Strona główna/ESEJ. Życie na niby?

ESEJ. Życie na niby?

Bruno Schulz, Drohobycz i rosyjska wojna przeciw Ukrainie
Lothar Quinkenstein
Z języka niemieckiego przełożyła Ewa Czerwiakowska

Koniec maja 2018. Festiwal Schulza w Drohobyczu – międzynarodowa impreza upamiętniająca jednego z największych geniuszy literatury środkowoeuropejskiej. Wieczorem, po ostatnim festiwalowym spotkaniu siedzimy w lokalu w Truskawcu – ten pamiętny kurort był pierwowzorem onirycznych scen Schulzowskiej prozy, bliżej nieokreślonym miejscem „u wód”.

W owym czasie pracowałem już wspólnie z Lisą Palmes nad niemieckim tłumaczeniem „Ksiąg Jakubowych” Olgi Tokarczuk. Być tutaj, zobaczyć Drohobycz, dzień w dzień zanurzać się w światy ludzi, którzy – od Japonii po Brazylię – poddają się Schulzowskiej inspiracji i o niej opowiadają – wszystko to było źródłem bliskości, zażyłości i łączyło w jedną całość ukraińską teraźniejszość, dzieło Schulza i „Księgi Jakubowe”.

Wieczorem w Truskawcu Olga opowiada o podróżach, jakie odbyła w ciągu kilkuletniej pracy nad „Księgami”. O próbach odnalezienia w zachodniej Ukrainie miejsc powieściowych wydarzeń z czasów Jakuba Franka w drugiej połowie XVIII wieku. O próbach wyławiania obrazów, kolorów, zapachów, które mogłyby zamienić się w prozę. Do Rohatynia, miejsca początku „Ksiąg Jakubowych”, z Truskawca jest tylko 100 kilometrów. Tyle samo mamy z naszego berlińskiego mieszkania do polskiej granicy, żabi skok.

W „Księgach Jakubowych“ Bruno Schulz też jest obecny ‒ wprowadza go reminiscencja o szczególnym znaczeniu. Jedną z głównych postaci powieści jest Jenta, stara kobieta, która nie może umrzeć. W zawieszeniu między życiem i wiecznością jako bezcielesna świadomość wędruje na wskroś przestrzeni i czasów. Ze swoich wczesnych lat Jenta zapamiętała, jak jej nieco labilna psychicznie matka obudziła ją pewnego ranka słowami: „Wstawaj, Mesjasz przyszedł. Jest już w Samborze”. Według Jerzego Ficowskiego zaginiony manuskrypt Schulzowskiego „Mesjasza”, który najprawdopodobniej przepadł w spustoszeniach wojennych, miał zaczynać się słowami: „Józefie, Mesjasz jest blisko, ludzie widzieli go już w Samborze”. Sambor, po ukraińsku Sambir, leży około 15 kilometrów na północny zachód od Drohobycza.

Poza tym rzekomym pierwszym zdaniem, z manuskryptu nie ocalało nic. Kilka wzmianek w listach sugeruje, iż Schulz ciężko się zmagał z ideą powieści. Pozostała jednak potężna aura pustego miejsca. Powieść Cynthii Ozick „Mesjasz ze Sztokholmu” to tylko jeden przykład oddziaływania tego niezrealizowanego projektu, którego nikt współczesny autorowi ani nikt z potomności nigdy nie ujrzał na oczy.

Gdyby Mesjasz dzisiaj ruszył w drogę pod wciąż przeraźliwie otwartym ukraińskim niebem, zmierzając z Samboru do Drohobycza, musiałby przejść przez Las Bronicki, koło miejsca masowych grobów. Niemieccy barbarzyńcy zamordowali tam 20 tysięcy Żydówek i Żydów z Drohobycza.

Pierwszego dnia rosyjskiej agresji na Ukrainę na polskim portalu informacyjnym przeczytałem wiadomość o ataku na bazę wojskową w miejscowości Nowyj Kalyniw koło Samboru. Krótko po drugiej dotarła do mnie odpowiedź z Drohobycza. Wiera Meniok potwierdziła. Baza wojskowa została zaatakowana, podobnie jak lotnisko w Iwano-Frankiwsku.

