Strona główna/Poza Majdanem Niepodległości. Podsumowanie roku politycznego

Poza Majdanem Niepodległości. Podsumowanie roku politycznego

Jarosław Hrycak

Dla historyków jeden rok to zbyt mała jednostka, by mówić o konkretach. Ich ulubiony rozmiar to stulecie, a minimum – dekada. Zbiegiem okoliczności ten rok zamyka dwudziestolecie po upadku komunizmu w latach 1989-1991 oraz dziesięciolecie po 11 września 2001 roku – dwa odcinki czasowe, które uosobiły dwie przeciwstawne tendencje.

Z jednej strony, po upadku muru berlińskiego wszędzie triumfy święci demokracja. Wykroczyła ona poza granice swojej historycznej ojczyzny – starej katolickiej Europy – i objęła tereny wschodniochrześcijańskie i muzułmańskie. Potwierdzeniem tego było rozszerzenie Unii Europejskiej na wschód oraz kolorowe rewolucje, spośród których ukraińska była chyba największa, ale najwyraźniej nie najskuteczniejsza.

Z drugiej strony, miniona dekada raczej nie zapisze się w historii jako „kolorowa”. Upłynęła bowiem pod znakiem walki z terroryzmem i w cieniu głębokiego kryzysu gospodarczego. Badania przeprowadzone pod koniec 2009 roku świadczą, że jeśli postawić ludzi wobec wyboru między wartościami demokratycznymi a wysokim standardem życia, to nawet w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej większość wyrzeknie się demokracji w imię dobrobytu. Charakterystyczne, że na przestrzeni ostatniej dekady najbardziej dynamicznie rozwijały się Chiny, których system polityczny stanowi jednoznaczne zaprzeczenie rewolucyjnego ducha roku 1989 oraz Rosja, która aktywnie i konsekwentnie tego ducha odrzuca.

Na takim szerszym tle historycznym łatwo przeprowadzić podsumowanie roku w odniesieniu do Ukrainy: przestaje ona uosabiać pierwszą tendencję i coraz silniej skłania się ku drugiej. Nic nie pokazuje tego wyraźniej, niż różnica między wyborami prezydenckimi a wyborami do władz lokalnych: pierwsze mieściły się w określeniu „wolne i demokratyczne”, drugie już takie nie były.

Co jednak pozostaje niezmienne, to ogromna ambiwalencja obecnego położenia politycznego: mimo, że reżim Janukowycza robi wszystko, by zlikwidować zdobycze Pomarańczowej Rewolucji i umocnić autorytarny styl władzy, pod koniec tego samego roku autorytarna przyszłość Ukrainy nie wydawała się już taka pewna i nieodwołalna – czego świadectwem były masowe protesty przedsiębiorców na Majdanie Niepodległości.

Reżim polityczny, wprowadzany na Ukrainie na przestrzeni minionego roku, można nazwać „autorytaryzmem z ludzką twarzą”. Brakuje mu potęgi i bezwzględności, właściwych sąsiedniej Rosji czy Białorusi. Posługuje się on europejską retoryką i wskazuje integrację europejską, jako swój cel strategiczny – nie robi tego ani Moskwa, ani Mińsk. Główną zasługą tego reżimu jest fakt, że zakończył on ukraiński kryzys polityczny – konflikt między „pomarańczowym” prezydentem a premierem. Kryzys ten szkodził wszystkim i przemieniał Ukrainę w „chorego człowieka Europy”. Jednak tego, co proponuje się w zamian, nie można określić mianem wyzdrowienia: jedna część kraju wpada pod walec Partii Regionów, druga, mniejsza – Galicja – przemienia się w rezerwat skrajnego nacjonalizmu. Jeśli partia władzy zdoła utrwalić taki podział, to łatwo przewidzieć dalszy rozwój Ukrainy: ukraiński wariant miękkiego autorytaryzmu pozostanie „na serio i na długo”. W takich warunkach Janukowycz będzie miał zapewnioną co najmniej drugą kadencję.

