Strona główna/PREMIERY PRZEKŁADU (NIEMCY). Bajka o bezkonfliktowym społeczeństwie (cz. 2)

PREMIERY PRZEKŁADU (NIEMCY). Bajka o bezkonfliktowym społeczeństwie (cz. 2)

Redakcja Kultury Enter dziękuje niemieckiemu wydawnictwu Kiepenheuer & Witsch za użyczenie praw autorskich do polskiego przekładu niezwykłej książki profesora Aladina El-Mafaalaniego pt. Paradoks integracyjny.

Aladin El-Mafaalani
Z języka niemieckiego przełożyła Agnieszka Kowaluk

Konflikt jako element towarzyszący zrastaniu się na przykładzie chusty muzułmańskiej
(…)

Dobrze zintegrowane osoby dążą do uznania i wyrażają swoje zainteresowania oraz potrzeby ofensywnie. Same się organizują, przedstawiają śmiało opinie i realizują własne cele. Forsują zmiany w społeczeństwie. Z drugiej strony zaś istnieje opór wobec zmian społecznych. Z perspektywy lotu ptaka łatwo przychodzi twierdzić, że zarówno siły forsujące procesy zmian, jak i te hamujące je odgrywają ważną rolę i mają swoje uzasadnienie. Dla uczestników tych procesów jest to doświadczenie żmudne, częściowo wręcz wyczerpujące i frustrujące. W ostatecznym rozrachunku chodzi o to, jak się ze sobą obchodzimy. Najistotniejsze jest przy tym, żeby nie podważać fundamentalnie ani racji bytu, ani potrzeb tej drugiej strony. Takie konflikty interesów są niełatwe do rozwiązania.

Trzeba sobie uświadomić, że konflikt powstaje dlatego, że jego strony pozostają ze sobą w związku, jaki wcześniej w ogóle nie istniał. Konflikt nie jest zatem wyrazem rozpadu, gdyż rozpadać się może tylko to, co wcześniej było jakąś całością. Wręcz przeciwnie: konflikt jest wyrazem zrastania się. Podczas zbliżania się do siebie dochodzi do napięć. Zrastanie boli. Jednocześnie podczas zrastania się różnych części dochodzi do pęknięć tam, gdzie niegdyś istniały, bądź zdawały się istnieć, jakieś jedności. Po „obu” stronach są przeciwnicy i zwolennicy zbliżenia. Reguły i przynależności są przedmiotem kontrowersji w towarzystwie przy stole.

Przy tym chodzi często o uznanie i poczucie przynależności. Nad ideą „nowego my” z inkluzyjną przynależnością i pasują do czasów współczesnych tożsamością w Niemczech, kraju o społeczeństwie ukształtowanym przez imigrację, pracują w dużym stopniu ludzie o międzynarodowych życiorysach. Potrzeba docenienia i uznania obejmuje także bezpośrednio językową i religijną różnorodność, a także podejmowanie doświadczeń dyskryminacji. Nasuwa się pytanie, dlaczego kompetencje językowe i doświadczenia międzynarodowe w znaczeniu pobytów studyjnych za granicą są cenione wysoko, ale kompetencje językowe na przykład dzieci o pochodzeniu tureckim czy arabskim oraz ich międzynarodowe życiorysy i doświadczenia interkulturalne mają w porównaniu z tym o wiele mniejsze znaczenie. Dlaczego języki turecki i arabski nauczane są na uniwersytetach, ale jako języki ojczyste wielu dzieci i nastolatków nieomal w ogóle nie są prowadzone w szkołach. Wspieranie wielojęzyczności, a więc zarówno języka niemieckiego, jak i języka kraju pochodzenia, już od kilkudziesięciu lat mogło pełnić ważną funkcję. Wielojęzyczność uwzględniana i wspierana jest dziś w coraz większym stopniu, ponieważ ludzie się tego domagają i coraz więcej wspaniale zintegrowanych osób robi reklamę językowej różnorodności oraz działa aktywnie na jej rzecz. Podobnie wygląda kwestia nauki religii islamskiej, dla której od kilku lat na niemieckich uniwersytetach kształceni są nauczyciele. Różne języki i różne religie wędrują z obrzeży społeczeństwa do jego środka. Wszyscy przy jednym stole. To jest integracja.

Można by w tym miejscu opisać strukturalny konflikt oczekiwań, którego rozwiązanie stanowi prawdopodobnie jedno z największych wyzwań przyszłości. Podczas gdy część zasiedziałej ludności oczekuje od zintegrowanych osób, by się dostosowały i stały niewidoczne w tłumie, bardzo dobrze zintegrowani post-migranci oczekują, że zostaną dostrzeżeni i uznani w swojej językowej oraz religijnej różnorodności i złożonej tożsamości jako „Niemcy plus”. Oba oczekiwania nie uwzględniają drugiej strony, a także czynnika czasu. Biorą się stąd co najmniej dwie ślepe plamki.

Po pierwsze: integracja nie oznacza, że ludzie pozbywają się swojej wiary, swojego języka ojczystego i swojego pochodzenia jak ubrania, po to żeby założyć inne, tym bardziej że chodzi tu bardziej o drugą skórę niż o garderobę. Nierzadko ponadto pierwsza skóra stoi na przeszkodzie w staniu się niewidocznym. Kolor skóry, kształt oczu i struktura włosów, a także nazwisko ograniczają możliwość roztopienia się w tłumie i odciskają zasadnicze piętno na człowieku, doświadczeniach, które stają się jego udziałem, i wyzwaniach, którym musi stawić czoła. Kto nazywa się Aladin El-Mafaalani, ten wie, o czym mówi.

Po drugie: „Integracja to nie ulica jednokierunkowa” – tę słynną formułę niemiecki historyk Klaus Bade ukuł już przed ćwierćwieczem. Zintegrowanie części w pewną całość zmienia tę całość. Całość nie jest bowiem sumą swoich części, co wiedział już Arystoteles, ale dynamicznym współgraniem wszystkich elementów, które zmieniają siebie i pozostałe elementy. Proces ten odbywa się stale, już przez samą nieustającą integrację nowych pokoleń z istniejącym społeczeństwem, które z kolei zmienia się pod wpływem nowych pokoleń. Poprzez imigrację, a zatem nowo przybywających ludzi, którzy z kolei produkują inne nowe pokolenia, intensyfikuje się sposób, rozmiar i prędkość tej dynamiki.