Osuwałem się w ciemność z prędkością, której niczym nie dało się przyhamować. O pracy nie było mowy. Noc kończyła się po trzech, czterech godzinach snu.

Jedyne wyjście – coś zrobić. Decyzja zapadła bez trudu: Przemyśl, Dom Ukraiński. Po kilku minutach odpowiedź: „Przyjeżdżaj! Hotele przepełnione, ale znajdziemy dla Ciebie jakieś lokum…”.

We wrześniu 2021 jechałem pociągiem do Przemyśla na festiwal „Centrum światów“ ‒ był to powrót do własnych przeżyć, okazja, by zanurzyć się w pamięci o pierwszych latach w Polsce, 1994‒1996, kiedy to zostałem nauczycielem niemieckiego w I LO w Mielcu. Stacje za Krakowem – wieczorem, gdy do przedziału wwiewało jesienne sploty powietrza ‒ Tarnów, Rzeszów, Łańcut, Jarosław, Radymno – nazwy odwołujące się do tak wielu przeczytanych książek. Teraz było tylko przemierzanie odległości, a wszystkie lektury jakby wymazało. W pociągu Ukrainki i Ukraińcy. Przytłumione rozmowy przez telefon. Nawet nie próbowałem czytać. Spoglądałem przez okno na przesuwające się krajobrazy. Aż nastała ciemność. Aż w głowie zapanowała całkowita pustka.

W ciągu kolejnych dwóch tygodni Przemyśl skurczył się do dworca i Domu Ukraińskiego. Tor 5 – pociągi ze Lwowa, tor 4 ‒ pociągi z Odessy. Zmiana wolontariusza trwała cztery godziny. Co cztery godziny pociąg. Antidotum na poczucie obezwładnienia była tylko jeszcze jedna zmiana. Pozostać w ruchu, coś robić.

Po czterech godzinach na dworcu szedłem do Domu Ukraińskiego, który w błyskawicznym tempie zamienił się w prowizoryczne zakwaterowanie. Improwizacja pierwszych dni wymagała ulepszeń. Przenoszenie mebli, organizowanie sanitariatów, montaż regałów, segregowanie darów rzeczowych, urządzenie przejrzystego magazynu z zapasami dla kuchni. Te czynności pomagały, a najbardziej segregowanie: makaron do makaronu, pieluszki do pieluszek, konserwy do konserw.

Jednym pociągiem przyjeżdża blisko tysiąc ludzi, czasem nawet półtora tysiąca. Niemal wyłącznie kobiety, dzieci, nastolatki. Jeden pociąg z Odessy miał siedemnaście wagonów.

Słuchamy opowieści o pociągach, które nocą zatrzymują się w szczerym polu, bo dalsza droga jest niepewna. Zapowiedź z prośbą o wyłączenie wszystkich komórek. Potem gaśnie światło, a przepełniony do granic możliwości pociąg stoi i czeka. W ciemnościach. Trzy, cztery, pięć godzin. Trudno sobie wyobrazić, czego dokonują maszyniści, którzy co rusz muszą zmieniać trasę, wymyślać objazdy, stale kontaktować się z posterunkami ruchu, skąd dostają informacje o odcinkach chwilowo bezpiecznych.

Każda minuta na dworcu oznacza maksymalne napięcie. Setki pytań, dziesięć osób na sekundę, wszyscy tak samo ważni. Wymiar opresji tych ludzi jest tak niepojęty, że można tylko jedno – funkcjonować na najwyższych obrotach. Kiedy perony pustoszeją i napięcie nieco opada, powracają sceny, które zapadły w pamięć.

