Strona główna/Polska – Litwa. Dwugłos

Polska – Litwa. Dwugłos

Polska – Brutus

Piotr A.  Maciążek

Strach o integralność etniczną i terytorialną narodził się na Litwie wraz z podbojem ziem ruskich. Nie opuścił tego kraju do dzisiaj, ciążąc na mniejszości naszych rodaków, kwestii pisowni nazwisk, karcie Polaka czy na podziale administracyjnym kraju, który rozbił zwarte, etniczne skupiska polskie na kilka odrębnych okręgów wyborczych.

Litewska pamięć historyczna

Głęboko zakorzeniony antypolonizm mieszkańców Litwy ma swoją genezę w edukacji historycznej młodych Litwinów, którzy już w szkołach tworzą klasyczny podział na MY i ONI. Rzeczpospolita Obojga Narodów także stanowi pole takiego podziału, ponieważ (cytując litewski podręcznik szkolny): „stworzyła warunki do obumierania państwowości Wielkiego Księstwa Litewskiego […] wzmogła proces polonizacji bojarów i mieszczan[1]. Państwo, którym chlubią się Polacy w oczach litewskich uczniów jawi się jako klatka, w której słabsza cywilizacyjnie Litwa dogorywała, opuszczona przez wielu najznamienitszych swoich synów.

Nie powinno nas zatem dziwić miano zdrajcy nadane przez Litwinów Jagielle, przypisywanie zwycięstwa grunwaldzkiego Witoldowi, negowanie wielu unii z Polską konsekwentnie nazywanych układami (W Krewie, Horodle etc). W ten nurt wpisuje się także notoryczne sugerowanie prób inkorporacji Litwy przez Polaków uwidaczniające się w podręcznikach szkolnych, z których można się dowiedzieć, że: „Jagiełło wcielił Wielkie Księstwo Litewskie do Królestwa Polskiego, ale szybko podjęło ono walki o samodzielność państwową”.

Podsumowując, dla Polaków Litwa to tylko jeden z sąsiadów (choć ważny ze względu na wspólną historię), z perspektywy Wilna, Polska to, obok Rosji, jedno z najważniejszych zagrożeń dla litewskiej państwowości, opoka w chwilach zagrożenia ze wschodu, dominujący „partner” w czasach pokoju. Polska to Brutus, który stwarza pozory największego przyjaciela Litwy, oczywiście do czasu. Rękami Litwinów (Jagiełło, Zygmunt August, sejm Litwy Środkowej) zdradziecka Polska zagarniała wielokrotnie litewskie terytoria, a dziś może uczynić to samo z pomocą presji gospodarczej. Dlatego w obliczu braku alternatywy relacje z Warszawą są pożądane, jako przeciwwaga dla potężnej Rosji, ale każdy Litwin powinien mieć się na baczności. „Pszekom” nie można przecież ufać!

Wpływ litewskich stereotypów na obecną politykę zagraniczną

Trudna historia relacji polsko-litewskich jest wielopłaszczyznowa. Społeczeństwo litewskie jest przepojone nieufnością i poczuciem krzywdy, które pomimo historycznego podłoża rzutuje na teraźniejsze relacje z naszym krajem. Tu odnajdziemy przyczyny lituanizowania polskich nazwisk w obawie przed precedensem, który mógłby stać się regułą osłabiającą prym języka litewskiego, tu odnajdziemy przyczyny problemów oświatowych związanych z „asymilacyjną polityką wobec polskiej mniejszości na Litwie, która trwa nieprzerwanie od momentu odzyskania przez Litwę niepodległości”[2]. Do niedawna Polska dostosowywała się do litewskich realiów wychodząc z założenia, że pewne sprawy lepiej przemilczeć dla dobra relacji bilateralnych.