Moim zdaniem, głównym środkiem zapobiegawczym przeciwko zakuwaniu Ukrainy w łańcuchy autorytaryzmu jest „trzecia Ukraina”. Czyli, zarówno geograficznie, jak politycznie, Ukraina środka. Ma ona swoją reprezentację wśród wszystkich warstw ludności, ale najwyraźniej jest widoczna wśród wykształconych, młodych mieszkańców miast. To ona stanowi jajko, w którym ukryta jest śmierć Kościeja. Brakuje tylko bohatera i ostrza ideologicznego – tej bajkowej igły, której przełamanie mogłoby wypędzić z Ukrainy widmo autorytaryzmu.

Jeśli szukać historycznej paraleli, to ukraińska sytuacja roku 2010 przypomina mi sytuację Polski w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku: to samo groźne narastanie długu zagranicznego przy braku gospodarczego mechanizmu ich spłaty, ta sama bezradność wobec opozycji i frustracja ludności, to samo poczucie, że Polska ostatecznie utraciła swoją szansę na rozwój cywilizacyjny. Minęło jednak kilka lat, a potem dziesięcioleci i sytuacja uległa radykalnej zmianie.

Polski przykład uczy Ukrainę nadziei. Póki ucieczka Ukrainy od wolności nie jest ani całkowita, ani ostateczna, póty istnieje pole manewru. Ukraina nie poradziła sobie z szansą, którą otrzymała w 2004 roku. W pewnym stopniu zasłużyła na to: nie znalazły się elity, które zdołałyby wyprowadzić kraj na inny poziom rozwoju cywilizacyjnego – co udało się Polakom po upadku komunizmu.

Gorsza od niezasłużonego zwycięstwa może być tylko nie poddana refleksji porażka. I tu mamy nad czym popracować w przyszłym roku.

_________________________________________________________________________________________________________________________________

Wołodymyr Kułyk

 

Przez cały rok – nie w znaczeniu kalendarzowym, ale politycznym, czyli od objęcia stanowiska przez nowego prezydenta, którego działania zazwyczaj określały kierunek ruchu państwa – trwał pełzający przewrót państwowy. Rozpoczął się od wyznaczenia rządu wbrew obowiązującej wówczas Konstytucji, później przyszła szulerska zmiana samej Konstytucji i bezwstydne pozostanie na stanowiskach prezydenta i parlamentu, wybranych wedle nieobowiązującej teraz Konstytucji, i ma wszelkie szanse zakończyć się (już w kalendarzowym 2011 roku) cynicznym przedłużeniem mandatów parlamentarnych wbrew nowej już Konstytucji – zapewne w roli odszkodowania za zgodę na niekorzystną zmianę reguł gry. W międzyczasie było jeszcze bezpodstawne odwlekanie wyborów lokalnych i manipulacje podczas przeprowadzenia ich pół roku później. Równolegle z ograniczeniem demokracji rozpoczęło się to, co przy innym kierunku i sposobie realizacji można by nazwać niezbędnymi reformami społecznymi i gospodarczymi, a w obecnej sytuacji trudno określić inaczej, niż jako niszczenie gospodarczej podstawy demokracji – średnich i drobnych przedsiębiorców, na których władza przerzuca główny ciężar odpowiedzialności finansowej, nie ruszając nierozerwalnie związanych z nią oligarchów. Zwykli obywatele zdążyli poczuć korzyści „lepszego życia już dziś”, ale główne uderzenie czeka ich zapewne w przyszłym roku, przewidująco uwolnionym od wyborów, a w związku z tym od konieczności demonstrowania przez władzę troski o lud i choćby częściowego ukrywania przed nim kontrastu między zaciskaniem pasa przez obywateli a rozkoszami życia polityków i urzędników. W szczególności znaczący wzrost cen usług komunalnych władza zamierza uzupełnić wcale nie poprawą poziomu samych usług, tylko przymusowym wysiedlaniem tych, którzy nie będą w stanie za nie płacić. Wreszcie, na odcinku – czy może froncie – kulturowo-cywilizacyjnym, nowa władza zaczęła od „oddania” Sewastopola, rezygnacji z NATO, rozgrzeszenia Moskwy za Wielki Głód 1933 roku oraz mianowania ministrem oświaty demonstracyjnie prorosyjskiego Dmytra Tabacznyka, który od początku niezmordowanie deklaruje jednoznaczny koniec nacjonalizmu i powrót do wartości ogólnoludzkich, czytaj: rosyjskich. Co prawda pod koniec roku nastąpiło coś w rodzaju zawieszenia broni między zwolennikami Europy i tożsamości nierosyjskiej: w każdym razie nie następuje dalsze jawne wchłanianie Ukrainy przez Rosję, reżim podkreśla znaczenie stosunków z Brukselą na równi z tymi z Moskwą, a projekt ustawy o języku, która miała w istocie dać rosyjskiemu status drugiego języka państwowego, prezydent, jak się wydaje, postanowił zamrozić – być może do wyborów. Jest to jedyna sfera, w której Janukowycz jak na razie zachowuje ambiwalencję w stylu Leonida Kuczmy, podczas gdy w dwóch pozostałych – antydemokratycznej konsolidacji władzy oraz antynarodowych reform gospodarczych – poszedł dalej, niż jego nauczyciel, przynajmniej jeśli porównywać „osiągnięcia” z pierwszego roku sprawowania władzy.