Matka z dwojgiem dzieci. Syn ma może dwanaście, córka piętnaście lat. Pochodzą z Kramatorska. Nie mają do kogo jechać. Chcą zostać w Polsce, może w jakimś większym mieście. Ale to jutro, teraz tylko spać. Najpierw coś ciepłego do zjedzenia, herbata, dzwonię w sprawie noclegu. W Domu Ukraińskim jest jeszcze parę wolnych miejsc, udaje mi się znaleźć samochód z kierowcą. Dziewczyna jest blada jak kreda, trzęsą się jej ręce, ledwo może utrzymać kubek z herbatą. Matka opowiada, że po trzech dniach podróży ze zmęczenia i bezsenności miała na dworcu we Lwowie atak epileptyczny. Było to dobę temu. Tak długo teraz jedzie się ze Lwowa do Przemyśla. Na granicy zatory, cztery, pięć, sześć pociągów stoi w kolejce przed odprawą. Czekamy na samochód, dziewczyna czuje się nieco lepiej. Opatulona w kolejny sweter wyciągnięty z walizki powraca pamięcią do tego momentu we Lwowie. Jak jeszcze widziała wejście na dworzec. Jak nagle wszystko zaczęło wirować i zrobiło się jej czarno przed oczami.

Inna dziewczynka ‒ ma może trzynaście lat, siedzi na walizce, przy ustach trzyma torebkę. Nie ma już czym wymiotować, ale popłakuje i co rusz wstrząsają nią torsje. Matka ją przytula, próbuje uspokoić. Są z Kijowa. Dziesięć dni przesiedziały na stacji metra. Potem decyzja o ucieczce. Kiedy torsje wreszcie ustają, podtrzymywana z prawej i lewej dziewczynka jest w stanie przejść z peronu do budynku dworca. Na szczęście stoi akurat wolny mikrobus straży pożarnej, za kilka minut będą w tymczasowej kwaterze.

Kobieta, blisko osiemdziesiątki, uciekła razem z córką i dwiema wnuczkami z małej miejscowości pod Kijowem. Chcą jechać do Pragi, do krewnych. Stara kobieta stoi przede mną pochylona, podpiera się laską. Jej oczy promienieją wyraźnie wyczuwalną energią. Próbuję znaleźć połączenie pasujące do najbliższego pociągu specjalnego, kobieta tymczasem rozpina zimową kurtkę, spod której wyłania się kuchenny fartuch w kwiatki. „Widzi pan – mówi sucho i rzeczowo – co z nami zrobili. Biegiem na dworzec, tak jak stałam. W fartuchu do gotowania”.

Pomiędzy dworcem a Domem Ukraińskim łapię migawki z tego „galicyjskiego miasta średniej wielkości” (Helene Deutsch) ‒ intensywność fascynacji, podszyta wielością przeczytanych książek. Teraz jednak literackie skojarzenia są zaskakująco obce. Uświadamiam sobie na nowo, że same miejsca tak naprawdę nic nie mówią, to my wkładamy im w usta nasze opowieści. I nagłe poczucie la storia siamo noi [to my jesteśmy historią] – o czym tak trafnie śpiewa Francesco De Gregori ‒ uderza we mnie z jasnością błyskawicy.

Na rynku Szwejk. Siedzi z kuflem w ręce, piesek u stóp. Kilka kroków dalej, przy płocie, transparenty z ostatniej demonstracji: „Putin, idź na …!” We wrześniu 2021 też zatrzymałem się na dłuższą chwilę obok Szwejka. W poczuciu… właściwie czego? Literackiej nostalgii? Dzisiaj, na początku marca 2022 patrzę na połyskującą brązem sylwetkę. I nie czuję nic. Zdania, które w tak oczywisty sposób były ważne, tracą wiarygodność w obliczu tego dworca. I zadaję sobie pytanie, czy aby ich wiarygodność nie polegała tylko na tym, że coś najistotniejszego pozostawało w cieniu.

Ileż bym dał ubiegłej jesieni, by przez jakiś czas pisać w Przemyślu! Chodzić po mieście, zbierać wrażenia, układać je w dialogi z lekturami. A teraz ‒ czy mógłbym sobie wyobrazić, jak siedzę za biurkiem, jak bez końca żongluję zdaniami, wiedząc, że co cztery godziny nadchodzi pociąg? To absurd.

Podobna myśl powraca natrętnie w dniu odjazdu. Znajomy zabiera mnie samochodem. Towarzyszy nam Olena, wolontariuszka z Domu Ukraińskiego. Zatrzymujemy się przed dworcem. „Byłoby głupio jechać teraz do Warszawy z dwoma wolnymi miejscami” – mówi Jakub. Wsiadają dwie kobiety, szczęśliwe, że nie muszą tłoczyć się w przepełnionym pociągu.