Po trzecie: ulegamy pewnemu nieporozumieniu, sądząc, że otwarte społeczeństwa automatycznie wszystko akceptują i szanują. Są otwarte, ale nie dowolnie i bezgranicznie. Otwarte społeczeństwa umożliwiają dyskurs, ale musi być on wtedy rzeczywiście prowadzony. Brak akceptacji bywa przy tym dowodem na tkwienie w przeszłości, nie powinien jednak być pretekstem do fatalizmu i rezygnacji, a raczej bodźcem do działania. Otwarte społeczeństwo nie jest rajem, w którym już coś dla każdego jest. Oferuje ono otwartą przestrzeń, w której można na różnych płaszczyznach współpracować, ale współpracować nie trzeba. Można dosiąść się do stołu, jeść i negocjować z innymi. Zawsze trzeba mieć też na uwadze, że akceptacja językowej i religijnej różnorodności jest dziś o wiele większa niż w przeszłości. Dostęp do stołu nigdy nie był bardziej nieograniczony niż dziś.

Po czwarte: istnieją granice możliwości. Granice te są umotywowane historycznie i nie są dane raz na zawsze. Zarówno nastawienie społeczeństwa, jak i regulacje prawne mają swoją bogatą historię i nie dadzą się zmienić z dnia na dzień. Kultura, tożsamość i przynależność nie są też dla zasiedziałych tu ludzi dowolnie zmienne. Mamy więc do czynienia z drugą skórą. Regulacje prawne dla religii powstały chociażby na podłożu chrześcijaństwa i utrudniają uznanie innych wspólnot religijnych. Ponadto w Niemczech obserwujemy rosnącą utratę znaczenia kościołów, jak i ogromny zanik pobożności wśród chrześcijan. Równolegle do tego przebiega coraz intensywniej odwrotny proces. W wymiarze globalnym religie, religijność i pobożność odgrywają nadal dużą rolę,  także dla migrantów. To, że te odwrotnie przebiegające procesy mogą prowadzić do napięć, jest oczywiste. Tu również musimy pamiętać o niepopadaniu w niecierpliwość. (…)

Wszystkie te cztery punkty dadzą się prześledzić na przykładzie jednego z najbardziej wyrazistych problemów niedawnej przeszłości. W latach 80., w czasach kiedy w Niemczech nieznane były bliżej ani bakłażany, ani szkoły całodzienne, wychodziłem z lekcji najczęściej o godzinie 13:15. Z naprzeciwka szły kobiety w chustach na głowie, po czym wchodziły do budynku szkolnego. Wtedy nikogo to specjalnie nie dziwiło i było najwyraźniej zupełnie w porządku. Kobiety te były zdecydowanie źle zintegrowane, nie miały niemieckiego obywatelstwa, prawie nie mówiły po niemiecku, musiały wykonywać ciężkie prace, aby utrzymywać jako tako swoje rodziny. Chusty były „w porządku”, bo nosiły je sprzątaczki; w innych branżach były to pracownice fabryk. Przestały być w porządku, kiedy ubrane w nie kobiety zaczęły iść na studia i zostawać nauczycielkami. Dopiero w warunkach udanej integracji chusta stała się problemem. A więc dopiero wtedy, kiedy kobieta w chuście usiadła przy stole, bądź przynajmniej próbowała usiąść. (…)

Rasizm, wiedza i uprzedzenia

Wielu sądzi i ma nadzieję, że rasizm jest reliktem przeszłości.  Że abstrahując od paru „wiecznie wczorajszych” ideologia ta wkrótce odejdzie w zapomnienie. I że tych paru ostatnich idiotów też zmieniłoby zdanie, gdyby integracja się lepiej udawała…

Często przedstawia się sytuację tak, jakoby rasizm przybierał na sile, kiedy integracja się nie udaje, i słabł, kiedy integracja przebiega pomyślnie. Co dla niektórych intuicyjnie brzmi być może logicznie, jest mylnym wnioskiem. Znów mamy do czynienia z niewłaściwym oczekiwaniem, gdyż konstruujemy związek bazujący na wartościowaniu. Integracja jest dobra, rasizm jest zły. Integracja bije rasizm. Ten wniosek jest niebezpieczny nie tylko dlatego, że jest fałszywy, ale szczególnie dlatego, że pośrednio rasizm legitymizuje. To o wiele bardziej złożone.

Wróćmy do stołu, przy którym siedzi coraz więcej bardzo różnych ludzi. Dlaczego rasizm miałby automatycznie maleć, kiedy jest coraz więcej konfliktów na tle dystrybucji i przynależności? Absurdem jest przyjmowanie, że udana integracja automatycznie zredukuje rasizm. (…) Rasizm może być celowy i zamierzony. Mamy wtedy do czynienia z rasistami o zamkniętym światopoglądzie. Najczęściej jest on jednak niezamierzony i niesprecyzowany. W tym wypadku chodzi o ludzi, którzy nie chcą właściwie zachowywać się rasistowsko, ale są rasistami w skutkach swojego myślenia i działania. Ten drugi typ jest dziś o wiele częstszy niż pierwszy. W każdym razie rasizm nie jest cechą wrodzoną ani typowo ludzką.

Pytanie: co jest typowo ludzkie? Kto się przez chwilę nad tym zastanowi, dojdzie do wniosku, że wrogość wobec obcych nie jest pierwszą intuicyjną reakcją człowieka. Wystarczy poobserwować dzieci, by zbliżyć się do odpowiedzi. Nieznana czy wręcz obca sytuacja wytwarza pewne napięcie, ostrożność, może też sceptycyzm. Ale z pozycji bezpieczeństwa, kiedy mamy wrażenie, że sytuacja nie przedstawia żadnego bezpośredniego zagrożenia, do głosu dochodzi zainteresowanie i ciekawość. Chcemy poznać i zrozumieć to, co nieznane czy obce. Ta zmiana zachowania z defensywnego w ofensywne jest prototypowa i może występować w różnych wariantach. Istnieją ludzie, którzy wolą dłużej pozostać pasywni, inni są raczej śmiałkami. Ale ta zasada zmiennej pozycji jest warunkiem przeżycia, a w dalszej perspektywie umożliwia postęp. Ostrożność i ciekawość są wewnętrznymi impulsami, podążającymi za implikowanym procesem rozważania szans i ryzyka. Proces ten jest indywidualnie zabarwiony, ale jednocześnie jako gatunek ani nie przeżylibyśmy, ani niczego byśmy się nie nauczyli, gdyby obcość czy niepewność nie zmusiły nas zarówno do ostrożności, jak i zainteresowania.