Sposoby i siła działania reżimu w każdej ze sfer w dużym stopniu zależały i będą zależeć od reakcji jego głównych partnerów zagranicznych, czyli Rosji i Zachodu, a także opozycji i społeczeństwa w samej Ukrainie. Rosję, rzecz jasna, niespecjalnie interesuje nasza demokracja i dobrobyt: dla niej ważne jest osiągnięcie ustępstw w kwestiach strategicznych, gospodarczych i ideologicznych, czyli oprócz spraw już załatwionych, pozostaje gazociąg i język, a potem uwzględnienie rosyjskich interesów w prywatyzacji apetycznych kąsków. USA praktycznie o nas zapomniało, a UE obchodzą przede wszystkim stabilne dostawy surowców energetycznych przez nasze terytorium oraz normalizacja stosunków Ukrainy z Rosją. Zaprzestanie przez Janukowycza eurointegracyjnej natarczywości ucieszyło Europejczyków nie mniej, niż unikanie konfliktu z Rosją, jednak chyba nie jest ich pragnieniem całkowite oddanie Ukrainy w sferę wpływów Moskwy, tym bardziej, że widzą umiarkowaną na to ochotę nowej ukraińskiej władzy. Pragmatyczni włodarze Ukrainy oczekują od nich zrozumiałych i możliwych do pokazania ludowi rzeczy w rodzaju zniesienia wiz i wolnego handlu, a Europa, oprócz wolnego handlu na dogodnych dla siebie zasadach, żąda od Kijowa choćby jakiejś elementarnej demokracji, żeby mieć usprawiedliwienie dla utrzymywania z nim stosunków. Jakąś demokrację Janukowycz im da, w każdym razie Europejczycy ogłoszą to demokracją, żeby nie powtórzyć błędu, który swego czasu popełnili, stawiając nazbyt wygórowane wymagania Łukaszence. Innymi słowy, niespecjalnie nam pomogą.

Niestety, niespecjalnie też sami chcemy sobie pomóc. Na tle manifestacji przedsiębiorców na Majdanie oraz ustępstwa (nawet jeśli udawanego, to jednak mającego symboliczne znaczenie) władzy wobec ich głównego żądania, stwierdzenie to może się wydawać pesymistyczne, jednak widzę dla niego nie mniej podstaw, niż w dniu podjętej przez opozycję nieudanej próby przeszkodzenia ratyfikacji „umów charkowskich” [„O ratyfikowaniu umowy między Ukrainą a Federacją Rosyjską o stacjonowaniu Floty Czarnomorskiej Federacji Rosyjskiej na terytorium Ukrainy”, podpisane 21 kwietnia 2010 roku w Charkowie przez Janukowycza i Miedwiediewa]. Protest jednej, w pełni świadomej swoich interesów grupy społecznej przeciwko jawnemu zamachowi na te interesy będzie oznaczał gotowość społeczeństwa do przeciwstawienia się władzy tylko wtedy, gdy stanie się początkiem serii wystąpień różnych grup i obejmie oprócz kwestii gospodarczych również te polityczne. Po kwietniowych kilkutysięcznych protestach przeciwko rzuconemu w Charkowie wyzwaniu wobec dotyczących milionów ludzi wartości niepodległościowych i prozachodnich, ukraińscy obywatele niemal nie przeciwstawiali się wciąż nowym pomysłom władzy. Ani skasowanie obowiązującej Konstytucji, ani odłożenie na początkowo nieokreślony czas wyborów lokalnych, ani podniesienie cen usług komunalnych nie wywołały aktywnego sprzeciwu mas. Dał się odczuć rozpad starych partii i brak nowych, godnych zaufania, a przede wszystkim brak aktywnych i mających autorytet organizacji obywatelskich, zdolnych poprowadzić ludzi do walki o ich prawa. Chciałoby się wierzyć, że powstaną one niebawem, a może już powstają, i niebawem dadzą o sobie znać. Ale na razie przywykamy do coraz większej swawoli władzy i pozbawiania obywateli praw, uczymy się nie spodziewać niczego dobrego i cieszyć się, gdy nie doszło do czegoś bardzo złego. Moje osobiste sukcesy na tej drodze stały się dla mnie najsmutniejszym chyba podsumowaniem pierwszego roku Ukrainy z Janukowyczem.