Aktualny stan relacji polsko-litewskich

Dziś czar strategicznej przyjaźni prysł, a upływ czasu spowodował, że do pierwotnej wersji tego artykułu musiałem wprowadzić kosmetyczne zmiany. Dziś do rzadkości należą stonowane wypowiedzi Litwinów, takich jak profesor Gudavicius, który przyczyny dawnej polonizacji Litwy doszukuje się w „zacofaniu kulturalnym Litwy i bardzo szybkim tempie likwidacji tego zacofania […] łatwiej było przecież nauczyć się języka polskiego, niż stworzyć własny, kultywowany język litewski oraz piśmiennictwo w tym języku”. Inni historycy i politycy litewscy wolą w polonizacji widzieć systematyczną akcję prowadzoną przez Polaków.[3] Ten brak pragmatyzmu, nieufność krajan Konrada Wallenroda jest w konsekwencji przekuwany na politykę historycznych uprzedzeń. Blokowanie sprzedaży terminalu w Kłajpedzie, wyższe taryfy przewozowe litewskich kolei dla Orlenu, opieszałość w realizacji mostu energetycznego[4], kary finansowe za publiczne używanie języka polskiego[5] to przykłady, które wskazują na litewską odpowiedzialność za kryzys na linii Warszawa- Wilno.

Pragnę zwrócić uwagę na pewne paralele historyczne, których staliśmy się świadkami po śmierci prezydenta Kaczyńskiego, który utrzymywał względną stabilność obustronnych kontaktów politycznych dzięki licznym ustępstwom Warszawy. Obecny stan relacji polsko- litewskich zaczyna, z powodu poczynań Wilna, przypominać schyłek roku 1926 (choć jestem świadomy dużego uproszczenia). Był on szczytowym okresem poprawnych relacji bilateralnych w latach 20 XX wieku. Oba kraje podpisały wtedy układ o nieagresji i neutralności. W 1927 roku do władzy na Litwie doszli jednak nacjonaliści z prezydentem Smetaną i premierem Voldomarasem na czele. Cytując prof. Czesława Brzozę: „nastąpił gwałtowny, w znacznym stopniu sterowany, wzrost nastrojów antypolskich. Najwyraźniej odbiło się to na położeniu licznej mniejszości polskiej w tym kraju”. Piłsudski zareagował twardo stawiając sprawę na ostrzu noża. Sikorski postępuje w stosunku do Grybauskaite i Kubiliusa podobnie, dbając o polską rację stanu. Czy na tym koniec analogii?

Mam nadzieję, że tak! Oba kraje zamieszkiwane przez narody sukcesyjne Rzeczpospolitej Obojga Narodów posiadają liczne, zbieżne interesy. Ważne zatem, aby – jak mawiał „spolonizowany Litwin” Jerzy Giedroyć – uwolnić się z „nacjonalistycznej zarazy” i zrozumieć, że Europa Wschodnia to nasz wspólny dom.

Tekst jest uaktualnioną, dla potrzeb miesięcznika Kultura Enter, wersją lipcowego artykułu publikowanego w Portalu Spraw Zagranicznych .


.

[1] Wszystkie cytaty w tym ustępie pochodzą z podręcznika litewskiego. Historia świata i Litwy VI-XVIII wiek, R. Jokimajtis, A. Kasparavicius, E. Manelis, B. Stukiene, Wilno 2001.

[2] http://politykazagraniczna.blox.pl/2010/10/List-z-Wilna.html

[3] Taka interpretacja historii stanowi idealną pożywkę dla postaci pokroju europarlamentarzysty Vytautasa Landsbergisa czy posła na Sejm RL Gintarasa Songaila.

[4] Wynikająca z braku uzgodnień z mieszkańcami miejscowości, przez które ma przebiegać.

[5] http://politykazagraniczna.blox.pl/2010/10/List-z-Wilna.html

_________________________________________________________________________________________________________________________________

Polacy i Litwini w niewoli stereotypów

Dominik Wilczewski

Z lektury tekstu Piotra Maciążka wynika przede wszystkim, że autor nie orientuje się w realiach litewskich, nie zna Litwy i Litwinów, a większość swych spostrzeżeń oparł o utarte schematy, które już dawno straciły na aktualności, bądź nie mają żadnego pokrycia w rzeczywistości.