Uczucie obcości zna każdy. Kiedy białoskóry człowiek przebywa w kraju, gdzie białoskórych właściwie nie ma, doświadcza obcości. Spotykani ludzie gapią się, białoskóry czuje się nieswojo. To samo spotyka ludzi czarnoskórych w miejscach, gdzie są tylko biali. Doświadczanie różnic jest normalne. Ostrożność i ciekawość są tak samo normalne. Ale interpretowanie odmienności jako niższości normalne nie jest. To rasizm. Obcość a interpretowanie i ocenianie obcości to dwie różne rzeczy.

Rasizm blokuje przejście od ostrożności do ciekawości i tym samym jest przeciwieństwem natury. Rasizm to kultura. Tłamsi ciekawość i zainteresowanie, ma na różne formy obcości przygotowaną jedną odpowiedź. Obcy jest gorszy, zły czy wręcz winny. Czarni, Żydzi, muzułmanie, Romowie mogą przy takiej ocenie uchodzić za niecywilizowanych albo moralnie i intelektualnie mniej wartościowych. Gotowa odpowiedź rozwiewa niepewność. O ile sceptycyzm i unikanie niepewności są typowo ludzkimi odruchami, być może jest nim nawet potrzeba wyższości, o tyle rasizm jako ideologia nie ma z nimi nic wspólnego.

Współczesny rasizm to powstała w Europie ideologia, w której biali chrześcijanie tworzą centrum i zarazem wierzchołek. Centrum, gdyż wychodzono od białych chrześcijan jako normy, wierzchołek, bo jednocześnie uchodzili oni za ideał ludzkości. Wszystkie inne „rasy” były w porównaniu z „białym człowiekiem” [niem. weißer Mann] mniej wartościowe. Podczas gdy niewolnictwo było w starożytności sprawą stosunkowo „fair”, bo wszyscy pokonani mogli zostać niewolnikami, niezależnie od koloru skóry i pochodzenia, wraz z nadejściem nowożytności stało się rasistowskie. Nie-białym odmawiano prawa do bycia prawdziwym człowiekiem, co legitymizowało wywłaszczanie, plądrowanie i branie niewolników przez całe stulecia. Kolonizacja wielkich części planety mogła być w ramach tej ideologii przedstawiana jako bezinteresowna służba, ponieważ niesiono cywilizację „istotom bez kultury”.

W rzeczywistości zabrano tym ludziom nie tylko ziemię, zasoby i ciała, ale też człowieczeństwo. Centralne znaczenie ma tu fakt, że odczłowieczenie nie-Europejczyków odbywało się równolegle z narodzinami idei wolnego człowieka. Na epokę humanizmu przypada też rekonkwista i związane z tym przepędzenie Żydów i muzułmanów z Hiszpanii, „odkrycie” Ameryki, zniewalanie rdzennych ludności i deportacja niewolników afrykańskich. Humanistyczne ideały odnosiły się tylko do ludzi (i tylko mężczyzn) białych, jednocześnie naukowymi metodami próbowano skategoryzować innych jako mniej wartościowych.

Ideologia ta umacniała się i została globalnie rozpropagowana wraz z kolonizacją świata. Poczucie niższej wartości uformowało wiele grup etnicznych. Na marginesie wspomnijmy, że skutki tego odczuwamy oczywiście do dziś: nieskolonizowane przez Europę państwa zrobiły wielkie postępy w rozwoju, tymczasem żadnemu krajowi spośród byłych europejskich kolonii nie udał się przeskok do „pierwszego świata”.

Podczas gdy brutalność i nieludzkie traktowanie wychodziły od białych, a ofiarami tej ideologii stawali się głównie czarni, do dziś opowiada się tę historię odwrotnie: czarni są niebezpieczni i niecywilizowani, biali nastawieni pokojowo i kulturalni.

Ten kulturowy schemat interpretacyjny był kiedyś uzasadniany biologicznie. Wychodzono od istnienia ras biologicznych, stojących rzekomo na różnych stopniach w hierarchii rozwoju. Po ukazaniu się dowodów na to, że nie istnieją żadne rasy, a różnice biologiczne między ludźmi nie są w stanie uzasadniać żadnej niższości, z ideologii bynajmniej nie zrezygnowano, a uzasadniono ją na nowo. Skonstruowana niższość miała motywy kulturowe. Można by mówić o rasizmie kulturowym lub tzw. nowym rasizmie. Ale można też zachować po prostu stare pojęcie, bowiem jego zasada pozostaje ta sama, podczas gdy forma i uzasadnienie z biegiem czasu podlegają zmianom; dzieje się tak zresztą do dziś.

Do dziś rasizm jako proces można opisać następująco: ludziom przypisuje się typowe dla pewnych grup właściwości i kategoryzuje się ich na podstawie cech biologicznych oraz kulturowych jako „innych”. Właściwości i kategorie ulegają dezawuowaniu i w ten sposób skategoryzowani ludzie są w konsekwencji wykluczani. Podczas gdy kategoryzacja innych jako „inni”, oraz obniżanie czyjejś wartości, idące w parze z podkreślaniem własnej wartości, odbywają się jeszcze na poziomie myślenia czy nastawienia, to już trzeci krok dokonuje się przez aktywne działanie, wykluczenie.

Na płaszczyźnie nastawienia, a więc w przypadku dwóch pierwszych kroków, da się stwierdzić, że uprzedzenia i stereotypy, które są potrzebne, by kategoryzować i dezawuować, znają praktycznie wszyscy dorośli. Ale uprzedzenia są szeroko rozpowszechnione już u dzieci. Osobiście pytałem dzieci i młodzież wśród krewnych: „Powiedz, jakie są typowe uprzedzenia wobec muzułmanów? Nie chodzi mi o to, czy w to wierzysz, ale jakie istnieją”. Potem to samo na temat „czarnych”, „Romów”, i „Żydów”. W okresie, gdy byłem nauczycielem w państwowej szkole, przeprowadzałem tę ankietę wśród setek uczniów. Im starsze są dzieci i młodzież, tym więcej „wiedzą”. Niezależnie od tego, czy w tę wiedzę wierzą, czy nie, znają właściwie wszystkie uprzedzenia: agresywni, leniwi, emocjonalni, głupi, chciwi. Młodzi ludzie dysponują wspólną wiedzą, którą podzielają wszyscy i która jest niezwykle zgodna. Co do pozostałych kwestii porównawczych nie istnieje nawet w przybliżeniu podobnie rozpowszechniona wiedza, jak na przykład o piłkarzach z drużyny narodowej, klasycznych pisarzach i filozofach czy stolicach niemieckich landów. Kiedy spytać ich o inne przypisanie, na przykład wobec europejskich chrześcijan, wymieniane są w dokładnie tych samych dziedzinach pozytywne antonimy: spokojni, pracowici, rzeczowi, wykształceni, uspołecznieni.