_________________________________________________________________________________________________________________________________

Jurij Szapował

 

Chociaż publiczni intelektualiści (na przykład Mykoła Riabczuk) nawołują do używania tytułów obecnych przywódców Ukrainy tylko w cudzysłowie lub z dodatkiem „tak zwany”, najważniejszy skutek roku politycznego polega na tym, że Janukowycz i jego pretorianie przyzwyczaili Ukrainę do siebie. Przyzwyczaili w ciągu tego czasu, który minął od pamiętnej inauguracji, kiedy przed nowym prezydentem zamykały się – ale nie zamknęły – drzwi Rady Najwyższej. Jak stwierdził kiedyś Max Weber, znaczenie polityczne wynika z konfliktu. A u podstaw konfliktu leży pragnienie władania zasobami i statusami. Tak więc zarówno nad zasobami, jak i nad statusami nasi drodzy przywódcy zdołali zapanować.

Być może kogoś to zdziwi, ale nie widzę w tym niczego jednoznacznie negatywnego. Dlaczego? Ponieważ ludzie ci są mniej więcej przewidywalni. Można w pewnym stopniu przewidzieć ich zachowanie, oceny, możliwe reakcje. Dzięki temu można konstruować własne strategie wobec tej władzy. Przypomnijmy, jak trudne było to z nieprzewidywalnymi przedstawicielami poprzedniej władzy (przede wszystkim ze względu na pewne aprioryczne złudzenia odnośnie Wiktora Juszczenki i kohorty „pomarańczowych”).

Istnieją co najmniej trzy poziomy refleksji w odniesieniu do polityki: zwykły, zawodowy i naukowy. Na tych poziomach używa się różnych dyskursów, które niewiele mają części wspólnych. Systemy opisu, wyjaśnień i ocen są różne. Ten już prawie miniony rok pokazał, że „prości” ludzie, podobnie jak wcześniej, dostrzegają w obecnych przywódcach państwa jedno – i oczekują od nich spraw przyziemnych. Zawodowi politycy (jak na przykład Julia Tymoszenko) widzą coś zupełnie innego i ciągną w swoją stronę. Naukowcom pozostaje opisywanie, tłumaczenie, zalecanie etc. Publicznym intelektualistom przysługuje honorowe i niezaprzeczalne prawo pisania apeli i protestów w Internecie i mediach, odnotowywania wszelkich potknięć władzy, wzywania (w szczególności do brania tytułów i stanowisk przedstawicieli obecnych elit Ukrainy w cudzysłów), sprzeczania się ze sobą o to, kto jest większym patriotą, kto „ostrzej” powie/napisze o „antynarodowym reżimie” itd.

Patrząc na to wszystko, dochodzę do wniosku, że jest jeszcze jedno podsumowanie roku politycznego: społeczeństwo (zwłaszcza ta jego część, która nie utraciła zdolności pozostania mimo wszystko niezależną) nie zdołało przyzwyczaić reżimu Janukowycza do siebie. Jednak to właśnie stanowi element niezbędny dla ocalenia normalnej przestrzeni publicznej, dla ocalenia tych wartości, umiłowanie których przysięga każdy, kto nie uważa pudła telewizora za jedyne źródło doświadczeń intelektualnych.

