę za zbuntowaną prowincję, prawowicie do nich należącą. Coraz częściej czołowi chińscy politycy wyrażają wolę zjednoczenia Chin, a więc wchłonięcia Tajwanu. Od niedawna przestano podkreślać, że proces ten ma mieć charakter pokojowy. Niepokojąco brzmią pogłoski o możliwej inwazji na Tajwan.

Byłoby to głośne i wyraźne „sprawdzam” dla Amerykanów. Ich zachowanie w ewentualnym konflikcie o Tajwan będzie papierkiem lakmusowym intencji i możliwości amerykańskich w tej części świata. Gra o Tajwan może skończyć się wybuchem wielkiej gorącej wojny, w której zmierzą się dwa supermocarstwa. Mówi się, że armia chińska ma rozkaz, by pierwsza nie otwierała ognia w stosunku do wojsk amerykańskich. Jednak wiemy, że w chwili próby, gdy żołnierze mają nerwy na postronkach, różnie może się zdarzyć.

Wydaje się, że wojna między USA a Chinami nie jest na rękę żadnej ze stron. Patrząc więc logicznie i racjonalnie, nie ma się czego obawiać. Jednak różnie może się zdarzyć. Zamach na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda w Kosowie 28 czerwca 1914 roku też mógł wydawać się incydentem. Nikomu przecież nie zależało na wojnie, nikomu się ona nie opłacała, w Europie panował pokój i rósł dobrobyt. A jednak wywołało to wybuch wielkiej czteroletniej wojny, która zrujnowała Europę.

Wydaje się, że elity amerykańskie są zgodne – trzeba powstrzymać Chiny. Opowiadają się za tym zarówno republikanie, jak i demokraci, różnią ich w tej sprawie niuanse. Bez względu więc na to, czy Donald Trump wywalczy reelekcję, czy też w Białym Domu zasiądzie Joe Biden, polityka USA wobec Chin się nie zmieni.

Rozwój gospodarczy Chin, podobnie jak działo się to wielokrotnie z innymi państwami, prowadzi do znacznego zwiększenia potencjału militarnego. Chociaż procent PKB przeznaczany przez Pekin na zbrojenia jest znacznie mniejszy niż w przypadku USA, wzrost gospodarczy pozwala Chinom na budowę coraz silniejszych sił zbrojnych, co może być postrzegane przez Waszyngton jako zagrożenie.

Jednak teatr wojny sprzyja Chinom, bowiem to u ich wybrzeży dziać się będą główne wydarzenia próby sił. Dochodzą do tego również czynniki pozawojskowe. Bez wątpienia społeczeństwo demokratyczne, jakim są Amerykanie, znacznie gorzej zniesie trudy wojny, śmierć żołnierzy czy ograniczenia wynikające ze stanu wojennego niż karne społeczeństwo chińskie, tłamszone przez władzę autorytarną.

Nie bez znaczenia jest również spustoszenie, jakie niesie ze sobą Covid-19, który znacznie bardziej odcisnął się na kondycji USA niż Chin. Zresztą w końcu, zgodnie z najbardziej prawdopodobną wersją wydarzeń, wyciekł z laboratorium chińskiego w Wuhan. I zrobił znacznie mniejszą krzywdę swym „producentom” niż ich wrogom. Raczej był to przypadek. Nie jest jednak wykluczone, że wirus ten miał celowo pomieszać szyki Zachodowi, choć to dość makiaweliczne stanowisko.

Co nas czeka? Trudno powiedzieć, głowią się nad tym tematem najtęższe umysły na świecie. Scenariuszy jest kilka.

Pierwszym z nich jest wizja, że USA odpuszczą, pogodzą się ze zmniejszającą się rolą w świecie i pozwolą na dalszy wzrost Chin. Wciąż jeszcze przez kilka dekad będą światowym mocarstwem, a w dającej się przewidzieć przyszłości nie przestaną być imperium regionalnym, mającym decydujący wpływ na sytuację w obu Amerykach. To będzie jednak podważało coraz bardziej rolę USA w świecie. Amerykanie zaczną tracić wpływy w Europie i na Bliskim Wschodzie, a ich soft power nie będzie miał takiej przewagi, jak dotąd. Odbije się to w znacznej mierze na gospodarce amerykańskiej, ponieważ rola dolara w świecie zmaleje, przestanie on być walutą globalną. Straty będą bardzo duże, co przełoży się na kryzys gospodarczy w USA, wzrost bezrobocia itd. Konieczne będą cięcia dotyczące programu kosmicznego, zmniejszenie budżetu Pentagonu. Z różnych zakątków świata będą ściągane amerykańskie wojska, ponieważ ich stacjonowanie daleko od macierzy będzie zbyt kosztowne. To z kolei może doprowadzić do niepokojów i poważnych napięć w różnych rejonach świata. Zagrożone mogą stać się Korea Południowa, Izrael, Arabia Saudyjska, Filipiny, w dalszej perspektywie Japonia i Australia.