Ta wiedza to naprawdę wiedza. Mianem uprzedzeń można ją określić wtedy, gdy się w to przypisanie rzeczywiście wierzy. Oczywiście tak jest tylko w niewielu przypadkach. Ale fakt, że wszyscy znają te uprzedzenia, uprawnia do mówienia o wiedzy. Także wiedza rasistowska jest wiedzą. I jest ona najwyraźniej strukturalnie umocowana. Znajduje się w głowach ludzi i instytucjach społecznych. To wiedza kulturowa, która dociera do wszystkich, niezależnie od tego, czy znają osobiście „Żydów” i „Romów”, także niezależnie od tego, czy mają wysoki, czy niski poziom wykształcenia. Można by więc zaryzykować stwierdzenie, że nie mamy do czynienia z deficytem wiedzy, a z jej nadwyżką. Co bowiem można zrobić, gdy uprzedzenie się potwierdzi?

Przez to, że uprzedzenia dotyczą typowo ludzkiego zachowania i zwykłych cech, dadzą się one zawsze potwierdzić. Agresywny, głupi, chciwy, leniwy. Banalny przykład: kiedy dostaję nagrodę naukową, to dlatego, że jestem niemieckim naukowcem. Kiedy spóźniam się na spotkanie, to wychodzi ze mnie arabskie usposobienie. To, że obie te rzeczy wynikają z faktu, iż dużo pracuję i mam wiele spotkań, jest wysoce prawdopodobne, ale możliwość potwierdzenia się stereotypu posiada własną moc. I uprzedzenia będą się potwierdzać, gdyż mamy do czynienia z normalnym ludzkim zachowaniem, które łatwo zaobserwować, jeśli się go poszuka.

Na pytanie o to, dlaczego już dzieci dysponują tą wiedzą, skąd ją mają i kiedy w nią wierzą, nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem. Przeważnie zdobywają ją niebezpośrednio, w szkole, przez media, w rodzinie itd. Własne doświadczenia nie odgrywają w zdobywaniu tej wiedzy prawie żadnej roli.

Jednocześnie jest faktem, że większość uprzedzeń nie jest kompletnie nieprawdziwa. Żydzi dysponują wyższym majątkiem przeciętnym, Romowie częściej są ubodzy, młodzi migranci płci męskiej częściej są kryminalistami – lecz nie są to cechy istotne poszczególnych osób, a lekkie tendencje, posiadające historyczne i społeczne uwarunkowania. Tendencje te są z reguły rezultatem wykluczenia i ucisku – porównywalnie do stereotypu: kobiety gotują, mężczyźni nie. Prawdopodobnie jest zasadniczo faktem, że kobiety gotują częściej niż mężczyźni. Ale po pierwsze nie jest prawdą, że tylko kobiety gotują, mamy tu do czynienia zaledwie z trochę większą powtarzalnością. Po drugie ta tendencja nie wynika z faktu, że mężczyźni nie gotują lub że tylko kobiety potrafią gotować. Jednocześnie bowiem większość kucharzy z gwiazdkami to mężczyźni. Chodzi o pewien status quo, który ma swoją historię – i tą historią należy się zainteresować.

Rasizm może się nasilić, ponieważ integracja się udaje

Mamy rasizm w naszym kulturowym systemie operacyjnym, a tym samym na naszym kulturowym twardym dysku. Nie jest wrodzony, ale uczymy się go w dzieciństwie i młodości. Po to żeby nie kierował naszym myśleniem i działaniem, musimy mu aktywnie przeciwdziałać, pozostawać ciekawymi wobec ludzi i historii. Kiedy się go ignoruje, staje się skuteczny. A jako całe społeczeństwa musimy unikać wielkiej niepewności i poczucia utraty kontroli, gdyż w przeciwnym wypadku ludziom i społeczeństwom będzie trudno stłumić te problematyczne struktury wiedzy. Stało się to widoczne w całej dyskusji o wydarzeniach sylwestrowych w Kolonii. Ale każda inna sytuacja kryzysowa może mieć to samo oddziaływanie.

Historycznie rasizm był otwarcie formułowaną ideologią, w której systematycznie uzasadniana była niższość innych. Dziś jest lepiej kamuflowany jako schemat interpretacyjny i gotowość do wyjaśniania obcości, ale też odmienności. Przy naszym stole siedzi obecnie wielu, którzy wyglądają inaczej. Nie wszyscy, ale jednak co poniektórzy mają ponadto inne zainteresowania i potrzeby. Są w pewnym sensie konkurentami. I podają w wątpliwość istniejące przywileje oraz układy sił. Powstają konflikty, postrzegane przez wielu jako sytuacje kryzysowe, które mogą być tym samym aktywowane jako rasistowskie schematy interpretacyjne. Nie musi się to wydarzyć, ale w żadnym razie nie należy wychodzić z założenia, że przez opisany proces integracji rasizm automatycznie zostanie stłumiony bądź zniknie.

Co więcej, istnieją przesłanki ku temu, że możliwa jest sytuacja odwrotna, mianowicie, że rasizm się nasili czy wręcz na nowo obudzi do życia, kiedy integracja się uda, wtedy mianowicie, kiedy odmienność będzie widoczna i dochodzić będzie do konfliktów. Mylnym wnioskiem byłoby założenie, że schemat interpretacyjny tylko wtedy się uaktywni, kiedy będzie chodziło o „słabą” grupę. W przeszłości i teraźniejszości istnieją dowody na to, że rasizm zasadniczo się zaostrza wtedy, kiedy kieruje się przeciw „silnej” bądź wzmacniającej się grupie.