To chyba Mychajło Minakow pisał niedawno w „Krytyce” o potrzebie zachowania trzeźwego i racjonalnego stosunku wobec elit rządzących nawet wtedy, gdy chciałoby się czegoś lepszego już i natychmiast. To prawda. Brak takiego trzeźwego i racjonalnego stosunku ukraińskich opozycjonistów zarówno wobec władzy, jak i opozycji stanowi także jedno z podsumowań minionego roku politycznego.

Kolejny ważny temat to opozycja. Komisarz europejski do spraw rozszerzenia i europejskiej polityki sąsiedztwa Stefan Fuele wzywał kiedyś: dla osiągnięcia „wysokich celów politycznych Ukraina i jej przyjaciele powinni zawojować serca i myśli”. Jest on również przekonany, że władza i opozycja na Ukrainie powinny „wspólnie demonstrować różne krańce myśli politycznej”. Trudno nie zgodzić się z tą (euro)tezą, której autora Janukowycz smakowicie nazwał „File” [ros. „filet”]. Teza to rzeczywiście smakowita, ale na Ukrainie niejadalna. Tutaj działa zasada, sformułowana niegdyś bodajże przez Charlesa de Gaulle’a: szanuję oponentów, ale nie mam zamiaru ich tolerować. Rok pokazał (i jest to kolejne podsumowanie), że władza nie toleruje opozycji, ale nie ma rady, będzie musiała ją szanować. Ale przyjrzyjmy się, czym w rzeczywistości jest opozycja i ci, którzy przeciwstawiają siebie reżimowi Janukowycza, w jaki sposób uzasadniają swoje stanowisko? Jeśli wszystko jest w porządku, to dlaczego nie zyskują społecznego zaufania? Dlaczego Julia Tymoszenko, w zasadzie wprawny gracz polityczny, cały czas trafia w poprzeczkę (w dodatku nie piłką, tylko głową!), zamiast strzelać gole urzędującej władzy?

I na koniec. Za jedną z lekcji minionego roku uważam potrzebę przypominania. Proszę się nie dziwić. Wyjaśnię na przykładzie z bliskiej sfery humanistycznej. W niej także nazbierało się wiele podsumowań roku. Przeważnie smutnych: wystarczy wspomnieć triumwirat Dmytro Tabacznyk [minister nauki i oświaty] – Wałerij Sołdatenko [dyrektor Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej] – Olga Ginzburg [dyrektor Państwowej Służby Archiwalnej Ukrainy]. Niezmiennie warto więc przypominać im, że to nie „ukraińscy nacjonaliści” pod postacią juszczenkowców wymyślili obchody rocznicy Wielkiego Głodu, i nie tylko ich głosami uchwalono prawo, w którym został on zakwalifikowany jako genocyd.

Bezpośrednio uczestniczył w tym właśnie premier Ukrainy Wiktor Janukowycz. To on zatwierdził decyzję władz Kijowa o wydzieleniu terenu na państwowy kompleks upamiętnienia ofiar Wielkiego Głodu i w maju 2003 roku polecił Tabacznykowi sformułowanie propozycji, dotyczących stworzenia grupy naukowo-metodologicznej, która koordynowałaby realizację tego rozporządzenia. A w 2007 roku, ponownie jako premier, podpisał rozporządzenie „O zatwierdzeniu planu działań na lata 2007-2008 w związku z 75-leciem Wielkiego Głodu lat 1932-1933 na Ukrainie”. Jest tam i księga pamięci, i poszukiwanie miejsc pochówku, i pertraktacje odnośnie rosyjskich archiwów, i wiele innych ciekawych rzeczy. W szczególności, wśród przedsięwzięć międzynarodowych, znajduje się pomnik dla ofiar Głodu w Waszyngtonie, a także następujące punkty:

36. Przeprowadzić akcje informacyjne i wyjaśniające oraz zorganizować działania, mające doprowadzić do uznania przez wspólnotę międzynarodową, w szczególności przez Zgromadzenie Generalne ONZ i Parlament Europejski, Wielkiego Głodu za genocyd narodu ukraińskiego. Kontynuować działania mające doprowadzić do uchwalenia odpowiednich dokumentów przez organy władzy ustawodawczej innych państw.

