Strona główna/Przez granicę

Przez granicę

Tak się stało, że rodzina mojego ojca pochodzi z polskich Bieszczad, z przygranicznej wsi Ustjanowa – przygranicznej do tego stopnia, że w 1945 roku pas graniczny między Związkiem Radzieckim a Polską podzielił rodzinną miejscowość mojego ojca na pół. Granica rozdzieliła nie tylko piękne górskie krajobrazy, lecz także sąsiadów, ich domy i losy. Rodzina mojego ojca znalazła się wśród 214 Ukraińców, których wysiedlono z Ustjanowy − na mocy umowy o wymianie ludności − do Związku Radzieckiego, w dalekie stepy pod Odessą i Chersonem. Jakimś cudem moi krewni zdołali stamtąd uciec i osiedlili się tak blisko swojego byłego domu, jak tylko się dało. Mieszkali najpierw w Laszkach Murowanych koło Chyrowa, również przy samej granicy, potem zaś na dobre przenieśli się do Drohobycza, gdzie się urodziłem.

W 1951 roku Ustjanowa wróciła do Polski. Granica, dzieląca wieś, zniknęła, ale moi krewni pozostali po jej wschodniej stronie na zawsze, licząc, że kiedyś jeszcze zobaczą rodzinną miejscowość. Te nadzieje nigdy się nie spełniły za ich życia. Byłem pierwszym z naszej rodziny, który odwiedził Ustjanową po kilkudziesięciu latach.

W dzieciństwie babcia i dziadek sporo mi o Ustjanowej opowiadali: o wysokich górach w pobliżu i bystrych rzekach. Opowieści brzmiały jak bajka, której fabuły już sobie nie przypomnę, ale świetnie pamiętam, że Ustjanowa jawiła mi się wtedy jak kraina mityczna, leżąca gdzieś za morzami, za górami, na innym kontynencie, jak mi się wówczas wydawało, jednym słowem tysiące kilometrów od Drohobycza. Jakież było moje zdziwienie, kiedy poszedłem do szkoły i szybko odkryłem, że Ustjanowa leży niecałe sto kilometrów od mojego domu. Drugiego odkrycia dokonałem całkiem niedawno, zwiedziwszy tę bajkową krainę. Góry tam rzeczywiście są, ale gdzie im do Himalajów. I rzeczółka jest. Wąziutka. Mimo to, jest to dla mnie miejsce magiczne. Metafizyczna przestrzeń tradycji i emocji. Archetyp mojej rodziny. Każdy powinien mieć swoją Ustjanową.

Ciekawa jest historia, jak tam dojechałem. Otóż, zaproszono mnie na konferencję naukową do Leska. Niecierpliwie czekałem na ten wyjazd, gdyż droga na Lesko prowadziła przez Ustjanową, zaś program konferencji pozwalał na to, bym mógł spędzić trochę czasu tam, dokąd najbardziej mnie ciągnęło – w Ustjanowej.

I oto jestem na ukraińsko-polskiej granicy, wśród gór. Po ukraińskiej stronie leży wieś Smolnica, po polskiej Krościenko. Do granicy dojechałem autokarem, chociaż wiedziałem, że przejścia pieszego tu nie ma. Byłem przygotowany na autostop. Po dwóch godzinach prób znalezienia samochodu, który przewiózłby mnie do Polski, wreszcie się ktoś zatrzymał. Byli to pogranicznicy, wyraźnie mną zainteresowani. Nie ma co się dziwić − wyglądałem podejrzanie: obcy facet (z tego przejścia korzystają przede wszystkim okoliczni mieszkańcy z obu stron pasa granicznego), z długą czarną brodą i dużym plecakiem. Powoli zbliżył się do mnie krępy żołnierz w moro. Przyłożył dłoń do czapki i wypalił swój stopień, imię i nazwisko. Zrozumiałem jedynie, że ma na imię Wasyl. Poprosił o dokumenty. Wtedy się okazało, że studiował na tej samej uczelni, na której obecnie pracuję. Swój swojemu nie pomoże… Wasyl zlitował się nade mną i zatrzymał nadjeżdżający samochód. Dobrze znał kierowcę. Był nim pan Jacek z Leska, miejscowy przemytnik. Wasyl powiedział mu, że jestem bardzo ważną osobą i trzeba mnie dowieźć do Leska, przy czym – dodał Wasyl, grożąc panu Jackowi palcem – całkowicie za darmo! Pan Jacek wyraził zgodę skinięciem głowy, a ja wskoczyłem do jego auta.