Należę do pokolenia, które w szkole stale konfrontowane było z niemiecką historią. To również historia największego ekscesu rasistowskiego: „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, Holocaustu, Shoa. Być może dlatego przychodzi mi z większą łatwością nie wpadać w pułapkę pt. „integracja osłabia rasizm”. Czy Żydzi byli systematycznie wykluczani i prześladowani, bo byli źle zintegrowani? Czy podjęto próbę ich zgładzenia na skalę przemysłową, bo źle mówili po niemiecku czy byli bezrobotni? Oczywiście nie. Przeciwnie: Żydzi byli w Niemczech dobrze i pod wieloma względami zasymilowani. Rzeczywisty i insynuowany sukces stał się ich zgubą. Uchodzili za inteligentnych i połączonych między sobą siecią rozległych kontaktów. Mówiono o światowym żydostwie, przeciwko któremu należało łączyć siły, by mieć szansę z tą elitarną grupą.

Aby uniknąć wrażenia, że chodzi tu o fenomen wyłącznie niemiecki, można by spytać: kiedy wzmocniło się Tea Party, prawe skrzydło Partii Republikańskiej w USA? Kiedy prezydentem został czarnoskóry, a na uniwersytetach białoskórzy studenci zaczęli stanowić coraz mniejszy procent. Dziś widać wyraźnie: Obamowie ucieleśniają w cudowny sposób wszystko, co w USA ma znaczenie. Są idealną parą, atrakcyjni, inteligentni – Hollywood w Białym Domu. Są w tym odpowiednikiem Kennedych. Ale Obamowie są jeszcze ciut sympatyczniejsi: ucieleśniają amerykański sen. A co jeszcze bardziej niewiarygodne: nie produkują żadnych skandali. Naprawdę wyglądają na kochających się. Są po prostu perfekcyjni. Z wyjątkiem koloru skóry. Niedostrzeganie tego wskazuje na romantyczno-naiwne rozumienie integracji.

(…) Między rasizmem a integracją istnieje bardzo złożona relacja. Rasizm może się kierować przeciw dezintegracji, ale też integracji. „Są biedni, głupi i do tego kryminaliści”, albo „zabierają nam miejsca pracy”. Rasistowskie uwagi kierowane są zarówno do siedzących na podłodze, jak i tych przy stole. A co najważniejsze: ci siedzący przy stole postrzegani są ewentualnie jako większe zagrożenie. Zwłaszcza wtedy, gdy nie zadowalają się byle czym i nie są skromni, ale chcą być oczywistą częścią całości. Wtedy bowiem mieszają się do receptury. Rasizm może się wtedy nasilić, a przynajmniej utwardza się jego skraj.

Szczególnie trudna staje się sytuacja w związku z integracją zatem dlatego, że istnieje jednocześnie integracja i dezintegracja. Powstaje skomplikowane pole napięcia: podczas gdy w latach 30. niemieccy Żydzi odnosili wielkie sukcesy i nie rzucali się w oczy, istnieli też Żydzi konserwatywni i ortodoksyjni, którzy sprawiali wrażenie „obce”. W czasie, gdy Barack Obama był prezydentem, nadal istnieli czarni kryminaliści. O ile jest coraz więcej muzułmanów odnoszących sukcesy, są też muzułmańscy terroryści. To pole napięcia jest dla rasistowsko motywowanych populistów wyjątkowo atrakcyjne. Niezintegrowani mogą być przedstawiani jako uosobienie niższości, przy czym demonstrowana jest własna wyższość. Dobrze zintegrowanym zarzucana jest infiltracja państwa i społeczeństwa, czym wznieca i mobilizuje się strach. Wszystko jedno co się dzieje, pasuje to do spisku.

Rasistowskie uprzedzenia mogą więc odgrywać większą rolę, ponieważ wzrastają szanse na współuczestnictwo. Zwiększone szanse partycypacyjne wśród mniejszości wskazują jednak na to, że mamy nie tylko lepsze instrumenty integracji i procesy integracyjne, ale także mniej strukturalnej dyskryminacji.

Dyskryminacja staje się problemem, gdyż istnieje mniej dyskryminacji

(…)

Więcej osób niż kiedykolwiek przedtem skarży się na dyskryminację, gdyż jest coraz mniej dyskryminacji. Ta zależność wygląda na paradoks. Aby ją zrozumieć, trzeba sobie wyjaśnić, co odczuwana dyskryminacja oznacza z perspektywy dyskryminowanego. Kiedy człowiek czuje się dyskryminowany, oznacza to, że odczuwa on jakieś działanie czy wypowiedź jako nieuprawnione nierówne traktowanie. Decydujące jest tu nie pojęcie nierównego traktowania, a słowo nieuprawnione.

Dwie osoby mogą przeżyć tę samą sytuację, ale zupełnie różnie ją zinterpretować. To samo nierówne potraktowanie można zinterpretować jako uprawnione bądź nieuprawnione. Dla jednej osoby nierówne potraktowanie będzie słuszne, dla innej okay, dla trzeciej ta sama sytuacja może stanowić upokorzenie.

Dam osobisty przykład. Kiedyś wraz z córką byłem gościem na pewnej uroczystości. Obecni byli tylko przyjaciele i rodzina. Atmosfera była miła i wszyscy przyjaźnie do siebie nawzajem usposobieni. Ktoś spytał mnie: „A jak wy właściwie świętujecie u siebie?” Na myśli miał Arabów i muzułmanów. Moją córkę słowo „wy” zajmowało jeszcze przez kilka dobrych dni. Jakiś tydzień później powiedziała mi, że potrzebowała sporo czasu, by zrozumieć, kto (lub co) oznaczał owo „wy”. Spytała mnie, dlaczego nie zareagowałem na ten błąd, którym to pytanie zdecydowanie z jej punktu widzenia było. Odpowiedziałem na nie bowiem, opowiadając, jakie islamskie tradycje i święta obchodzone są w Syrii itd. Zareagowałem, jak zwykle, wyrozumiale na to niefortunnie sformułowane pytanie. Moja córka odebrała je jako wykluczające i przemocowe. Zezłościło ją nie tylko samo pytanie, ale jeszcze bardziej moja „niewłaściwa” odpowiedź. W tamtej sytuacji nie powiedziała nic. Dopiero kilka dni później zabrała głos przy kolacji. Musiałem się przez chwilę zastanowić, żeby sobie w ogóle przypomnieć, o co jej chodzi, tak nieistotne było dla mnie to wydarzenie.