39. Sporządzić tłumaczenie na języki oficjalne ONZ materiałów i dokumentów, dotyczących Wielkiego Głodu, oraz przesłać je rządom i parlamentom innych państw.

I po tym wszystkim – oznajmiać coś takiego, co oznajmił Janukowycz w Brukseli? I spodziewać się, że ktoś potraktuje poważnie serwilistyczne potakiwania Tabacznyka-Sołdatenki-Ginsburg?

Tej władzy trzeba nieustannie przypominać o niej samej, przypominać, co mówiła i co „zapomniała”. Tu zarysowuje się szczególny obowiązek dla nasz wszystkich. Niech „oni” przywykają do słuchania „nas”. Bo „ich” władza nie będzie trwała wiecznie. I o tym też warto przypominać.

_________________________________________________________________________________________________________________________________

Ołeksandr Motyl

 

Ustanowiony na Ukrainie sposobami zgodnymi, na wpół zgodnymi i całkowicie niezgodnymi z prawem, hiperscentralizowany, sułtański reżim Wiktora Janukowycza stanął teraz przed trzema wyzwaniami: 1) efektywność; 2) legitymizacja; 3) stabilność. Czy reżim podoła tym wyzwaniom, pokażą lata 2011-2012.

Silnie scentralizowane reżimy są z natury swojej nieefektywne. Problemów jest wiele, ich rozwiązywanie wymaga dogłębnej wiedzy i mnogości informacji, i żaden przywódca nie jest w stanie samodzielnie zapewnić koniecznego kompleksowego podejścia, tym bardziej, gdy poziom inteligencji i wykształcenia przywódcy budzi pewne wątpliwości. Co gorsza, reżim ten jest całkowicie zależny od oligarchicznej i przestępczej Partii Regionów, która nie jest zdolna do wprowadzenia zmian, godzących w jej wąskie interesy. Dogłębne reformy strukturalne są w takim systemie niemożliwe.

Reżim o takich ograniczeniach nie może w oczach większości zyskać legitymizacji. Nikogo nie reprezentuje i nikogo, oprócz siebie, nie chroni. Uniemożliwiając przeprowadzenie gruntownych reform i osiągnięcie stabilnego rozwoju gospodarczego, sułtański reżim skazuje się na degradację, wewnętrzne kłótnie, dalszy spadek efektywności i wreszcie destabilizację od wewnątrz.

Majdan-2 [protesty drobnych przedsiębiorców w listopadzie 2010 roku] stał się ważnym dowodem na to, że społeczeństwo obywatelskie na Ukrainie żyje, nabiera siły i rozwija się, że apatia i poczucie beznadziei są nieuzasadnione, że można przewidywać masowe akcje protestu. Kilka miesięcy ostrej krytyki kodeksu podatkowego, kilka miesięcy manifestacji przedsiębiorców na całej Ukrainie powinny stać się dla rozsądnego reżimu sygnałem dojrzewania konfliktu, ale Janukowycz całkowicie zignorował nastroje ludności i sprawił, że Majdan-2 był nieunikniony. To właśnie sułtańska wszechwładza popycha go do takich błędów, do których nie ma on prawa, a które w przyszłości staną się dla tego reżimu chlebem powszednim. Podniesienie wieku emerytalnego, redukcja ulg, wzrost inflacji zwiększą prawdopodobieństwo Majdanu-3.

Reżim spodziewa się, że podporą jego legitymizacji staną się mistrzostwa świata w piłce nożnej w 2012 roku. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że zmniejszenie erozji swobód demokratycznych z powodu konieczności zachowania twarzy przed turystami doprowadzi do jeszcze większej jego delegitymizacji.

Zadaniem demokratów jest zjednoczenie protestów przedsiębiorców, studentów, robotników pod hasłami demokracji, praw człowieka itd. Polacy w latach siedemdziesiątych-osiemdziesiątych XX wieku przekonująco dowiedli, że taki sojusz jest możliwy. „Solidarność społeczna” może stać się kamieniem węgielnym „idei narodowej”.

Jarosław Hrycak, Wołodymyr Kułyk, Jurij Szapował, Ołeksandr Motyl

„Krytyka”, nr 11-12, 2010 r.

tłum. Katarzyna Kotyńska. Wszystkie przypisy w nawiasach kwadratowych pochodzą od tłumacza.