Litwini – nie tylko Polakożercy

Autor błędnie wyszedł z założenia, że wśród Litwinów panuje „głęboko zakorzeniony antypolonizm”. Jest to opinia nieprawdziwa i krzywdząca. Jak sądzę autor nie miał nigdy okazji poznać osobiście Litwinów, a być może poznał tylko takich, którzy pasowali do promowanego przez niego stereotypu. W rzeczywistości wśród Litwinów, zwłaszcza wśród młodzieży, nie brakuje osób życzliwych i przyjaznych Polsce, co jako osoba młoda, nieraz miałem okazję dostrzec osobiście. Także w przestrzeni publicznej na Litwie są obecne osoby, które nie raz dają wyraz temu, że w myśleniu o Polsce i Polakach nie kierują się nacjonalizmem i uprzedzeniami. I nie są oni wcale – jak chciałby autor – odosobnieni. Wśród historyków będzie to nie tylko wspomniany przez autora Edvardas Gudavičius, ale również Mečislovas Jučas, Alvydas Nikžentaitis czy małżeństwo Zigmantasa Kiaupy i Jurate Kiaupiene (wszyscy oni zostali w 2009 r. odznaczeni przez śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego Orderem Odrodzenia Polski za „wybitne zasługi w rozwijaniu współpracy między Rzeczpospolitą Polską a Republiką Litewską”). Do tej listy należy również dopisać Egidijusa Aleksandravičiusa i Alfredasa Bumblauskasa.

W polityce litewskiej – to fakt – bardzo często, by nie powiedzieć za często zdarzają się wypowiedzi i działania niechętne Polakom, krzywdzące i niesprawiedliwe. Ostentacyjnie antypolskie wystąpienia niektórych posłów, jak choćby szefa frakcji narodowej w ramach rządzącego Związku Ojczyzny, Gintarasa Songaili, domagają się potępienia. Jest niedobrym sygnałem fakt, że kierownictwo litewskich konserwatystów daje przyzwolenie na tego typu ekscesy. Ale gwoli sprawiedliwości należy dodać, że w litewskim parlamencie można również spotkać rzeczywistych rzeczników polsko-litewskiej współpracy, spośród których na plan pierwszy wysuwa się na pewno Emanuelis Zingeris. O potrzebie rozwiązywania polsko-litewskich problemów, zarówno współczesnych, jak i tych wynikających ze wspólnej historii wielokrotnie wypowiadało się wielu publicystów i komentatorów, jak choćby dziennikarze Rimvydas Valatka, Audrius Bačiulis czy politolog i filozof Kęstutis Girnius. Ta wyliczanka byłaby niepełna bez nazwiska Tomasa Venclovy, znamienitego literata i tłumacza, który spośród wymienionych osób wydaje się być największym orędownikiem przyjaźni polsko-litewskiej i który ma odwagę bezkompromisowego oceniania swych rodaków.

Rozprawa z mitami

Dalej autor powtarza i upowszechnia kilka mitów, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Stwierdzenie, że „społeczeństwo litewskie jest przepojone nieufnością i poczuciem krzywdy” właściwie wpisuje się w wypowiedziane wcześniej słowa o głęboko zakorzenionym antypolonizmie Litwinów. Podobnie jak ono jest dowodem na to, że autor opierał swoje opinie raczej o pewne, dość fałszywe wyobrażenie o Litwinach niż o rzeczywistą wiedzę, którą można byłoby poprzeć choćby wynikami badań opinii publicznej czy lekturą tekstów publicystycznych (dostępnych również w języku polskim). Nie twierdzę, że takich zachowań u Litwinów dziś się nie spotyka, bo u części społeczeństwa na pewno wciąż silne są antypolskie uprzedzenia, ale stwierdzenie o dominacji wśród Litwinów nieufności i poczucia krzywdy wydaje się być grubym nadużyciem. Wystarczy rzut oka na przywoływane także w polskich mediach rezultaty badań opinii, z których wynikało, że większość Litwinów nie widzi przeszkód dla umożliwienia litewskim Polakom zapisywania swoich nazwisk zgodnie z regułami pisowni polskiej, a nie litewskiej, jak to ma miejsce w chwili obecnej.