Dochodzi wpół do czwartej, kiedy ruszamy sprzed dworca.

Nie możesz stąd wyjeżdżać, myślę. Przecież zaraz nadejdzie pociąg.

Następnego dnia, po noclegu u rodziny szwagra, jadę do Berlina. W kolejce miejskiej czytam o reakcjach na przemówienie Wołodymyra Zełenskiego w Bundestagu. I zaraz powrót do porządku obrad. Wpatruję się w ekran komórki, nie chce mi się wierzyć, że to prawda.

W laptopie czekają szczotki mojego tłumaczenia „Życia na niby” Kazimierza Wyki. Robię korektę, rzeczywistość się zaciera. Opowieści Wyki o ucieczkach, nalotach, barbarzyństwie najeźdźców – nakładają się na obrazy z dworca w Przemyślu.

Niepokojące piękno przyrody w te nagrzane latem dni września 1939 staje się dla mnie odpowiednikiem początku wiosny, któremu towarzyszą porażające zdjęcia z Buczy. Rozmowa o tym, jak skomplikowaną rzeczą może być filiżanka herbaty (z rozdziału „Dwie jesienie”) każe mi myśleć o matkach z dziećmi, które wysiadają z pociągu, a cały ich bagaż to kilka reklamówek w ręce. – Dopiero, kiedy nie ma się już nic, nawet łyżeczki, można zrozumieć, jak skomplikowaną sprawą jest taka filiżanka herbaty.

Mariupol. Bucza. Irpin. Borodianka. Czernihów. Hostomel. Charków. Kramatorsk. Ługańsk. Siewierodonieck.

Bezlitosny rosyjski ostrzał trwa. Rosja chce zniszczyć Ukrainę. Fizycznie. Psychicznie. Rosja chce zniszczyć historyczną i kulturową spuściznę Ukrainy. To atak na środkowoeuropejską pamięć.

Poeta, prozaik i eseista Tomasz Różycki powiedział kiedyś, że tablica upamiętniająca Brunona Schulza na ulicy Szewczenki w Drohobyczu jest dla niego jednym ze środków Europy. Tak, uważam, że to nie tylko stosowne, ale nawet konieczne ‒ wpisać tę pamięć w dzień dzisiejszy. Czytanie Jurka Prochaśki i Józefa Wittlina, Jurija Andruchowicza i Juliana Stryjkowskiego, Żanny Słoniowskiej i Josepha Rotha, Oksany Zabużko i Somy Morgensterna, Serhija Żadana i Melecha Rawicza – nie ma nic wspólnego z nostalgicznym eskapizmem.

Środek Europy znajduje się w tylu miejscach, w ilu jesteśmy gotowi go odnaleźć. A w Drohobyczu – jak mówi Serhij Żadan – wszyscy mamy tego samego znajomego, nazywa się Bruno Schulz.

Narracja o złożoności minionego czasu żyje w ukraińskiej teraźniejszości, bo ludzie stamtąd dają jej wybrzmieć. Festiwal Schulzowski w Drohobyczu jest jednym z najlepszych przykładów ukraińskiej wrażliwości pojmującej i rozszyfrowującej wielogłosowość Europy Środkowej, którą należy zachować jako część własnej historii, jako przestrzeń echa, w której potwierdza się sedno teraźniejszości. Jeśli dopuścimy – pisze Anna Reid w książce Pogranicze. Podróż przez historię Ukrainy 988‒2015 – by Rosja zniszczyła Ukrainę, pogrzebiemy nie tylko własne bezpieczeństwo, ale dokonamy też zdrady na 46 milionach Europejczyków.

Tak kończy się wznowione wydanie z 2015 roku. Dzisiaj, po siedmiu latach, słowa te w straszliwy sposób są jeszcze bardziej prawdziwe.

Lothar Quinkenstein

Kultura Enter
Nr 1 (105) 2023

Nowa ławeczka schulzowska w Drohobyczu (ufundowana przez partnerskie miasto Bytom) przed Uniwersytetem im. Iwana Franki, Drohobycz, listopad 2022, fot. Aleksandra Zińczuk.