Na tym przykładzie staje się jasne: decydujące jest to, czy odczuwamy jakąś sytuację, czy działanie jako nieuprawnione. Kim są „my”, a kim „wy”? I co o wiele ważniejsze: kto decyduje o tym, kim są „my” i „wy”? Podczas gdy ja pytania takie jak: „A jak wy właściwie świętujecie u siebie?” wyrozumiale przeinterpretowuję na: „A jak to jest u muzułmanów w Syrii?”, moja córka reaguje często w duchu, ale coraz częściej na głos, pytaniem zwrotnym: kogo masz na myśli, mówiąc „wy”? Czy – jej słowami – „Jaką szufladę masz teraz na myśli?” Jej dziadkowie, moi rodzice, z pytania: „A jak wy właściwie świętujecie u siebie?” szczerze by się ucieszyli i opowiadaliby godzinami. Tragicznym skutkiem okoliczności pytani są o to rzadko. Częściej zaś ich dzieci i wnuki.

To samo pytanie napotyka tu na trzy różne oczekiwania, jakie powstały z czasem w rodzinie o międzynarodowej historii. Dziadkowie są imigrantami, niemiecki nie jest ich językiem ojczystym, a Niemcy ojczyzną. Ja jestem dzieckiem imigrantów, ale nie jestem imigrantem. Niemiecki to wprawdzie mój język ojczysty, ale wychowałem się u moich rodziców i zajmuję dlatego pozycję pomiędzy. Co najmniej mam biograficzny dostęp do tego innego „my”, to znaczy tym samym też do „wy”. Moja córka nie akceptuje już zdefiniowanej z góry różnicy my-wy.

(…) Wróćmy do stołu. W pełni zintegrowane osoby siedzące przy stole chcą być traktowane na równi z innymi. Są równoprawną częścią całości i ich oczekiwaniem jest, by jako takich ich akceptowano. Mają wysokie wymagania co do współuczestnictwa i przynależności. Warunki ramowe stały się lepsze, nawet zdecydowanie lepsze. Lecz oczekiwania rosną zawsze szybciej niż dużo bardziej ociężałe realne okoliczności. Oczekiwania budzone są także szybciej, niż mogą zostać zaspokojone i spełnione. Kto siedzi na podłodze, jest gorzej zintegrowany, ma mniejsze szanse na współuczestnictwo i jest być może silniej wykluczany. Jednak te osoby rzadko odczuwają to jako dyskryminację, ponieważ z różnych powodów nie wykształciły w sobie żadnych wysokich roszczeń co do współuczestnictwa i przynależności. Ci, którzy siedzą przy stole – zatem ci  o wiele mniej wykluczeni – są o wiele bardziej wrażliwi i coraz rzadziej akceptują sytuacje, kiedy to inni decydują za nich, kim są i do jakiego „my” należą.

Tu także mamy do czynienia z efektem oczekiwania: oczekiwania niegdyś pokrzywdzonych grup rosną szybciej, niż poprawia się rzeczywistość. Oczekiwania i obiektywne okoliczności rosną zatem w różnych tempach, przez co zwiększa się różnica. Ta różnica prowadzi do tego, że coś postrzegane jest jako nieuprawnione i stanowi podłoże dla poczucia dyskryminacji.

(…)

Chusta czy emancypacja?

Chusta na głowę to zaledwie kawałek materiału. Są chusty białe, czarne, szare i kolorowe. Są różne warianty chust, najczęściej spotykanym jest hidżab (zostawiający odkrytą twarz), najbardziej dyskusyjnymi i najrzadszymi są nikab (pozostawiający odkryte oczy) i burka (okrywająca kobietę całkowicie). Debata jest do tego stopnia symbolicznie nabrzmiała, że reakcje na chustę wykazują – przy wszystkich różnicach – niezwykłe  podobieństwo do punkowych irokezów w latach siedemdziesiątych: jest się natychmiast rozpoznawanym, kasuje sceptyczne spojrzenia, może też otwartą niechęć i głęboką pogardę, czasem wręcz wyzwala lęk. Chusta jest dramatem, jeśli jej noszenie jest wymuszone, jest praktyczna, jeśli chce się prowokować opinię publiczną i własnych rodziców. Dla części młodych kobiet odgrywa to dużą rolę.

Jednocześnie i tu trzeba pamiętać, że motywy bycia za czy przeciw symbolom religijnym są bardzo różne. U niektórych chusta zaspokaja potrzebę bezpieczeństwa, dla innych jest wyrazem pobożności, dla jeszcze innych tradycji, ale bywa też wyrazem emancypacji i prowokacji. Z drugiej strony kobiety muzułmańskie mogą zdjąć bądź nie nosić chusty, ponieważ nie są religijne, lub ponieważ uważają to za niekonieczne bądź anachroniczne, ponieważ odczuwają to jako formę ucisku, lub ponieważ na co dzień uważają chusty za niewygodne i uciążliwe.

Ale bez wątpienia chusta może być noszona także dlatego, że z trudem przychodzi zrozumieć, iż spódniczka mini oznacza emancypację kobiet, a dobrowolne okrywanie się automatycznie interpretowane jest jako ich ucisk. Istnieje coraz prężniejszy feminizm islamski, kształtowany przez noszące chusty kobiety. Bo dlaczego nie? To głos w wewnątrz-islamskiej debacie.

Aby i tu zostać dobrze zrozumianym: o chuście można dyskutować i kłócić się o nią. Ewentualne zmuszanie do jej noszenia i patriarchalny ucisk kobiety muszą być tematyzowane. Ale nie uwolni się kobiet, nakazując im zdjęcie chusty. Ważne, czy noszą je z własnej woli, czy z przymusu.

Rozmawiałem z wieloma kobietami, które całymi latami nosiły chusty, a potem z najróżniejszych powodów je zdjęły. To, czego się dowiedziałem z naszych rozmów, odczuwam jako spektakularne odkrycie. Te kobiety czują się bez chust o wiele mniej postrzegane, czasem wręcz incognito. Mało kto na nie patrzy. I to bynajmniej nie dlatego, że są mało atrakcyjne, ale ponieważ nie rzucają się już w oczy.

Chusta działa na wielu nie-muzułmanów w pierwszej reakcji tak, jakby musiała kobiety ubezwłasnowolniać, zastraszać i zawstydzać. To klasyczne uprzedzenie. W Iranie czy Arabii Saudyjskiej tak być może też jest. Kobieta z chustą na głowie jest tam anonimową mrówką w mrowisku. Ale w Niemczech jest raczej rzucającą się w oczy czarną owcą. Funkcje ochrony i ucisku, które to nakrycie głowy w niektórych państwach de facto ma, w Niemczech mają o wiele mniejszą skuteczność. Młoda kobieta, która nosi tu chustę, rzuca się w oczy, jest obserwowana i nierzadko otwarcie wrogo traktowana. Wplątywana jest w dyskusje z obcymi jej i z reguły sceptycznymi ludźmi i musi się permanentnie tłumaczyć. Chusta w takich wypadkach nie chroni. Przeciwnie, potrzebna jest spora doza pewności siebie i nie bycia mimozą, kiedy nosi się ten symbol. To symbol religijny, przy czym przyczyny jego noszenia lub nienoszenia mogą być bardzo różnorodne.