Kolejny mit to przekonanie, że współcześni Litwini nadal uważają za zdrajcę Władysława Jagiełłę. Faktem jest, że przed wojną na Litwie odbył się kuriozalny sąd nad Jagiełłą i że łatka zdrajcy została mu przyczepiona na długie lata. Rola Jagiełły w historii Wielkiego Księstwa Litewskiego jest wciąż dyskutowana i nadal przeciwstawia mu się Witolda, jako władcę lepiej i skuteczniej dbającego o litewski interes państwowy. Ale historiografia litewska odeszła już od upowszechniania wizerunku Jagiełły jako zdrajcy.

Lepiej już było?

Oczywiście nie jest też tak, że Litwa jest dziś oazą spokoju, demokracji, dostatku i tolerancji. Warto w tym miejscu zrobić pewną uwagę na temat kondycji współczesnego społeczeństwa litewskiego, a ta może dziś nie nastrajać optymistycznie. Wydaje się, że jednym z najpoważniejszych problemów jest spadek zaufania społecznego wobec instytucji państwowych. Litwini nie ufają własnemu państwu, dostrzegają jego nieudolność, czują że nie jest ono w stanie bronić i chronić ich (jeden z najgłośniejszych przykładów z ostatnich lat to afera pedofilska, tzw. „sprawa Kedysa”, gdzie lekceważenie ze strony organów ścigania miało skłonić ojca dziewczynki molestowanej przez gang pedofilii do wymierzenia sprawiedliwości na własną rękę). Sejm, rząd, partie polityczne od lat zajmują najniższe miejsce w rankingach zaufania, życie polityczne zatruwają rozdrobnienia partyjne, spory personalne, korupcja i nepotyzm.

Także w życiu codziennym dostrzegalne są objawy kryzysu. Wielu Litwinów emigruje do Europy Zachodniej szukając tam lepszego zarobku, co może w przyszłości zrodzić poważne konsekwencje demograficzne. A jednak spacer po wileńskim Starym Mieście, gdzie co krok otwarte są wypełnione po brzegi restauracje, kawiarnie i puby, może rodzić przekonanie, że Litwini przynajmniej na zewnątrz nie chcą pokazywać po sobie marazmu. Być może ta krótka uwaga nie ma wiele wspólnego z tematem artykułu Piotra Maciążka, ale warto chyba jednak widzieć kwestię stosunków polsko-litewskich w szerszym kontekście, a tym jest bez wątpienia stan społeczeństwa Litwy, w którym polski problem jest zaledwie jednym z wielu. Jeśli coś dziś Litwinów trapi, to raczej troska o dzień jutrzejszy, a nie obawy przed polskim zagrożeniem.

Inna Litwa, inna Polska

Piotr Maciążek dostrzega pewne podobieństwo między obecną sytuacją, a relacjami polsko-litewskimi w okresie międzywojennym. Paralele historyczne bywają nieraz ciekawym wyzwaniem intelektualnym, ale czasem prowadzą w ślepy zaułek. Ani dzisiejsza Litwa, ani III RP nie są kopiami swoich przedwojennych poprzedniczek. Polska odzyskała pełną suwerenność (w 1989 r.) w granicach odziedziczonych po PRL, ze względnie homogenicznym społeczeństwem. II RP musiała „wyszarpywać” swoje granice, nieraz ogromnym wysiłkiem zbrojnym, a mniejszości narodowe stanowiły 1/3 ludności kraju. Na początku lat 90. nie było już podstaw do powtarzania akcji generała Żeligowskiego. Odzyskanie Wilna stało się hasłem anachronicznym. Ale tamto wydarzenie jeszcze długo będzie dzielić Polaków i Litwinów. Nie będę osamotniony w swojej opinii, jeśli powiem, że w tamtych warunkach zajęcie Wilna było najbardziej racjonalnym rozwiązaniem, choć – nie tylko z litewskiego punktu widzenia – było złamaniem standardów.