W takiej sytuacji Chiny zaczną wstępować w rolę regulatora światowych stosunków politycznych i gospodarczych. Spowoduje to zmianę paradygmatu aksjologicznego promowanego w świecie. W wyniku tych zmian będą tracić na znaczeniu prawa jednostki na rzecz praw ogółu, społeczeństwa, państwa. Prawa człowieka stracą na znaczeniu, rozwijać się będą koncepcje praw społecznych przeciwstawianych prawom jednostki. Prawdopodobnie wrócą w niektórych krajach takie rozwiązania, jak: możliwość szerokiej inwigilacji obywateli czy kara śmierci. Służby państwowe otrzymają szerokie uprawnienia, np. śledzenia czy zatrzymywania podejrzanych bez udziału sądu w tym procesie, w imię zapewnienia większej skuteczności działania tych służb. Wejdziemy w okres promowania rządów autorytarnych.

Z drugiej strony, prawdopodobnie zostanie zachowany obecny model globalizacji, gęstej i intensywnej wymiany handlowej na światowych rynkach, coraz większej wymiany usług, towarów i kapitału. Albowiem Chiny są największym beneficjentem takiego systemu i nie wydaje się, żeby miały od niego odstąpić. Chyba że pojawi się inne państwo, np. Indie, które jeszcze bardziej będzie korzystało na obowiązujących zasadach. Trudno jednak antycypować, co nastąpi później.

Drugim scenariuszem jest izolacja Chin. Jeżeli Amerykanom udałoby się przekonać Europę, Rosję oraz sąsiadów Państwa Środka do sojuszu antychińskiego, może udać się nie tylko ograniczyć ekspansję Chin, ale wypchnąć z wielu bogatych rynków. Może też dojść do jednostronnego umorzenia wierzytelności chińskich w USA, co byłoby wielkim ciosem dla gospodarki Chińskiej. Co prawda, podważyłoby to wiarygodność Stanów Zjednoczonych jako partnera biznesowego, ale korzyści dla Amerykanów byłyby wielokrotnie większe. Gdyby to jeszcze połączyć z nacjonalizacją przedsiębiorstw i infrastruktury znajdującej się w rękach biznesu chińskiego w krajach Afryki i Azji – straty gospodarcze Chin byłyby gigantyczne. Mogłoby to wzmocnić ruchy odśrodkowe i spowodować rozpad Chin na kilka odrębnych prowincji i kilka państw-miast, co zastopowałoby chiński wzrost. Byłoby to zniszczenie monopolu Chin w wymiarze politycznym i gospodarczym.

Chiny mają wystarczającą siłę militarną, by obronić się przed inwazją wojskową, są jednak za słabe, by prowadzić ofensywną wojnę w teatrze wojennym oddalonym od Państwa Środka o tysiące kilometrów. Nie mają takich zdolności i nie będą ich miały jeszcze przez kilka dekad. Jednocześnie są kraje, które mogą zastąpić Chiny w roli fabryki świata. Indie, Indonezja, Pakistan czy Wietnam, żeby wymienić tylko te najliczniejsze, mogą także pełnić tę rolę, gdyż tam mieszka znaczna ilość ludzi, często biednych lub bezrobotnych, a więc tania siła robocza, która będzie konkurencyjna dla Chińczyków. Miejsce chińskich koncernów technologicznych zajmą ich odpowiedniki amerykańskie, japońskie i koreański, być może też europejskie lub z rynków wschodzących. Nie bez znaczenia będzie również trend przenoszenia z powrotem do Europy czy USA części produkcji, szczególnie towarów związanych z bezpieczeństwem. Jak pokazała aktualna pandemia nie powinno się dopuszczać do sytuacji, gdzie niektóre towary niezbędne do leczenia produkowane są niemal wyłącznie w jednym kraju, jakim były w tym przypadku Chiny.

W takiej sytuacji Chiny mogą zdecydować się na użycie siły w stosunku do krajów nacjonalizujących chińskie majątki. Jednak nie będzie to skuteczne – z jednej strony, jak wspomniałem, są za słabe na odległe wojny ofensywne, z drugiej – w takiej sytuacji Amerykanie będą mogli zareagować w teatrze wojny im sprzyjającym. Dodatkowo opinia międzynarodowa z pewnością w takiej sytuacji opowie się przeciw Chinom. Zważywszy na powyższe, doprowadzi to do upokorzenia i pokonania Chin, a być może nawet narzucenia im wymagających warunków pokojowych. Ostatecznie chińskie zagrożenie zostanie odsunięte w czasie na co najmniej kilka dekad.