Są oczywiście przypadki wymuszania i takie, w których chodzi o strategie polityczne. O tym trzeba mówić. To jednak nie uda się za pomocą uogólniających ocen. Dostatecznie często w chustach chodzą młode kobiety, których matki ich nie noszą, co pokazuje, że chusta może być również znakiem samostanowienia, pewności siebie, emancypacji i udanej integracji. Powinno dać nam do myślenia, że chusta jest przedmiotem krytycznej dyskusji szczególnie wtedy, kiedy noszą ją kobiety z wysokim wykształceniem i na wysokich stanowiskach, jak na przykład nauczycielki i adwokatki, a jednocześnie zakłada się, że mamy do czynienia z symbolem ucisku. Sprzeczność ta zaostrza się jeszcze bardziej w przypadku zakazu wykonywania zawodu dla kobiet noszących chusty. Jeszcze dobitniej: kobiety w chustach dążą do zdobycia wykształcenia i zawodu, a my zabraniamy im tego ze wskazaniem na ucisk. Znajdź ukryty błąd.

W ten sposób nie prowadzi się dyskursu, jakiego wymagałyby okoliczności. Jeśli chcemy, by chusta była tylko religijnym fragmentem garderoby, a nie symbolem ucisku czy upolitycznionej religii, to nie osiągniemy tego całkowitym wykluczaniem. To dotknęłoby tylko dobrze zintegrowane kobiety. Demokratyczne społeczeństwo może zdecydować, że symbole religijne będą wyłączone ze sfery państwowych kompetencji zwierzchnich. Ale ma to daleko sięgające konsekwencje (…).

Bez konfliktów nie ma postępu

Integracja wzmacnia potencjał konfliktowy w społeczeństwie. Z powodu udanej integracji dochodzi do konfliktów, których bez integracji by nie było. Ale w tym miejscu należy uzmysłowić sobie centralny i jeszcze niedostatecznie omówiony aspekt: konflikty mogą być też czymś wspaniałym, mogą stanowić paliwo dla postępu i innowacji. Są zasadniczo dwa rodzaje konfliktów. Myślimy głównie o jednym, oznaczającym pęknięcie w jakiejś dotychczasowej całości. Kiedy na przykład drogi nierozłącznych przyjaciół z powodu kłótni się rozchodzą. Ale istnieje drugi rodzaj: konflikty, do których dochodzi tylko dlatego, że powstaje wspólnota, której wcześniej nie było. Te konflikty należy oceniać całkiem inaczej. Konflikt z powodu udanej integracji powstaje wtedy, kiedy dwie strony, które nie miały kiedyś ze sobą do czynienia, muszą znaleźć sposób na utrzymywanie wzajemnych stosunków. Z reguły nie odbywa się to bez tarć. Przeciwnie. Konflikt może chwilami przybierać na mocy. Z różnych stron może dojść do oporu i działania na przekór. Możliwe są fazy kryzysowe, które dają nam uczucie, że wszystko idzie z powrotem do tyłu i jest coraz gorzej. Konflikt jednak oznacza zrastanie. Wszyscy przy jednym stole. Zrastanie boli.

Mamy tu do czynienia z typowym mechanizmem w społeczeństwach, zwłaszcza otwartych. Zrastaniu się Niemiec Wschodnich z Zachodnimi też towarzyszyły bolesne tarcia. Coraz więcej Niemców ze wschodu bierze dziś udział w dyskursie. (…) Większość spraw rozwija się pomyślnie, dlatego jest coraz trudniej. Między Niemcami z NRD a ludźmi z międzynarodową historią jest sporo podobieństw. To mniej więcej tak samo liczne „mniejszości”, które wobec absolutnej większości z „zachodu” z trudem wypracowały sobie posłuch (…). Oprócz doświadczenia społecznej dyskryminacji mamy tu do czynienia z orientowaniem się na nowo, czasowym poczuciem niemocy, biograficznymi pęknięciami i biograficznym stresem, utratą statusu i ubezwłasnowolnieniem, aż po nieuznawanie osiągnięć życiowych i kwalifikacji. Poczucie wspólnoty może też oznaczać brak pewności bądź pewnej naturalnej wiedzy, gdzie i jak czuć się przynależnym. Ale także coraz lepsze możliwości partycypacji i coraz silniejsze poczucie przynależności.

Zjednoczone Niemcy są inne niż te podzielone. Inaczej niż w wielu innych narodach żyją tu ludzie z własnymi albo rodzinnymi historiami imigranckimi z najróżniejszych regionów świata, mamy biografie wschodnioniemieckie z różnymi problematycznymi sytuacjami i mamy biografie starej bundesrepubliki, które oczywiście od Flensburga po Passawę mogą się zasadniczo różnić. Coraz więcej jest części wspólnych tych trzech kategorii, a młode pokolenia i tak coraz trudniej ująć za pomocą tych rozróżnień.

Gdyby mówić o tym, co jest typowo niemieckie, to jest to właśnie ta różnorodność, wyrażająca się w zrastaniu, gdzieś między starymi i nowymi landami, między starymi i nowymi Niemcami, między podziałem, odbudową, zjednoczeniem i rozwojem. Żaden inny kraj, który kiedyś był cesarstwem, dyktaturą narodowosocjalistyczną i socjalistyczną, nie jest dziś demokracją liberalną z otwartym społeczeństwem. Niemcy mają jedno z najbardziej dynamicznych społeczeństw imigranckich, mimo że musiał się dokonać złożony proces zjednoczenia, i stanowi dziś kotwicę dla całej Unii Europejskiej. Jeśli wziąć pod uwagę załamania i przemiany samego tylko ostatniego stulecia, to trudno nie popaść w pełne czci zdziwienie, jak dobra jest niemiecka współczesność. Ten rozwój uzasadnia pozytywny patriotyzm, żywiący się zarówno pokorą wobec historii, jak i przekonaniem, że skorzystaliśmy na otwartości. To, że z każdej strony słychać narzekanie i skargi, też zdaje się typowo niemieckie, ale nie może być wątpliwości, że w porównaniu historycznym nie było nigdy lepszych czasów, a w porównaniu globalnym – lepszej sytuacji.