Zanim ruszyliśmy, pan Jacek zapytał, czy nie wrzuciłbym do swojego plecaka kilku paczek papierosów. Okazało się, że przewozi z Ukrainy znacznie tańsze u nas papierosy, wódkę i paliwo. Tak zarabia na życie. Nie wiem, czemu, ale się zgodziłem i wypchałem plecak oraz kieszenie niebieskimi paczkami z napisem „Prima. Lekki smak”.

Dziwna, powiem wam, była to podróż. Przez całą drogę pan Jacek biadolił, że Unia Europejska omija i jego, i resztę mieszkańców Bieszczad szerokim łukiem. Non stop narzekał, jak ciężko mu się żyje. Nie to co wcześniej. Za Związku Radzieckiego jeździł do Czerniowiec, gdzie kupował dywany, które sprzedawał z takim zyskiem, że w Ustrzykach Dolnych uchodził za świetnego biznesmena. Teraz zaś dywanów już w Czerniowcach nie sprzedają i pan Jacek musi handlować drobnicą.

– Jasne – przytakiwałem i poprawiałem paczki papierosów, które mi wepchnął do rękawa.

– Nam też nielekko – mówiłem panu Jackowi, a on kiwał głową, bo wiedział, że nielekko, gdyż codziennie przyjeżdżał po benzynę, cukierki, wódkę i papierosy  do Chyrowa, żeby to przewieźć do Polski. Ale najważniejsze jest to, że pan Jacek miał w samochodzie CB radio i cały czas dopytywał się innych przemytników:

– Halo, haloo… Jak tam dróżka na Lesko?… Halo, haloo, koleedzy!

Było to takie polsko-ukraińskie radio przemytnicze i pan Jacek przez cały czas nadawał, dopytując się od czasu do czasu, czy droga wolna od celników. Z kolei ja siedziałem obok pana Jacka, mając nadzieję, że już nie długo zobaczę przy drodze tablicę z nazwą „Ustjanowa”. Trochę przysypiałem, po same uszy w papierosach, choć rzuciłem palenie dawno temu. Pan Jacek powtarzał swoją mantrę przez radio:

– Halo, haloo… Jak tam dróżka na Lesko?… Halo, haloo, koleedzy! Jak tam dróżka?…

Wreszcie na dobre zasnąłem i przyśniła mi się Ustjanowa: wysokie góry, szeroka rzeka, gęsty las – baśniowa kraina mojego dzieciństwa z opowieści nieżyjących już i dziadków, i taty.

Nie zważając na głośne rozmowy przez CB radio, przekimałem do samej Ustjanowy. Chyba nigdy nie spałem tak słodko jak wtedy − na papierosach, pod papierosami i obok papierosów pana Jacka. A kiedy się obudziłem, spełnił się sen – znalazłem się w mitycznej krainie mojego dzieciństwa i okoliczności podróży przestały mieć znaczenie.

A kiedy pojawiła się na świecie moja córeczka, od razu pomyślałem, że nie chciałbym, żeby kiedyś, kiedy ona będzie chciała zobaczyć miejsce mojego urodzenia, musiała jechać z panem Jackiem, na kartonach z papierosami, do wtóru mantry: Halo, haloo… Jak tam dróżka na Lesko?…. Oby ten sen też się ziścił.

Andrij Jurkewycz, sierpień 2015

Tłumaczył Andrij Saweneć

Niektórzy mają pecha. Fot. Podlaska Służba Celna

Niektórzy mają pecha. Fot. Podlaska Służba Celna

Widok ze szczytu Gromadzyń: w tle góry Żuków z Holicą, po prawej w głębi Ustjanowa Górna. Fot. Mzungu za: Wikipedia

Widok ze szczytu Gromadzyń: w tle góry Żuków z Holicą, po prawej w głębi Ustjanowa Górna. Fot. Mzungu [za: Wikipedia]

Ustjanowa Górna, lipiec 1936. W latach 1931-1939 znajdowało się tu największe lotnisko szybowcowe w Polsce: 54 stanowiska startowe oraz 774 szybowców. Fot. ze zbiorów NAC

Ustjanowa Górna, lipiec 1936. W latach 1931-1939 znajdowało się tu największe lotnisko szybowcowe w Polsce: 54 stanowiska startowe oraz 774 szybowców. Fot. ze zbiorów NAC

Ustjanowa Górna, październik 1936. Szkoliło się tu od 300 do 1000 pilotów szybowcowych miesięcznie. Po wojnie lotnisko zlikwidowano; dziś większość terenu porasta las. Fot. ze zbiorów NAC

Ustjanowa Górna, październik 1936. Szkoliło się tu od 300 do 1000 pilotów szybowcowych miesięcznie. Po wojnie lotnisko zlikwidowano; dziś większość terenu porasta las. Fot. ze zbiorów NAC