Gorąca wojna jest scenariuszem, którego nie można wykluczyć. Chiny raczej jej nie rozpoczną, chyba że, jak wspomnieliśmy, zostaną do tego poniekąd zmuszone. Z kolei Amerykanie też są w trudnej sytuacji. Na Morzu Południowochińskim znaczną przewagę posiadają Chiny z uwagi na bliskość kontynentu i głębię strategiczną. Tego Amerykanie nie mają na tym obszarze. Sytuacja jest nieco patowa, bowiem USA raczej nie pokonają Chin w tym miejscu, z kolei Chiny nie będą w stanie wyjść poza ten obszar, bowiem Amerykanie militarnie ich powstrzymają. Pat może przełamać wejście dużego gracza aktywnie do gry, który przechyli szalę szans na jedną ze stron. Mam tu na myśli Rosję lub Indie. Większe szanse na pozyskanie takiego sojusznika mają zdecydowanie Amerykanie, ale nic nie jest pewne czy przesądzone. Ważne też, czy Chiny pokuszą się o zajęcie Tajwanu. Jeśli tak uczynią, przegrają w opinii społeczności międzynarodowej, ale udowodnią, że Amerykanie nie są aż tak groźni. Na pewno znajdą się kolejni chętni, by wypróbować Amerykanów w swoich lokalnych konfliktach.

Równocześnie prawdopodobnym scenariuszem jest nowa zimna wojna, której zresztą preludium mamy w tej chwili. USA zapewne ograniczy stosunki handlowe z Chinami i przekona do tego świat zachodni oraz swoich sojuszników. Chiny wraz ze swoimi sojusznikami stworzą drugi blok. Pozostała część państw stanie się tzw. krajami niezaangażowanymi, gdzie o wpływy będą walczyć obie zwaśnione strony.

Będziemy mieli więc powtórzenie rozpadu świata na bloki, jaki powstał po zakończeniu II wojny światowej, i podobną zimną wojnę jak wtedy. Nie będzie to jednak wyglądało tak samo.

Po pierwsze sieć powiązań międzynarodowych jest tak gęsta, intensywna i mocna, że trudno będzie o całkowitą zmianę; zostaną one raczej ograniczone do niektórych sfer. Poza tym tendencja będzie taka, by likwidować owe ograniczenia. Można powiedzieć, że globalizacja i związane z nią procesy rozsuną się na dwie lub prędzej trzy gałęzie, częściowo hermetyczne, niezależnie od siebie się rozwijające. Zresztą, przejawy tego można zauważyć już dziś. Na przykład Rosjanie i Chińczycy nie używają międzynarodowego Facebook’a, ale posiadają własne serwisy społecznościowe. To pokazuje, że możliwe jest funkcjonowanie na planecie kilku konkurencyjnych systemów, odizolowanych od siebie. Musi być tylko odpowiednio silny gwarant, by zapewnić działanie systemu. Taka sytuacja wciąż będzie sprzyjać wzrostowi Chin, ale z pewnością wydłuży czas, kiedy Państwo Środka zostanie imperium numer jeden na świecie.

Konkludując, wydaje się, że jedynym rozwiązaniem dla zachowania dominacji USA jest ich dążenie do doprowadzenia Chin do głębokiego i ciężkiego kryzysu gospodarczego oraz granie na ich rozpad na kilka lub kilkanaście niezależnych od siebie krajów. Dodatkowo nie sposób tego osiągnąć na skutek gorącej wojny ofensywnej, wszczętej przez Stany Zjednoczone w imię ochrony własnych interesów. Działania Amerykanów muszą być wielorakie, by osiągnąć zamierzone cele – muszą to być udane inicjatywy i naciski dyplomatyczne, odpowiednia polityka gospodarcza, rozwój nauki, technologii i co za tym idzie – systemów wojskowych umożliwiających zdobycie przewagi nad przeciwnikiem. Poprzez izolację Chin, odcięcie od światowych rynków, do głębokiego kryzysu, który spowoduje rozpad Państwa Środka. Wszystko niezwykle trudne, ale nie niemożliwe.

Z perspektywy Polski to bardzo istotne. Co prawda, arena możliwej wojny znajduje się bardzo daleko od polskich granic, jednak skutki będą znaczące dla całego świata, również dla nas, tym bardziej że jako wyraźny sojusznik USA możemy być z tego powodu narażeni na rozmaite niedogodności, ale mamy też szanse wykorzystać to do wielowymiarowego rozwoju kraju.

Przyszło nam żyć w ciekawych czasach.

*Tekst pisany przed wyborami w USA [red.].

Krzysztof Księski

Krzysztof Księski – ur. 1979 r., doktor nauk prawnych, radca prawny, związany jako wykładowca z Europejską Uczelnią Społeczno-Techniczną im. Sługi Bożego Roberta Schumana, gdzie sprawuje również funkcję rektora. Autor licznych publikacji naukowych i popularnonaukowych. Założyciel i prezes Lubelskiego Stowarzyszenia Fantastyki „Cytadela Syriusza”, prezes Fundacji Po Innej Stronie Mocy i fundator Fundacji Hesperos. Koordynator wielu imprez i projektów kulturalnych w Lublinie i na Lubelszczyźnie, w tym Festiwalu Falkon, współzałożyciel Domu Kultury Narnia i Fantastycznego Centrum Kultury. Jest aktywnym uczestnikiem lubelskiego życia społecznego.

Kultura Enter
2021/01 nr 99