A z jakiej historii dałoby się lepiej nauczyć, że zrastanie się jest bardziej żmudne niż bycie podzielonym? Lepsza partycypacja różnych grup prowadzi do wzrastających żądań. Wszyscy przy jednym stole: ludzie z upośledzeniami, kobiety, osoby nieheteroseksualne, muzułmanie, nie-biali, enerdowcy – wszyscy tu są. Stół ciągle jeszcze nie jest obsadzony parytetowo, szanse jeszcze długo nie będą równe, zdecydowanie nie jest idealnie, ale jest lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Moja rodzina mieszka już od 45 lat w Niemczech. W tym czasie kraj i społeczeństwo zmieniły się fundamentalnie. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych towarzystwo przy stole było całkiem inne. To, co działo się przez ostatnie 25 lat, uprawnia nas do mówienia o nowym tysiącleciu.

Są kobiety, które pragną jeszcze większego zrównania szans w kontekście szans życiowych i ról płciowych, a także takie, które wolałyby się cofnąć znów o krok. Są rodzice, którzy dla swoich fizycznie bądź psychicznie upośledzonych dzieci pragną więcej inkluzji, i tacy, których to przerasta. Są Niemcy ze wschodu, którzy nie chcą, by niemiecki wschód stał się zbyt „zachodni”, i tacy, którym się to podoba i którzy i tak mieszkają na zachodzie. Są homoseksualiści, którzy ucieszyli się z małżeństw jednopłciowych, i tacy, dla których to novum nie miało żadnego znaczenia, albo którzy i tak są za zniesieniem instytucji małżeństwa. Są muzułmanie, którzy w ogóle nie chcą rozmawiać o religii, i tacy, dla których ich religia jest centralnym elementem życia. Są ludzie o międzynarodowej historii, którzy postrzegają się sami jako Niemcy, „Niemcy plus”, Europejczycy, kosmopolici albo tacy, którzy podkreślają swoje pochodzenie. Wszyscy ci ludzie nie mogą zaprzeć się swojego ciała, płci, koloru skóry i pochodzenia, ale wszystkie te różne cechy mogą odcisnąć zupełnie różne piętno na człowieku. Chodzi nie tylko o zewnętrzną różnorodność, ale szczególnie o tę wewnętrzną. Niektórzy są zadowoleni, inni pragną zmian. Jedni chcą, by pytano ich o zdanie, inni wolą, by zostawiono ich w spokoju. Nie wszystko jest możliwe, ale jednak niewiarygodnie dużo. Co przy całej tej różnorodności łączy jeszcze społeczeństwo w jedną całość?

Odpowiedź jest wyjątkowo trywialna, a jednocześnie w swej konsekwencji wydaje się nie do przyjęcia. To sam stół łączy wszystkich. Społeczeństwo otwarte w ogóle nie jest idealne. Jest otwarte. Umożliwia nam kłócenie się ze sobą pod ochroną państwa prawa. To same konflikty spajają społeczeństwa liberalne. Różnorodność wśród ludności staje się jednością poprzez negocjacje i spory. Nie jakąś esencjonalną jednością, nie jednością z czasów przeszłych, która egzystowała tylko dzięki przymusowi. Przez samą wymianę wielość zamienia się w jedność.

Nie wymyśliłem tego wszystkiego sam. Moja teza to zaledwie rozwinięcie niemieckich tradycji teorii od Karola Marksa przez Georga Simmela po Maksa Webera. Wszyscy oni mieli świadomość, że nadal siedzielibyśmy na drzewach, gdyby ludzkość sama nie produkowała konfliktów i z czasem konstruktywnie ich nie rozwiązywała. Po drugiej wojnie światowej naukowcy – ze zrozumiałych względów – nie potrafili dostrzec w konfliktach nic dobrego. Zamiast tego skoncentrowano się bardziej na porządku społecznym i planowaniu, konflikty uwzględniając niebezpośrednio. Dzięki Lewisowi Alfredowi Coserowi i Ralfowi Dahrendorfowi zrozumienie szczególnego znaczenia konfliktów społecznych powróciło do socjologii, ale nie do społecznej sfery publicznej.

Jakie innowacje i postępy społeczne nie zostały wywalczone i wykłócone przez konflikty? Państwo socjalne, demokracja, sprawiedliwość społeczna, wyzwolenie seksualne, prawa człowieka – wszystko, co dziś niczym oczywiste odnajdujemy w [niemieckiej] konstytucji, jest rezultatem konfliktów i ich – z czasem – konstruktywnego rozwiązania.

Tłamszenie konfliktów prowadzi do niekontrolowanego rozładowywania i destruktywnego obcowania ze sobą. Postrzeganie konfliktów wyłącznie jako wydarzeń negatywnych czy wręcz pasywne i bezsilne ich obserwowanie wyjątkowo utrudnia rozpoznanie pozytywnych funkcji konfliktów. Konflikty są tym, co spaja społeczeństwa otwarte. Kultura sporu to najlepsza „kultura wiodąca”. Kultura konfliktu (niem.: Streitkultur) i gotowość do stawiania czoła konfliktom prowadzą do konstruktywnych strategii rozwiązywania. Konsens czy kompromis nie zawsze znajdą się same. Chodzi o świadomość, że otwarcie i konflikty były i są naszą mocną stroną. Chodzi więc o to, jak traktujemy konflikty, czy i jak uda nam się wyfiltrować pozytywne ich strony. Chodzi o pozytywne rozwiązywanie konfliktów. Już dla niemieckich klasyków socjologii było to synonimem postępu społecznego i społecznej innowacji. Zdawali sobie jednocześnie sprawę z tego, że wiąże się to z ciężką pracą i że dochodzić będzie czasem do pogorszenia sytuacji, jeśli nie będziemy uważać. Społeczeństwo otwarte nie jest oczywistością.

Czego klasycy nie byliby sobie w stanie wyobrazić, to społeczeństwo otwarte w formie, w jakiej egzystuje ono dziś. Nieomal widzę, jak nieznaną im teraźniejszość liberalnego kraju imigracyjnego dźwigają na swych barkach.

Aladin El-Mafaalani

Kultura Enter
2021/02 nr 100

Czarno-biała fotografia z bramą na Starym Mieście w Lublinie.

Fot. Roman Kravchenko.