Po 1990 r. nie nastąpiło żadne podobne tamtemu wydarzenie, które kładłoby się cieniem na stosunki polsko-litewskie. Od 1991 r. utrzymujemy normalne stosunki dyplomatyczne, nie odwołujemy ambasadorów, nie zamykaliśmy nigdy granicy. Dlatego nie uważam za sensowne doszukiwanie się podobieństw między dniem dzisiejszym a przedwojenną przeszłością.

Kamyk do polskiego ogródka

Jeśli z czymś można się zgodzić w artykule Piotra Maciążka to na pewno z apelem o wydobycie się z miazmatów nacjonalizmu. Ciekawe jednak, że autor nie stawia żadnych, czy prawie żadnych wymagań stronie polskiej widząc zaniedbania tylko po stronie litewskiej. A przecież dziś wydaje się oczywiste choćby pytanie, czy rzeczywiście przemyślanym i rozsądnym był zakup rafinerii w Możejkach, który przed kilku laty odtrąbiono jako niebywały sukces Polski. Chciałoby się również zapytać czy polskie władze podejmują wystarczające działania w celu ochrony praw polskiej mniejszości na Wileńszczyźnie? Z drugiej zaś strony rodzą się pytania, czy my robimy dostatecznie dużo dla rozwiązania problemów wokół wspólnej historii i kontrowersyjnych tematów? Z pozoru może się wydawać, że państwo polskie o wiele lepiej dba o litewską mniejszość niż Republika Litewska o Polaków na Litwie. Ale i tu pojawiają się sygnały zaniedbań, które nie mogą być lekceważone. Im lepiej będziemy wywiązywać się ze zobowiązań względem żyjących w naszym kraju mniejszości, tym więcej będziemy mogli wymagać od innych i tym skuteczniej będziemy mogli egzekwować zobowiązania innych względem naszych rodaków za granicą.

Krok w dobrą stronę?

Jesień minionego roku w stosunkach polsko-litewskich upłynęła pod znakiem bardziej i mniej oficjalnych wypowiedzi władz obu krajów oraz publikacji prasowych w najważniejszych tytułach Polski i Litwy. Czy jednak wydarzyło się coś niespodziewanego. Chyba nie. Kryzys dawał o sobie znać już od dawna, różnica polega na tym, że o pewnych problemach zaczęto mówić głośniej i częściej. Można lamentować nad stanem relacji polsko-litewskich, ale warto zwrócić uwagę, że niektórzy zadali sobie trud, by zajrzeć pod podszewkę rzeczywistości, aby choć spróbować dostrzec tło medialnych enuncjacji. Przede wszystkim w Polsce dostrzeżono, że problem pisowni nazwisk to tylko wierzchołek góry lodowej znacznie poważniejszego tematu, jakim jest los polskojęzycznego szkolnictwa na Litwie. To, że w Polsce monitoruje się prace nad nową ustawą o szkolnictwie jest moim zdaniem ważnym sygnałem, że sprawy polskiej mniejszości zaczęto nad Wisłą traktować poważnie. Z drugiej strony niepokoją akcje w rodzaju pikiety przed ambasadą Litwy w Warszawie, w trakcie której m. in. pojawiły się hasła przeciwko prezydent Dalii Grybauskaitė. Powielanie, choćby tak, jak czyni to swoim artykule Piotr Maciążek, negatywnego obrazu Litwina, jako urodzonego Polakożercy nie wpływa na poprawę relacji między naszymi państwami i społeczeństwami.

Daleki jestem od przymykania oczu na rzeczywistość. A rzeczywistość jest taka, że mamy obecnie do czynienia z być może najpoważniejszym kryzysem w stosunkach polsko-litewskich od czasu ponownego nawiązania stosunków dyplomatycznych w 1991 r. Nie przezwyciężymy jednak tego kryzysu jeśli będziemy tkwić w anachronicznych schematach i stereotypach.

Tekst jest aktualizacją polemicznego artykułu z sierpnia 2010 r. opublikowanego na stronach PSZ